Zaszumiało w głowie. Procenty!!

W tym względzie pewnego rodzaju dziwak ze mnie. Alkohol nigdy nie szedł  w parze, niezależnie od sytuacji. Jako mała dziewczynka widziałam tatę i naszych sąsiadów, ich synów, później brata nieźle podpitych, coby nie rzec zalanych.Taki widok nie był mi obcy i zrozumiałam, że nałóg istnieje. Nie bardzo umiałam to pojąć, ale pamiętam, jak tłumaczyłam sobie tych biedaków, że oni tak lubią wódkę, jak ja czerwoną oranżadę. Moja mama nigdy nie piła żadnego alkoholu, tak samo, jak jej tata, czyli mój dziadek Paweł. Chyba mam to w genach, po mamie. Mój organizm nigdy nie był ciekawy alkoholu. Nie miałam takiej potrzeby, a może bałam się tego, wiedząc, jak wyglądają ludzie piani i ile zła wyrządzają najbliższym, ile tam płaczu i próśb na kolanach.. Jakie rzeczy wtedy mówią, co mówią, jak mówią. Cóż, tak ogólnie strasznie wzdryga mnie człowiek nadużywający trunku. Ale myślę, że ja nie piłam alkoholu, bo bardzo długo byłam dzieckiem., osobą niedojrzałą, kochająca lizaki, czekoladę, a nade wszystko taki skarb jak chałwa (jej smak poznałam mając 12 lat) i nigdy nie dojrzałam na tyle, aby nauczyć się dotrzymywać towarzystwa z kieliszkiem.

No i cóż nastąpiło to moje pierwsze zderzenie z alkoholem. Byłam świeżo po maturze i zaraz od czerwca ruszyłam do pracy, jako sekretarka. Taka ze mnie sekretarka nietypowa była. Mała, uśmiechnięta, kompletnie bez makijażu dziewczynka. Chciałam  przez wakacje zaczepić się do pracy, jako ekspedientka w domu towarowym, to taka galeria handlowa, ale na miarę komunizmu. Brakowało im sekretarki, a ja po maturze, to wzięli mnie. I sumienną byłam: kawę parzyłam, na listy odpisywałam, pocztę nadawałam i pilnowałam coby każdy trochę odstał w kolejce zanim stawi się przed oblicze dyrektora tego  „sezamu”. W pokoju, obok mego byli kierownicy. Dwóch eleganckich panów i kobieta. Od jakiegoś czasu słyszałam  od nich wyraz nie bardzo dający mi się rozpoznać. Mówili coś o „wkupnym”. Myślałam, „hm, chyba chcą, żebym im coś dała, ale co”? Nie dopytywałam, a oni niecierpliwi  się zrobili. Widocznie dłużej nie mogli  czekać i zawołali mnie do swego gabinetu. A tam kilka butelek „Czystej” i ciasteczka nasze polskie, toruńskie serca w czekoladzie.

No i już wiedziałam, co to wkupne!!

Zapamiętałam na całe życie. I to na tyle nawet, że teraz Wam  opowiadam. Nadmienię, iż do tej smutnej pory nigdy nie umoczyłam nawet ust w winie, piwie, czy innym twardszym paskudztwie, jak wódka. A, że dziecko karne i wstydliwe byłam, to nie ośmieliłam się odmówić kierownictwu memu. Wypiłam pierwszy kieliszek. Na moment przestałam istnieć. Nigdy w życiu nic gorszego nie zagościło w moim przełyku, nawet przez pomyłkę wzięte w barze samoobsługowym śmierdzące flaczki były lepsze (a myślałyśmy z siostrzyczką, że to grochówka). Po drugim kieliszku musiałam przybrać wyraz umierającej, że kazali mi się zabierać. Sięgnęłam po toruńskie serce, coby jakoś odkazić organizm z tej trutki. Bałam się, że spaliło mi przełyk i już nie poczuję co jem. Usiadłam w autobusie. Cały krążył ze mną. Po 10 minutach jazdy, jakoś zgięta na pół wyszłam z niego. Uszłam kilkanaście kroków i pomyślałam, że to mój koniec, przyklękłam na trawniku i .. zwymiotowałam! Moje ciało zakodowało palący trzewia smak i smród wódy. Nigdy więcej!!  Mijały lata całkowitej abstynencji i wyszłam za mąż. Mąż mój chciał zabłysnąć przed gościem swoim uczonym i  winem kupionym w Pewexie (twór komunizmu dla bogatych z wyższą walutą niż złotówka) uraczył. Ja miałam moczyć usta. Łyczek połknęłam i od razu pomyślałam „Boże mój to paskudztwo tyllleee kosztuje, pięciu groszy bym nie dała za tę kwasielice”. Niestety, ona ta kwasielica weszła w moje przeguby i wszystko zrobiło się miękkie, tj. kolana, nadgarstki.. . A to był tylko łyczek. Pomna tego doświadczenia przez następnych prawie 20 lat nic z procentami nie przełknęłam. Na moim pierwszym przyjęciu ślubnym w domu, dla garstki ludzi nie stawialiśmy alkoholu żadnego. Na drugim był kieliszek szampana.

No i minęło prawie te 20 lat. Pojechałam na wycieczkę autokarową. Poznałam urodziwego chłopaka, któremu nieopatrznie obiecałam  wypicie piwa, jak zjawi się w Gdańsku. Myślę, „bracie, ty w środku kraju mieszkasz, już ja widzę, jak ty na zakupy do Gdańska jedziesz”! No i przyjechał. Szybciej niż sam pomyślał. Idę pogadać i wypić ten obiecany trunek, a wcześniej nigdy nie piłam piwa, tylko wąchałam. Smród ohydny. No ale co robić, jak się głupią było i obiecało. On namawia, ja się wiercę i w końcu zamawiam małą szklaneczkę piwa z sokiem malinowym. Piję..

No i było po gadce!

Dobrze, że nie miałam do domu daleko. Wróciłam, przyznałam się mamie, co zrobiłam. Nie umie Wam tego opisać, co się  działo! Nie mogłam znaleźć sobie miejsca, kładłam się i wstawałam, otwierałam okno, oddychałam głęboko, sapałam.  W końcu rozebrałam się weszłam do wanny, uklękłam i nie wiem co chciałam zrobić, ale pragnęłam, aby mnie to opuściło, ta szklanka piwska. Cofałam się, jak ten kot przed wymiotowaniem i nic. Mama położyła mnie pod koc, kazała spokojnie leżeć i zasnąć. A  dzieciom nakazała nie podchodzić do mamusi, bo chora. Przespałam się i ożyłam, ale nie chciałabym już nigdy przeżywać tej niemożności znalezienia sobie miejsca. Ja się nie nadaję do picia.  Chyba, że coli ta mi jakoś chętnie pcha się do żołądka. I nie dyskutuję teraz, co z tego gorsze. Ja po każdym łyku każdego alkoholu umieram, a po herbacie czarnej mocnej, czy coli, nie. Więc piję to, co mogę, na co pozwala mi moje ciało.

Wszystko jest dla ludzi, tylko z umiarem, ale ja nawet z umiarem alkoholu nie mogę. Więc się z nim nie męczę. Lubię za to słodycze z daleką nutką alkoholu, np. ciasta z kremem na spirytusie czy likierze. I już panowie wiedzą, czym można mnie skusić. Kawiarnia, ciasto i spacer.. Kokietka! A tak!!

Trochę powagi na koniec. Wpis jest o moim piciu, nie o alkoholizmie, z którym przyszło zmierzyć się dziecku. dlatego, nie czuć tu łez, strachu, niedotrzymanych obietnic.

Alkohol niszczy Ciebie i tych, którzy Cię kochają. Dzieci! Uważajcie na nie. Są bezbronne.

Współczuję też matkom, które nie mogą pomóc swojemu dziecku uwikłanemu w tę chorobę.

Nie chciałabym mieć mężczyzny, który codziennie przed snem pije piwko, dwa. To jest alkoholik, jeśli nie wytrzymuje, jeśli musi..

 

Reklamy

Jesienna nostalgia, a z nią poezja.

Jesień. Pora roku do kochania i nielubienia, w zależności w jaki okres weszła. Babie lato, niesie ze sobą wyjątkowy urok jesieni.  Ciepło, ale nie upał za oknem i w sercu. Pewne zwolnienie tempa, biegu życia. Spokojniejszy krok z pracy, z myślą – „kolejne lato mego życia minęło”. Mieni się kolorami sennego ciepła. Perełki rosy na pajęczynie. Trawa w uśpieniu, stargana, pożółkła. Miękkim, aczkolwiek niepewnym krokiem wchodzimy w szarugę jesienną.

Och, jest i ona! Zimna, wietrzna, do przeczekania.  Ciągnie ze sobą; pluchę, smutek, nawet depresję. Porządki na grobach bliskich, wspomnienia. Pośpiesznym krokiem wracamy do domu. Zasiadamy przed telewizorem z talerzem gorącej zupy. Grzejemy dłonie na kubku herbaty z pigwą, maliną, cytryną. Wspominamy ciepłe promyki słonka, które przyjemnie muskały twarz. Pod nogami zwały kolorowych liści, ich miękki szelest, a dla szczęśliwców krzyk (klangor) opuszczających nas żurawi, gęsi. Już trochę zakryci, ale nie opatuleni spacerujemy podziwiając cud stworzenia. Trawa żegna się z nami czekając na śnieżną kołderkę. Ta cisza, ten spokój. Nostalgia, wspominki i wypominki. Plucha, zimny wiatr i egipskie ciemności witają. Biegnąc do pracy i wracając jesteśmy smutni, że weszliśmy w ten dzień i zeszliśmy po ciemku z przejmującym wiatrem, który ostro wysmagał policzki, a zimno poczułaś nawet na żebrach.. . Nie lubimy żałobnego listopada czekając na Jingle Bells i Boże Narodzenie, które nastraja ciepłem i nadzieją w sercach.. Minie i  ten miesiąc.  Czas zadumy, ” dżdżu krople padają i tłuką w me okno..” (L.Staff „Deszcz”), a ty wskakujesz  pod kocyk z termoforkiem, popijając herbatkę z imbirem i miodem. Może czytając tomy poezji, pisząc wspomnienia, nowelki, czy wiersze, przeglądając albumy rodzinne; uśmiechając się do naszych małych dzieci, ich minek, zmarszczonych nosków. Zdziwieni patrzymy, jakie wtedy królowały fryzury, a ubrania trącały myszką. W tych chwilach sprawdza się poezja, nasze próbki stwarzania jej. Debiut czasem nas samych zadziwia. Później chowamy do szuflady i biegniemy po karpia, prezenty, choinkę, a wiersze zimują niejedną zamieć. Proszę podzielcie się z nami swoimi wprawkami poezji. Może nawiąże się interakcja.

Cień”

Po podłodze chodzi cień,

Denerwuje mnie co dzień,

Gdzie nie stanę, stoi on,

Skłonię się, on robi skłon.

Biegnę, goni mnie ladaco.

Zawsze jest, choć mu nie płacą.

O, to nie jest żaden leń,

Chyba że jest większy cień.

W cieniu domu lub gdy chmurka,

Cień w cień większy daje nurka

I go nie ma, choć ja wiem,

Że on jest – mój własny cień.

Poetą na szóstkę, to ja nie będę. To się ma, lub nie.  Długo byłam z dzieciaczkami i to moje pisanie pod Okruszki małe. We wszystkim nie musimy być dobrzy. Szczęściem jest, kiedy z pasją wykonujemy swoją pracę zawodową. Ja jestem szczęściarzem (przypomniał mi się kawał o Icku i szczęściarzu). Dwa zajęcia i dwa kochane!

Ostatnio do salonu przyszedł mail, od klienta ze Stanów, zacytuję -” Odwiedziłem wasz salon tydzień temu i doświadczenie było niesamowite!!!  Ta mała kobieta była ekspertem i profesjonalistką! Jeszcze raz dziękuję za niezwykły czas, wrócę”. Było mi bardzo miło.

Mój przyjaciel M. często powtarzał, że podziwia ludzi, którzy wykonują swoją pracę z pasją. Słuchając moich opowieści o zabawie z dziećmi na dywanie w naleśnika, turlaniu się „smarując go czekoladą”, o tańcu z chusteczkami na paluszkach do muzyki E. Morricone – „Misja”, czy masażu moimi stopami z Rytuału Gejszy, mówił „Eh, tyle ognia w tym, Baśka”!

Tego ognia, żaru Wam życzę, czy to w pracy zawodowej, gotowaniu, kochaniu, zabawie z dziećmi, nawet w leniuchowaniu, tego też nauczyć się trzeba (kto się jeszcze „nie naumiał”).

A jesienią przedłużenia babiego lata,  skrócenia pluchy. Wygrzewajcie swoje kostki wtuleni w siebie.

 

Ciche dni. „Kurczak w stylu Tandoori”.

Znowu ta sama sytuacja, podnoszę głos zdenerwowana, on też. Potok słów, strzelamy do siebie, jak z karabinów. Już nawet nie pamiętam, co wykrzyczałam.  Trzask drzwi. Zamknął się w pokoju. Jestem wściekła, obiecuje sobie, że pierwsza nie odezwę się. Wychodzę. Musze się przejść, bo inaczej rozniesie mnie. Znowu to zrobił. Zaprosił gości z dnia na dzień. Jak on to sobie wyobraża? Wracam tak późno z pracy, kiedy ugotuję, upiekę, posprzątam, a poza tym miałam ochotę na kolacje przy świecach we dwoje. Tak dawno nie kochaliśmy się, ciągle zabiegani, a on dba o przyjaciół, nie o mnie.

I mamy  ciche dni. Każdy przeżywał je w związku. Nawet w najlepiej dobranych parach może dojść do kłótni, zwłaszcza jeśli problemy nie były omawiane na bieżąco. Nie lubimy tych dni milczenia i naszych serc królowej śniegu. Rzeczywiście są potrzebne, pomagają, czy raczej szarpią związek i prowadzą donikąd? Kłótnia zabolała, słowa złe brzmią w głowie. Jesteś zły, zawiedziony partnerem i tych właśnie „cichych dni” potrzebujesz na uspokojenie, przemyślenie. Jedno jest pewne – nie przedłużajmy ich. Rozmawiajmy, nie krzyczmy. Dzieci nasze boja się, martwią, że mama z tatą już nie lubią się. A może to ja coś zawiniłem i rodzice kłócą się przeze mnie?

Ciche dni, to metoda stara, jak związki. Metoda kontrowersyjna w skuteczności i niebezpieczna. Ukaranie partnera milczeniem, boli i niepokoi. Coraz częściej gości w naszej głowie myśl- „.., nie mogę tak żyć, co z nami będzie”? Budzimy się i z ciężkim sercem wstajemy. Z takim samym sercem wracamy, choć byliśmy wśród ludzi i jesteśmy pewniejsi niż o poranku. Ale nic nie idzie: ani w pracy, ani na spotkaniu z koleżanką, ani wizyta u mamy.  Nie chce ci się gotować obiadu, czytać dziecku, oglądać telewizji. Nie możesz skupić się na odrabianiu lekcji z waszą pociechą. Trudno jest przerwać milczenie, a im dalej w czasie, tym gorzej. Nasz upór, zawziętość nie pomaga. W końcu mamy dość tego mijania się, tej gęstej atmosfery i przepraszamy, choć nie czujemy się winni całego zdarzenia. Na dłuższą metę tak nie da rady. W końcu ta przepraszająca na okrągło osoba tupnie nogą i różnie się skończyć może. Przecież nie o to chodzi tylko o dogadanie się, zrozumienie jedno drugiego, przyznanie do tego, co po mojej stronie. W rozmowie nie tyle obwiniajmy, co  mówmy, jak czujemy te daną sprawę, jak my się w tym odnajdujemy lub nie.  Ciche dni, to brak komunikacji w związku. Nie mamy dostępu do kochanej osoby. Nie wiadomo, co myśli, do jakich wniosków doszła. A najczęściej bez wytłumaczenia dochodzimy do dziwnych wniosków. Nie powie, to zostawi nas ze swoją interpretacją.

Będąc małym dzieckiem, podsłuchałam rozmowę mojego kochanego dziadka Pawła, jak mówił swojemu sąsiadowi, że nigdy nie należy kłaść się spać w gniewie. On z babcią byli dla nas wnucząt wzorem. Staruszkowie po 80 -tce, przytuleni, siedzący na ławeczce pod domem. Często trzymający się za dłonie. Podziwiałam go za to, że  nie krzyczał, nie denerwował się, nie pił alkoholu. Żona, dzieci, wnuki nigdy nie widziały go pianego.

Pewnie każdy z nas pamięta ciche dni ze swoich domów rodzinnych. Zdarzały się najczęściej po dniu, dniach picia alkoholu.  Tata wstydził się, mama była smutna.

A może by tak zamienić ciche dni na ciche godziny. Dać sobie czas na wyciszenie, ułożenie myśli. I jeszcze raz postarać się o zgodę, bo nie mówienie o spornych sprawach nie oznacza, że ich nie ma.

Weźcie sprawy w swoje ręce. Ktoś z was pierwszy musi zaproponować kolacje z rozmową. Bądź silny, zrób to. Moja mam powiedziałaby – „bądź mądrzejsza”. Przygotujcie kolację, zjedzcie w spokoju, na ile się uda i przy lampce wina, ja wolę herbatkę (nigdy nie piję alkoholu, tak jak dziadek Paweł) porozmawiajcie. Kluczem jest spokój i wasza dobra wola w dogadaniu się. Przecież tak naprawdę chcecie zgody.  Może nie rzucajcie się, kto pierwszy do głosu, aby moje było na wierzchu, tylko zacznijcie wstępem. Powiedz jej, jak lubisz wtulać nosek w jej pachnąc włosy, jak bardzo ujmują cię jej roześmiane oczy o poranku i chichot, kiedy oglądacie kabarety. Jak cudowną jest mamą, schylającą się do całowania stłuczonego kolanka dziecka. Niezmordowaną do nocnego wstawania. Zauważasz to, podziwiasz i ty także potrzebujesz jej dłoni na swoich skroniach. Równie dobrze, to samo może zrobić kobieta. Zanim przejdziecie do tego, co boli. Na takim podłożu, kiedy ścieżka do serca omieciona będzie wam łatwiej.

Ostatnio usłyszałam jeden z piękniejszych komplementów w życiu. Takie proste słowa, bez udziwnień, a tak stopiły serce. Stanął w drzwiach. Ucieszyłam się i zdziwiłam, że wrócił. Stał i patrzył wyczekująco.

„Myślałam o tobie wczoraj,  czy jeszcze kiedyś cię zobaczę? Wierzyłam że wrócisz, kiedy zobaczyłeś, jak zwykłą dziewczyną jestem”.

Pogłaskał mój policzek i bez namysłu rzekł, – „Właśnie dlatego wróciłem, bo zobaczyłem, jak niezwykłą  dziewczyną, jesteś”.

Miłych słów nigdy za wiele. One mają tak wielką moc! Słowa tak samo mocno ranią, jak i goją.

A teraz przepis na pyszne jedzonko.

„KURCZAK W STYLU TANDOORI”

Kawałki kurczaka, takie jakie lubisz. Ja wzięłam pojedynczą pierś, po 3 udka i skrzydełka. Udka przecięłam na pół, ponacinałam kratkę na mięsie, skrzydełka przecięłam, a pierś wzięłam w całości, mała była. Przełożyłam do miski dodałam duży jogurt, zmiażdżone 2 ząbki czosnku i po 2 łyżeczki imbiru, ostrej papryki, czosnku i kurkumy w proszku. Trochę soli. Wymieszałam. Powstała żółta śmietanka. Odstawiłam do lodówki na pół godziny. Na patelni rozgrzałam olej kokosowy, ale może być i nasz rzepakowy. Obsmażyłam po 5 min z obu stron. Przełożyłam do naczynia żaroodpornego na godzinę w 160 stopni. W połowie pieczenia dodałam 4 ziemniaczki przekrojone na pół (chyba zawsze wrzucam ziemniaczki, jak piekę mięsko). Ostatnie 10- 15 minut piekłam bez pokrywy. Wyjęłam mięsko i ziemniaczki, a w ten sosiko-tłuszczyk wrzuciłam ugotowaną kaszę kuskus. Wykorzystam do innego dania.  A może zamiast ziemniaczków wolicie bardziej indyjsko niż swojsko z pyrkami. Przedtem maczałam  w tym sosiku kawałeczki świeżej bagietki. Zaręczam wam, z bagietką bez kaszy też pychotka!! I Hindusi woleliby z moją ulubioną, chrupiącą bagietką, zapewne. Placuszkami, chlebkami zamiast sztućcami nabierają dania, sosy..

PS Dziewczyny nie zapomnijcie ładnej bielizny, bo powinno skończyć się rozbieraniem, wtulaniem, nagarnianiem.. . Życie może być piękne. Dążcie do tego. A zapomniałabym, – panowie tam też należy golić się!!  Są kobiety, które uwielbiają lizanie, ssanie.., a tu włosy w zębach. Nie dopuśćcie do tego.

 

 

Jeszcze ździebko u bratanka. Forinty..

Jak wygląda cenowo pobyt w Egerze. Przyda się temu, kto pierwszy raz udaje się tam.  I tak:

  • wejście jednorazowe na termy, to koszt 2200 forintów – bilet normalny. Można kupić karnet na 7 wejść 11000 f
  • lody – 2 gałki 500 forintów
  • obiad taki przeciętny ok. 2000 f
  • duża butelka wody w sklepiku osiedlowym 100 f
  • wejście do muzeum, czy na zamek, też ok 2000 f

 Jeden z obrazów  (ten ujął moje serce) w dawnym kościele, obecnie miejscu kultury – galerii sztuki współczesnej. Niestety dzieło to zbyt kosztownym było, 2 tys.euro.

20 sierpnia przypada święto patrona narodu, św. Stefana. Był to pierwszy król Węgier i ustanowił tutaj w 1004 roku biskupstwo. Po najeździe tatarskim, w celu obrony biskupstwa zaczęto w 1248 roku budować kamienny zamek.  Można go dziś zwiedzić za 1700 f.  Za dodatkowa opłatą można także zobaczyć odnowioną wystawę Kazamaty. Korzystać z restauracji na zamku nie warto, jest tam drogo, zarozumiała obsługa, a jedzenie takie sobie i kobieta później obsłużona niż mężczyzna. Skoro święto narodowe, to pamiętajcie 20 sierpnia sklepy zamknięte, ludzie odpoczywają, bawią się. Nas zajął koncert na placu Dobo i wyjątkowe fajerwerki. Takich nigdy nie widziałam. Pewnie mało w życiu widziałam.

Schodząc z zamku do miasta wzdłuż murów , widzimy Minaret. Nam nie było dane, gdyż remont i odnowa na dobre. W roku 1596 Turcy opanowali zamek i na 91 lat stali się panami miasta. Wtedy też powstał Minaret, z którego  muezzin pięć razy dziennie zwoływał wiernych na modlitwę.  Minaret ma kształt czternastoboku na 40 metrów wysokości, a na okrągły balkonik wchodzi się po 97 krętych schodkach.

Ozdobą głównego placu miasta jest pomnik kapitana zamku w Egerze, Istvana Dobo.

Na tym samym placu wznosi się kościół o jednym z najpiękniejszych wnętrz w całej Europie Środkowej- Kościół Minorytów, któremu w 1771 nadano wezwanie św.Antoniego z Padwy. W roku 2002 do kościoła trafiły relikwie św. Jadwigi (kanonizowanej przez papieża Jana Pawła II córki króla Ludwika Węgierskiego i żony polskiego króla Władysława Jagiełły).  W ten sposób kościół stał się wspólnym sanktuarium dla Polaków i Węgrów.

W zaledwie 20 minut spacerkiem od centrum dotrzemy do Doliny Pięknej Pani, w której znajdziemy prawie 200 piwniczek winnych. Szczerze polecam piwnicę pod nr 34 u Gabora (przystojniak, jak piorun). Zawsze długo nawet do północy otwarta z przemiłą obsługą.

Odpoczęłam, choć to było tylko siedem dni.

A może Węgry.. . Tańczący Motylek

Eger, perełka północy Węgier.

Na każdym kroku słychać język polski. Przyjeżdżają tu całe rodziny; z dziećmi, starszymi rodu, ale i koleżanki, zakochani..  Niektóre restauracje oferują swoje menu w naszym języku. Zdarza się dziwna naleciałość chyba z przeszłości tego kraju, jak przyjdzie para, to mężczyzna pierwszy dostaje posiłek, kobieta  musi poczekać (może to takie lekko tureckie, bo przecież byli tam dziesiątkami lat). Główna ulica, jako deptak kusi wieloma  restauracjami, kawiarniami i cukierniami.

Warto odpocząć w ogródku jednej z nich.

Nasze serca zjednała sobie Falank Fanny. Są tam takie ichnie pyszne buły, chyba na parze polane sosem waniliowym i posypane makiem, kluseczki galuszki, papryka marynowana nadziewana kapustą lub czosnkiem i inne potrawy, które bierzesz przy ladzie. Warto pokusić się o spróbowanie langoszy, zupy rybnej z sumem, czy pysznej gulaszowej w Dolinie Pięknej Pani u Butykos lub Vendeglo.  I wypić winko Egri Muskotaly w winiarni Szilagyi 34 Pince z  doliny tej ładnej kobitki. Trochę trzeba pozwiedzać, a zatem warto zajrzeć do Liceum i obejrzeć przyrząd optyczny Camery Obscura, będący najstarszą w Europie wciąż działającą „ciemną komnatą”.  Na przeciwko Liceum mamy  drugi największy kościół na Węgrzech, czyli egerska bazylika, gdzie Basi biło serce, iż przekracza progi w kusych portkach.

A może spacer uliczkami w zachwycie barokowych zabytków. Mnie tam zauroczyło to, czego potrzebowałam; największy kompleks kąpielisk na Węgrzech, Termy Egerskie. Dla urozmaicenia są tam także Łaźnie Tureckie. My zażywałyśmy kąpieli w ciepłych wodach basenów z Termal Furdo.

Panów nie podrywałam, kontaktu wzrokowego z żadnym nie nawiązywałam, ale za to zatańczyłam przed 92 letnim Tonym. To była ostatnia noc w Egerze, zjadłyśmy kolację, Marta za kokosiła się w łóżeczku i przeglądała fb, a ja powędrowałam do kuchni pensjonatu nacieszyć podniebienie dobrą, mocną herbatką. Z filiżanką udałam się do altany ogrodu, rudy kotek za mną.

Piję, próbuję pogadać z kotem, a że nie odpowiadał myślę; „a co mi tam zatańczę ci radość życia przy LP”. Kot zadowolony patrzy trochę zadziwiony, ja skaczę po trawie ogrodu. Pobiegłam po Martę, coby pstryknęła kilka fotek. A ona filmik nakręciła. Wracamy do łóżek, ale na chwilę jeszcze przycupnęłyśmy w stołówce pensjonatu, a tu z pokoju obok wynurza się nowy gość. Ledwo unosi nogę za nogą, wspierając się solidną laską, przy tym ciało drży i  siwiutki dziadeczek w białej koszuli zmierza ku nam. Zasiada przy naszym stoliku. Jest późno, jak na kolację, bo tak ok. 22, ale jemu nie głód doskwierał tylko samotność. Patrzy na mnie, kładzie dłoń na mojej i mówi, oczywiście po węgiersku. Ja znam małe co nieco po angielsku, więc próbuję kleić rozmowę, on ni w ząb. Dalej rozpływa się w opowieści wersji madziarskiej. Dowiedziałam się, że ma na imię Tony i na palcach pokazał 92 lata. Na co ja macham ręką i mówię do niego po polsku; „Jestem Basia i kocham tańczyć, zaraz ci pokażę”. Marta robi wielkie oczy i błagalnym tonem prosi -„Basiu nie”! Ale mi się nadal tańczyć chce. Myślę – „A niech chłop ma”! Pewnie dawno nie widział takiego obrazka. Już wysuwam się na środek kuchni, nastawiam niezmordowaną LP i zaczynam podskakiwać, wić, kołować. Powiem Wam; jego, tego Tonego radość oczu i całego ciała bezcenna!! Pewnie przez ostatnie 30 lat żadna laska nebeska nie zatańczyła mu.  Słodkim krokiem zbliżam się do niego, on obejmuje w pasie i całuje rączki moje. Fajnie było, takie połączenie kobiety z dziewczynką małą.

Później ganiałam przed ogródkiem w sążnistym deszczu. Na bosaka w żółtej koszulce. To były moje egerskie wygłupy, a o poranku ruszyłyśmy do ukochanego kraju. Tony pewnie szukał małej kobietki. Na darmo, ona szybko zmyka. To Motylek. Przysiądzie po trzepocze kolorowymi skrzydełkami i frunie dalej.

Życzę Wam beztroskich wakacji i odwagi połączonej z fantazją.

 

 

Oprzeć szczęście, o..

Przepraszam, ostatnio nie mam czasu na „blogowanie”. Rozpoczęłam kurs masażu tantrycznego. Proszę absolutnie nie kojarzyć go z erotycznym. To już prędzej mój autorski masaż- ” Niebo”, ma więcej wspólnego z erotyką, chociażby dlatego, że jest najczulszym dotykiem, a tantra, hm.. . Dość trudne to dla mnie i mocno pożerające moją energię. Jak już ukończę, opiszę więcej.

Dziś chciałabym zająć Was słowami mojej młodszej córki, kiedy je wypowiadała miała zaledwie 19 lat. Zapamiętałam i czasami wracam do nich. A teraz z Julią dość intensywnie komunikujemy się. Rozmawiamy o studiach, promotorach, ambicji i niesprawiedliwości. Żal mi jej, że tak solidny człowiek doświadcza takiej a nie innej rzeczywistości, że czasem uczciwość, rzetelność obraca się przeciwko nam. Poradzi sobie, bo od małego wiedziała, czego chce i konsekwentnie mierzyła się z zadaniami.

Wrócę do jej słów, które kiedyś wywarły na mnie i jej starszej siostrze wielkie wrażenie. Byłyśmy we trzy w domu, pocieszając Okruszka w jej bólu, po rozstaniu z pierwszą miłością (23 lata). Taka przybita, milcząca, a oczy pełne smutku i bólu. Tak trudno było jej przyjąć brak tego człowieka obok. Swoją drogą dla mnie nie wart za wiele. Taki nieogarnięty egoista, który na pytanie, jakiego dokonałby wybory, gdyby trzeba było; „marycha”, czy ona, jego dziewczyna, bez wahania odpowiedział, że bez palenia nie mógłby istnieć. Zgroza.  Ale dla niej pierwszy mężczyzna, któremu oddała serce.

Ja głaszczę po główce, pocieszam, zapewniam o naszej miłości, na to odzywa się Julia;

„Oj, bo wy źle robicie, zakładacie swoje szczęście w oparciu o drugiego człowieka. A człowiek, choćby się starał i był z natury dobry, często zawodzi. Oprzyjcie swoje szczęście na siebie”. 

My głowy uniesione patrzymy na nią i właściwie nie rozumiemy, co chce przekazać. Więc dopytuję się, jak to zrozumieć. Na co Julia tak pięknie, z takim entuzjazmem, patrząc mi w oczy mówi:

„Zobacz mamusiu, kochasz koncerty w filharmonii. Pasjonuje cię balet, śledzisz Wydarzenia w Multikinie i wyczekujesz ” Dziadka do orzechów”, czy „Jezioro Łabędzie”. Lubisz operę i  żywo dyskutujesz o Carmen, Cyganerii, przekonując, że Tosca dla ciebie jest wyjątkowa, a „Madame Butterfly” musiała ustąpić jej miejsca. Mieszkasz w takim mieście, że masz do tego łatwy dostęp, karmisz swoją duszę. Twoje treningi nad morzem, biegi brzegiem plaży i lasem z ćwiczeniami na drążku, to radość dla ciała. A domek twój tylko 4 km od Bałtyku. Każdy najmniejszy zwierzaczek, to radość dla oczu twych. Zatrzymujesz się, aby popatrzeć na gołąbka, czy przenieść ślimaczka i nigdy nie pozwalasz zabić pajączka, choć ja piszczę. A w domu masz wyjątkowo potrzebującego tulenia i miłości kotka, taki, a nie inny, co lubi chadzać swoimi drogami jest z tobą. Ile razy widzę, z jaką radością sadowisz się w swoim wygodnym, wielki łożu z miską winogron, które uwielbiasz i dobrą książką z działu psychologia. A bibliotekę masz dokładnie pod sobą, w tej samej kamienicy. 

Szczęście należy oprzeć na sobie. I cieszyć się każdym dniem. Kiedy polubisz siebie, nie zawiedziesz się” !

Oniemiałe patrzymy na nią chyba z otwartą buzią, a ona dodaje –  „I szczęście, to kiedy wychodzisz z wanny, zarzucasz wilgotne włosy, a kropelki wody spływają po plecach”. 

Pamiętam te słowa, pokochałam siebie i doceniłam pasje i to, co mam. A człowiek? Jest wokół mnie!  Dużo wartościowych, kochanych, dobrych ludzi; moja trójka cudownych dzieci, kochana siostrzyczka, mama, moje przyjaciółki, koleżanki i światek zawodowy, nawet klientki naszej fryzjerki mówią mi, że mają udany dzień, kiedy mnie widzą i słyszą. Ostatnio jedna z pań, powiedziała, że powinnam być jej psychologiem. Miłe. Jest wiele życzliwych mi osób. Doceniam. A Anioł Stróż wiecznie czuwa nad Basią i Baśką!! DZIĘKUJĘ!! Wam kochani oczywiście życzę, szczęścia z człowiekiem wyjątkowym. Dla Was wyjątkowym, niezawodnym!!

On, ona i pieniądze.

Już jakiś czas temu myślałam o popisaniu na temat pieniędzy w związku, ale on rozległy i na dodatek z wielu stron można na niego różnie popatrzeć. Pogląd, który mamy w tej sprawie często zależy od doświadczeń i wzorca wyniesionego z domu. A,  które rozwiązanie dobre, nie wiem. Wczorajsze zdarzenie, które miało miejsce w sklepie,  skłoniło mnie do podjęcia tego tematu na blogu.

Obecnie mam czas smażenia konfitur na zimę. W ogródeczku mym wyjątkowo pięknie obrodziła czarna porzeczka. Więc co robić? Zapasy na zimę. A to do herbaty, naleśników, ciasta, czy po prostu na świeżą bułeczkę z pachnącym masełkiem. W mroźne dni, kiedy zapach lata minął, coś niezwykle smakowitego.  Już na półeczce czekają: dżemy z truskawek z imbirem, wiśnie z cynamonem, konfitury rabarbarowe i  czereśniowe.

Zabrakło słoiczków, a ostatnio takie piękne, zdobne kupowałam w Biedronce, więc biegnę, zanim zamkną sklep. Stoję w kolejce, dzierżę słoiczki pod pachą, a przede mną para ludzi w wieku po 40-tce. Już pakują zakupy i teraz ten moment, który mnie zaskoczył, a raczej ukłuł. Przecież wiele razy widziałam, jak mężczyzna płaci, ale tym razem zabolało mnie, że mi się to nie zdarza. Zrobiło tak zwyczajnie smutno i przykro. Lubię swoją niezależność finansową, ale kiedy mężczyzna płaci, to pewnego rodzaju poczucie bezpieczeństwa, zadbania o kobietę.  A może to po prostu umowa między partnerami, kto za co odpowiada finansowo.

Pokażę Wam moją drogę kształtowania podejścia do pieniądza, zanim stałam się harda i dlaczego tak się stało. Opiszę z grubsza te doświadczenia, które miały przemożny wpływ na moje postępowanie z mężczyzną i jego forsą. Ja niezależna, z brakiem umiejętności brania. Nie chcę  być dłużną mężczyźnie, nic a nic. A dane przez nich z łaski ze skrzywieniem i  zbolałą miną, nie wchodzi w grę! Ja nie pies, aby mu od niechcenia rzucano, kość. Poradzę sobie, lepiej lub gorzej, ale poradzę!  Obiecałam sobie, że dopnę niezależności finansowej. Dopięłam i trzymam się tego! Może czasem nie warto być taką hardą i brać, ale ja za wiele przeszłam w tej materii. Kiedyś pod choinkę od męża dostałam luksusowe perfumy i wiecie, że przy najbliższej sprzeczce wygadał; ” Dobrze było jak kupowałem prezenty, a ty z ochotą brałaś drogie perfumy..”! A to przecież dobry człowiek. Może jestem za wrażliwa.

W moim domu rodzinnym, tylko tata pracował zawodowo. Mama wychowywała trójkę dzieci i zajmowała się wiejskim podwórkiem. Widziałam w kredensie kuchennym pudełko, w którym leżały pieniądze. Tata to, co zarobił odkładał tam i wspólnie gospodarzyli.  Skończyłam studia i udałam się w podróż pracy i  zarabiania,  która miała mnie zbliżać do usypywania górki na emeryturę. Myślę o górce kasy! Więc przez ten moment miałam jakiś swój grosz. Ale to krótki okres, bo zachciało mi się wyjść za mąż. I dobrze, bo co przeżyłam to przeżyłam, ale mam SKARBY najukochańsze dzieciaczki.  Zmieniło się wszystko. Szybko urodziłam synka i przeszłam na wychowawczy (3 lat).  Mąż nie wyobrażał sobie, abym oddała dziecko pod opiekę i poleciała zarabiać, czy rozwijać się zawodowo. Byłam mu wdzięczna, bo to najpiękniejszy okres w życiu kobiety. I wszystko byłoby dobrze, ale kolejne dwie ciąże i moje wychowywanie urosło do 8 lat absencji w szkole (pracy). I miało to wpływ na nasze finanse. Jedna skromna pensja męża; żyło nam się biednie, oj bardzo ubogo!! Mąż dostawał pieniądze na konto, więc żadnego czarodziejskiego pudełeczka z kupeczką many many, nie uświadczyłam w kredensie.  Wychodził rano do pracy i dobrze było, jak nie zapomniał położyć 5 zł na ten dzień. Najpierw z tą „kupą kasy”  dreptałam do mięsnego, ze 2 skrzydełka na zupę kupiłam i kawałeczek pasztetowej na chlebek. Później mleko w torebce do przegotowania, jak miała tyle grosików, to 3,2 procentowe kupiłam, bo to dla dzieci lepsze. I koniec obkupowania się. I tak mijały dni, lata całe. Skromne niezwykle. Razu jednego pozwoliłam sobie latem na wypad  na rynek we Wrzeszczu (mieszkaliśmy obok) i kobiałkę truskawek ciągniemy z małym synkiem, bo anemia mu doskwierał i lekarz zalecił.  Nie było już na skrzydełka i zupkę, to kopytek nagotowałam (jajka wiejskie mieliśmy od teściowej). A tu kobiałka starą była i na klatce schodowej przerwała się rączka,  truskawki poturlały po schodach, nabrały psiej sierści i wszystkich innych brudów. Pozbierałam i starałam się domyć. Biedakowi zawsze wiatr w oczy, bo na dodatek wykipiało mi mleko. Popłakałam się. Jakże ja to pamiętam. A dzieci moje czasem opowiadają, jak obok „Eleganta” pojawił się sklep „Świat Dziecka” i  wchodziłyśmy tylko popatrzeć na zabawki. Wiedziały, że mama nie ma grosza przy duszy. Mąż twierdził, że bieda, skromne wychowanie jest lepsze, niż pokazanie dziecku hulaszczego trybu życia. Zaiste, prawda, ale zbyt duża bieda i w lata przeciągnięta niszczy, nie jest dobrem. Kłopoty finansowe, takie na małą skalę, że nie możesz związać końca z końcem zatruwają myśli, tracisz poczucie bezpieczeństwa, czujesz upokorzenie, kiedy na wakacjach płaci za wasz obiad brat męża i tak rok w rok. To nie była bieda, że się jadło spleśniały chleb, ale skromność wielka. Przez najbliższe 7 lat nie byłam w sklepie z odzieżą dla dorosłych, aby sobie kupić, np. sweterek. Ubierałam się w to z czym wprowadziłam do męża. A dzieciom kupowałam w lumpexie. Dostawałam od rodziny po ich dzieciach. I tak się toczyło, jak w większości rodzin. Nie chcę więcej pisać o tamtym czasie. Nie ma po co, a nadal  boli.

Moja córka czytała ten wpis i mówi, że w tym temacie pamięta jedno; jak mama  w dniu, kiedy dostawała w szkole wypłatę zabierała nas trójkę dzieci do Maraski (cudeńko – sklep z łakociami) i mogłyśmy wybrać sobie co chciałyśmy. Ona tam poznała i upodobała sobie marcepanowe kartofelki. To mnie ucieszyło, i to bardzo, że ma takie wspomnienie!!

Wróciłam do pracy, kiedy moje trzecie dzieciątko miało roczek. Moja kochana mama pomogła mi przy opiece i ogarnięciu tego wszystkiego. Zahartowana w biedzie umiałam nadal żyć skromnie. Odkładałam do banku może marne grosze, ale to było moje poczucie bezpieczeństwa. Miałam swoje konto, odpowiadałam  finansowo za wyżywienie, ubranie.. rodziny, mąż opłaty związane z mieszkaniem. Już nie musiałam wyciągać dłoni po 5 zł. poczułam się spokojna i pewniejsza. Tak jest do dziś. Staram się zarobić na studia dziecka, swój samochodzik.., i nawet koronkową bieliznę.  W drugim związku mamy swoje konta, swoje pieniądze i wydajemy na co chcemy. On po opłacie wydatków mieszkaniowych, ja po wydatkach utrzymania domu, z nadwyżką robimy co uważamy. Ja nadal oszczędzam!! . On daje swoim dzieciom.. Ja mogę spokojnie pomóc moim. Mąż ma trzy razy większą pensję niż ja, ale ja nie narzekam na moją małą. Cieszę się, że mam i nie muszę w ukłonach, przebierając rączkami prosić, aby mi pożyczył. Nie chodzimy na wspólne zakupy, więc nie doświadczam takiego obrazka, jak ci ludzie  przed kasą w Biedronce, że on wyciąga portfel.

Wiecie co, dochodzę do wniosku, że nadal mam dużo bólu do facetów i powinnam oficjalnie być singielką, nie farbowaną mężatką.

Jakie rady dla Was? Jedna tym razem. Każdy z Was musi usiąść z partnerem i przegadać temat finansów, dbania o budżet i dojść do porozumienia. Nie sprawdzi się to rozwiązanie, modelujcie je. Natomiast, jak nie ustalicie ram finansów w waszym domu, będą o czasu do czasu wychodzić różne chocki klocki. Na przykład, nie obgadanie ze swoją połową jakiejś inwestycji, ta upadnie, wyjdzie to na jaw i druga strona poczuje się zlekceważona. Naruszycie świnkę wakacyjną i nie zdążycie się odkuć, dorzucić. Powstanie żal, że nie było to przegadane wspólnie i świadczy to o braku zaufania do siebie.

Pieniądze, seks, dzieci, to najczęstsze źródła kłótni w parach. Osobne konta, czy wspólne? Nadwyżki finansowe, do czyjej dyspozycji i na co? Do wspólnego ustalenia. W młodych związkach można usłyszeć żal kobiet, kiedy stały się matkami, wychowują dzieci, nie pracują zawodowo, a małżonek daje do zrozumienia; „Ja zarabiam, więc decyduję o wydatkach” lub „będę ci przekazywał pewne sumy, a ty będziesz się z nich rozliczać”.  I tak utrwalony model przejdzie na dalszy okres ich wspólnego życia. Kobieta wróci do pracy, będzie zarabiać, ale mężczyzna w dalszym ciągu zarządzać i decydować.. .  On nadal potrzebuje dyktować, jak ma funkcjonować żona; co ma kupować, a czego nie. Będąc nauczycielem, dość często widziałam, że mężczyzna, który utrzymuje rodzinę,  zwalnia siebie z jakichkolwiek obowiązków domowych. Przez 4 lata pracy z ich dzieckiem nie widziałam taty na zebraniu w szkole, nie odebrał, ani nie przyprowadził synka, córki, nie pomógł w organizacji imprez klasowych… Istniejąc tata, ale nieobecny. Kobieta też może postąpić źle, np.czyszcząc wspólne konto, bo zaszalała na przecenach.

W okresie narzeczeństwa warto zwrócić uwagę jakich metafor o pieniądzach używa wasza miłość. To już nam coś mówi. – ” Pieniądze nie rosną na drzewach”,-” Nie leżą na ulicy”  (skąpy), -„Pieniądze szczęścia nie dają”, -„Nie ma sensu oszczędzać, trzeba wydawać, bo tracą wartość” (nie ogarnięty, wyda na byle co, głupio przehula),  -„Żaden pieniądz nie śmierdzi”, ( nie ma skrupułów), -„Masz pieniądze, masz szacunek” (ciułacz na pokaz), -„Za pieniądze kupisz wszystko” (bezczelny w finansach).

Przykład: mężczyzna, który uważa że pieniądze zdobywa się ogromnym trudem i trzeba z wielkim szacunkiem podejść do każdego grosza, a ona z domu, gdzie słyszała wyznawaną zasadę,- „Raz się żyje” i cóż, problemy gotowe. Ona lubi mieć oszczędności, każdy wydany pieniądz obejrzy dwa razy, za nim wyda, on chce żyć na pokaz, wystawnie, wrzucać fotki na fb z wypraw, a to do Meksyku, Gruzji, czy na piękne Lofoty. Kocha markowe ciuszki, perfumy,  restauracje.. . Ciągłe nieporozumienia, brak wspólnej linii działania. Może skończyć się rozejściem pary.

Na koniec szybko pokaże wam niebezpieczeństwo pożyczek (na faktach).  Ona skromna ciuła grosz do grosza, a będzie kokosza. On, jak nie ma kasy na święta, czy wakacje zaciąga krótkoterminową pożyczkę. Tak wkręcił się w te pożyczki, że ona już nie ogarnia. Są niewypłacalni od lat. Myśli nawet fajny chłop, ale głupi finansowo. Straciłam całkowicie poczucie gruntu pod nogami. Nie chce tak dłużej!! Rozwiodę się bo utoniemy z dzieckiem razem  z nim. Przychodzi do mnie na masaż, ów małżonek i narzeka, że ma żonę wariatkę, bo kupił jej drogie perfumy, takie za 800 zł, a ona furiatka wyrzuciła przez okno. O matko myślę, co tam mogło zajść?  Nikt szczęśliwy, że mąż daje prezenty, nie ciska ich na podwórko. Myślę, może zdradził i to ma być zadośćuczynienie? Na to stawiałam. Bardzo szybko dowiedziałam się, kiedy i ona zagościła w naszym salonie zrobić fryzurę. Opowiada, „Ten mój wariat wziął kolejną pożyczkę, a cobym się nie złościła, kupił mi super drogie perfumy. Wściekłam się wyrzuciła i perfumy i jego z domu. Nie mam innego wyjścia, rozdzielność majątkowa i rozwód. Już dłużej nie dam rady, pójdę z nim na dno”. Widzicie, że należy słuchać obu stron! On powiedział tylko o wyrzuconych perfumach, a że ciągnie ją i dzieci w być może rodzinną tragedię, tego już zapomniał.

Współczuje kobietom, które mają mężów alkoholików. Jak zatrzymać grosz na buciki dziecka.., aby nie przepił połowy, czy więcej? Biedne!

Dość często z powodu odmiennego podejścia partnerów do pieniądza, dochodzi do rozwodu.

Omawiajcie na bieżąco sprawy finansowe, nie krepujcie się mówcie o swoich marzeniach, o wydawaniu i oszczędzaniu. Uczcie się współpracować i dbać o przyszłość. Powodzenia kochani, i w tej trudnej kwestii!!

A taki wydatek koniecznie omawiajcie z żoną!!