… I uniosła brwi.. Kobieta!

Dziś króciutko odezwę się do Was. Upał męczący do południa, na procesji można było paść z przegrzania, ale dałam radę. Po.. – pojechałam na plażę, ledwo pupę wychyliłam na słonko i .. zgasło. Teraz pada, pada, a niebo zaciągnięte gęstą firaną chmur. Usiadłam i piszę, to co już dawno chciałam zrobić. Od kwietna mam nowe brwi i o tym chciałam Wam donieść.

Był taki czas- mody na cieniutkie, jak sznureczki brwi. Więc skubałyśmy, ja i moje koleżanki z ławy szkolnej. Teraz żałuję mego mocnego przerzedzenia ich. Nie są złe, ale to już nie to i te stałe henny. Zaciągnęłam języka, do kogo udać się w sprawie ombre i pudrowych brwi, bez golenia moich, na tzw. makijaż permanentny. Moja córka, a jej ufam całkowicie, poleciła mi panią Kamilę Kierznikiewicz. Przyjmuje na ulicy Waldorffa w Matemblewie (dzielnica Gdańska).

I już mam piękniejsze brwi. Zawsze ładne o każdej porze dnia i nocy, czy to w kwietniu, czy czerwcu..

Zdecydowanie  upiększyła je pani Kamila i dopasowała do mnie. Nie robiła czarnych, jak smoła z ostrymi kreskami, nienaturalnie wyglądających brwi Gargamela, bo widziała, że buzia delikatna, o takiej a nie innej karnacji, czy kolorze oczu, to trzeba zrobić tak, aby pierwsze nie wchodziły krzykliwe brwi, a później reszta Basi. Tylko wszystko współgrało ze sobą. Aby nie nadały pozoru baby drapieżcy, bo nią nie jestem.

Kto mieszka blisko Trójmiasta, a chciałby raz i dobrze zrobić i mieć z głowy te ciągłe podmalowywania, to polecam. Usługom tej pani nie mogę nic zarzucić, a pochwalić wiele.  Potrafi dobrać metodę i rysunek brwi. Jest rzetelna i poukładana w pracy. Robi ze znieczuleniem i nie bolało, ale korektę chciałam bez znieczulenia i też nie bolało.

Słuchajcie się swojego rozumu i woli ciała. Idźcie po taką usługę, kiedy naprawdę potrzebujecie, kiedy do tego dojrzejecie, a nie dlatego, ze inne malują.

Wiem, że jesteście piękne i bez tych poprawek brwi. Ja też nie robię za wiele z twarzą, oprócz kremów, makijażu i solidnego wieczornego demakijażu. Nie mam doklejanych rzęs, ani ostrzykniętych ust, czy czegokolwiek innego. Te brwi to moje jedyne szaleństwo i nie żałuję. Dziękuję pani Kamilo!!

Reklamy

„Naprawdę, tak ciężko zrozumieć, że właśnie, to życie mnie dusi”

Tytuł tego wpisu to słowa młodego człowieka, który od dekady zmaga się z rzeczywistością w świecie dorosłych i to na obczyźnie. Jest u kresu wytrzymałości.

Statystyki mówią, że w przypadku młodych ludzi, w wieku 15 – 24 lat samobójstwo jest na 3 miejscu wśród przyczyn śmierci. Nieuniknionym jest więc próba zmierzenia się z tym problemem w XXI wieku. M. Anthony podaje, iż najczęstszymi przyczynami zachowań autodestrukcyjnych, samobójczych jest brak wiary w siebie, we własne możliwości u młodych ludzi. Często zdarza się, że nie widzą oni sensu dalszego istnienia, tracą cel życia nie umiejąc sobie poradzić z problemami i oczekiwaniami współczesnego społeczeństwa.

Ile razy myślę o tym, po głowie przelatują obrazy z życia rodziny Beksińskich. Nie czuję się na siłach podejść głęboko do tego tematu, a i blog to chyba nie miejsce na wnikliwe rozebranie tego na części składowe, ale piszę Wam o wszystkim, więc i o tym smutku wspomnę. Myślę, że to dotyczy niejednego z nas.

Czy to wygórowane wymagania wobec młodego czynią go nieszczęśliwym? W liceum cisną ile się da i więcej. Wyścig szczurów trwa.  Korepetycje z tego, z tamtego, bo inaczej trudno opanować. Nauczyciel gna, jak szalony z materiałem, tyle tego w programie. A przecież na jednym, dwóch przedmiotach nie kończy się.  Kują nocami, to samo na prestiżowych studiach. No i magister szuka pracy. Korporacje wyciskają z niego soki.. . Znam magistra historii, który jest listonoszem.

To jedna możliwość ich pogubienia. A tu jeszcze nieszczęśliwa miłość, burzliwy rozwód rodziców, czy ich wyjazd zarobkowy, właściwie zostawienie niby dorosłego człowieka, a może wstydliwy filmik w necie z imprezki, który wrzucili „przyjaciele”, czy okrutnie niszcząca samotność w obcym kraju.  Do tego dopalacze, trawka, alkohol, depresja.. . Ci młodzi ludzie potrzebują pomocy.

I jak im pomóc, skoro absolutnie nie chcą udać się do specjalisty. Twierdzą, że nie są wariatami, tylko życie jest za trudne lub przewidywalne i beznadziejne, tzn wstać o świcie, jechać kawał drogi do pracy, za którą się nie przepada, ale trzeba szanować, taką jaka jest. Ciężko harować osiem godzin i więcej, aż kręgosłup pęka. Taki styrany wraca do domu, a tam pustka, bo trudno znaleźć drugiego na życie, na dłuższy okres czasu. Ogarnie wynajęte mieszkanie, za które płaci 2/3 swoich poborów, coś zrobi do jedzenia i siada ze smartfonem. Przyjdzie sobota, niedziela. Odeśpi i jak jest w kraju wśród swoich, to nie ma biedy, wpadnie do rodziców, czy spotka się z przyjaciółmi. Na obczyźnie, jak ten kołek w płocie samotność doskwiera. Myśli, po co ja to wszystko robię? Po co ja się z tym męczę? I tak lepiej nie będzie. Minie kolejnych 10 lat, a ja nadal w tym samym miejscu: wynajętym mieszkanku, z cienkim portfelem i sam na kanapie.

  Dobrze, jak znajdziemy pasję, którą możemy w każdych warunkach uprawiać. To choć trochę zelży ból samotności, wypełni pustkę. Wieczorem zapali i pójdziesz spać  bez nadziei na lepsze jutro. Za tydzień, pół roku to samo. Stara się nie być sam, choć nie nawiązuje łatwo znajomości. Poznaje kolejną osobę, za chwilę widzi, że to nie to i  już nie chce  na lata wchodzić w toksyczny związek. Przecież przerabiał to wiele razy to. Dawał szansę sobie i jej. Kolejną i kolejną.  Coraz częściej myśli; ” chyba ze mną coś nie tak”.

Wiara w ludzi upadła.  Przekonał się, że człowiek zawistnym jest, a zwłaszcza na obczyźnie. Co zarobi wyda na życie, choć zarabia relatywnie więcej niż w kraju, ale życie drogie. Wszyscy mówią idź do psychiatry, bo coraz częściej myśli, że nie masz siły ciągnąć tego dalej. Ale ty wiesz, że to nie choroba, tylko smutek rzeczywistości, rozczarowanie światem i sobą. Samotnego człowieka, nie spełnionego na żadnym polu.

I czujesz, że psychotropy nie są kluczem do wyjścia z tego, tylko, jak życie uczynić znośniejszym na trzeźwo, bez leków, bez trawki,  bez sztucznego podnoszenia radości istnienia. Może i pogadałbyś z psychologiem, ale po pierwsze nie chcesz wywlekać swojego rozczarowania, swojej biedy. A jeszcze w obcym języku! Słabo.

Twój charakter, nie jest łatwym. Całe nastoletnie i dalej życie szlifowałeś go, łamałeś, temperowałeś, zakładałeś maski, aby pasować do reszty społeczeństwa. Pokazywałeś im, jaki z ciebie miły, otwarty, komunikatywny człowiek. Jesteś już tym wszystkim zmęczony. Wiem, jedyny ratunek szukać pomocy u bliskich, rodziny, lekarza.

Jakie to smutne i przerażające, kiedy młody człowiek, pisze

„… Po prostu nie mogę poradzić sobie z życiem. Walczę i walczę od lat z różnym skutkiem i nie potrafię stworzyć sobie szczęścia. Jestem bezsilny. Staram się naprawdę jak mogę najmocniej, dając z siebie wszystko. Do granic wytrzymałości. Nie wiem, co robić. Wszystko w co wierzyłem okazało się drogą bez sensu. Wszystko, co zrobiłem przez ostatnie dziesięć lat było drogą do tego, gdzie teraz jestem. I naprawdę nie jestem szczęśliwy.. mam dość wszystkiego.  Przede wszystkim tego, że nie potrafię pokierować swoim życiem. . Jestem tylko porażką. I nie dla kogoś, tylko siebie samego… „.

Kochani, uważajmy na swoje dzieci, ich problemy nastu lat, mogą urastać do rangi góry lodowej. Każdy człowiek przekazuje otoczeniu jakieś sygnały o swym nastroju.
Rozmawiajmy. Zabiegajmy, choć nas odrzucają. Bądźmy czujni. Nie zaniedbajmy czegoś. Życie młodych nie jest wcale takim łatwym.

Pieczarki panierowane. Witaminki dla dojrzałej

Obiecałam Niewidce,http://niewidka.wordpress.com/ super dziewczynie z kącika blogerów, że wrzucę przepis na coś bez mięska i to jest moje ulubione danie wegetariańskie.

Gwarantuję Wam, to bardzo smaczne i pożywne jedzonko. Po prostu – prosta pycha! Tanie i szybkie do wykonania. Polecam serdecznie nie tylko tym, co mięsa nie tykają. Każdemu! A Ci, co znają to danie, wiedzą dlaczego tak namawiam. Najlepsze są świeżo usmażone, takie chrupiące, a jednocześnie bardzo soczyste w środku.

Kupuję około 30 małych pieczarek. Duże też są dobre, ale mniejsze lepsze, a zwłaszcza „zamknięte”, to ważne. Obieram ze skórki, łatwo schodzi. I odcinam „nóżki”. W jednej miseczce roztrzepuję dwa jajka, solę, a do drugiej sypię trochę bułki tartej. Na patelnię wlewam suty chlust oleju. Na rozgrzany układam otoczone w całości pieczarki najpierw w jajku, później w bułce. Smażę po kilka minut z jednej i drugiej strony, na średnim ogniu. Przekładam na talerz, do tego trochę sosu zimnego, jaki lubicie, np.słodko-pikantny chilli.  Można z pieczonym ziemniaczkiem, ale same też smakuję wybornie. Smacznego!

W poprzednim wpisie pisałam Wam o mojej niewierze w suplementy diety i nadal uważam, że to „ściema”, a przynajmniej w zdecydowanej większości.  Napiszę po kolei, co się wydarzyło w związku z tym. Na paznokciu wskazującego palca pojawiła się maleńka półmilimetrowa plamka. Kosmetyczki cap mnie pod swoje czujne oko. Oglądają z prawa, lewa i polecenie jasne dają- „Idź do dermatologa”. Tak dla spokoju maszeruję. Chłop najlepszy od skóry jakiego znam w Gdańsku, o imieniu nietypowym dla męskiego rodu – Mario. Chyba pod dermatoskop, czy co takiego palec mój włożył. Bada, bada. I każe obserwować, czy plamka przesuwa się, czy nie, bo nie umiałam tego ze strachu na 100% orzec. Coby wizyta płatna za krótką nie była, daje mi złote rady. Mówi, jakoś tak mniej więcej: – „Pesel nasz (bo on w moim wieku) zobowiązuje do staranniejszego dbania o siebie, droga pani”. Widać, że szczupła, wysportowana, ale D3 dla kości stale już teraz potrzebne i skórze trzeba pomóc witaminką A+E, do tego trochę magnezu i cynku. Trzy specyfiki zapisuje. Jakoś w ustach najlepszego dermatologa przekonująco to brzmiało. Wierzę mu, bo 8 lat temu, uratował mnie chłopina, inaczej zniszczyłabym do cna portfel i ze zdrowiem nie wiem, jakby było. Po wielu wydeptanych ścieżkach z różnymi orzeczeniami, a właściwie żadnymi, tylko raczej z ciekawym kręceniem głową, jednego drugiego lekarza,  że może to, może tamto..  . Każdy przepisywał inne najdroższe maści i nic z tego nie wychodziło. A on – dr Mario Kazimierz Smętek poznał się od razu, pogroził palcem, że za młodu spalało się na frytkę, to i zrogowacenie słoneczne mnie spotkało. Mroził tu i tam, najczęściej twarz, dekolt. I tak żyjemy sobie na NFZ, widzimy  dwa razy do roku na dokładnych oględzinach. Ale tym razem z tą tajemniczą kropeczką poleciałam do niego prywatnie, nie czekałam. Plamka w niedługim czasie ruszyła się i będę póki co żyła w zdrowiu.

A czuję się, jak kwitnący kwiatek na wiosnę i nie dziwię się tej plamce, że schodzi i nic złego nie robi. A te przepisane cudeńka dla dojrzałej kobiety zakupiłam z zamiarem łykania, jak doktor kazali. I z Wami, dojrzałymi kobitkami dzielę się moją tajemnicą podtrzymania kondycji. Panowie, jak macie zapał, no i ten stary pesel, to też łykajcie. Nie wiem, co ze mną będzie, bo ja i bez tego czuję się jak młody bóg, no, czy tam bogini.

  Dziś robiłyśmy sobie fotki w salonie, dla odświeżenia strony internetowej, bo personel lekko zmienił się przez te dwa lata istnienia tego miejsca. Oto zdrowy wizerunek dojrzałej kobiety i lista witaminek. Postanawiam też nieco zdrowiej żywić się i nawet poeksperymentuję z własną kostką rosołową. Ucieszy się mój ulubieniec, że łatwo mnie nakłonić do „zmądrzenia”, to jego bfcb, http://wczorajszefotografie.wordpress.com/ i blogerki  Romy zasługa. Przeczytałam skład kostki i o matko, włos mi się zjeżył.  Zajrzyjcie do niego to prawdziwy, najprawdziwszy pasjonata!!. Opracuje kilka i dam Wam znać. Oczywiście bogini wisieć na drążku nie przestaje, morsuje i taniec żurawia (Qi gong) z przystojniakiem spod drzewa codziennie o poranku uprawia. Radości życia zasyłam Wam, kochani. Niech każdemu z was dobrze będzie! A specyfiki bierzcie lub nie bierzcie. Na pewno zajadajcie witaminki w naturze.

  • Vigantol do końca swoich dni będziesz kropiła na kromeczkę chlebka z masełkiem (wit. ta rozpuszcza się w tłuszczu)  witaminkę D3 – 8 kropli,
  • Vitaminum A+E Medana (2500IU + 200 mg), 1 x 1, przez 3 miesiące, przerwa i powrót.
  •  Calcenato, przez miesiąc 1 x 1 tabletkę w innym czasie łykaną niż pozostałe tabletki, a przez drugi i trzeci miesiąc po pół tabletki. Przerwa tak ok miesiąca i powrót.

 

Moje ćwiczenia – Qi Gong

Apteki kuszą, zachęcają. Na wszystko znajdzie się suplement i warto go zażyć, a on tak naprawdę o kant stołu. Zaśmieca organizm i umniejsza zasoby portfela.

Nie jestem lekarzem, nie wiem tak do końca, ale jakoś brak mi wiary w te wszelakie suplementy diety i specyfiki bez recepty, a to na zwiędły konar, na żylaki w pupie, na przeżarcie travisto, na suchość pochwy coś tam, bakterie które wskoczą na dzidziusia po cesarce, czy mocne kości po witamince z glukozaminą, czy idealną pamięć po tabletce z żeń-szeniem (niewskazany dla tych, co z nadciśnieniem, słabą krzepliwością, ciężarnych), ginkgo biloba, guarana (posiada dużo kofeiny).  A środki z miłorzębem japońskim ponoć wcale nie usprawniają pracy mózgu, w takim stopniu, jak się o tym mówi. Już lepiej zamiast tych suplementów diety zadbać o zdrową dietę.  Nie katować się i nie zażerać wędzonego łososia, kiedy się go nie lubi, tak jak ja. Wybrać śledzia może lub po prostu mało zjeść, tego czegoś zdrowego, a nie ulubionego. I myśleć pozytywnie, uśmiechać się do życia.

Ja zamiast biegania po suplementy, piję zieloną herbatę (od niedawna nauczyłam się, a wzdrygałam przy tym) – wyostrza jasność umysłu i zdolność koncentracji (wierzę w to, a wiara czyni cuda). Od czasu do czasu, nieregularnie, podjeżdżam na plażę, wskakuje do lodowatej wody na kilka minut i biegiem do samochodu. Robię to najczęściej, kiedy jestem zmęczona po pracy. Morsowanie mi służy. Wzmocniłam odporność, nie przeziębiam się. Jestem jak ten pies na baby, w moim wypadku- Baśka pies na drążek w drzwiach. Podciągam, zeskakuję kiedy dłonie mdleją i wskakuję, spadam, wskakuję.. , wygląda to, jakbym nie chciała mu odpuścić.  Czytam książki, bo one wzbogacają wyobraźnie, poszerzają wiedzę, pobudzają moją szarą materię. Wiem, im trudniejszy tekst, tym bardziej pobudzone neurony. Ja chyba jednak tak lajtowo je pobudzam. Lubię lekturę z działu psychologii, a nie fizyki kwantowej.

Uczę się nowych słówek. Ostatnio myślałam że klient z radości ucałuje mnie, kiedy zagadałam do niego po arabsku. Nie mógł wyjść z podziwu. A ja tylko na dzień dobry ( bo widzę po urodzie, że Arab) rzekłam;  – „Sabah el her”. Oczy mu zajaśniały, uśmiech od ucha do ucha. Kiedy podał mi kurtkę do powieszenia, bo taki u nas zwyczaj, ja do niego -” Szokran”, dziękuję. A tu podziw w jego oczach jeszcze większy. A jak chciałam, aby zrelaksował się, bo  ciągle napiętym był, mówię spokojnie – „nem”, co znaczy śpij. Stajał całkiem.  I przyszła pora rozstania, masaż dobiegł końca. Opuszczał mój gabinet, na co ja, ciepło rzekłam na dobranoc, bo było już ciemno -„Des bah ala her”. Zaniemówił elegancki pan. Napisałam Wam, tak jak ja to wymawiam. Nie wiem, czy dobrze, ale on chciał ozłocić białą kobietę za to. A jeszcze jedno, wychodząc oznajmił po angielsku, że wróci na co ja -„eszta, eszta”, co znaczy dobrze, dobrze i posłałam mu dłonią całusa mówiąc -„bosa” -buziak. Prawie zemdlał, nie dowierzając, a ja miałam uciechę. Muszę podziękować, mojemu jeszcze nie zięciowi z Kairu, on mnie uczy na moją prośbę.

Qi Gong

No i przede wszystkim moja aktywność ruchowa. Do niej chciałabym Was zachęcić. Dziś tylko do jednego; do ćwiczeń Wschodu Qi Gong. Dla tych co stronią od wysiłku, ostrych wygibasów, przyspieszonej akcji serca, te ćwiczenia staną się radością. Qi gong nawiązuje do tradycji filozofii konfucjanizmu, buddyzmu i taoizmu, a także korzysta z technik jogi. Dziś ćwiczenia qi gong są powszechnie stosowane, jako forma medycyny alternatywnej. Według medycyny chińskiej tajemnica zdrowia tkwi w równowadze między energią, która nas otacza, a tą, która krąży w organizmie. Jeżeli przepływ energii jest zakłócony (przez stres lub nieodpowiedni tryb życia), chorujemy. Te ćwiczenia służą przywróceniu harmonii i gromadzeniu energii. Według Chińczyków ta forma ruchu gwarantuje zachowanie zdrowia do późnej starości.

Najlepiej wykonywać je w terenie, np. na łące, a jeśli nad morzem, to w miejscu, gdzie mocno nie wieje. Oczywiście można i w domu. Otwieramy okno, stajemy na przeciwko, odpalamy kompa, bo na początku będziemy ćwiczyć z przewodnikiem. Nasze stopy gołe, oparte o podłoże. Czasem jedna będzie na palcach, czy na pięcie to druga mocno oparta na podłodze, ziemi. Ogólnie nie podskakujemy, tylko wykonujemy je płynnymi, wolnymi ruchami, pamiętając o oddechu. Zauważycie, że każde ćwiczenie wykonujemy tak, że można poczuć gdzie wdech- i wydech. Spokojny!!

Jak o poranku macie czas, to z tym fajnym trenerem pod drzewem (mój ulubieniec, ćwiczę z nim) wykonacie prawie 20 minut ćwiczeń  Qi Gong. A jak się spieszycie, to o połowę krótsze, ale nic nie gorsze z trenerem ćwiczeń Wschodu, w białym ubranku na łące.. Jednego i drugiego bardzo lubię. Po miesiącach codziennych ćwiczeń opracujecie swój projekt czasowy i tempo wykonywania ruchów. Można ździebko szybciej oraz ich płynność.  Bardziej ostro sportowo, a można tanecznie, jak dostojny, spokojny harmonijny i długowieczny żuraw. Nazwiecie każde ćwiczenie po swojemu, aby łatwiej było zapamiętać. Wiele ruchów, układu dłoni jest z reiki. Kręci się to wszystko wokół energii własnej i wszechświata, naszej harmonii z matka Ziemią.

Prezentuję pierwszy filmik z moim trenerem. Ale możecie poszukać w internecie innych przewodników, takich co bardziej Was ujmą. Ja tylko zachęcam, a Wy nic nie musicie. Macie wybór!

Moje nazwy ćwiczeń –         1. Opadanie dłoni 2. Otwieranie serca 3. Przenoszenie kuli górą 4. Rozsuwanie chmur 5. Zsuwanie kuli po dłoniach 6. Wiosłowanie (dłonie jakby rysowały koła) 7. Podaj na prawo i na lewo 8. Taniec dłoni 9. Oddaj i zabierz energię 10. Przejrzyj się w dłoni 11. Wielbij Pana 12. Odejdź! 13. Przyjdź! 14. Waleczna ja 15. Wznoszenie i opadanie 16. Malowanie tęczy 17. Noga-ręka naprzemiennie 18.  Napełnij mnie energią- zatrzymaj

Druga wersja jest krótsza, bo mniej powtórzeń, ale ćwiczenia te same. Ja powtarzam każde siedem razy.

Napełniona, napełniony energią idź w świat. I tak każdego dnia. Pozdrawiam Was. Zbliża się 22.00, jadę potaplać się w Bałtyku. Jak  dobrze, że zimnej wody tak blisko i dużo mam. 

 

Syrop – „Imbirek”. .. i po przeziębieniu. „Cud” w filharmonii

Syrop – „Imbirek” z miodem i cytrynką.

Doda zdrowia, pomoże przy infekcjach górnych dróg oddechowych, wzmocni odporność, a przy tym pyszny, smaczny. Przyjaciel z Anglii, pewien Przemek, zresztą fajny Mors (kiedyś w Sylwka morsowaliśmy) pośpieszył z pomocą na wieść, że Baśka przeziębiona i przesłał mi ten przepis. Zrobiłam, zastosowałam i już mi się tańczyć chce. Teraz dzielę się z Wami.

 Składniki: 2 cytryny, szklanka miodu i 4 cm imbiru. 

Cytryny sparzyć wrzątkiem, umyć, wyszorować, pokroić w cienkie plastry. Imbir obrać ze skórki, zetrzeć na tarce o drobnych oczkach. Przygotować słój lub inne naczynie zamykane. Wyparzyć wodą lub w piekarniku. Na dno wlać 2 łyżki miodu, na to kilka plastrów cytryny i trochę imbiru na wierzch, ponownie miód, cytryny, imbir. Tak warstwami układać, na wierzchu ma być miód. Zakręć i wstaw do lodówki.

Po 24 godzinach ciesz się gotowym syropem. Syrop może stać ok. 2 miesięcy. Myślę, że tu też można dodać kilka goździków. 

Na zdrowie!!

W czasie infekcji przyjmujemy 3 łyżki na dobę: samodzielnie, lub w herbatce, czy na czczo w niepełnej szklance ciepłej wody. W profilaktyce wystarczy 1 łyżkę na dobę.

Ten syrop mogą bez przeszkód przyjmować dzieciaczki po ukończeniu pierwszego roku życia. Miód może uczulać, silny alergen, dlatego nie możemy dać młodszemu dziecku. Ci, którzy mają problem z krzepnięciem krwi i nadciśnieniem powinni porozmawiać ze swoim lekarzem, czy stale w profilaktyce mogą przyjmować syrop z imbiru, który rozrzedza krew.

Przyszła pora przeziębień, zmarzniętych, pociągających nosków, dreszczy i bólu głowy. Nie biegajcie bez czapek i szalików.  A jak już jakowyś wirus Was dopadnie, wyciągnijcie broń. I najlepiej jeśli już musi was coś dopadać to na sobotę i niedzielę. Ha ha, jak trafić, aby w piątek zacząć walkę. Wspomagajcie się popijając herbatki z kwiatu czarnego bzu. Działa napotnie, ma dużo witaminy C. Do szklanki wsypcie 1-2 łyżeczki suszonych kwiatów bzu, zalejcie wrzątkiem. Przykryte parzcie ok 10 min, następnie trzeba przecedzić. Pijcie, 2-3 filiżanki dziennie. Jeśli nie macie gorączki, weźcie gorącą kąpiel, tak ok. 39 stopni temperatura wody. Wirusy w przeciwieństwie do bakterii, nie lubią wysokiej temperatury. Wodą morską w sprayu (wygodne) oczyszczajcie nos. A może inhalacje pod ręcznikiem, nad miską z gorącą wodą i kilkoma kroplami olejku eukaliptusowego. Wdychajcie opary. Jak najwięcej wylegujcie w łóżku. Wypoczywajcie, ile się da. Pijcie dużo płynów na bazie malin, lipy, rumianku. Nie zapominajcie o naszym cudownym imbirowym syropie! Jeszcze wietrzenie mieszkania, bo nie mamy co siedzieć w zaduchu. Na noc weźcie witaminę C i lek przeciwzapalny. Ja jeszcze biorę kota i termoforek. I jest fajowo, po kilku dniach głowa na pewno nie boli, za to charczycie, jak zaflegmione dziadki.

Kochani, nie dajcie się przeziębieniom!!

PS Wróciłam właśnie z filharmonii, z recitalu fortepianowego austriackiego pianisty. Tak niespodziewanie córeczka przekazała mi swój bilet. Teraz ona zaczęła swoje przeziębienie i nie miała siły na Chopina. Było cudownie!! Muzyka ma moc!!

Ten  Ingolf Wunder (po niemiecku znaczy, Cud) tak grał, że najpierw każdy dech milkł na sali, a później poryw ludzkich serc. Od 4 roku życia ćwiczył przez 10 lat grę na skrzypcach. Polubił je, ale fortepian pokochał. Został pianistą. W wieku 14 lat pierwszy raz usiadł do fortepianu, a porwały go utwory Rachmaninowa. Z rodziny ludzi uzdolnionych muzycznie. Ojciec muzyk amator, brat komponuje muzykę filmową. On sam fascynuje się także twórczością E. Morricone i J Williamsa. Ma ona swoje odbicie w jego albumie „300” – trzy wieki fortepianu. Żoną jego została Polka pani Paulina, która wspiera męża. Dzisiejszy koncert wymusił kliknięcie w internet za namiastką wiedzy o człowieku, którego gry słuchałam.

Za tę lubość i radość w odbieraniu muzyki poważnej dziękuję pierwszemu mężowi. On mnie rozmiłował w muzyce klasycznej. Jak to dobrze, że przyszło mi żyć w Gdańsku, mieście, gdzie mogę bez problemu wybrać się na koncert do filharmonii, czy opery, powzdychać z Toscą.

 

Moc drożdży.

Próbowałam wraz z apteką i uroczą farmaceutką wyleczyć „zajady” w kąciku ust. Wszystko na nic. Łykałam witaminki z grupy B, smarowałam maściami, kremami., zawierającymi pantenol, cynk.. ( Lips, actisoftin).  Nawet ładnie pomagała maść na sutki dla kobiety karmiącej, ale bardziej na spękane, spierzchnięte usta, niż zajady. Wszystko, co zadawałam nie przynosiło nie tylko rezultatów, ale i jakiejkolwiek poprawy, czy postępu. Może chciałam przyspieszyć gojenie, a ono zajmuje najczęściej 2-3 tygodnie. Moje zajady, te które mnie w życiu spotkały, przechodziły szybko do tygodnia. Będąc dzieckiem usłyszałam, o bardzo dziwnym, iście czarodziejskim sposobie gojenia tego, a raczej nie rozhulania, rozgoszczenia bardziej. Należało po wstaniu po nocy, przetrzeć rąbkiem koszuli nocnej, czy pidżamki. Zawsze pomagało. Tym razem nie! Zaczęłam walczyć i zajęło mi 2,5 tygodnia.

Po aptecznych specyfikach zaczęłam chwytać się, jak tonący brzytwy domowych sposobów  babci. Przykładałam miąższ z aloesu (regeneruje skórę, zapobiega namnażaniu się bakterii). Nie jadłam słodyczy, bo to pożywka z cukrów prostych dla tych właśnie drobnoustrojów. Wystrzegałam się kawy, ona wypłukuje składniki mineralne. Nie było to dla mnie trudne, bo nie specjalnie ją lubię. Próbowała też, tak na swój rozum powalczyć. Rozgniatałam aspirynę lub tabletkę witaminy B2 łączyłam z odrobiną tłustego kremu i tak przystrojony zajad przesypiał całą noc.  Mieszałam z miodem (działanie przeciwzapalne) kilka kropli tranu i smarowałam usteczka na noc. Kiedy następnego dnia miałam wolne w pracy, i nie spotykałam się z ludźmi; zjadałam czosnek (działanie bakteriobójcze) i smarowałam to dobroczynne śmierdzidło rozgniecione na papkę po kąciku ust.  I kiedy już myślałam, że coś ruszyło do przodu. Znowu zastój, kolejny dzień nadziei, że będzie się goiło. A tu, nie.

Aż przypomniałam sobie babciny sposób z papką  drożdżową. Można zrobić ją z ciepłą wodą lub mlekiem. Ździebko drożdży, wielkości paznokcia kciuka, rozmieszałam z kilkoma kroplami ciepłej wody. Taka „plastelinką” smarowałam zmianę chorobową, która nie pozwalała mi spokojnie jeść. Po trzech dniach poczułam dużą ulgę i wszystko zaczęło iść szybciutko w kierunku gojenia. O poranku wypijałam też pół szklanki ciepłego mleka (całej szklanki nie dawałam rady) z ćwiartką kostki drożdży świeżych.  Drożdże zawierają dużo witamin z grupy B, C. To było najdłuższe leczenia zajadów. I może wszystko naraz pomogło, ale postęp zauważyłam, jak dołączyłam kuracje drożdżową. Dla chętnych, którym nie przeszkadza zapach drożdży polecam też maseczkę, zwłaszcza dla tych o tłustej, błyszczącej cerze. Wypryski, trądzik, zaskórniki już się boją! Jak coś takiego macie na dekolcie, czy plecach, też możecie potraktować właśnie tą maseczką. Mieszamy do pół kostki świeżych drożdży z odrobiną gorącego  mleka, ok 2- 3 łyżeczek do konsystencji papki. Smarujemy twarz. Zwłaszcza czoło, nos, broda. Odpoczywamy kwadrans i zmywamy chłodną wodą i zmiany chorobowe.  Ten skład to podstawa. Dolewając do tej bazy odrobinkę oliwy ucieszysz suchą skórę. A kilka kropli soku z cytryny powalczy z przebarwieniami ( O!! Tu walka jest trudna, zwłaszcza dla starszej osoby). Można uraczyć się takim okładem raz w tygodniu. Ale na zajady papka codziennie.  Tani sposób i łatwy. Polecam, jak i Was dopadnie ten szaleniec zajad, drożdżakowe zapalenie kącików ust, które bolą i szpecą!!

Jak nic z tego cudowania nie wchodzi w grę, bo nie macie czasu, chęci próbowania, to łykajcie tylko witaminy z grupy B, a w kieszonce, czy torebce noście maść Lips, czy Zajadex, w wygodnym sztyfcie. Przesmarujcie usteczka  od czasu do czasu w ciągu dnia.

Kobieca jesień.

No cóż, przyszła kolej zmierzyć się i z tym tematem. Menopauza. O objawach tego zjawiska często niespodziewanego, bo już w wieku 0k.35 lat możesz dowiedzieć się, będąc u lekarza, że od tej chwili także i ciebie to dotyczy – napisano wiele. Nie chcę wymądrzać się, tylko liznąć temat może z innej strony ( lizanie ciągle w głowie). Problem przekwitania ogólnie interesuje kobiety, niezależnie od wieku, podobnie jak temat umierania i śmierci obchodzi nie tylko człowieka 80 letniego.

Do okresu przekwitania zaliczamy siedem lat przed ostatnią menstruacją i siedem lat po niej, a więc razem 14 lat i nie są to lata tłuste dla organizmu, raczej chude. Przechodzimy reorganizacje. Nasze ciało potrzebuje mniej nakładów i wysiłków na podtrzymywanie swoich funkcji. Mniej snu, mniej pożywienia dla ciała, więcej dla ducha. Na ogół zwykle po ustaniu miesiączkowania orientujemy się, że to już!! Czujemy się z tym okropnie, jakbyśmy nagle przestały być pełnowartościowymi kobietami, jakby spisano nas na straty, wygwizdano, zdyskwalifikowano. Z dnia na dzień znalazłyśmy się w drugiej połowie życia.

Zmiany fizjologiczne, które zachodzą podczas przekwitania, są wyraźną wskazówką, że już czas, by od spraw zewnętrznych, cielesnych, przejść do tego, co wewnętrzne, duchowe.

Kobietki, nasze ciałko produkuje różne hormony o różnym znaczeniu i funkcji. W przypadku menopauzy interesują nas hormony płciowe, a więc żeńskie estrogeny i męski testosteron. Tak, wytwarzamy też niewielkie ilości hormonu płci przeciwnej. Wraz z początkiem drogi, nasze kobiecej jesieni, tj.na siedem lat przed ostatnią miesiączką, stosunek ilościowy tych hormonów zaczyna się zmieniać.  Podczas, gdy produkcja estrogenów zmniejsza się i to dramatycznie z roku na rok, wytwarzanie testosteronu pozostaje niemal na tym samym poziomie. Nasza natura wyzwoliła się od wyłącznego podporządkowania żeńskiemu, lunarnemu pierwiastkowi i uzupełniła o pierwiastek męski, solarny.  Coś tracimy i zyskujemy coś nowego, powiedziałabym: siłę, dziarskość! Teraz męski hormon ma większe pole do popisu u nas słabych kobietek.  Co za tym idzie wzrasta nasza siła przebicia, skłonność do agresji i chęć atakowania. Stajemy się odważniejsze (rychło w porę!!), mniej się boimy (nareszcie), rozwijamy te zdolności, które dotąd pozostawały w cieniu (siadamy za kółko tirów). Rozumiecie teraz panowie, że lepiej ustępować babce po 40, czy 50tce.

Czyli ta Baśka, nie Basia to wynik także zmian hormonalnych, a ja myślałam, że zmądrzałam na starość. Naiwna. To natura mi pomogła.

Te sławne w okresie przekwitania, estrogeny wpływają zwłaszcza na trzy podstawowe dolegliwości. Uderzenia gorąca. Nie miałam takowych, tylko bardzo słabo, aby aby zaznaczone uczucie ciepłego przypływu i to tylko ok. miesiąca, dwóch, bez nadmiernego pocenia się.  Zmiany błony śluzowej pochwy, zmniejszenie jej elastyczności, póki co nie dopadły mnie nic a nic. I chęci na seks, choroba też nie! Zmniejsza się masa kostna –  osteoporoza upomina się o nas. O matko, mam 150, to teraz nadal będę miała te nędzne metr pięćdziesiąt, ale w kapeluszu. Pośrednio mogą też mieć wpływ na wahania nastroju, drażliwość, zaburzenia snu. Oj, to ja mam! Raz skaczę, raz płaczę. Euforia na zmianę z krótkotrwałym przypływem goryczy. Zawsze byłam emocjonalna, płaczliwa, ale teraz bardziej. Kiedy jestem pełna radości, chcę objąć cały świat. A kiedy dopada mnie nostalgia, smutek; wspominam, rozpamiętuję, dzielę włos na czworo, szukam sensu, przyczyny tego i owego, wściekam się na siebie za całe życie, żem taka głupia i naiwna była. Stary ból, nie do końca przecierpiany teraz piecze bardziej. Piszę bloga, żeby było się gdzie wygadać, przestrzec kobiecy ród. Wieszam na drzewach, na szczęście tylko w myślach, wielu chłopów, którzy zaszli mi za skórę. Hmm.., las chłopów. Ciekawe. Bardzo ciekawe. To pomysł dla smutnego, w depresji malarza. A ze snem, czy też jego brakiem poradziłam sobie. Zadaję mu bobu, a raczej 2/3 tableteczki trittico. I śpię, nareszcie nie, jak zając pod miedzą. Jedne tyją, drugie chudną (to ja). Wspomagamy się suplementami, tabletkami hormonalnymi.. .  Farmaceuci zachwyceni, my spokojniejsze o swoje zdrowie!

Wraz ze starzeniem się nasza skóra wiotczeje, podskórna warstwa tłuszczu zanika. Także mięśnie stają się coraz słabsze; nasza cielesna powłoka traci sprężystość, pojawiają się zmarszczki. I tak piękne, kolorowe, przejrzyste w promieniach słońca, skrzydła motyla, które mamiły nas całe upalne lato, w naszym przypadku całe lata młodości, u kresu ciasno złożone w fałdy. Zmarszczki, boczki, mają nam to przypominać. I zamiast ze swoim także starszym mężem zasuszać się przed ekranem telewizora, usiądźcie wygodnie na łóżku, weźcie olejek i nawzajem smarujcie swoje ciała. Róbcie coś dobrego, święto dla swojej skóry i miejcie jeszcze przyjemność z wzajemnego dotykania.

My kobiety często boimy się starości i niejednokrotnie mocno angażujemy w powstrzymanie tamy napierającej siły zmian w organizmie. Myślimy, „trzeba tu bezwarunkowo wkroczyć z poprawkami.  Proces starzenia opóźnić, zmodyfikować jego bieg”.  A zza szyb kiosków, niby z okienek piernikowej chatki Baby Jagi, uwodzicielsko kuszą coraz to nowe kuracje wiecznej młodości. Natomiast mężczyźni często maskują swój strach i nieraz zdarza się im ucieczka przed tym lękiem za pomocą zmiany partnerki na dużo młodszą lub jednorazowych skoków w bok, aby przekonać się że jeszcze jesteśmy atrakcyjni w łóżku i nie straszna nam andropauza.

My łatwiej dajemy się omamić i wciągnąć w wir podtrzymywania resztek lata naszego życia, co za tym idzie; próby renowacji naszej fasady i modelowania, rzeźbienia naszego opakowania duszy. Często są to akrobatyczne popisy na linie bez siatki zabezpieczającej. Młoda za każdą cenę! Zaczynamy od mikrodermabrazji,  mezoterapii igłowej, endermomasażu, liposukcji, makijażu permanentnego, wybielania zębów, a raczej już wstawiania  implantów, botoksu na lwią zmarszczkę i nie tylko.. . Nieustanna chęć korygowania, poprawiania natury. Wszelkie cuda nowoczesnej techniki. Wszystko fajnie, jeśli potrzebujemy tego.  Jeśli nie dogadaliśmy się ze swoja głową. Warto dbać o siebie, ale nie fiksować, a nakłady finansowe, czasowe.., powinny być współmierne do reszty: rozwoju zainteresowań, pasji, duchowości.. . 

Sfera cielesna jest osłoną, opakowaniem, naczyniem, zawierającym substancje człowieczeństwa. Niewątpliwie rozsądnie jest troszczyć się o to naczynie, dbać o nie, ale ono li tylko nie może być naszą tożsamością.  Zajrzyjmy do środka, gdzie chroni się nasza dusza i rozum.

Dlaczego tak lekce sobie ważymy to, co będąc ludźmi posiadamy jako jedyny gatunek stworzenia: siły duchowe, wolną wolę, świadomość i intelekt!  Bunt przeciwko upływowi czasu, przeciwko przemijaniu to droga donikąd, musi zakończyć się porażką. Nie możemy całej energii kierować na to, aby pielęgnować i chronić swoją zewnętrzną powłokę, w nadziei, że uda się powstrzymać coś, czego powstrzymać się nie da; PRZEMIJANIA.

Życie jest skazane na przemijanie. Ignorowanie tego faktu oznacza obracanie całej naszej energii na płynięcie pod prąd!

Twoje szczęście wymalowane jest w głowie, sercu, nie na skórze. Ciesz się każdą chwilą. Nie bój się tego etapu. Uśmiechnij się, kiedy przyjdzie.

Kochani życzę Wam, abyście na koniec każdego dnia, nie poczuli, że był złym czasem, który nie powinien u Was mieć miejsca (ja czułam to w tę niedzielę).