Mało mnie

Przepraszam, ostatnio mało mnie na blogach. Mam dużo wolnego czasu, jak nigdy w życiu. Ale chyba go trwonię!! Do szkoły nie chodzę, pracy prawie nie mam. Może dwa masaże w tygodniu.

Julia za pierwsze zarobione pieniądze kupiła sobie dietę pudełkową, bo mama wykańczała ją niezbilansowanym domowym jedzonkiem. I takie żywienie typu; zupa ogórkowa z zacierkami, ziemniaczki puree, panierowane pieczarki i mizeria ze śmietanką były przeciwko niej. Zwłaszcza, że całymi dniami siedzi przy laptopach, ogarnia pracę na pełen etat i studia dzienne online, a nocami pisze magisterkę. Tym to sposobem Basia nie gotuję.

Romuald, jak wiecie, już od wielu lat gotuje sobie sam po swojemu. Przedziwne dania, chyba miały być małokaloryczne, ale nie jestem tego taka pewna, za to w ogromnych ilościach. Głównym składnikiem wielu jego potraw jest ziarno ostropest. Na przykład na śniadanie papka z tegoż ziarna, mielonego siemienia lnianego połączone pastą pomidorową. Na obiad kopa kiszonej kapusty, prosto z wiaderka z twarogiem śmietankowym i na wierzch kawałki śledzia solonego. Nigdy nie mogę nadziwić się temu menu, ale cieszę się, że ludzie starają się i żyją po swojemu.

A i jeszcze jedno – bardzo raduje mnie, że póki co mogę jeść, skubać tak po Basinemu, bo dieta pani Chodakowskiej przyprawiałaby mnie najmniej o smutek, a chudnięcie z dietą Romualda o rozpacz.

Skoro nie zajmuję się kuchnią, ani do bloga nie przykładam, to na co trwonię czas?

Na codzienne spacery nad morzem. Ale i tu widać moje lenistwo. Od 12 lat biegałam nad morze, robiłam minimum 10 km. Teraz podjeżdżam toyotką do Brzeźna i lasem spacerkiem idę w kierunku Nowego Portu, a wracam plażą. Nagrywam krótkie filmiki dla Erlenda i pstrykam fotki. Obserwuję mewy, cieszę widokiem pędzącego pieska w moim kierunku (zawsze się jakiś znajdzie), który tak jak ja, wprawdzie nie na emeryturze, ale też raduje bliskością morza i zabawą w berka z falami.

I teraz pora przyznać się, co robię po spacerze.

Jak ta głupia godzinami oglądam hiszpański serial „Vivir sin permiso”, polski tytuł – „Życie bez pozwolenia”. Julia pokazała go mamusi, co by ta nie nudziła się. Chory na Alzheimera baron narkotykowy, Nemo z hiszpańskiej Galicji chce płynnie przejść na emeryturę, załatwiwszy wszystko do końca. Powoli może zjednać serce widza, w tym ludzkim bagnie. Jego zastępca urodziwy, jak piorun Mario i zarazem przebiegły cwaniaczek pod krawatem, planuje jednak wyrwać imperium z rąk spadkobierców. Wszelkim sposobami i nie przebiera w środkach.

Na początku patrzyłam ze zgrozą, że takim strasznym stworzeniem może być człowiek. Później z zaciekawieniem, co będzie dalej, a teraz pod koniec drugiego sezonu robię się zmęczona tymi wszystkimi morderstwami, matactwami, przebiegłością, okrucieństwem, pazernością i głupotą ludzką.

Chwilowo nie mam siły na polską politykę, Dziwisza, covida … . Piekę ciasto czekoladowe, zjemy z Martą. I pogadamy o jej nowym facecie. W nim jest trochę nadziei, bo jak do tej pory, Marta poznaje samych .. . Eh, szkoda moich nerwów.

Macie swój ulubiony serial na Netflixie? Coś proponujecie dla leniwej Baśki? Dziś kończę drugi sezon tego hiszpańskiego, a trzeciego póki co nie ma. I dobrze, bo tam za dużo głów spada i toczy w kałużach krwi. Coś łagodniejszego proszę.