Dziękuję Wam!

Dziś jest druga rocznica założenia mojego bloga, przypomniał mi WordPress. Na moją prośbę założył go mój przyjaciel Miłosz. Na próbę zrobiłam pierwszy, krótki wpis i opuściłam go na pół roku (bloga, nie Miłosza). Walczyłam wtedy, jak głupia, aby nie leczyć się z depresji, czekając, że przejdzie, bo bałam się tabletek, że uzależniają, że będę po nich gruba, a mnie tak bardzo przeraża otyłość. Głupota. I tyle. Jak się jest chorym, to trzeba się ratować. W rocznicę śmierci taty, to był 17 października złamałam się. Będąc w św. Barbarze modliłam się za tatę. Wyszłam z kościoła i nie wiem skąd mnie ta myśl, niezwykle silna opętała, ale chciałam wrócić do domu i zacząć brać leki, które mi przepisywano. Ja je wykupywałam, tylko nie brałam. Oszukiwałam lekarza. Wzięłam! I po ok 2,5 miesiąca wróciła dawna wesoła Basia. Nigdy już nie chcę jej opuścić. Nie przytyłam po nich. Wiem, że tata mi wtedy pomógł.

Od stycznia wróciłam na bloga i powoli poznawałam Was. Dziękuję, że byliście moimi wiernymi czytelnikami. Wstawałam rano i zaglądałam do Was. Wracałam z pracy i klikałam nowe posty, odpisywałam na komentarze i nie czułam się samotna. Ten świat bloga, wirtualne znajomości są otuchą. Ja jestem samotnikiem i odnajduje się bardzo dobrze w ciszy życia, ale wtedy, kiedy stawałam na nogi, kiedy po świeżej terapii nadal chciałam krzyczeć: –  „ratujcie się, kiedy źle, nie poddawajcie, bądźcie dzielne, jesteście cudowne i silne.., my kobiety. Byliście mi potrzebni. Dziękuję, że czytaliście wszystko to, co mnie bolało. Chciałam naprawiać, w czymś radzić i z czegoś się wyżalić lub zapalić do walki o siebie.

To wygląda, jak pożegnanie, ale nim nie jest. Ja tylko zdałam sobie sprawę, jak fajną przygodą jest blog i jak drugi człowiek jest nam potrzebny. Będę pisała, może rzadziej, bo ile można nawijać o tym seksie i masażach, ale będę. I proszę nadal bądźcie przy wesołej, grzecznej Basi i śmiejącej się dzielnej, odważnej, frywolnej Baśce!!

DZIĘKUJĘ!!! Wasza dojrzała Basia.

 

Domek z białym bzem

To był mój domek z dzieciństwa. Na wsi ostatnia uliczka, ostatnie domostwo, trochę oddalone od reszty. Latarni już tam nie było. Dookoła płot solidny,  drewniane sztachety. I pełno bzu liliowego, a u frontu jedna duża kępa białego.

Wczoraj, 1 maja znowu zobaczyłam to miejsce. Jezioro, może bardziej sine i wzburzone, ale mocno wiało. Wszystko jakby mniejsze, nawet budynek szkoły z czerwonej cegły, skurczył się. Ołtarz w kościele, a właściwie malowidło Jezusa Ukrzyżowanego, tylko ono nie zmieniło się.

Jest i „mój” domek. Uroczy, z czerwoną dachówką, nowoczesnymi oknami, nie tamtymi drewnianymi. Niby ten, a cały inny. Nowoczesny. Ani jednej kępy bzu, tylko iglaki. Zamiast płotku drewnianego, metalowa siatka i metalowe sztachety. Kundelek nie szczeka, tylko dostojny wilczur przechadza się. Z obory domek letniskowy, bo zwierząt hodowlanych już nikt nie trzyma. Dobrze, jak ogród mają. Ładne miejsce. Ale już nie moje, niby to samo a inne. Czas zrobił swoje. I nowi młodzi gospodarze.

Było minęło. Trzeba iść dalej. Wtedy miejsce to było moim znanym mi światem. Ze żniwami, wykopkami, bławatkami, kąkolami i stogami siana. Z labiryntami w śniegu po szczyt sztachet. Teraz wieś jakaś cicha pusta, koguty nie pieją. Drogi polne zarosły trawą, a dookoła ugory. Nikt nie gospodarzy. I stada owieczek też nie widać.

Za to przed niejedną chałupką siedzi stwór. Włosy ma jak uczony człek A. Einstein. Bielusieńko siwe, postawione na sztorc. Broda żyletki dawno, oj dawno nie widziała. Policzki czerwone, nos jakiś gruby, spuchnięty. Oczy smutne, bezbarwne, rybie lub wytrzeszczone. W łachmany odziany.

To dom sąsiada. Podchodzę do takiego staruszka myślę tak między 80 a 90 tką. Ten chyba będzie coś wiedział o starszych tubylcach. Może jeszcze pamięta ludzi. Kłaniam się. I próbuję dowiedzieć się czegoś. Może wie, gdzie mieszka i czy tutaj nadal żyje moja koleżanka Ania z klasy, z jednej ławy. Niestety wyjechała do Niemiec. Tam pracuje jako opiekunka. A ów staruszek bez zębów, jak się okazało, to 2 lata starszy ode mnie Zygmunt. Matko Przenajświętsza. I takich „Zygmuntów” jeszcze kilku widziałam, a u jednego nawet próg domu przekroczyłam. Zamarłam nie wierząc, że tu w tych uwłaczających warunkach ktoś żyje, śpi i je. Ten wyglądał, jakby z grobu wstał. Na początku bałam się podejść. Ale szukałam pewnej osoby, podobnego stwora, więc zbliżyłam się na bezpieczną odległość. Pamiętał mnie. Mówił, że zawsze byłam ładną, małą dziewczynką. On starszy ode mnie o 3 lata! Nie 30!

Niestety wieś wódką płynie. Na cmentarzu pełno grobów z tabliczkami młodych ludzi. Znane mi nazwiska. To najczęściej dzieci moich kolegów i koleżanek. Zginęli po dużym spożyciu. Ci co żyją, zdecydowana większość, to alkoholicy, bo tylko o jednym Janku mówią, że ostał się solidny, nie zatracił.

Tu spędziłam dzieciństwo i kawałek młodości. Tu zmarł mój tata i tu pierwszy raz zakochałam się, w synu sąsiada. Wówczas prosiłam Boga o tego Jerzyka za męża. Jak to dobrze, że Bóg nie wysłuchał mnie. Kiedy po śmierci taty wyjechałyśmy z mamą i siostrą do miasta. Długo tęskniłam i obiecywałam sobie, że kiedyś odkupię ten domek. Dziś widzę, że wszystko miało swój czas. To miejsce zostanie w sercu. Zamknięte w pudełeczku-„dzieciństwo”. A ja poszłam dalej i nie wrócę. Wyjeżdżałam z sercem smutnych obrazów. Tylko to jezioro targane wiatrem, ze starymi wierzbami na brzegu i kołyszącą się trzciną, przyciągały moje oczy.

Wyjechałam kolejny raz.

Pewnie każdy ma taki domek w sercu i długo zwleka z zobaczeniem go, bo boi się bólu, tęsknoty  za młodością, za dzieciństwem.

„Bajeczka”..

Poezji ciąg dalszy, czyli nadal sprzątam i znajduję. „Spotkanie na Piwnej” ujęło mnie bardzo, ale  „Bajeczka”, „Motyl”, też miłe.  Szukajcie, sprzątajcie, znajdujcie. A może sami napiszcie dla kogoś bliskiego. On skrzętnie przechowa dla potomnych lub po prostu dla siebie, na lata wspomnień.

Mój poeta, to człowiek niezwykle spokojny, miłujący jedną jedyną na całe życie. I co zrobić jak miłość odejdzie, pójdzie daleko, daleko.. Taki człowiek stara się pokochać jeszcze raz, bo samemu źle, ale nie umie. Mówi o miłości, pisze o niej, może to pomoże mu uwierzyć, że jeszcze jest to możliwym, to ponowne miłowanie.

„Bajeczka”

„Księżyc świeci, płonie świeczka

W głowie snuje się bajeczka

Jak księżniczka z starej baśni

Mówi: „Miły, dziś już zaśnij,

Niech sen dobry, zmysły zgasi,

Niech to będzie sen o Basi”

Rano świt ten sen rozrywa,

A tu – Basia!… Ale żywa!”

 

” Motyl”

„Zjawiłaś się, jak motyl

Z dużymi oczami

Na skrzydełkach.

Wachlując firankami oczu

powołałaś huragan

Do życia.”

Dziękuję mu. Ładnie pisał. Nadal się lubimy! Jak widzicie samą poezją, sztuką, człowiek nie żyje. Było, minęło.  Z nami, to trochę, jak z tym żurawiem i czaplą. Tylko, że z małą różnicą. Ja chciałam na początku i tak z pięć lat dreptałam, aż mi przeszło i chcenie i dreptanie, bo nie było odzewu, inna czapla nadal zajmowała miejsce. Kiedy mi przeszło bezpowrotnie, jemu się zachciało, a przynajmniej miał już trochę miejsca na nową czaplę. Tylko, jak sercu kazać ponownie kochać. Zamarzło i dla niego już nie odtaje. Tego nie da rady zrobić za pstryknięciem palców. Naszym błędem była zbyt wczesna próba bycia razem, kiedy serce niegotowym było. Porzucony mężczyzna, który nie przestał kochać, nie bierzcie się za takich, dziewczyny!!!

                           

 

” Spotkanie na Piwnej”

Już pod koniec ubiegłego roku naszło mnie sprzątanie i trzyma do dzisiaj. Porządkowanie, odświeżanie ścian i garderoby, wyrzucanie tego, co zalega latami. Nareszcie nie żal mi. Sprzątam i sprzątam, moje życie też.

Właśnie umyłam dwa okna, zrobiłam deser z granatem (przepis z 6 stycznia), bo jutro przyjeżdża córeczka kochana z Warszawy, idziemy do opery, a następnego dnia do filharmonii. Teraz przyszła pora wysprzątania komody z mnóstwem szuflad, szufladek z papierami. Posypały się kartki i pożółkłe karteluszki. Ukazał się on – list z wierszem. Leżał na deskach podłogi. Przysiadłam na dywanie i czytałam. Czytałam  i myślałam, o kunszcie pisarza i że kiedyś ktoś tak czuł. Na chwilę jego życia,  byłam taka wyjątkowa. List odłożony do szufladki -„Wspomnienia”.  Posłuchajcie. To tylko słowa, ale jakie ładne.

„Spotkanie na Piwnej”

„Kiedy szłaś do mnie, wtedy na Piwnej. Pragnąłem Ciebie takiej, nie innej.

W pokoju marzeń zbłąkanej duszy

Była dziewczyna, co się nie puszy

Szczera i skromna, miła, uczciwa

Dobry przyjaciel i nieleniwa

Wierna kochanka, wrąca, gorąca,

Tak gorejąca, jak kula Słońca..

Zakres przymiotów wcale niemały

Ale od czegóż są ideały?

Kiedy szłaś do mnie, wtedy na Piwnej. Pragnąłem Ciebie takiej, nie innej.

Choć rozum mówił, że niemożliwe,

Żeby ktoś taki istniał prawdziwie

Teraz wiesz wszystko, szły dwie osoby

Ciało poprawne – Dusza bez głowy

Na pozór kukła, człowiek spokojny

W środku podróżnik, żołnierz bez wojny.

Szukałem ciebie, ciebie szukałem

O twym istnieniu nic nie wiedziałem.

Choć przeczuwałem – wierzyłem w Ciebie.

I jestem z Tobą, mężczyzna w niebie

Kiedy szłaś do mnie, wtedy na Piwnej. Pragnąłem Ciebie takiej, nie innej”.  

 

„Przysięgałaś przed Bogiem!”

Poruszę dziś temat, którego nie sądziłam, że powinnam, a raczej, że mam potrzebę. Ale moja znajoma, też mama trójki dzieci, przeżywa natłok myśli i chce wiedzieć, jak ja to zrobiłam. Jak udało się odejść, kiedy odpowiadałam za trójeczkę Okruszków.

– „Przysięgałaś przed Bogiem!!!”.

Takie słowa usłyszała kobieta, kiedy poprosiła męża o rozwód.

Nie namawiam nikogo do rozwodu. Przeżyłam go i wiem, co to jest. Choć może nie do końca, bo mój był łagodny, bez szarpania. Sama napisałam wniosek, swoimi słowami opisałam nasze małżeństwo, na końcu prosząc o potwierdzenie urzędowe, tego, co i tak już ma miejsce. Wyprowadziłam się rok wcześniej, mieliśmy rozdzielność majątkową i nie sypialiśmy razem od 12 lat. Ja zrzekłam się wszystkiego, bo przecież weszłam do jego mieszkania po babci. Wzięłam tylko meble ze swojego pokoju (kupiłam je z nagrody dyrektorskiej). Nie byliśmy bogaci, nie było czego dzielić. Do sądu przed rozprawą złożyłam też oświadczenie, że zrzekam się alimentów na dzieci (11, 15, 18 lat), argumentując, że to dobry człowiek, i jak będzie na coś potrzeba pomocy finansowej,  to na pewno wesprze, jak będzie miał. Sąd i tak zasądził, motywując, że chodzi o dobro dzieci. Zapytał, ile potrzebuję na utrzymanie dzieci. Kuląc się, że muszę jakąś kwotę podać, wyszeptałam 200 zł. Na co sąd zwrócił się do protokolanta; -„Proszę zaprotokołować: każdego do 10 dnia miesiąca, należy uiścić na konto Barbary… po 200 zł na każde z trójki dzieci”. Szybciutko podniosłam dwa paluszki, jak grzeczne dziecko w klasie,  wstałam i wyjąkałam, że chodziło mi o 200 zł na całą trójkę dzieci. Sąd zmierzył mnie tylko demonicznym wzrokiem. Zamilkłam. Ale było po mojemu. Wychodząc z przytłaczającego gmachu, zatrzymaliśmy się na chwilę, przytuliliśmy. On życzył mi uwagi na siebie, a ja przeprosiłam i potwierdziłam, że nie chcę alimentów. Jak będę w biedzie poproszę.

Chciałam rozwodu, bo miałam nadzieję! Nadzieję na lepsze jutro, którego przecież już niewiele zostało.  Gdybym nie poznała dobrego człowieka, (hm zastanawiające, kolejnego dobrego człowieka i nic) nie ruszyłabym się z trójką dzieci. Nie miałam swojego dachu nad głową, a pensja nauczyciela na niewiele  zdałaby się. Gdybym wynajęła pokoik, to gdzie z trójką takich dużych dzieci weszłabym? A jeszcze, jakby ojciec dzieci uparł się, to odebrano by mi dwoje dzieci, a najmłodsze zostawiono na pocieszenie, bo finansowo niewydolna. Chcę Wam tylko powiedzieć, że oparłam się o drugiego mężczyznę, dlatego chojraczka podała o rozwód.

Rozwód to trudna decyzja. Do końca nie wiesz, jak to wpłynie na dzieci. Nieraz, jak coś nie wyjdzie, albo ułoży się inaczej, myślisz to przeze mnie, bo zachciało mi się rozwodu. Dziecko ucieknie Ci do „lepszego” kraju, myślisz przeze mnie, inaczej byłoby gdy ojciec był na miejscu. Nie zechce podjąć studiów, myślisz przeze mnie, byłoby inaczej. Może  pochopnie podejmie decyzję o rzuceniu szkoły, młodym, pochopnym wyjściu za mąż.., myślisz przeze mnie. Jeśli jesteś wrażliwą osobą, twój czyn będzie Cię gnębił latami, a sumienie skrobało serce codziennie, że zachciało Ci się miłości. Teraz po latach mogę powiedzieć, że mi, mój czyn wyszedł na dobre, choć nadal nie mam męskiej miłości. Cieszę się istnieniem w spokoju i bezpieczeństwie. Czasami potrzeba nam nie tyle drugiego męża, żony, co własnego „M”.

 To była właściwa decyzja, ale tylko ja wiem, ile mnie to wszystko kosztowało.

Nie możesz już wytrzymać w małżeństwie i masz dość noszenia okularów przeciwsłonecznych zwłaszcza zimą. I tych szeptów w sklepie „ciekawe, o którą szafę tym razem uderzyła się”? Kobiety, czy mężczyźni bici w związkach nie opowiadają o tym, nie żalą się. Księdzu na spowiedzi przyznają się i proszą o radę.

Jeden ksiądz powie, – „Musisz nieść swój krzyż”. No ładna mi ewangeliczna rada! „Mówienie katowanej kobiecie, że ślubowała wierność i dlatego nie wolno jej opuścić męża kata, jest parodią religii” (ks.A.Boniecki). A ja powiem i doda, że „Bóg tak Ciebie ukochał, że z miłości zsyła Ci takie cierpienie”, jest podwójną parodią. Nawet Jezusowi pomagano nieść krzyż. Szymon dźwigał z nim, a św.Weronika pomagała, ocierając twarz. Znam rodzinę, gdzie matka z małymi dziećmi ucieka z domu na noc, kiedy mąż wraca spity. To człowiek agresywny, zwłaszcza, jak wpije. Bije ją i dzieci. Uznanie takiej sytuacji za normalną, to kapitulacja wobec zła!

” Nie każde zło, jakie nas spotyka jest krzyżem, którego niesienie zalecił Jezus. To przyzwolenie jest udziałem w złu” (ks. A.Boniecki).  Kościół na szczęście, przy twardym podejściu do nierozerwalności więzów małżeńskich dopuszcza separację. Może – „nie opuszczę cię..” znaczy: – „nie wezmę nikogo innego na twoje miejsce”?

Na koniec powiedziałabym tak: dziewczyny i chłopaki, nie pozwólcie niszczyć swojego życia. Ono jest jedno, bezcenne. Troszczcie się także o siebie.

Nie chodzi tylko o przemoc fizyczną, o strach, lęk, pijaństwo, ale i przemoc psychologiczną, mniej zauważalną. Ciężko jest mieć obok siebie człowieka, na którym nie można polegać i który codziennie wgniata cię butem w ziemię, jak wesz. Czujesz się upodlonym, zgnębionym. Niczym! A przecież jesteś dzieckiem Boga. Walcz o małżeństwo ile się da, dopóki widzisz sens lub odpuść i przestań bić głową w ścianę.

 

Być przy Nadziei.

Słowo ciąża jakoś ciąży człowiekowi. Lubię zwrot – „być przy nadziei”.

W latach głębokiego komunizmu najczęściej mniej zabezpieczaliśmy się przed poczęciem dzieciątka. I zdecydowanie rzadziej mieliśmy możliwość pobycia sam na sam, bez dozoru rodziców. I jak się już takie święto zdarzyło, często ludzie szli na żywioł. Śmiałam się, że wystarczyło  usiąść chłopu na kolana, a ciąża gotowa. Wywoływało to nasz strach i często słowo „ciąża” nie było miodem na serce, tylko strachem oblewającym plecy zarówno  kobiety, jak i mężczyzny.  Automatycznie pociągało to „dobrowolny mus” oświadczenia się, wyjścia za mąż i wzięcia odpowiedzialności, skoro pojawiło się maleństwo na tym świecie. Teraz od młodego jesteśmy „wytrawne” w zabezpieczaniu się i to latami. I kiedy już po trzydziestce chciałabyś mieć Okruszka, okazuje się, że to, nie takie łatwe i oczywiste.

Moja koleżanka jest w długo wyczekiwanej ciąży. Cieszy się i boi, czy wszystko będzie dobrze, czy maleństwo zdrowe. Kiedy tylko widzimy się podpytuje mnie, matki trójki dzieci o różne sprawy związane z porodem, szkołą rodzenia, wychowaniem.. . Opowiedziałam jej o mojej pierwszej wizycie w szpitalu, kiedy to stawiłam się do rodzenia. Nie miałam doświadczenia, a jedynie słyszałam to i owo od mamy, teściowej, przyjaciółek.

Nie będę rozpisywała się Wam o każdym ciekawym fakcie z tego pobytu na Klinicznej, np. o wypchnięciu  łokciem mojego synka przez hinduskiego lekarza, po dobie, kiedy odeszły wody i krwi wiele, czy dziwnym objawie tężyczki, kiedy to całe ciało, wraz z twarzą skamieniało mi. Raczej o tym, już po narodzeniu pierwszego Okruszka.

Jak wiecie wyszłam za uczonego człowieka, z zacnej rodziny mądrych ludzi, do tego z zapędami eko, bio, ziołolecznictwa.. . Jak na tamte czasy, to było dziwactwo raczej, kiedy wszyscy pędzili do nowoczesności.  Po porodzie, w pierwszej przekazanej mi paczuszce różnych drobiazgów, mąż nie omieszkał włożyć litrowy słój ciekawego napoju o intensywnym kolorze. Otwieram wącham, smakuję. Ohydztwo! Dziwnie podejrzanie pachnie, a kolor czarnej porzeczki, czy owoców dzikiego bzu. Myślę o nie, nie będę męczyć się z tym eliksirem zdrowia. Zakręciłam, odstawiłam i poszłam podejrzeć mój cud, leżący w inkubatorze. Okruszek nie był gotowy przyjść na ten świat, wypchnięty, bo tam jego schowanko skończyło się, musiał dojrzewać nie w ciepełku brzuszka mamy. Wracam spłakana, bo inne mają Okruszki przy sobie, a było nas 13 na sali porodowej i tyle samo na sali połogowej. A ja wciąż sama. Myślę trudno życie jest ciężkie, wypiję ten sok chyba z czarnego bzu, dla zdrowia, dla wzmocnienia organizmu, kiedy już będę mogła karmić piersią mój Skarb. Dla dziecka zrobimy wszystko. Pierwszy łyk bry.. Zatykam nos i męczę się z wypiciem. Wypiłam pół słoja. Otrząsnęłam i powiedziałam dość, tej męki. Więcej nie dam rady. Po godzinie, dwóch smutna dalej przeglądam paczuszkę, a tam na końcu w ściereczce zwinięty w rulonik liścik do żony od zacnego męża. Na końcu informujący mnie, że w słoju mam już rozpuszczony nadmanganian potasu do podmywania okolic intymnych. Matko, myślę, co ja teraz  zrobię, jakie będzie moje mleko? Biegnę szukać pielęgniarki. Jest! Podchodzę nieśmiało, w cichości prawie szepczę, bo wstydzę się, aby nikt nie usłyszał mego czynu, opowiadam co i jak. Proszę o poradę. Na co ona, na głos śmiejąc się woła do swojej koleżanki, pielęgniarki, a słowa niosą po całej sali,  –  „Wiesz, co ta mała zrobiła? Wypiła pół litra nadmanganianu potasu”!! No proszę i już wszyscy wiedzą. Obróciła się do mnie i rzekła, że nic mi nie będzie. Przeżyję ja i maleństwo.

Kochane dziewczyny, życzę Wam, aby słowo ciąża nie zmroziło Was, aby to była miłość od pierwszej myśli. A Wam chłopaki, aby właśnie w tym szczególnym momencie nie zabrakło odwagi i miłości do Niej i do nowego Życia.

Kochać inną istotę, nie oznacza, że uważamy ją za cudowną, tylko niezbędną do życia. A w przypadku dziecka: i cudowną i niezbędną.

Zaszumiało w głowie. Procenty!!

W tym względzie pewnego rodzaju dziwak ze mnie. Alkohol nigdy nie szedł  w parze, niezależnie od sytuacji. Jako mała dziewczynka widziałam tatę i naszych sąsiadów, ich synów, później brata nieźle podpitych, coby nie rzec zalanych.Taki widok nie był mi obcy i zrozumiałam, że nałóg istnieje. Nie bardzo umiałam to pojąć, ale pamiętam, jak tłumaczyłam sobie tych biedaków, że oni tak lubią wódkę, jak ja czerwoną oranżadę. Moja mama nigdy nie piła żadnego alkoholu, tak samo, jak jej tata, czyli mój dziadek Paweł. Chyba mam to w genach, po mamie. Mój organizm nigdy nie był ciekawy alkoholu. Nie miałam takiej potrzeby, a może bałam się tego, wiedząc, jak wyglądają ludzie piani i ile zła wyrządzają najbliższym, ile tam płaczu i próśb na kolanach.. Jakie rzeczy wtedy mówią, co mówią, jak mówią. Cóż, tak ogólnie strasznie wzdryga mnie człowiek nadużywający trunku. Ale myślę, że ja nie piłam alkoholu, bo bardzo długo byłam dzieckiem., osobą niedojrzałą, kochająca lizaki, czekoladę, a nade wszystko taki skarb jak chałwa (jej smak poznałam mając 12 lat) i nigdy nie dojrzałam na tyle, aby nauczyć się dotrzymywać towarzystwa z kieliszkiem.

No i cóż nastąpiło to moje pierwsze zderzenie z alkoholem. Byłam świeżo po maturze i zaraz od czerwca ruszyłam do pracy, jako sekretarka. Taka ze mnie sekretarka nietypowa była. Mała, uśmiechnięta, kompletnie bez makijażu dziewczynka. Chciałam  przez wakacje zaczepić się do pracy, jako ekspedientka w domu towarowym, to taka galeria handlowa, ale na miarę komunizmu. Brakowało im sekretarki, a ja po maturze, to wzięli mnie. I sumienną byłam: kawę parzyłam, na listy odpisywałam, pocztę nadawałam i pilnowałam coby każdy trochę odstał w kolejce zanim stawi się przed oblicze dyrektora tego  „sezamu”. W pokoju, obok mego byli kierownicy. Dwóch eleganckich panów i kobieta. Od jakiegoś czasu słyszałam  od nich wyraz nie bardzo dający mi się rozpoznać. Mówili coś o „wkupnym”. Myślałam, „hm, chyba chcą, żebym im coś dała, ale co”? Nie dopytywałam, a oni niecierpliwi  się zrobili. Widocznie dłużej nie mogli  czekać i zawołali mnie do swego gabinetu. A tam kilka butelek „Czystej” i ciasteczka nasze polskie, toruńskie serca w czekoladzie.

No i już wiedziałam, co to wkupne!!

Zapamiętałam na całe życie. I to na tyle nawet, że teraz Wam  opowiadam. Nadmienię, iż do tej smutnej pory nigdy nie umoczyłam nawet ust w winie, piwie, czy innym twardszym paskudztwie, jak wódka. A, że dziecko karne i wstydliwe byłam, to nie ośmieliłam się odmówić kierownictwu memu. Wypiłam pierwszy kieliszek. Na moment przestałam istnieć. Nigdy w życiu nic gorszego nie zagościło w moim przełyku, nawet przez pomyłkę wzięte w barze samoobsługowym śmierdzące flaczki były lepsze (a myślałyśmy z siostrzyczką, że to grochówka). Po drugim kieliszku musiałam przybrać wyraz umierającej, że kazali mi się zabierać. Sięgnęłam po toruńskie serce, coby jakoś odkazić organizm z tej trutki. Bałam się, że spaliło mi przełyk i już nie poczuję co jem. Usiadłam w autobusie. Cały krążył ze mną. Po 10 minutach jazdy, jakoś zgięta na pół wyszłam z niego. Uszłam kilkanaście kroków i pomyślałam, że to mój koniec, przyklękłam na trawniku i .. zwymiotowałam! Moje ciało zakodowało palący trzewia smak i smród wódy. Nigdy więcej!!  Mijały lata całkowitej abstynencji i wyszłam za mąż. Mąż mój chciał zabłysnąć przed gościem swoim uczonym i  winem kupionym w Pewexie (twór komunizmu dla bogatych z wyższą walutą niż złotówka) uraczył. Ja miałam moczyć usta. Łyczek połknęłam i od razu pomyślałam „Boże mój to paskudztwo tyllleee kosztuje, pięciu groszy bym nie dała za tę kwasielice”. Niestety, ona ta kwasielica weszła w moje przeguby i wszystko zrobiło się miękkie, tj. kolana, nadgarstki.. . A to był tylko łyczek. Pomna tego doświadczenia przez następnych prawie 20 lat nic z procentami nie przełknęłam. Na moim pierwszym przyjęciu ślubnym w domu, dla garstki ludzi nie stawialiśmy alkoholu żadnego. Na drugim był kieliszek szampana.

No i minęło prawie te 20 lat. Pojechałam na wycieczkę autokarową. Poznałam urodziwego chłopaka, któremu nieopatrznie obiecałam  wypicie piwa, jak zjawi się w Gdańsku. Myślę, „bracie, ty w środku kraju mieszkasz, już ja widzę, jak ty na zakupy do Gdańska jedziesz”! No i przyjechał. Szybciej niż sam pomyślał. Idę pogadać i wypić ten obiecany trunek, a wcześniej nigdy nie piłam piwa, tylko wąchałam. Smród ohydny. No ale co robić, jak się głupią było i obiecało. On namawia, ja się wiercę i w końcu zamawiam małą szklaneczkę piwa z sokiem malinowym. Piję..

No i było po gadce!

Dobrze, że nie miałam do domu daleko. Wróciłam, przyznałam się mamie, co zrobiłam. Nie umie Wam tego opisać, co się  działo! Nie mogłam znaleźć sobie miejsca, kładłam się i wstawałam, otwierałam okno, oddychałam głęboko, sapałam.  W końcu rozebrałam się weszłam do wanny, uklękłam i nie wiem co chciałam zrobić, ale pragnęłam, aby mnie to opuściło, ta szklanka piwska. Cofałam się, jak ten kot przed wymiotowaniem i nic. Mama położyła mnie pod koc, kazała spokojnie leżeć i zasnąć. A  dzieciom nakazała nie podchodzić do mamusi, bo chora. Przespałam się i ożyłam, ale nie chciałabym już nigdy przeżywać tej niemożności znalezienia sobie miejsca. Ja się nie nadaję do picia.  Chyba, że coli ta mi jakoś chętnie pcha się do żołądka. I nie dyskutuję teraz, co z tego gorsze. Ja po każdym łyku każdego alkoholu umieram, a po herbacie czarnej mocnej, czy coli, nie. Więc piję to, co mogę, na co pozwala mi moje ciało.

Wszystko jest dla ludzi, tylko z umiarem, ale ja nawet z umiarem alkoholu nie mogę. Więc się z nim nie męczę. Lubię za to słodycze z daleką nutką alkoholu, np. ciasta z kremem na spirytusie czy likierze. I już panowie wiedzą, czym można mnie skusić. Kawiarnia, ciasto i spacer.. Kokietka! A tak!!

Trochę powagi na koniec. Wpis jest o moim piciu, nie o alkoholizmie, z którym przyszło zmierzyć się dziecku. dlatego, nie czuć tu łez, strachu, niedotrzymanych obietnic.

Alkohol niszczy Ciebie i tych, którzy Cię kochają. Dzieci! Uważajcie na nie. Są bezbronne.

Współczuję też matkom, które nie mogą pomóc swojemu dziecku uwikłanemu w tę chorobę.

Nie chciałabym mieć mężczyzny, który codziennie przed snem pije piwko, dwa. To jest alkoholik, jeśli nie wytrzymuje, jeśli musi..