„Bajeczka”..

Poezji ciąg dalszy, czyli nadal sprzątam i znajduję. „Spotkanie na Piwnej” ujęło mnie bardzo, ale  „Bajeczka”, „Motyl”, też miłe.  Szukajcie, sprzątajcie, znajdujcie. A może sami napiszcie dla kogoś bliskiego. On skrzętnie przechowa dla potomnych lub po prostu dla siebie, na lata wspomnień.

Mój poeta, to człowiek niezwykle spokojny, miłujący jedną jedyną na całe życie. I co zrobić jak miłość odejdzie, pójdzie daleko, daleko.. Taki człowiek stara się pokochać jeszcze raz, bo samemu źle, ale nie umie. Mówi o miłości, pisze o niej, może to pomoże mu uwierzyć, że jeszcze jest to możliwym, to ponowne miłowanie.

„Bajeczka”

„Księżyc świeci, płonie świeczka

W głowie snuje się bajeczka

Jak księżniczka z starej baśni

Mówi: „Miły, dziś już zaśnij,

Niech sen dobry, zmysły zgasi,

Niech to będzie sen o Basi”

Rano świt ten sen rozrywa,

A tu – Basia!… Ale żywa!”

 

” Motyl”

„Zjawiłaś się, jak motyl

Z dużymi oczami

Na skrzydełkach.

Wachlując firankami oczu

powołałaś huragan

Do życia.”

Dziękuję mu. Ładnie pisał. Nadal się lubimy! Jak widzicie samą poezją, sztuką, człowiek nie żyje. Było, minęło.  Z nami, to trochę, jak z tym żurawiem i czaplą. Tylko, że z małą różnicą. Ja chciałam na początku i tak z pięć lat dreptałam, aż mi przeszło i chcenie i dreptanie, bo nie było odzewu, inna czapla nadal zajmowała miejsce. Kiedy mi przeszło bezpowrotnie, jemu się zachciało, a przynajmniej miał już trochę miejsca na nową czaplę. Tylko, jak sercu kazać ponownie kochać. Zamarzło i dla niego już nie odtaje. Tego nie da rady zrobić za pstryknięciem palców. Naszym błędem była zbyt wczesna próba bycia razem, kiedy serce niegotowym było. Porzucony mężczyzna, który nie przestał kochać, nie bierzcie się za takich, dziewczyny!!!

                           

 

Reklamy

” Spotkanie na Piwnej”

Już pod koniec ubiegłego roku naszło mnie sprzątanie i trzyma do dzisiaj. Porządkowanie, odświeżanie ścian i garderoby, wyrzucanie tego, co zalega latami. Nareszcie nie żal mi. Sprzątam i sprzątam, moje życie też.

Właśnie umyłam dwa okna, zrobiłam deser z granatem (przepis z 6 stycznia), bo jutro przyjeżdża córeczka kochana z Warszawy, idziemy do opery, a następnego dnia do filharmonii. Teraz przyszła pora wysprzątania komody z mnóstwem szuflad, szufladek z papierami. Posypały się kartki i pożółkłe karteluszki. Ukazał się on – list z wierszem. Leżał na deskach podłogi. Przysiadłam na dywanie i czytałam. Czytałam  i myślałam, o kunszcie pisarza i że kiedyś ktoś tak czuł. Na chwilę jego życia,  byłam taka wyjątkowa. List odłożony do szufladki -„Wspomnienia”.  Posłuchajcie. To tylko słowa, ale jakie ładne.

„Spotkanie na Piwnej”

„Kiedy szłaś do mnie, wtedy na Piwnej. Pragnąłem Ciebie takiej, nie innej.

W pokoju marzeń zbłąkanej duszy

Była dziewczyna, co się nie puszy

Szczera i skromna, miła, uczciwa

Dobry przyjaciel i nieleniwa

Wierna kochanka, wrąca, gorąca,

Tak gorejąca, jak kula Słońca..

Zakres przymiotów wcale niemały

Ale od czegóż są ideały?

Kiedy szłaś do mnie, wtedy na Piwnej. Pragnąłem Ciebie takiej, nie innej.

Choć rozum mówił, że niemożliwe,

Żeby ktoś taki istniał prawdziwie

Teraz wiesz wszystko, szły dwie osoby

Ciało poprawne – Dusza bez głowy

Na pozór kukła, człowiek spokojny

W środku podróżnik, żołnierz bez wojny.

Szukałem ciebie, ciebie szukałem

O twym istnieniu nic nie wiedziałem.

Choć przeczuwałem – wierzyłem w Ciebie.

I jestem z Tobą, mężczyzna w niebie

Kiedy szłaś do mnie, wtedy na Piwnej. Pragnąłem Ciebie takiej, nie innej”.  

 

„Przysięgałaś przed Bogiem!”

Poruszę dziś temat, którego nie sądziłam, że powinnam, a raczej, że mam potrzebę. Ale moja znajoma, też mama trójki dzieci, przeżywa natłok myśli i chce wiedzieć, jak ja to zrobiłam. Jak udało się odejść, kiedy odpowiadałam za trójeczkę Okruszków.

– „Przysięgałaś przed Bogiem!!!”.

Takie słowa usłyszała kobieta, kiedy poprosiła męża o rozwód.

Nie namawiam nikogo do rozwodu. Przeżyłam go i wiem, co to jest. Choć może nie do końca, bo mój był łagodny, bez szarpania. Sama napisałam wniosek, swoimi słowami opisałam nasze małżeństwo, na końcu prosząc o potwierdzenie urzędowe, tego, co i tak już ma miejsce. Wyprowadziłam się rok wcześniej, mieliśmy rozdzielność majątkową i nie sypialiśmy razem od 12 lat. Ja zrzekłam się wszystkiego, bo przecież weszłam do jego mieszkania po babci. Wzięłam tylko meble ze swojego pokoju (kupiłam je z nagrody dyrektorskiej). Nie byliśmy bogaci, nie było czego dzielić. Do sądu przed rozprawą złożyłam też oświadczenie, że zrzekam się alimentów na dzieci (11, 15, 18 lat), argumentując, że to dobry człowiek, i jak będzie na coś potrzeba pomocy finansowej,  to na pewno wesprze, jak będzie miał. Sąd i tak zasądził, motywując, że chodzi o dobro dzieci. Zapytał, ile potrzebuję na utrzymanie dzieci. Kuląc się, że muszę jakąś kwotę podać, wyszeptałam 200 zł. Na co sąd zwrócił się do protokolanta; -„Proszę zaprotokołować: każdego do 10 dnia miesiąca, należy uiścić na konto Barbary… po 200 zł na każde z trójki dzieci”. Szybciutko podniosłam dwa paluszki, jak grzeczne dziecko w klasie,  wstałam i wyjąkałam, że chodziło mi o 200 zł na całą trójkę dzieci. Sąd zmierzył mnie tylko demonicznym wzrokiem. Zamilkłam. Ale było po mojemu. Wychodząc z przytłaczającego gmachu, zatrzymaliśmy się na chwilę, przytuliliśmy. On życzył mi uwagi na siebie, a ja przeprosiłam i potwierdziłam, że nie chcę alimentów. Jak będę w biedzie poproszę.

Chciałam rozwodu, bo miałam nadzieję! Nadzieję na lepsze jutro, którego przecież już niewiele zostało.  Gdybym nie poznała dobrego człowieka, (hm zastanawiające, kolejnego dobrego człowieka i nic) nie ruszyłabym się z trójką dzieci. Nie miałam swojego dachu nad głową, a pensja nauczyciela na niewiele  zdałaby się. Gdybym wynajęła pokoik, to gdzie z trójką takich dużych dzieci weszłabym? A jeszcze, jakby ojciec dzieci uparł się, to odebrano by mi dwoje dzieci, a najmłodsze zostawiono na pocieszenie, bo finansowo niewydolna. Chcę Wam tylko powiedzieć, że oparłam się o drugiego mężczyznę, dlatego chojraczka podała o rozwód.

Rozwód to trudna decyzja. Do końca nie wiesz, jak to wpłynie na dzieci. Nieraz, jak coś nie wyjdzie, albo ułoży się inaczej, myślisz to przeze mnie, bo zachciało mi się rozwodu. Dziecko ucieknie Ci do „lepszego” kraju, myślisz przeze mnie, inaczej byłoby gdy ojciec był na miejscu. Nie zechce podjąć studiów, myślisz przeze mnie, byłoby inaczej. Może  pochopnie podejmie decyzję o rzuceniu szkoły, młodym, pochopnym wyjściu za mąż.., myślisz przeze mnie. Jeśli jesteś wrażliwą osobą, twój czyn będzie Cię gnębił latami, a sumienie skrobało serce codziennie, że zachciało Ci się miłości. Teraz po latach mogę powiedzieć, że mi, mój czyn wyszedł na dobre, choć nadal nie mam męskiej miłości. Cieszę się istnieniem w spokoju i bezpieczeństwie. Czasami potrzeba nam nie tyle drugiego męża, żony, co własnego „M”.

 To była właściwa decyzja, ale tylko ja wiem, ile mnie to wszystko kosztowało.

Nie możesz już wytrzymać w małżeństwie i masz dość noszenia okularów przeciwsłonecznych zwłaszcza zimą. I tych szeptów w sklepie „ciekawe, o którą szafę tym razem uderzyła się”? Kobiety, czy mężczyźni bici w związkach nie opowiadają o tym, nie żalą się. Księdzu na spowiedzi przyznają się i proszą o radę.

Jeden ksiądz powie, – „Musisz nieść swój krzyż”. No ładna mi ewangeliczna rada! „Mówienie katowanej kobiecie, że ślubowała wierność i dlatego nie wolno jej opuścić męża kata, jest parodią religii” (ks.A.Boniecki). A ja powiem i doda, że „Bóg tak Ciebie ukochał, że z miłości zsyła Ci takie cierpienie”, jest podwójną parodią. Nawet Jezusowi pomagano nieść krzyż. Szymon dźwigał z nim, a św.Weronika pomagała, ocierając twarz. Znam rodzinę, gdzie matka z małymi dziećmi ucieka z domu na noc, kiedy mąż wraca spity. To człowiek agresywny, zwłaszcza, jak wpije. Bije ją i dzieci. Uznanie takiej sytuacji za normalną, to kapitulacja wobec zła!

” Nie każde zło, jakie nas spotyka jest krzyżem, którego niesienie zalecił Jezus. To przyzwolenie jest udziałem w złu” (ks. A.Boniecki).  Kościół na szczęście, przy twardym podejściu do nierozerwalności więzów małżeńskich dopuszcza separację. Może – „nie opuszczę cię..” znaczy: – „nie wezmę nikogo innego na twoje miejsce”?

Na koniec powiedziałabym tak: dziewczyny i chłopaki, nie pozwólcie niszczyć swojego życia. Ono jest jedno, bezcenne. Troszczcie się także o siebie.

Nie chodzi tylko o przemoc fizyczną, o strach, lęk, pijaństwo, ale i przemoc psychologiczną, mniej zauważalną. Ciężko jest mieć obok siebie człowieka, na którym nie można polegać i który codziennie wgniata cię butem w ziemię, jak wesz. Czujesz się upodlonym, zgnębionym. Niczym! A przecież jesteś dzieckiem Boga. Walcz o małżeństwo ile się da, dopóki widzisz sens lub odpuść i przestań bić głową w ścianę.

 

Być przy Nadziei.

Słowo ciąża jakoś ciąży człowiekowi. Lubię zwrot – „być przy nadziei”.

W latach głębokiego komunizmu najczęściej mniej zabezpieczaliśmy się przed poczęciem dzieciątka. I zdecydowanie rzadziej mieliśmy możliwość pobycia sam na sam, bez dozoru rodziców. I jak się już takie święto zdarzyło, często ludzie szli na żywioł. Śmiałam się, że wystarczyło  usiąść chłopu na kolana, a ciąża gotowa. Wywoływało to nasz strach i często słowo „ciąża” nie było miodem na serce, tylko strachem oblewającym plecy zarówno  kobiety, jak i mężczyzny.  Automatycznie pociągało to „dobrowolny mus” oświadczenia się, wyjścia za mąż i wzięcia odpowiedzialności, skoro pojawiło się maleństwo na tym świecie. Teraz od młodego jesteśmy „wytrawne” w zabezpieczaniu się i to latami. I kiedy już po trzydziestce chciałabyś mieć Okruszka, okazuje się, że to, nie takie łatwe i oczywiste.

Moja koleżanka jest w długo wyczekiwanej ciąży. Cieszy się i boi, czy wszystko będzie dobrze, czy maleństwo zdrowe. Kiedy tylko widzimy się podpytuje mnie, matki trójki dzieci o różne sprawy związane z porodem, szkołą rodzenia, wychowaniem.. . Opowiedziałam jej o mojej pierwszej wizycie w szpitalu, kiedy to stawiłam się do rodzenia. Nie miałam doświadczenia, a jedynie słyszałam to i owo od mamy, teściowej, przyjaciółek.

Nie będę rozpisywała się Wam o każdym ciekawym fakcie z tego pobytu na Klinicznej, np. o wypchnięciu  łokciem mojego synka przez hinduskiego lekarza, po dobie, kiedy odeszły wody i krwi wiele, czy dziwnym objawie tężyczki, kiedy to całe ciało, wraz z twarzą skamieniało mi. Raczej o tym, już po narodzeniu pierwszego Okruszka.

Jak wiecie wyszłam za uczonego człowieka, z zacnej rodziny mądrych ludzi, do tego z zapędami eko, bio, ziołolecznictwa.. . Jak na tamte czasy, to było dziwactwo raczej, kiedy wszyscy pędzili do nowoczesności.  Po porodzie, w pierwszej przekazanej mi paczuszce różnych drobiazgów, mąż nie omieszkał włożyć litrowy słój ciekawego napoju o intensywnym kolorze. Otwieram wącham, smakuję. Ohydztwo! Dziwnie podejrzanie pachnie, a kolor czarnej porzeczki, czy owoców dzikiego bzu. Myślę o nie, nie będę męczyć się z tym eliksirem zdrowia. Zakręciłam, odstawiłam i poszłam podejrzeć mój cud, leżący w inkubatorze. Okruszek nie był gotowy przyjść na ten świat, wypchnięty, bo tam jego schowanko skończyło się, musiał dojrzewać nie w ciepełku brzuszka mamy. Wracam spłakana, bo inne mają Okruszki przy sobie, a było nas 13 na sali porodowej i tyle samo na sali połogowej. A ja wciąż sama. Myślę trudno życie jest ciężkie, wypiję ten sok chyba z czarnego bzu, dla zdrowia, dla wzmocnienia organizmu, kiedy już będę mogła karmić piersią mój Skarb. Dla dziecka zrobimy wszystko. Pierwszy łyk bry.. Zatykam nos i męczę się z wypiciem. Wypiłam pół słoja. Otrząsnęłam i powiedziałam dość, tej męki. Więcej nie dam rady. Po godzinie, dwóch smutna dalej przeglądam paczuszkę, a tam na końcu w ściereczce zwinięty w rulonik liścik do żony od zacnego męża. Na końcu informujący mnie, że w słoju mam już rozpuszczony nadmanganian potasu do podmywania okolic intymnych. Matko, myślę, co ja teraz  zrobię, jakie będzie moje mleko? Biegnę szukać pielęgniarki. Jest! Podchodzę nieśmiało, w cichości prawie szepczę, bo wstydzę się, aby nikt nie usłyszał mego czynu, opowiadam co i jak. Proszę o poradę. Na co ona, na głos śmiejąc się woła do swojej koleżanki, pielęgniarki, a słowa niosą po całej sali,  –  „Wiesz, co ta mała zrobiła? Wypiła pół litra nadmanganianu potasu”!! No proszę i już wszyscy wiedzą. Obróciła się do mnie i rzekła, że nic mi nie będzie. Przeżyję ja i maleństwo.

Kochane dziewczyny, życzę Wam, aby słowo ciąża nie zmroziło Was, aby to była miłość od pierwszej myśli. A Wam chłopaki, aby właśnie w tym szczególnym momencie nie zabrakło odwagi i miłości do Niej i do nowego Życia.

Kochać inną istotę, nie oznacza, że uważamy ją za cudowną, tylko niezbędną do życia. A w przypadku dziecka: i cudowną i niezbędną.

Zaszumiało w głowie. Procenty!!

W tym względzie pewnego rodzaju dziwak ze mnie. Alkohol nigdy nie szedł  w parze, niezależnie od sytuacji. Jako mała dziewczynka widziałam tatę i naszych sąsiadów, ich synów, później brata nieźle podpitych, coby nie rzec zalanych.Taki widok nie był mi obcy i zrozumiałam, że nałóg istnieje. Nie bardzo umiałam to pojąć, ale pamiętam, jak tłumaczyłam sobie tych biedaków, że oni tak lubią wódkę, jak ja czerwoną oranżadę. Moja mama nigdy nie piła żadnego alkoholu, tak samo, jak jej tata, czyli mój dziadek Paweł. Chyba mam to w genach, po mamie. Mój organizm nigdy nie był ciekawy alkoholu. Nie miałam takiej potrzeby, a może bałam się tego, wiedząc, jak wyglądają ludzie piani i ile zła wyrządzają najbliższym, ile tam płaczu i próśb na kolanach.. Jakie rzeczy wtedy mówią, co mówią, jak mówią. Cóż, tak ogólnie strasznie wzdryga mnie człowiek nadużywający trunku. Ale myślę, że ja nie piłam alkoholu, bo bardzo długo byłam dzieckiem., osobą niedojrzałą, kochająca lizaki, czekoladę, a nade wszystko taki skarb jak chałwa (jej smak poznałam mając 12 lat) i nigdy nie dojrzałam na tyle, aby nauczyć się dotrzymywać towarzystwa z kieliszkiem.

No i cóż nastąpiło to moje pierwsze zderzenie z alkoholem. Byłam świeżo po maturze i zaraz od czerwca ruszyłam do pracy, jako sekretarka. Taka ze mnie sekretarka nietypowa była. Mała, uśmiechnięta, kompletnie bez makijażu dziewczynka. Chciałam  przez wakacje zaczepić się do pracy, jako ekspedientka w domu towarowym, to taka galeria handlowa, ale na miarę komunizmu. Brakowało im sekretarki, a ja po maturze, to wzięli mnie. I sumienną byłam: kawę parzyłam, na listy odpisywałam, pocztę nadawałam i pilnowałam coby każdy trochę odstał w kolejce zanim stawi się przed oblicze dyrektora tego  „sezamu”. W pokoju, obok mego byli kierownicy. Dwóch eleganckich panów i kobieta. Od jakiegoś czasu słyszałam  od nich wyraz nie bardzo dający mi się rozpoznać. Mówili coś o „wkupnym”. Myślałam, „hm, chyba chcą, żebym im coś dała, ale co”? Nie dopytywałam, a oni niecierpliwi  się zrobili. Widocznie dłużej nie mogli  czekać i zawołali mnie do swego gabinetu. A tam kilka butelek „Czystej” i ciasteczka nasze polskie, toruńskie serca w czekoladzie.

No i już wiedziałam, co to wkupne!!

Zapamiętałam na całe życie. I to na tyle nawet, że teraz Wam  opowiadam. Nadmienię, iż do tej smutnej pory nigdy nie umoczyłam nawet ust w winie, piwie, czy innym twardszym paskudztwie, jak wódka. A, że dziecko karne i wstydliwe byłam, to nie ośmieliłam się odmówić kierownictwu memu. Wypiłam pierwszy kieliszek. Na moment przestałam istnieć. Nigdy w życiu nic gorszego nie zagościło w moim przełyku, nawet przez pomyłkę wzięte w barze samoobsługowym śmierdzące flaczki były lepsze (a myślałyśmy z siostrzyczką, że to grochówka). Po drugim kieliszku musiałam przybrać wyraz umierającej, że kazali mi się zabierać. Sięgnęłam po toruńskie serce, coby jakoś odkazić organizm z tej trutki. Bałam się, że spaliło mi przełyk i już nie poczuję co jem. Usiadłam w autobusie. Cały krążył ze mną. Po 10 minutach jazdy, jakoś zgięta na pół wyszłam z niego. Uszłam kilkanaście kroków i pomyślałam, że to mój koniec, przyklękłam na trawniku i .. zwymiotowałam! Moje ciało zakodowało palący trzewia smak i smród wódy. Nigdy więcej!!  Mijały lata całkowitej abstynencji i wyszłam za mąż. Mąż mój chciał zabłysnąć przed gościem swoim uczonym i  winem kupionym w Pewexie (twór komunizmu dla bogatych z wyższą walutą niż złotówka) uraczył. Ja miałam moczyć usta. Łyczek połknęłam i od razu pomyślałam „Boże mój to paskudztwo tyllleee kosztuje, pięciu groszy bym nie dała za tę kwasielice”. Niestety, ona ta kwasielica weszła w moje przeguby i wszystko zrobiło się miękkie, tj. kolana, nadgarstki.. . A to był tylko łyczek. Pomna tego doświadczenia przez następnych prawie 20 lat nic z procentami nie przełknęłam. Na moim pierwszym przyjęciu ślubnym w domu, dla garstki ludzi nie stawialiśmy alkoholu żadnego. Na drugim był kieliszek szampana.

No i minęło prawie te 20 lat. Pojechałam na wycieczkę autokarową. Poznałam urodziwego chłopaka, któremu nieopatrznie obiecałam  wypicie piwa, jak zjawi się w Gdańsku. Myślę, „bracie, ty w środku kraju mieszkasz, już ja widzę, jak ty na zakupy do Gdańska jedziesz”! No i przyjechał. Szybciej niż sam pomyślał. Idę pogadać i wypić ten obiecany trunek, a wcześniej nigdy nie piłam piwa, tylko wąchałam. Smród ohydny. No ale co robić, jak się głupią było i obiecało. On namawia, ja się wiercę i w końcu zamawiam małą szklaneczkę piwa z sokiem malinowym. Piję..

No i było po gadce!

Dobrze, że nie miałam do domu daleko. Wróciłam, przyznałam się mamie, co zrobiłam. Nie umie Wam tego opisać, co się  działo! Nie mogłam znaleźć sobie miejsca, kładłam się i wstawałam, otwierałam okno, oddychałam głęboko, sapałam.  W końcu rozebrałam się weszłam do wanny, uklękłam i nie wiem co chciałam zrobić, ale pragnęłam, aby mnie to opuściło, ta szklanka piwska. Cofałam się, jak ten kot przed wymiotowaniem i nic. Mama położyła mnie pod koc, kazała spokojnie leżeć i zasnąć. A  dzieciom nakazała nie podchodzić do mamusi, bo chora. Przespałam się i ożyłam, ale nie chciałabym już nigdy przeżywać tej niemożności znalezienia sobie miejsca. Ja się nie nadaję do picia.  Chyba, że coli ta mi jakoś chętnie pcha się do żołądka. I nie dyskutuję teraz, co z tego gorsze. Ja po każdym łyku każdego alkoholu umieram, a po herbacie czarnej mocnej, czy coli, nie. Więc piję to, co mogę, na co pozwala mi moje ciało.

Wszystko jest dla ludzi, tylko z umiarem, ale ja nawet z umiarem alkoholu nie mogę. Więc się z nim nie męczę. Lubię za to słodycze z daleką nutką alkoholu, np. ciasta z kremem na spirytusie czy likierze. I już panowie wiedzą, czym można mnie skusić. Kawiarnia, ciasto i spacer.. Kokietka! A tak!!

Trochę powagi na koniec. Wpis jest o moim piciu, nie o alkoholizmie, z którym przyszło zmierzyć się dziecku. dlatego, nie czuć tu łez, strachu, niedotrzymanych obietnic.

Alkohol niszczy Ciebie i tych, którzy Cię kochają. Dzieci! Uważajcie na nie. Są bezbronne.

Współczuję też matkom, które nie mogą pomóc swojemu dziecku uwikłanemu w tę chorobę.

Nie chciałabym mieć mężczyzny, który codziennie przed snem pije piwko, dwa. To jest alkoholik, jeśli nie wytrzymuje, jeśli musi..

 

Jesienna nostalgia, a z nią poezja.

Jesień. Pora roku do kochania i nielubienia, w zależności w jaki okres weszła. Babie lato, niesie ze sobą wyjątkowy urok jesieni.  Ciepło, ale nie upał za oknem i w sercu. Pewne zwolnienie tempa, biegu życia. Spokojniejszy krok z pracy, z myślą – „kolejne lato mego życia minęło”. Mieni się kolorami sennego ciepła. Perełki rosy na pajęczynie. Trawa w uśpieniu, stargana, pożółkła. Miękkim, aczkolwiek niepewnym krokiem wchodzimy w szarugę jesienną.

Och, jest i ona! Zimna, wietrzna, do przeczekania.  Ciągnie ze sobą; pluchę, smutek, nawet depresję. Porządki na grobach bliskich, wspomnienia. Pośpiesznym krokiem wracamy do domu. Zasiadamy przed telewizorem z talerzem gorącej zupy. Grzejemy dłonie na kubku herbaty z pigwą, maliną, cytryną. Wspominamy ciepłe promyki słonka, które przyjemnie muskały twarz. Pod nogami zwały kolorowych liści, ich miękki szelest, a dla szczęśliwców krzyk (klangor) opuszczających nas żurawi, gęsi. Już trochę zakryci, ale nie opatuleni spacerujemy podziwiając cud stworzenia. Trawa żegna się z nami czekając na śnieżną kołderkę. Ta cisza, ten spokój. Nostalgia, wspominki i wypominki. Plucha, zimny wiatr i egipskie ciemności witają. Biegnąc do pracy i wracając jesteśmy smutni, że weszliśmy w ten dzień i zeszliśmy po ciemku z przejmującym wiatrem, który ostro wysmagał policzki, a zimno poczułaś nawet na żebrach.. . Nie lubimy żałobnego listopada czekając na Jingle Bells i Boże Narodzenie, które nastraja ciepłem i nadzieją w sercach.. Minie i  ten miesiąc.  Czas zadumy, ” dżdżu krople padają i tłuką w me okno..” (L.Staff „Deszcz”), a ty wskakujesz  pod kocyk z termoforkiem, popijając herbatkę z imbirem i miodem. Może czytając tomy poezji, pisząc wspomnienia, nowelki, czy wiersze, przeglądając albumy rodzinne; uśmiechając się do naszych małych dzieci, ich minek, zmarszczonych nosków. Zdziwieni patrzymy, jakie wtedy królowały fryzury, a ubrania trącały myszką. W tych chwilach sprawdza się poezja, nasze próbki stwarzania jej. Debiut czasem nas samych zadziwia. Później chowamy do szuflady i biegniemy po karpia, prezenty, choinkę, a wiersze zimują niejedną zamieć. Proszę podzielcie się z nami swoimi wprawkami poezji. Może nawiąże się interakcja.

Cień”

Po podłodze chodzi cień,

Denerwuje mnie co dzień,

Gdzie nie stanę, stoi on,

Skłonię się, on robi skłon.

Biegnę, goni mnie ladaco.

Zawsze jest, choć mu nie płacą.

O, to nie jest żaden leń,

Chyba że jest większy cień.

W cieniu domu lub gdy chmurka,

Cień w cień większy daje nurka

I go nie ma, choć ja wiem,

Że on jest – mój własny cień.

Poetą na szóstkę, to ja nie będę. To się ma, lub nie.  Długo byłam z dzieciaczkami i to moje pisanie pod Okruszki małe. We wszystkim nie musimy być dobrzy. Szczęściem jest, kiedy z pasją wykonujemy swoją pracę zawodową. Ja jestem szczęściarzem (przypomniał mi się kawał o Icku i szczęściarzu). Dwa zajęcia i dwa kochane!

Ostatnio do salonu przyszedł mail, od klienta ze Stanów, zacytuję -” Odwiedziłem wasz salon tydzień temu i doświadczenie było niesamowite!!!  Ta mała kobieta była ekspertem i profesjonalistką! Jeszcze raz dziękuję za niezwykły czas, wrócę”. Było mi bardzo miło.

Mój przyjaciel M. często powtarzał, że podziwia ludzi, którzy wykonują swoją pracę z pasją. Słuchając moich opowieści o zabawie z dziećmi na dywanie w naleśnika, turlaniu się „smarując go czekoladą”, o tańcu z chusteczkami na paluszkach do muzyki E. Morricone – „Misja”, czy masażu moimi stopami z Rytuału Gejszy, mówił „Eh, tyle ognia w tym, Baśka”!

Tego ognia, żaru Wam życzę, czy to w pracy zawodowej, gotowaniu, kochaniu, zabawie z dziećmi, nawet w leniuchowaniu, tego też nauczyć się trzeba (kto się jeszcze „nie naumiał”).

A jesienią przedłużenia babiego lata,  skrócenia pluchy. Wygrzewajcie swoje kostki wtuleni w siebie.

 

Ciche dni. „Kurczak w stylu Tandoori”.

Znowu ta sama sytuacja, podnoszę głos zdenerwowana, on też. Potok słów, strzelamy do siebie, jak z karabinów. Już nawet nie pamiętam, co wykrzyczałam.  Trzask drzwi. Zamknął się w pokoju. Jestem wściekła, obiecuje sobie, że pierwsza nie odezwę się. Wychodzę. Musze się przejść, bo inaczej rozniesie mnie. Znowu to zrobił. Zaprosił gości z dnia na dzień. Jak on to sobie wyobraża? Wracam tak późno z pracy, kiedy ugotuję, upiekę, posprzątam, a poza tym miałam ochotę na kolacje przy świecach we dwoje. Tak dawno nie kochaliśmy się, ciągle zabiegani, a on dba o przyjaciół, nie o mnie.

I mamy  ciche dni. Każdy przeżywał je w związku. Nawet w najlepiej dobranych parach może dojść do kłótni, zwłaszcza jeśli problemy nie były omawiane na bieżąco. Nie lubimy tych dni milczenia i naszych serc królowej śniegu. Rzeczywiście są potrzebne, pomagają, czy raczej szarpią związek i prowadzą donikąd? Kłótnia zabolała, słowa złe brzmią w głowie. Jesteś zły, zawiedziony partnerem i tych właśnie „cichych dni” potrzebujesz na uspokojenie, przemyślenie. Jedno jest pewne – nie przedłużajmy ich. Rozmawiajmy, nie krzyczmy. Dzieci nasze boja się, martwią, że mama z tatą już nie lubią się. A może to ja coś zawiniłem i rodzice kłócą się przeze mnie?

Ciche dni, to metoda stara, jak związki. Metoda kontrowersyjna w skuteczności i niebezpieczna. Ukaranie partnera milczeniem, boli i niepokoi. Coraz częściej gości w naszej głowie myśl- „.., nie mogę tak żyć, co z nami będzie”? Budzimy się i z ciężkim sercem wstajemy. Z takim samym sercem wracamy, choć byliśmy wśród ludzi i jesteśmy pewniejsi niż o poranku. Ale nic nie idzie: ani w pracy, ani na spotkaniu z koleżanką, ani wizyta u mamy.  Nie chce ci się gotować obiadu, czytać dziecku, oglądać telewizji. Nie możesz skupić się na odrabianiu lekcji z waszą pociechą. Trudno jest przerwać milczenie, a im dalej w czasie, tym gorzej. Nasz upór, zawziętość nie pomaga. W końcu mamy dość tego mijania się, tej gęstej atmosfery i przepraszamy, choć nie czujemy się winni całego zdarzenia. Na dłuższą metę tak nie da rady. W końcu ta przepraszająca na okrągło osoba tupnie nogą i różnie się skończyć może. Przecież nie o to chodzi tylko o dogadanie się, zrozumienie jedno drugiego, przyznanie do tego, co po mojej stronie. W rozmowie nie tyle obwiniajmy, co  mówmy, jak czujemy te daną sprawę, jak my się w tym odnajdujemy lub nie.  Ciche dni, to brak komunikacji w związku. Nie mamy dostępu do kochanej osoby. Nie wiadomo, co myśli, do jakich wniosków doszła. A najczęściej bez wytłumaczenia dochodzimy do dziwnych wniosków. Nie powie, to zostawi nas ze swoją interpretacją.

Będąc małym dzieckiem, podsłuchałam rozmowę mojego kochanego dziadka Pawła, jak mówił swojemu sąsiadowi, że nigdy nie należy kłaść się spać w gniewie. On z babcią byli dla nas wnucząt wzorem. Staruszkowie po 80 -tce, przytuleni, siedzący na ławeczce pod domem. Często trzymający się za dłonie. Podziwiałam go za to, że  nie krzyczał, nie denerwował się, nie pił alkoholu. Żona, dzieci, wnuki nigdy nie widziały go pianego.

Pewnie każdy z nas pamięta ciche dni ze swoich domów rodzinnych. Zdarzały się najczęściej po dniu, dniach picia alkoholu.  Tata wstydził się, mama była smutna.

A może by tak zamienić ciche dni na ciche godziny. Dać sobie czas na wyciszenie, ułożenie myśli. I jeszcze raz postarać się o zgodę, bo nie mówienie o spornych sprawach nie oznacza, że ich nie ma.

Weźcie sprawy w swoje ręce. Ktoś z was pierwszy musi zaproponować kolacje z rozmową. Bądź silny, zrób to. Moja mam powiedziałaby – „bądź mądrzejsza”. Przygotujcie kolację, zjedzcie w spokoju, na ile się uda i przy lampce wina, ja wolę herbatkę (nigdy nie piję alkoholu, tak jak dziadek Paweł) porozmawiajcie. Kluczem jest spokój i wasza dobra wola w dogadaniu się. Przecież tak naprawdę chcecie zgody.  Może nie rzucajcie się, kto pierwszy do głosu, aby moje było na wierzchu, tylko zacznijcie wstępem. Powiedz jej, jak lubisz wtulać nosek w jej pachnąc włosy, jak bardzo ujmują cię jej roześmiane oczy o poranku i chichot, kiedy oglądacie kabarety. Jak cudowną jest mamą, schylającą się do całowania stłuczonego kolanka dziecka. Niezmordowaną do nocnego wstawania. Zauważasz to, podziwiasz i ty także potrzebujesz jej dłoni na swoich skroniach. Równie dobrze, to samo może zrobić kobieta. Zanim przejdziecie do tego, co boli. Na takim podłożu, kiedy ścieżka do serca omieciona będzie wam łatwiej.

Ostatnio usłyszałam jeden z piękniejszych komplementów w życiu. Takie proste słowa, bez udziwnień, a tak stopiły serce. Stanął w drzwiach. Ucieszyłam się i zdziwiłam, że wrócił. Stał i patrzył wyczekująco.

„Myślałam o tobie wczoraj,  czy jeszcze kiedyś cię zobaczę? Wierzyłam że wrócisz, kiedy zobaczyłeś, jak zwykłą dziewczyną jestem”.

Pogłaskał mój policzek i bez namysłu rzekł, – „Właśnie dlatego wróciłem, bo zobaczyłem, jak niezwykłą  dziewczyną, jesteś”.

Miłych słów nigdy za wiele. One mają tak wielką moc! Słowa tak samo mocno ranią, jak i goją.

A teraz przepis na pyszne jedzonko.

„KURCZAK W STYLU TANDOORI”

Kawałki kurczaka, takie jakie lubisz. Ja wzięłam pojedynczą pierś, po 3 udka i skrzydełka. Udka przecięłam na pół, ponacinałam kratkę na mięsie, skrzydełka przecięłam, a pierś wzięłam w całości, mała była. Przełożyłam do miski dodałam duży jogurt, zmiażdżone 2 ząbki czosnku i po 2 łyżeczki imbiru, ostrej papryki, czosnku i kurkumy w proszku. Trochę soli. Wymieszałam. Powstała żółta śmietanka. Odstawiłam do lodówki na pół godziny. Na patelni rozgrzałam olej kokosowy, ale może być i nasz rzepakowy. Obsmażyłam po 5 min z obu stron. Przełożyłam do naczynia żaroodpornego na godzinę w 160 stopni. W połowie pieczenia dodałam 4 ziemniaczki przekrojone na pół (chyba zawsze wrzucam ziemniaczki, jak piekę mięsko). Ostatnie 10- 15 minut piekłam bez pokrywy. Wyjęłam mięsko i ziemniaczki, a w ten sosiko-tłuszczyk wrzuciłam ugotowaną kaszę kuskus. Wykorzystam do innego dania.  A może zamiast ziemniaczków wolicie bardziej indyjsko niż swojsko z pyrkami. Przedtem maczałam  w tym sosiku kawałeczki świeżej bagietki. Zaręczam wam, z bagietką bez kaszy też pychotka!! I Hindusi woleliby z moją ulubioną, chrupiącą bagietką, zapewne. Placuszkami, chlebkami zamiast sztućcami nabierają dania, sosy..

PS Dziewczyny nie zapomnijcie ładnej bielizny, bo powinno skończyć się rozbieraniem, wtulaniem, nagarnianiem.. . Życie może być piękne. Dążcie do tego. A zapomniałabym, – panowie tam też należy golić się!!  Są kobiety, które uwielbiają lizanie, ssanie.., a tu włosy w zębach. Nie dopuśćcie do tego.