„Ławeczka Marzeń”

Po prostu, był. Był tego dnia z nią.

Czasem jeden telefon odmienia nasze życie lub jego kawałeczek, czy dzień. Mogła swój wolny czas, swoje małe święto przesiedzieć w bamboszach, układając koszulki w szafach. Mogła.. . A wchodzi z nim w bajkową scenerię choinek, światełek, wirujących płatków śniegu. Ich oczy pełne iskierek, iskiereczek. Może, to te neony, świąteczne girlandy chłodnych gwiazdek? Może. Chciała jeszcze poczuć jego dłonie, jego ciepło, jego oddech i muśnięcie chłodnych ust. A oczy, jego oczy! Te same, nic się nie zmieniły. Śmiejące się tysiącem bajek , ich bajek.

Widzą, jest! Nadal jest!! Ławeczka marzeń, ich ławeczka. Biegną. Oboje schylają się, aby sprawdzić. Są! Wyryte inicjały z okalającym  serduszkiem. Siadają zaciekawieni odczucia. Hm, jednak inaczej. Czas zrobił swoje. I widoki z niej, nie te same. W tym miejscu kilka lat wstecz snuły się marzenia. Tu lubili bujać w obłokach. Była to nieodłączna część młodości, ich czasów licealnych. Większość z nich, zbieżna: stabilna praca, własne ich cztery kąty. On stał na rozdrożu zawodu: informatyk, czy teolog. Mówił; – „Jedno i drugie, jakże dalekie od siebie a takoż ciekawym jest”! Teraz mógł jej powiedzieć; wybrał to drugie i zawiódł. Spełnienie drobnych, prozaicznych marzeń dało im więcej niż ślepe podążanie za wielkim celem. On do prozy zaliczy porządne narty. Na nich to się śmiga! Ona; okna drewniane, solidne a zarazem z półeczki – wiejska angielska sielanka.  Przy tym kominek, taki z żywym ogniem. Niektóre z tych marzeń przeterminowały się i przestały być pragnieniem, np. ich własna firma. Życie osobiste i zawodowe razem. Nie było ich, nie było firmy.

Teraz wtuleni w siebie, analizują swoje marzenia. Ile się ziściło, których realizacja dostarczyła strat na różnych polach. I czy któreś zostało aktualne? Które się zdezaktualizowały i dzisiaj od wyczynowego sportu na deskach, medali.., wolimy mieć więcej czasu na co dzień dla siebie.

Obejmują się,  przytulają, bo zimno, bo chcą. Poczuć siebie nawzajem i tę radość, która zawsze rozpierała ich w tym miejscu. Tu składali sobie obietnice. Tu zrodziło się ślepe dążenie zdobycia pieniędzy na progi ich domu. Wyjechał. Ona czekała, jak ta madame butterfly. Tylko zakończenie inne. Spokojniejsze. Całkiem prozaiczne. Na ich drogach stanęli inni . I tak zostali.

Parzy herbatkę, z imbirem. Pamięta i to. Lubi ten dodatek. Jego kuchnia, wówczas babci nabierała aromatu wschodnich przypraw. Przepełniona magią wspomnień, stanęła za jego plecami. Objęła, wsuwając dłonie pod koszulkę. Obrócił się i pocałował jej zmarznięty nosek. Na moment zastygli patrząc sobie w oczy. On czytał z niej, jak z czystej karty. Wiedział. Oboje wiedzieli, że tego chcą. Całował , całował te usta zlizując słone kropelki.  Ta jedna maleńka chwila, była chwilą ich szczęścia. Choć oboje wiedzieli, że to tylko moment.  Moment ich życia. Ale przecież mógł nie zdarzyć się.

Lizał jej kark, całował ramiona, pozwalał jej poczuć ciężar swojego ciała. Pamiętał, że uwielbiała mieć go na pleckach. Uniosła ręce wzdłuż głowy. Wpiął swe dłonie w jej palce. Zacisnęła. Pragnęła, aby tak został. A czułych słówek, ognia wtuleń i miarowych ruchów nie było końca. Chciał zobaczyć twarz, jej oczy zamglone od pożądania, ale ona potrzebowała go jeszcze. Czuła bliskość „nieba”. Szepnęła, „Zostań, proszę, zostań jeszcze”. Był. Jej palce zaciskały się coraz silniej, a plecy próbowały unieść. Podziwiał tę siłę, tę moc. Nic się nie zmieniła. Tak samo mocno przeżywała. Słyszał szloch. To były łzy szczęścia, jej „nieba”. Mocnego..

..Odgarniał splątane włosy z twarzy, tulił, całował, jakby chciał uczynić to na zapas.

Rano, nie było jej.

– Sen?

– Nie!

– Życie.

 

 

Reklamy

Fundament. Okładka a treść.

Wartościowa treść i piękna, błyszcząca okładka. Dlaczego tak rzadko idą w parze!!

– Ona, podstarzał panna.  – On rozwodnik. Elegancki mężczyzna.

– Ona nie czekała już na niego, ani żadnego innego. Miała za sobą kilka trudnych związków. Zawsze pragnęła dla siebie tego wyjątkowego, a nie namiastki wyjątku. Nie było takich. A przynajmniej nie stanęli na jej drodze.

– On świeżo upieczony rozwodnik. Szybciutko ogarnął się z portalami i rozpoczął erę zwaną „Karuzelą randek”.

Na szczęście, nie to randkowanie połączyło ich drogi, tylko wspólny przyjaciel. Ona, kiedyś lata wstecz zapisała się i żałowała. Szybko wyszła i już więcej na portale nie wróciła. Miała złe doświadczenia z takimi portalami. Poznała tam samych zdesperowanych lub  nastawionych na konsumpcyjne podejście i to bez ogródek. Wtedy poczuła, że jej imię to numerek, który ten po drugiej stronie nalepia na ciebie, stojącej w kolejce do „sprawdzenia”. Obrzydliwe. Czasem sprawdzają kilka numerków dziennie, bo trzeba szybko odsiać ziarno od plew.

Teraz oni patrzą na siebie i nie mogą wyjść z podziwu.

– On, że taka słodka, ciepła, pełna uroku. Kobieta z pasjami.

– Ona, że „On” istnieje. Taki człowiek, o którym marzyła. Jednak jest na tej ziemi! Zadbany, aktywny nie tylko fizycznie, ale i społecznie.  Człowiek, który mówi, że należy pomagać innym, dawać swój czas bezinteresownie, bo przecież nie żyjemy li tylko dla siebie. Słuchała z wielkim podziwem, tego starszego  mężczyzny, który prowadzi własną, dobrze prosperującą firmę, a przy tym oddaje się swoim rozlicznym pasjom. Bierze udział w konkursach tanecznych. Kilka razy w tygodniu ćwiczy na parkiecie. Ma na swoim koncie niejeden medal. Rzeźbi figurę, doskonali kondycję.. . i cieszy się ujmując kobietę w piękną ramę.

To nie wszystko. Opiekuje się i ujeżdża swoje kare koniki. Trzy czarne pioruny. Stara się do swojej trójki o rasowych pęcinach zajrzeć choć raz w tygodniu. A zbliżające zawody wzmagają częstotliwość spotkań pana z wierzchowcami. Konie, to jego wielka pasja od lat młodzieńczych. Na szczęście w firmie ma swoje prawe ręce, ludzi oddanych. Może im zaufać. I na tym polu też ma zacne osiągnięcia.

Tu nie kończy się miłość do zwierząt. Zna każdego ptaszka, stworzonko opierzone, domorosły ornitolog. Potrafi wstać o trzeciej nad ranem; jechać, wędrować, założyć gumowe buty prawie po pachy i cykać fotki w szuwarach urodziwym kaczorkom, dostojnym kormoranom, czy łabędziom krzykliwym.

Zaczęła się bać, marzenie może być spełnionym. On jest! I co teraz? Zaznacza, że potrzebuje czasu, że pragnie spotkań, ale jeszcze nie wspólnego budowania. Chce cieszyć się czasem z nim. Chłonąć radość z jego pasji, uczestnicząc w nich. Kto wie, co z tego wyniknie. Uczucie przecież ma moc. I może wiele zmienić, nawet w jej głowie.

Życie samo przyniosło rozwiązanie. On nie zrezygnował, nie odłożył ad akta konta na portalach i chęci zgłębiania wielu Motyli. Nawet posunął się dalej. Zaprosił jej koleżankę na randkę.

Ta historia daje dużo do myślenia. Mi, przede wszystkim, że może zwracam uwagę na „okładkę”, a treści nie doceniam. Treść była OCZYWISTA. We wpisie o poszukiwaniu idealnego mężczyzny dla mnie, czyli kwiatu paproci, bo trudnego do znalezienia, wymieniłam całą piękną otoczkę. Jego uroczą oprawę, nie wspominając o FUNDAMENCIE, bo to nie ulegało dla mnie żadnych wątpliwości. Oddanie, lojalność.

Jak ma wtulić nosek.., kiedy po jej głowie chodzą noski Motyli z portali. Ile z nich .. ?

Ona już wie. Nie da rady. NASZ CZAS spotkań, ma być wyłącznie naszym, w tym kluczowym miejscu. Na wędrowne wyprawy, a i owszem zabierze swoją ferajnę: koleżanki i kolegów, ale do łóżka, pod kocyk, czy na kocyk, tylko tę jedną. Teraz ich czas.

  • Czy to zaborczość?
  • A może nie powinno jej to przeszkadzać?
  • Czy kochankowie mają prawo wymagać wyłączności?
  • Może powinna być wyluzowana, w końcu nie wie co dalej z nimi będzie?

Nie wiem, jak ONA? Ja nie dałabym rady. A Wy, co o tym myślicie?

Domowy smalczyk. Smakować życie..

Gotowanie, mam chyba we krwi. Ono mnie po prostu raduje.

Smalczyk domowej roboty, czasem warto sobie sprawić, jeśli jecie wieprzowinę (wegetarianie z fasoli, tłuszczu koksowego, cebulki). Ja najbardziej lubię zwykły ze słoninki bez boczku i innych dodatków. Podam wam przepis na ten podstawowy, a każdy doda, co będzie chciał. Może jabłuszka (w kosteczkę, najlepiej renety lub antonówki, dodaje się na sam koniec, już po cebulce) boczek wędzony ( jak zeszkli się i trochę wytopi słonina) cebulkę, płatki chili, z przypraw najczęściej majeranek.

Jak nie chcę napracować się i od razu zrobić zapas z 5-6 słoików smalcu, tylko 1-2, to kupuję kawałek słoninki, tak ok pół kilograma (na taką ilość 1 duża cebula, gdyby ktoś chciał). Myję słoninę, wycieram ręcznikiem papierowym i wkładam do woreczka foliowego i do zamrażalnika, tak na przynajmniej godzinkę, aby stężała, zmarzła. Wtedy łatwiej kroi się, nie „ślimaczy”  w dłoniach.. Kładę na deskę, biorę porządny, ostry nóż, kroję na kilka mniejszych kawałków, bo z wielkiego, z całości, jest trudno. Każdy kawałek na plastry, a plaster wzdłuż np. na trzy części, paseczki i teraz w kosteczkę. Ja kroję w drobną, bo nie lubię wielkich skwarków. Robimy to według własnego upodobania. Teraz wrzucam do garnka i smażę. Najpierw na średnim ogniu, mieszam i po pewnym czasie, jak już każdy skwarek zeszklił się, zmniejszam płomień, nich wytapia się powoli i spokojnie, od czasu do czasu mieszając. Nie solę, nie pieprzę. Ładnie wytopiony, zdejmuję z ognia, wsypuję sutą szczyptę majeranku i przelewam do wyparzonych słoiczków. Zakręcam i odstawiam do wystudzenia, schłodzenia. Jak wlejecie gorący, zassie i trzyma długo, nie psuje się. Po odkręceniu przechowuję w lodówce. Stężeje i jest gotowy do smarowania pajdy dobrego chlebka. Ostatnio odkryłam chleb gryczany z dodatkiem cebuli, pasuje mi do smalczyku idealnie. Do tego nieodzownym jest ogórek kiszony, czy pasta chili adżika lub po prostu tylko posypany grubą solą.

Jeśli chcecie smalec z cebulką, należy uważać, bo temperatura gorącego tłuszczu różni  się od zimnej soczystej cebuli i jeśli wrzucicie do mocno nagrzanego tłuszczu zacznie bulgotać, pienić się i wypłynie z garnka. Trzeba zmniejszyć gaz lub na chwilę zdjąć garnek z ognia i wtedy powoli wrzucić cebulkę pokrojoną w kosteczkę.

Smacznego, kochani! Czasem i na smalec możemy sobie pozwolić. Jadam wszystko, co lubię, boczek smażony też, ale mało, malutko. I to chyba jest kluczem. Ta ilość, aby nie tyć i nie zapchać żył tłuszczem. Nie umiem dojeść całego jajka, całego wafelka w czekoladzie, czy całego pączka. Wygląda na to, że dozuję przyjemność jakim jest jedzenie. To tylko tak wygląda, a prawda jest taka, że mam malutki żołądek i nie mogę więcej zjeść. Poza tym jedzenie, to dla mnie najczęściej celebra i radość. Rzadko w pośpiechu połykam kanapkę (chyba, że w pracy, kiedy goni masaż za masażem). Jak nie mam tego co mi smakuje, nie jem wcale, no chyba, że głód przyciśnie, to Baśka zjada, jak pies trawę, ściągając zębami. Zdecydowanie wolę rozkoszować się jedzeniem. Np, jak wygląda zjedzenie jednej z moich ulubionych słodkości – ptasiego mleczka, Wedel w gorzkiej czekoladzie? Biorę kosteczkę, ogryzam dookoła z pysznej twardej czekolady, kładę waniliową kostkę na język, ogrzewam w ustach, przyciskam językiem do podniebienia i pozwalam sobie na przyjemność sycenia kubeczków smakowych. Powoli rozpływająca rozkosz słodyczy napełnia mnie. Jedzenie, to jedna z pociech tego świata. Do tego też potrzeba finezji. Można zjeść, pokochać się.., byle jak lub z wszechogarniającą radością, smakując tych przyjemności!! W pośpiechu, bez zaangażowania, jak to kiedyś pisał jeden z blogerów, starszy pan, że tęskni za zwyczajnym, jak za dawnych lat przeleceniem dziewczyny w krzakach, a nie w ładnym pokoju hotelowym. Ja obie przyjemności lubię w ładnej oprawie. Dla mnie ma to ogromne znaczenie. Wszystko lepiej mi smakuje: i miłowanie i jedzenie, jak robimy to oboje z zaangażowaniem, finezją, staraniem, pietyzmem, a nie na odczepnego, na „odwal”, albo, aby tylko czym prędzej zaspokoić głód seksu, czy żołądka. Bardzo lubię jedzonko ładnie podane, nie kopa na talerzu wszystkiego. Posprzątane miejsce w którym mam jeść. Sposób jedzenia, nie na jaskiniowca: czyli, mocno pochylona i łapczywie zmiatająca z talerza, wiosłująca łyżką, bez unoszenia głowy z nad jadła.  Jeszcze nie daj co zupa ociekająca po brodzie. Choć paluszkami, bez użycia sztućców, jak najbardziej można. Bardzo lubię tak zajadać pizzę, czy frytki lub szarpać kawałeczki bagietki i maczać w oliwie. Paluszkami podane do ust smakuje mi bardziej, to tak, jak wypić zimną colę ze szklanej buteleczki, wolę niż ze szklanki.

Przyznam się, że chciałabym jeszcze doświadczyć wspólnego posiłku z fajnym mężczyzną, który robi to z finezją. Gdzie wspólne gotowanie, a zwłaszcza jedzenie byłoby poezją.  Kuszące, może nie tak, jak seks, ale..  (pewnie wyśmiejecie mnie, ale dla mnie ma to urok, chciałabym i tego zaznać).

Smakować życie.. nadal mam na to ochotę. Chyba to wszystko przez Meszuge. Ten człowiek ma coś w sobie. Odczułam go, jak wyrocznię..  Arti tak, to przez Ciebie. Tak ładnie byłam pogodzona, że piękne rzeczy są, ale już nie dla mnie. I nie było mi z tego powodu smutno, no bo co stawiać się, kiedy widzę 10 metrową ścianę wody, no nie do pokonania, to nawet myśleć nie ma o czym.  Aż tu piszesz.., piszesz.. takie rzeczy.  I może zacznę wdrapywać się na tę ścianę.., może.  Chcę, ale  niebylejakości, tylko warte wspinaczki… Czego i Wam kochani życzę, wspinajcie się po swoje szczęście.

Kilka słów o zazdrości. Moja historia

Kilka słów o zazdrości

Mała zazdrość, może być nawet przyjemna, chorobliwa już zdecydowanie, nie!! Nawet niszcząca. Moi mężowie nigdy nie byli o mnie zazdrośni, nawet okruszka.  Czasami to nawet chciałam, żeby choć trochę okazali jej, bo tak to myślisz, że się im nie podobasz, albo, że taką nieciekawą fizyczność masz, że nie ma o co być zazdrosnym. Natomiast boję się patologicznej zazdrości. Współczuję kobietom z takimi partnerami. Wolę moje zero zazdrości, niż ciosanie kołków na głowie za atrakcyjną fizyczność kobiety.

To był mój drugi chłopak w życiu.  Byłam młodym kurczątkiem, mało dojrzałym, choć 25 lat. Pojechałam do niego daleko za morze. I tam poznawałam, tego nowego w sumie dla mnie człowieka. Na początku patrzyłam w niego, jak w obrazek; że taki mądry, męski.., dość szybko, bo z biegiem dni, że furiat, szaleniec strasznie zazdrosny. To były czasy, kiedy ot tak nie wyjeżdżało się za granicę. Musiałam całymi nocami wystawać pod paszportówką. Napatrzeć się w te przenikliwe oczy urzędników, którzy węszyli Bóg wie co. Na kajać, że wrócę do kraju..   I teraz kiedy w końcu tu jestem myślę, chyba trzeba uciekać.  Nie chcę opisywać najbardziej drastycznych scen, bo i po co. Chyba tylko po to, aby utwierdzić siebie i Was, że zawsze bałam się mężczyzn i  miałam powody.  A i jeszcze, że głupia byłam!! Któregoś dnia wróciliśmy ze spaceru po jego mieście. Pamiętam było lato, ja w krótkiej do kolan, dżinsowej spódniczce i fioletowej koszulce z krótkimi rękawami. Dziewczynka grzeczna, miła, uśmiechnięta. Niestety takie ciele mele, bez języka w gębie.  Jak sobie przypomnę, to aż mi samej robi się żal. A ten zamyka drzwi i krzyczy na mnie, że spódnica za krótka, że koszulka ma za duży dekolt i że wszyscy na mnie patrzyli, a ja na nich. Tłumaczę, że nie wypatrywałam oczu za nikim. Nie dokończyłam kajania. Ten zrywa bawełnianą koszulkę ze mnie i nożyczkami wycina dziury w cyckach. Ja czegoś takiego, jak żyję nie widziałam, nawet sobie nie wyobrażałam. Skulona, zapłakana usiadłam w kącie kanapy. Trzasnął drzwiami i poleciał. Nie znam języka, tylko rosyjski z obcych dany mi był. Do miasta portowego daleko, skąd bym mogła odpłynąć. Zdana całkowicie na niego, jednak obmyślam plan, jakby dać nogę. Nie pomyślałam za długo, słyszę klucz w zamku, wraca. Jak gdyby nigdy nic opowiada, że jutro jesteśmy umówieni na obiad do jego rodziców. Jeszcze kilka mniejszych scen zazdrości i innych jego głupot, a miłość, która nie była miłością wietrzeje do cna!!  Gwoździem do trumny była jego straszna scena zazdrości. Tak mnie przestraszył, że w te pędy na piechotę i wpław do Słupska  wracać chciałam (tam wtedy z kochaną mamą mieszkałam).

A było to tak: on o poranku wychodzi do pracy, ja zostaję w domu. Miała tu za godzinkę przyjechać moja koleżanka, która wyszła za mąż i zamieszkała w tym mieście. Dostałam przyzwolenie „mojego chłopaka”.  Rzeczywiście Alina ze swoim Szwedem przyjechali. Poprosili, abym pojechała do nich na kawę. Ugościli mnie filiżanką zbożnego napoju z jednym ciasteczkiem typu delicja. Porozmawialiśmy, dali mi swój nr telefonu i odwieźli.

„Mojej miłości” jeszcze nie było w domu. Coś tam robię, sprzątam i wpadł mi genialny pomysł ugotowania obiadu. Byłam głodna po tym jednym małym ciasteczku. A że za wiele możliwości nie było, znalazłam tylko kilka marchewek, dwie parówki i paczkę makaronu. Pokroiłam w kosteczkę marchewkę. Ugotowałam i jeszcze makaron i parówki.  Wraca do domu. Widzi, że posprzątane, ugotowane, pewnie myśli – ” jednak nie wychodziła do koleżanki”. Podałam do stołu. Nie mógł wyjść z podziwu, że coś znalazłam i nawet  potrafiłam z tego obiad wyczarować. A duszona marchewka do cna skruszyła go. Siadamy i zaczynamy. Ja opowiadam, że podjechali tu Alina z Samem i zabrali mnie na chwilę do swego domu. Jakby ogień połknął. Wstał kopnąwszy krzesło, zaczął wrzeszczeć, że tam pewnie frykasów się najadłam. Dokładnie wołowiny pamiętam, wrzeszczał. Nie to, co w tym biednym domu. Tłumaczę, że tylko kawę i  ciasteczko. Nie słucha, podchodzi do stołu zabiera mój talerz, otwiera kosz i wszystko zrzuca do śmieci, to samo z jego obiadem. I już po obiedzie. Patrzyłam na to mała, przestraszona gąska i wiedziałam, że nie ma czego ratować, chyba że swojej skóry. Ten jeszcze latał po domu, jak opętany. Wyrzekał, że naoglądałam się szwedzkiego bogactwa, to po co wróciłam do biednego Polaka. I, że jeszcze zapewne wdziękami oczarowałam Szweda. Przeczekałam furię. W ubraniu położyłam się w pokoju obok. Było ciemno. Nie mogłam zasnąć. Obmyślałam plan, jak wydostać się stąd.  Pomogła mi koleżanka. Nigdy więcej nie widziałam go.

 Myślę, że nadmiernej zazdrości nie nakręca potrzeba bliskości, ale lęk przed opuszczeniem lub brakiem zaufania do własnych atutów i możliwości. Czy zauważyliście, że osoby zazdrosne z reguły mają niskie poczucie własnej wartości.  Kontrolują partnera przeszukując kieszenie, telefon, maile, dzwoniąc stosunkowo często z pytaniem, „gdzie jesteś?, co robisz”? W swojej chorobliwej zazdrości mają urojenia, próbują ograniczyć kontakty towarzyskie, zawodowe. Nierzadko urządzają sceny zazdrości, nawet w towarzystwie. Cóż nam wtedy zostaje? Rozmowa. Terapia dla par. Ale jak namówić zazdrośnika?! Wręcz graniczy z cudem.  On dałby nam popalić za taką propozycję.

Kobiety, jak najbardziej też są zazdrosne. Powiem Wam, tak krótko, jak to było u mnie. Kiedy na początku zależało mi, bo widziałam w NAS cały świat, czułam ukłucie w serce, kiedy była żona wydzwaniała nawet o 1 w nocy. Każdy sms stawiał mnie na baczność. Było mi przykro, że kiedy tylko ona zadzwoni, ten biegnie, coś tam ratować. Zmieniło się, a właściwie zniknęło zupełnie moje uczucie zazdrości, kiedy po latach zabiegania o uwagę partnera, a zwłaszcza wspólne spędzanie czasu musiałam odpuścić, bo ile można, kiedy ten drugi nie zauważa cię. Nie ma teraz na ciebie czasu. Pewnie myśli, żeś żoną, to już zawsze będziesz pod ręką! Dana raz na zawsze! Błąd.  Obecnie nie interesuje mnie kompletnie z kim i kiedy spotyka się,  rozmawia, esmsuje… . Nie kochasz lub nie zrujnował Twojego zaufania (zdrada), to łatwo ci nie być zazdrosną.

Zastanawiałam się, kiedy to już patologia. Myślę, że jeśli czujemy się całkiem dobrze z jego niewielką zazdrością, w pewien sposób bardziej kochane, to wszystko w porządku, zwyczajna zazdrość. Natomiast, jak przejmuje nas strach, czujemy się winne, albo zaszantażowane, to mamy do czynienia z patologią. Niestety często kończy się rozejściem pary.

Życzę Wam tylko odrobinę zazdrości, takiej nieszkodliwej. Oby nikt nie przeszukiwał torebek, kieszeni, telefonów, listów ..

Nasze wyobrażenia o związku. „Mamusiu, co my teraz zrobimy”?

Temat, który poruszę siedział głęboko, na dnie serca w ciemnych zakamarkach. Taki nie do ruszenia. W tej chwili, w jednej sekundzie podjęłam się leciutko pokazania na świat, a to za sprawą Moniki z bloga „Polka Polce” i Pawła  z bloga „Zwykły tata” (polecam). Dość często komentuje ich posty i ostatnio było o mężczyznach. Jakimi bywają mężami, partnerami, ojcami.

Podejrzewam, że jeżeli nie każdy, to zdecydowana większość z nas chce dobrze dla swojego związku, rodziny. Mój pierwszy mąż także. Mamy różne wyobrażenia, jak powinno być u nas.  Mówimy, „w moim domu nie będzie disco polo, ogłupiających programów reality show, uroczystości dzieci zakrapianych alkoholem, oglądania filmideł typu „Kevin sam w domu”, bo wszyscy oglądają. Za to wprowadzimy miłość do czytania i muzyki poważnej,, itd. itd.. . Czegoś oczekujemy od życia i to dobrze. Teraz potrzebujemy współtwórcy naszych planów, czyli partnera: żony lub męża. Człowiek nawet mądry, solidny, dobry.. może swoim chceniem i wizją świata zepsuć wiele, jeśli nie idzie ona w parze z drugim i nie wybierze adekwatnych do materiału metod. Trzeba brać pod uwagę ukochaną/ukochanego i nie forsować na siłę swojego patrzenia na świat, uważając, ze mamy monopol na mądrość. Czasem pozwolić sobie na „luz w gaciach”.

Jeszcze raz powtórzę – ” Chcesz wejść w dobry związek, to najpierw odpowiedz sobie na pytanie – Dokąd zmierzam? A dopiero później – Kto tam ze mną pójdzie”? Poznajemy człowieka, podoba się nam fizycznie, w miarę dobrze rozmawia, czyli dość często rozumiemy się, a poruszane tematy czujemy podobnie. Przynajmniej nie diametralnie różnie, np. on uważa, że w wyborach politycznych należy brać udział i bezwolność obywatelska wraz z brakiem zainteresowań tym tematem jest niepatriotyczna i szkodliwa. Wy czujecie tak samo. Już pierwszy punkt zbieżny i kiełkuje myśl – „fajny jest, taki z mojej półeczki”. A to dopiero igła w stogu siana. W miarę upływu wspólnie spędzanego czasu, później zamieszkania na próbę, z każdym dniem, dziwnie kiełkuje z goła odmienna myśl – „On/Ona nie jest z mojej półeczki myślowej, jak to się stało, że jesteśmy tu razem. Co ja tu z nim/z nią robię”?  Idziemy w swoje strony. Każdy w inną. I mamy kolejnych singli. Świat usiany jest nimi. Za moich czasów, czyli za króla Ćwieczka, tak nie było. A niechby który chłopak, syn oświadczył, że zamieszka wspólnie z dziewczyną dla próby. Dostałby od mamy wałkiem po łbie, a dziewczę śmiertelnie obraził, za brak szacunku. Pobierali się i męczyli, w większości trwali latami, tak jak ja 19 wiosen i troje dzieci. Było potomstwo, czyli przyszłość narodu.

Nie oceniam, czy było dobrze, czy źle. Nie o to mi chodzi.Właśnie coś sobie uświadomiłam.  Zdałam  sprawę, że gdybym urodziła się 30 lat później, do dziś byłabym singielką, bez ” znaczącego epizodu zwanego mężatka” i może z jednym dzieciątkiem z wpadki. Choć i tego nie jestem pewna, bo zabezpieczona hormonalnie i nie tylko.

Przyszła pora na malutki obrazek rodzajowy z życia wzięty, coby lepiej zrozumieć mój przekaz słów do Was – „Powrót taty do domu”.

Pobrali się.  Ona nie kochała go, nawet nie specjalnie lubiła. Była w ciąży. On jak później powiedział, zobaczył w niej dobrego człowieka, z którego można ulepić właściwą, wartościową osobę. I lepił!! Bez pardonu twardo dłutem, młotem.. Bała się okropnie wstydu panny z dzieckiem. Już od kilku lat cała rodzina wbijała szpilę, że stara panna(27 lat), a powinna jako mężatka  rodzić dzieci, a nie tylko studia i czas przelatujący przez palce. Skromna, cicha, wstydliwa, życzliwa i naiwna.  Z domu bardzo religijnego myślała, że to grzech interesować się erotyką. Zielona gąska. Lekko bezwolna, spolegliwa. Taka mała ufna kózka z kompletnym brakiem wiary w siebie!!!  Mężczyzna wykształcony, zarozumiały, patrzący z wyższością na wszystkich głupców. Kto nie z nim, ten głupiec i nie warto zajmować sobie głowy. Nauczyła go tego mama. Jako mały chłopiec nasłuchał się śmiechów i wyzwisk, że kaleka, że kulas.. . Bronił się myślami, że to głupcy i nie warto zaprzątać sobie nimi głowy. Życie zrobiło go zimnym, a zwłaszcza twardym. No i mamy przypadkowe połączenie tych dwojga ludzi.

Trzecie dzieciątko, urocza dziewczynka miała wówczas około sześciu lat. To były same początki tasiemca filmowego „Klan”. Siedzą sobie z mamą na kanapie w taty pokoju, bo tam był telewizor. A oglądać wolno było tylko programy przyrodnicze  i historyczne. Teraz to rozumiem, mądry nakaz. Ale jednak nakaz. Teraz to ja nawet telewizora w domu nie mam, ale wtedy była to nieliczna  rozrywka, coś miłego w kieracie.  Tata z politechniki wracał bardzo późno i domownicy spokojnie jeszcze egzystowali. Rozsiadłyśmy się jak w kinie równiutko jedna obok drugiej na kanapie, a tu zgrzyt klucza w zamku. Serce zamarło, nogi zrobiły się z waty. Dziecko zastygło w bezdechu, a matka ze strachu nie mogła ruszyć się do pilota. Zostały przyłapane na czymś, czego w tym domu nie wolno było.  I tego  złamania zakazu nijak nie można wytłumaczyć. Bo jak usprawiedliwić marnowanie czasu na głupoty nic niewnoszące, jak „Klan”. Zawsze kazał podawać minimum 3-4 argumenty na swoja obronę.

Wszedł, a one jak kamienie bez życia.

Pierwsze odezwało się dziecko – „Mamusiu i co my teraz zrobimy”?

Padła spokojna (na ile tylko mogła) odpowiedź matki – „Zrobimy tatusiowi kolację”.

Nadal nie ruszają się. On milczy. Córeczka w płacz i dalej głośno mówi;

„Ale co my zrobimy, przecież oglądamy telewizję”.

Tak strasznie zrobiło mi się jej żal, że zbudziła się we mnie lwica, taka malutka, ale na tyle, aby wziąć dziecko za rączkę i wyprowadzić do kuchni. Chlipała przestraszona i zawstydzona sytuacją. Uklękłam, przytuliłam mocno mówiąc, że nie zrobiła niczego złego.

Wszystko to było chore. Powinnam była nie nastawiać telewizora, a Okruszek nie przyleciałby, nie usiadł wtulony w mamę. Naraziłam ją na nieprzyjemność, na strach. Wtedy nie zastanawiałam się nad tym. Chciałam po pracy poleniuchować siedząc bezczynnie gapiąc się na nowy, krótki półgodzinny filmik.

To jest tylko jeden z cieni mego życia małżeńskiego, rodzinnego. Nie wolno było czytać babskich głupich gazetek typu „Przyjaciółka”.. . Za to prenumerował żonie  „Świat nauki”,  „Wiedzę i Życie”, a dla osłody „Poradnik domowy”. Lubię go do dziś i często kupuję w kiosku. Słuchać byle jakiej muzyki z głupimi słowami,  za to uczęszczać do filharmonii na koncerty. Należało  przychodzić dobrze merytorycznie przygotowaną  do rozmowy używając prawidłowej polszczyzny i mieć kilka argumentów przemawiających na korzyść, gdy czegoś oczekiwałaś.  Zawsze bałam się iść na rozmowę. Jedzenie  bezwartościowych smakołyków i oglądanie programów telewizyjnych dla rozrywki, to był zapłon lontu bomby rodzinnej.

A przecież ten człowiek nie chciał źle, tylko miał swoje wyobrażenie związku i przekonanie, że ma monopol na mądrość, wiedzę i tak ma być jak on zarządzi. A zamordyzm jest najczęściej skuteczny. I może udałoby się to do końca bez rozstania, gdyby tylko kobieta taką kruchą, wrażliwą nie była, bardziej dzielną, tupiącą czasem nóżką. A tak za często poduszka mokrą była. Płakała i mówiła sobie – „Dlaczego nikt nie powiedział mi, że małżeństwo, to taki trud”? A że kobieta” przestraszone ciele mele” to i wychowywanie po swojemu udało się. Ulepić na nowo do ładnej powłoki cielesnej.

W sumie to za wiele jestem mu wdzięczna. Za miłość do muzyki poważnej, za przeczytanie wartościowych książek. Za stracenie wiary, że rodzimy się, aby być także szczęśliwymi ludźmi. Łatwiej mi wtedy było żyć, kiedy nie oczekiwałam, że spotka mnie coś miłego (a ostatnio spotyka bardzo często). Wykuł  swoje zdanie w mojej głowie – ” A kto ci powiedział, że masz być szczęśliwa”!? Dziękuję mu za to, że dał mi dach nad głową w najpiękniejszym mieście, Gdańsku. I najważniejsze – za dar, DZIECI!!!  To bardzo mądry człowiek, tylko wybrał złą metodę do tak wrażliwego materiału, jak ja. Uzyskał wiele, ale za jaką cenę. Wdziałam go wczoraj. Zdziwiło i mile zaskoczyło mnie samą – poczułam się mądrzejsza, a przynajmniej nie, jak zawsze głupsza. Stałam pewna siebie, elokwentnie, śmiało wypowiadająca się.. Zadbana, radosna, z mocą i energią. Już się nie boję.

Pomyślcie o sobie, czy z Wami łatwo mają bliscy, czy nikt nie boi się Was? Czy obraliście właściwą metodę dla uzyskania odpowiedniego celu? Dobranoc, zmykam do łóżeczka. Kleoś dawno je grzeje.

 

 

Pończoszki, szpileczki, sznureczki.. . Ożywić związek

Spróbuję poruszyć temat, o który w sms poprosiła pewna urocza blondynka. Potrzebuje ona porady o wdziewaniu seksownej bielizny do tańca w łóżku. A właściwie przed radością w łóżku. Coby nie było, jak zawsze, czyli położenie się pod kołderkę w zwykłej pidżamie z oczekiwaniem będzie coś dzisiaj, czy mogę spać? Jak stworzyć ekscytującą sytuację, jak odnaleźć się w niej, skoro raczej nieśmiałą niewiastą jest i ekscesów  w życiu za wiele nie wyczyniała? I o tę nieśmiałość jej chodzi.

I o to, że ścieżki ich życia erotycznego już dawno wydeptane i znane. Kręcenie pupcią w stringach przed swoim mężem, odczuwa z zawstydzeniem, jako wygłupy i żenadę.  On wówczas ma ją jak „na widelcu”, widzi każdą fałdkę i przecież on wie, na co ją stać w łóżku. Tak było latami, nie może narzekać, seks fajny, ale chciałaby go jakoś ubarwić, coś dodać, zmienić, choć czasem. W sklepach tyle cudowności, a ona jakby zatrzymała się w tej sferze. To prawda mało w nas samozachwytu, a krytycyzmu wobec swojego ciała, kobiety na ogół mają dużo w przeciwieństwie do mężczyzn. I dlatego dla nas pań, trochę w tym wszystkim strachu, aby nie widział tak dokładnie jakowyś mankamentów.  Wstydzimy się tych kilku kilogramów więcej, a przecież te kilogramy mają moc przyciągania męskich oczu. Kiedy byłam młodą dziewczyną zazdrościłam koleżankom ich płaskich, jak deska pup. Moja zawsze była okrągła, choć ja cała szczuplutka. Teraz właśnie za te krągłości pupci sypią się komplementy. Warto popatrzeć łaskawszym okiem na siebie i w pełni zaakceptować. Na każdą figurkę znajdziemy coś odpowiedniego dla siebie. Tak, abyśmy czuły się komfortowo, a nasz pan zachwyconym był. Brzuszek cię onieśmiela, bo rozstępy, oponki.., załóż body koronkowe, może przewiąż szalem z cekinami. Później będziesz nim leciutko smyrała ciałko zanim opuścisz na podłogę i tak po kolei każdy ciuszek, aż nagusieńką ujrzy cię on, siedzący na brzegu łóżka obejmie w tali, zagarnie do siebie.  Może macie już dzieci odchowane, może większe nowe mieszkanie, więcej intymności, to taniec brzucha i nie tylko, w zasięgu ręki. A na tej rączce czarna bandamka. Kończąc taniec podchodzisz do swego mężczyzny z prośbą przewiązania nadgarstków (ręce odwiedzione do tyłu). Zniewolona kobieta nakręca tak samo, jak niezła pani oficer, grunt abyście angażowali się w to, co czynicie, a nie przeglądali w tym czasie telefon, kiedy partner próbuje sycić się wami. Wiadomo, że nie przy każdym zbliżeniu macie tak wariować, bo i tym można się zmęczyć. Czasem ciche branie „na łyżeczkę” o poranku też może być cudowne. Ty wówczas tylko mruczysz i wtapiasz się w niego.

Zapragnęłaś czegoś innego, w pewien sposób  świeżego, czynionego z  większym zaangażowaniem obu stron? Warto spróbować, co macie do stracenia? Nic, a do zyskania wiele. Może czas ożywić nudnawy związek, robiąc wspólnie coś nowego.

Cóż, jest o czym popisać. Pierwsze dla kogo to nasze strojenie? Przelotna miłostka, czy też już na wstępie zdeklarowane, że na chwilę i tylko do łóżka, to prosta sprawa. Jesteś panią sytuacji. Przywdziewasz nie tylko pas, pończochy, łańcuszki ale i rolę odważnej kobiety- zdobywcy. Takiej, która zna swoje ciało, jego potrzeby, a tym samym swoją wartość kochanki. Pan połknie wszystko, bo dopiero poznaje ciebie. I nie specjalnie chce mu się analizować, czy to szara myszka, która w tej chwili ma duszę na ramieniu, a przebrana w kotkę, czy to farbowana, władcza pani oficer, czy niegdyś i do dziś po trosze potulna kobietka.  Jest mu dobrze, że niewiasta nie leży, jak kłoda, tylko aktywną jest.

Tu liczy się Twoja bezwzględna pewność siebie. Nie uciekaj wzrokiem, podkręcaj pikantnym słowem i błędnymi oczyma pożeraj wybranka na śniadanie. Wybierz muzykę, przy której nóżki podrygują, pupa kręci sama, a ty robisz się rozmarzona czy radosna. Powoli rozbieraj te fatałaszki, tańcząc przed nim. Z jednoczesnym dotykiem, pieszczotą swojego ciała. Posmaruj dłonie oliwką i  wtul w swoje piersi. Nagarniaj, miętoś.. . Rączka na brzuszek i poniżej, leciutko pociągnij  po wargach w kierunku pępka.. Obracaj się w tańcu, okalaj paluszkami dół pośladków, tak jakbyś od środeczka pocierała na zewnątrz. Takie delikatne muskanie. Kręcenie kółeczek. A bioderka hulają, hulają.

Tylko dlatego, że masz na to ochotę. Całe życie  nie inicjowałaś seksu, tylko oddawałaś się, może nawet za potulnie, bezwolnie, trochę obojętnie. W zależności jaki to był Twój okres życia; młoda, przy nadziei, karmiąca mama, wykończona Matka Polka, zmęczona pracownica, rozżalona wszystkim kobieta, czasem szczęśliwa na urlopie, czy swobodna bez obowiązków lub radosna po zaliczeniu czegoś, co spędzało  sen z powiek, a może bezwolna i smutna, bo chłop za dnia nawykrzykiwał, a w nocy pcha palce..

Cóż niejedna z was powie – „Kobieto Dojrzała, ty nie masz pojęcia, co młodzi wyprawiają przed małżeństwem, zanim zostaną rodzicami. Nam rady nie potrzebne, nie takie cuda się umie”. I dobrze, korzystajcie i nie dajcie się zaszufladkować, ani do potulnej, co zgadza się na wszystko, aby chłopak zadowolony wyszedł, ani grzecznej w białym kołnierzyku, warkoczyku, co pójdzie do łóżka, ale ma wyrzuty sumienia, ani do rozpustnej, jak piorun, bo jak to później zmienić (jak rola znudzi, zmęczy)? Możliwym jest, ale wtedy siebie i partnera przełamywać trzeba.  Na pewno nie róbcie niczego, na co nie macie ochoty i przyzwolenia swojego  ciała, np.”złoty deszcz”, seks analny. To powinno wypływać z obopólnej chcicy. Bądźcie sobą!!

Zupełnie inaczej się ma, a przynajmniej trudniej przywdziać rolę wytrawnej, odważnej kochanki z partnerem, mężem, który zna nas od 15, czy więcej lat i wie, jak odnajdujemy się w objęciach. Ogólnie miła, grzeczna w łóżku też. I, że najchętniej szybko wskoczyłaby pod kołderkę, a nie wiła pół naga, jak kusząca syrena.

  Nasze „przeskrobanie” polegało jedynie na tym, że zdarzało się nam o poranku, w wolną sobotę zainicjować seks, wsuwając rączkę.., no względnie górować nad nim przez chwilę, bo od przysiadów nóżki  bolały.

Tu jest trudność. Przełamanie Waszego wizerunku, jedynego, jaki on zna. I was to może onieśmielać, poczujecie wygłupianie się, zakładanie nieswojej skóry, strojenie w cudze piórka. Z takiej, co zawsze ścieliła łóżko, kąpała się i szybciuchno  pod kocyk. Ale można to zrobić. Można zmienić.  To nie jest niemożliwym. Tym bardziej, że z czasem Twój partner też potrzebuje silniejszych wrażeń, coby nadal chciało działać to cudne męskie ustrojstwo. Dlatego warto; dla siebie, bo z upływającymi latami zmieniłyście się i potrzebujecie nadrobić szaleństwo, kiedy to wyłączyłyście się na czas pilnej opieki nad maluszkami waszymi. A dla niego, bo go kochacie, a lata nie pomagają mu stawać się silniejszym kochankiem i nowe bodźce erotyczne wskazane.  Do zmarzliny w łóżku jeszcze zdążycie. Żyjcie, cieszcie się, póki jeszcze czas.

Widzę dwa sposoby. Pierwszy; to spokojna rozmowa z partnerem, wieczorkiem przy herbatce. Powiedzcie, że potrzebujecie zmiany, podkręcenia doznań w łóżku, bo trochę nudą wam zawiało, że chcecie być apetyczniejszymi kochankami.  I same poczuć się bardziej atrakcyjnymi. Zaproponujcie „polepszacze”: a to koronki, pończochy, pas, szpileczki,  sznureczki do zniewalania, wibratory, co się  jeszcze wam zamarzy. Ja nie gustuję w wibratorach, kiedy chłop sprawny. Ale wy możecie chcieć wypróbować. Myślę, że mężczyzna ucieszy się z wszystkiego. I z podgwizdywaniem będzie  wychodził do pracy i wracał do domu.

Drugi sposób, to bez dosadnej rozmowy, tak niby cichaczem, wprowadzajcie zmianę małymi kroczkami. Zróbcie tygodniowy, czy miesięczny wstęp (ile czasu wam potrzeba) bycia odważniejszą, a to w słowach pikantnych, a to w zaczepkach, typu przeparadowania przed nim na golaska, czy piekielnie kuszących stringach, a to stojąc za nim w kuchni wsunąć dłoń między jego uda, a to w  pocałunku przed wyjściem do pracy, inaczej niż zwykle, zaczepiając językiem, z kuszącą obietnicą na wieczór. On poczuje, że coś się budzi, zmienia w nas, szykuje… . Zakładam że do tej pory często byłyście uległe i nie rzadko bolała was głowa. Chłop pomyśli, „chce się jej, fajnie”! Już jakiś błysk waszej odwagi stworzycie. I pójdziecie w tym kierunku dalej.

Innym razem zamiast grzecznie pod kołderkę usiądziecie na niej lekko niegrzecznie. Tak, jak ja na swoim łożu (powyżej). I poprosicie o pomoc w rozpięciu seksownej bielizny. To będzie wasz wstęp do nowej ja. Cudnej kochanki, żonsi. Skończy się, jak skończy. Liczę na apetyczne zakończenie. I przyjdzie wieczór kolejny, a wy kotki w koronkach, on kocur na krześle, okryty kocykiem, coby mu członki nie zmarzły. Taniec, lubieżny taniec wokół mężusia z doklejonym uśmiechem od ucha do ucha. Z każdym kolejnym będziesz odważniejsza. Powodzenia dziewczyny!! Do tych po pięćdziesiątce też piszę, jesteście nadal piękne, a wasz pan potrzebuję mocniejszej podniety, coby porządnie drgnęło.

Ciche dni. „Kurczak w stylu Tandoori”.

Znowu ta sama sytuacja, podnoszę głos zdenerwowana, on też. Potok słów, strzelamy do siebie, jak z karabinów. Już nawet nie pamiętam, co wykrzyczałam.  Trzask drzwi. Zamknął się w pokoju. Jestem wściekła, obiecuje sobie, że pierwsza nie odezwę się. Wychodzę. Musze się przejść, bo inaczej rozniesie mnie. Znowu to zrobił. Zaprosił gości z dnia na dzień. Jak on to sobie wyobraża? Wracam tak późno z pracy, kiedy ugotuję, upiekę, posprzątam, a poza tym miałam ochotę na kolacje przy świecach we dwoje. Tak dawno nie kochaliśmy się, ciągle zabiegani, a on dba o przyjaciół, nie o mnie.

I mamy  ciche dni. Każdy przeżywał je w związku. Nawet w najlepiej dobranych parach może dojść do kłótni, zwłaszcza jeśli problemy nie były omawiane na bieżąco. Nie lubimy tych dni milczenia i naszych serc królowej śniegu. Rzeczywiście są potrzebne, pomagają, czy raczej szarpią związek i prowadzą donikąd? Kłótnia zabolała, słowa złe brzmią w głowie. Jesteś zły, zawiedziony partnerem i tych właśnie „cichych dni” potrzebujesz na uspokojenie, przemyślenie. Jedno jest pewne – nie przedłużajmy ich. Rozmawiajmy, nie krzyczmy. Dzieci nasze boja się, martwią, że mama z tatą już nie lubią się. A może to ja coś zawiniłem i rodzice kłócą się przeze mnie?

Ciche dni, to metoda stara, jak związki. Metoda kontrowersyjna w skuteczności i niebezpieczna. Ukaranie partnera milczeniem, boli i niepokoi. Coraz częściej gości w naszej głowie myśl- „.., nie mogę tak żyć, co z nami będzie”? Budzimy się i z ciężkim sercem wstajemy. Z takim samym sercem wracamy, choć byliśmy wśród ludzi i jesteśmy pewniejsi niż o poranku. Ale nic nie idzie: ani w pracy, ani na spotkaniu z koleżanką, ani wizyta u mamy.  Nie chce ci się gotować obiadu, czytać dziecku, oglądać telewizji. Nie możesz skupić się na odrabianiu lekcji z waszą pociechą. Trudno jest przerwać milczenie, a im dalej w czasie, tym gorzej. Nasz upór, zawziętość nie pomaga. W końcu mamy dość tego mijania się, tej gęstej atmosfery i przepraszamy, choć nie czujemy się winni całego zdarzenia. Na dłuższą metę tak nie da rady. W końcu ta przepraszająca na okrągło osoba tupnie nogą i różnie się skończyć może. Przecież nie o to chodzi tylko o dogadanie się, zrozumienie jedno drugiego, przyznanie do tego, co po mojej stronie. W rozmowie nie tyle obwiniajmy, co  mówmy, jak czujemy te daną sprawę, jak my się w tym odnajdujemy lub nie.  Ciche dni, to brak komunikacji w związku. Nie mamy dostępu do kochanej osoby. Nie wiadomo, co myśli, do jakich wniosków doszła. A najczęściej bez wytłumaczenia dochodzimy do dziwnych wniosków. Nie powie, to zostawi nas ze swoją interpretacją.

Będąc małym dzieckiem, podsłuchałam rozmowę mojego kochanego dziadka Pawła, jak mówił swojemu sąsiadowi, że nigdy nie należy kłaść się spać w gniewie. On z babcią byli dla nas wnucząt wzorem. Staruszkowie po 80 -tce, przytuleni, siedzący na ławeczce pod domem. Często trzymający się za dłonie. Podziwiałam go za to, że  nie krzyczał, nie denerwował się, nie pił alkoholu. Żona, dzieci, wnuki nigdy nie widziały go pianego.

Pewnie każdy z nas pamięta ciche dni ze swoich domów rodzinnych. Zdarzały się najczęściej po dniu, dniach picia alkoholu.  Tata wstydził się, mama była smutna.

A może by tak zamienić ciche dni na ciche godziny. Dać sobie czas na wyciszenie, ułożenie myśli. I jeszcze raz postarać się o zgodę, bo nie mówienie o spornych sprawach nie oznacza, że ich nie ma.

Weźcie sprawy w swoje ręce. Ktoś z was pierwszy musi zaproponować kolacje z rozmową. Bądź silny, zrób to. Moja mam powiedziałaby – „bądź mądrzejsza”. Przygotujcie kolację, zjedzcie w spokoju, na ile się uda i przy lampce wina, ja wolę herbatkę (nigdy nie piję alkoholu, tak jak dziadek Paweł) porozmawiajcie. Kluczem jest spokój i wasza dobra wola w dogadaniu się. Przecież tak naprawdę chcecie zgody.  Może nie rzucajcie się, kto pierwszy do głosu, aby moje było na wierzchu, tylko zacznijcie wstępem. Powiedz jej, jak lubisz wtulać nosek w jej pachnąc włosy, jak bardzo ujmują cię jej roześmiane oczy o poranku i chichot, kiedy oglądacie kabarety. Jak cudowną jest mamą, schylającą się do całowania stłuczonego kolanka dziecka. Niezmordowaną do nocnego wstawania. Zauważasz to, podziwiasz i ty także potrzebujesz jej dłoni na swoich skroniach. Równie dobrze, to samo może zrobić kobieta. Zanim przejdziecie do tego, co boli. Na takim podłożu, kiedy ścieżka do serca omieciona będzie wam łatwiej.

Ostatnio usłyszałam jeden z piękniejszych komplementów w życiu. Takie proste słowa, bez udziwnień, a tak stopiły serce. Stanął w drzwiach. Ucieszyłam się i zdziwiłam, że wrócił. Stał i patrzył wyczekująco.

„Myślałam o tobie wczoraj,  czy jeszcze kiedyś cię zobaczę? Wierzyłam że wrócisz, kiedy zobaczyłeś, jak zwykłą dziewczyną jestem”.

Pogłaskał mój policzek i bez namysłu rzekł, – „Właśnie dlatego wróciłem, bo zobaczyłem, jak niezwykłą  dziewczyną, jesteś”.

Miłych słów nigdy za wiele. One mają tak wielką moc! Słowa tak samo mocno ranią, jak i goją.

A teraz przepis na pyszne jedzonko.

„KURCZAK W STYLU TANDOORI”

Kawałki kurczaka, takie jakie lubisz. Ja wzięłam pojedynczą pierś, po 3 udka i skrzydełka. Udka przecięłam na pół, ponacinałam kratkę na mięsie, skrzydełka przecięłam, a pierś wzięłam w całości, mała była. Przełożyłam do miski dodałam duży jogurt, zmiażdżone 2 ząbki czosnku i po 2 łyżeczki imbiru, ostrej papryki, czosnku i kurkumy w proszku. Trochę soli. Wymieszałam. Powstała żółta śmietanka. Odstawiłam do lodówki na pół godziny. Na patelni rozgrzałam olej kokosowy, ale może być i nasz rzepakowy. Obsmażyłam po 5 min z obu stron. Przełożyłam do naczynia żaroodpornego na godzinę w 160 stopni. W połowie pieczenia dodałam 4 ziemniaczki przekrojone na pół (chyba zawsze wrzucam ziemniaczki, jak piekę mięsko). Ostatnie 10- 15 minut piekłam bez pokrywy. Wyjęłam mięsko i ziemniaczki, a w ten sosiko-tłuszczyk wrzuciłam ugotowaną kaszę kuskus. Wykorzystam do innego dania.  A może zamiast ziemniaczków wolicie bardziej indyjsko niż swojsko z pyrkami. Przedtem maczałam  w tym sosiku kawałeczki świeżej bagietki. Zaręczam wam, z bagietką bez kaszy też pychotka!! I Hindusi woleliby z moją ulubioną, chrupiącą bagietką, zapewne. Placuszkami, chlebkami zamiast sztućcami nabierają dania, sosy..

PS Dziewczyny nie zapomnijcie ładnej bielizny, bo powinno skończyć się rozbieraniem, wtulaniem, nagarnianiem.. . Życie może być piękne. Dążcie do tego. A zapomniałabym, – panowie tam też należy golić się!!  Są kobiety, które uwielbiają lizanie, ssanie.., a tu włosy w zębach. Nie dopuśćcie do tego.