Syrop – „Imbirek”. .. i po przeziębieniu. „Cud” w filharmonii

Syrop – „Imbirek” z miodem i cytrynką.

Doda zdrowia, pomoże przy infekcjach górnych dróg oddechowych, wzmocni odporność, a przy tym pyszny, smaczny. Przyjaciel z Anglii, pewien Przemek, zresztą fajny Mors (kiedyś w Sylwka morsowaliśmy) pośpieszył z pomocą na wieść, że Baśka przeziębiona i przesłał mi ten przepis. Zrobiłam, zastosowałam i już mi się tańczyć chce. Teraz dzielę się z Wami.

 Składniki: 2 cytryny, szklanka miodu i 4 cm imbiru. 

Cytryny sparzyć wrzątkiem, umyć, wyszorować, pokroić w cienkie plastry. Imbir obrać ze skórki, zetrzeć na tarce o drobnych oczkach. Przygotować słój lub inne naczynie zamykane. Wyparzyć wodą lub w piekarniku. Na dno wlać 2 łyżki miodu, na to kilka plastrów cytryny i trochę imbiru na wierzch, ponownie miód, cytryny, imbir. Tak warstwami układać, na wierzchu ma być miód. Zakręć i wstaw do lodówki.

Po 24 godzinach ciesz się gotowym syropem. Syrop może stać ok. 2 miesięcy. Myślę, że tu też można dodać kilka goździków. 

Na zdrowie!!

W czasie infekcji przyjmujemy 3 łyżki na dobę: samodzielnie, lub w herbatce, czy na czczo w niepełnej szklance ciepłej wody. W profilaktyce wystarczy 1 łyżkę na dobę.

Ten syrop mogą bez przeszkód przyjmować dzieciaczki po ukończeniu pierwszego roku życia. Miód może uczulać, silny alergen, dlatego nie możemy dać młodszemu dziecku. Ci, którzy mają problem z krzepnięciem krwi i nadciśnieniem powinni porozmawiać ze swoim lekarzem, czy stale w profilaktyce mogą przyjmować syrop z imbiru, który rozrzedza krew.

Przyszła pora przeziębień, zmarzniętych, pociągających nosków, dreszczy i bólu głowy. Nie biegajcie bez czapek i szalików.  A jak już jakowyś wirus Was dopadnie, wyciągnijcie broń. I najlepiej jeśli już musi was coś dopadać to na sobotę i niedzielę. Ha ha, jak trafić, aby w piątek zacząć walkę. Wspomagajcie się popijając herbatki z kwiatu czarnego bzu. Działa napotnie, ma dużo witaminy C. Do szklanki wsypcie 1-2 łyżeczki suszonych kwiatów bzu, zalejcie wrzątkiem. Przykryte parzcie ok 10 min, następnie trzeba przecedzić. Pijcie, 2-3 filiżanki dziennie. Jeśli nie macie gorączki, weźcie gorącą kąpiel, tak ok. 39 stopni temperatura wody. Wirusy w przeciwieństwie do bakterii, nie lubią wysokiej temperatury. Wodą morską w sprayu (wygodne) oczyszczajcie nos. A może inhalacje pod ręcznikiem, nad miską z gorącą wodą i kilkoma kroplami olejku eukaliptusowego. Wdychajcie opary. Jak najwięcej wylegujcie w łóżku. Wypoczywajcie, ile się da. Pijcie dużo płynów na bazie malin, lipy, rumianku. Nie zapominajcie o naszym cudownym imbirowym syropie! Jeszcze wietrzenie mieszkania, bo nie mamy co siedzieć w zaduchu. Na noc weźcie witaminę C i lek przeciwzapalny. Ja jeszcze biorę kota i termoforek. I jest fajowo, po kilku dniach głowa na pewno nie boli, za to charczycie, jak zaflegmione dziadki.

Kochani, nie dajcie się przeziębieniom!!

PS Wróciłam właśnie z filharmonii, z recitalu fortepianowego austriackiego pianisty. Tak niespodziewanie córeczka przekazała mi swój bilet. Teraz ona zaczęła swoje przeziębienie i nie miała siły na Chopina. Było cudownie!! Muzyka ma moc!!

Ten  Ingolf Wunder (po niemiecku znaczy, Cud) tak grał, że najpierw każdy dech milkł na sali, a później poryw ludzkich serc. Od 4 roku życia ćwiczył przez 10 lat grę na skrzypcach. Polubił je, ale fortepian pokochał. Został pianistą. W wieku 14 lat pierwszy raz usiadł do fortepianu, a porwały go utwory Rachmaninowa. Z rodziny ludzi uzdolnionych muzycznie. Ojciec muzyk amator, brat komponuje muzykę filmową. On sam fascynuje się także twórczością E. Morricone i J Williamsa. Ma ona swoje odbicie w jego albumie „300” – trzy wieki fortepianu. Żoną jego została Polka pani Paulina, która wspiera męża. Dzisiejszy koncert wymusił kliknięcie w internet za namiastką wiedzy o człowieku, którego gry słuchałam.

Za tę lubość i radość w odbieraniu muzyki poważnej dziękuję pierwszemu mężowi. On mnie rozmiłował w muzyce klasycznej. Jak to dobrze, że przyszło mi żyć w Gdańsku, mieście, gdzie mogę bez problemu wybrać się na koncert do filharmonii, czy opery, powzdychać z Toscą.

 

Reklamy

Moc drożdży.

Próbowałam wraz z apteką i uroczą farmaceutką wyleczyć „zajady” w kąciku ust. Wszystko na nic. Łykałam witaminki z grupy B, smarowałam maściami, kremami., zawierającymi pantenol, cynk.. ( Lips, actisoftin).  Nawet ładnie pomagała maść na sutki dla kobiety karmiącej, ale bardziej na spękane, spierzchnięte usta, niż zajady. Wszystko, co zadawałam nie przynosiło nie tylko rezultatów, ale i jakiejkolwiek poprawy, czy postępu. Może chciałam przyspieszyć gojenie, a ono zajmuje najczęściej 2-3 tygodnie. Moje zajady, te które mnie w życiu spotkały, przechodziły szybko do tygodnia. Będąc dzieckiem usłyszałam, o bardzo dziwnym, iście czarodziejskim sposobie gojenia tego, a raczej nie rozhulania, rozgoszczenia bardziej. Należało po wstaniu po nocy, przetrzeć rąbkiem koszuli nocnej, czy pidżamki. Zawsze pomagało. Tym razem nie! Zaczęłam walczyć i zajęło mi 2,5 tygodnia.

Po aptecznych specyfikach zaczęłam chwytać się, jak tonący brzytwy domowych sposobów  babci. Przykładałam miąższ z aloesu (regeneruje skórę, zapobiega namnażaniu się bakterii). Nie jadłam słodyczy, bo to pożywka z cukrów prostych dla tych właśnie drobnoustrojów. Wystrzegałam się kawy, ona wypłukuje składniki mineralne. Nie było to dla mnie trudne, bo nie specjalnie ją lubię. Próbowała też, tak na swój rozum powalczyć. Rozgniatałam aspirynę lub tabletkę witaminy B2 łączyłam z odrobiną tłustego kremu i tak przystrojony zajad przesypiał całą noc.  Mieszałam z miodem (działanie przeciwzapalne) kilka kropli tranu i smarowałam usteczka na noc. Kiedy następnego dnia miałam wolne w pracy, i nie spotykałam się z ludźmi; zjadałam czosnek (działanie bakteriobójcze) i smarowałam to dobroczynne śmierdzidło rozgniecione na papkę po kąciku ust.  I kiedy już myślałam, że coś ruszyło do przodu. Znowu zastój, kolejny dzień nadziei, że będzie się goiło. A tu, nie.

Aż przypomniałam sobie babciny sposób z papką  drożdżową. Można zrobić ją z ciepłą wodą lub mlekiem. Ździebko drożdży, wielkości paznokcia kciuka, rozmieszałam z kilkoma kroplami ciepłej wody. Taka „plastelinką” smarowałam zmianę chorobową, która nie pozwalała mi spokojnie jeść. Po trzech dniach poczułam dużą ulgę i wszystko zaczęło iść szybciutko w kierunku gojenia. O poranku wypijałam też pół szklanki ciepłego mleka (całej szklanki nie dawałam rady) z ćwiartką kostki drożdży świeżych.  Drożdże zawierają dużo witamin z grupy B, C. To było najdłuższe leczenia zajadów. I może wszystko naraz pomogło, ale postęp zauważyłam, jak dołączyłam kuracje drożdżową. Dla chętnych, którym nie przeszkadza zapach drożdży polecam też maseczkę, zwłaszcza dla tych o tłustej, błyszczącej cerze. Wypryski, trądzik, zaskórniki już się boją! Jak coś takiego macie na dekolcie, czy plecach, też możecie potraktować właśnie tą maseczką. Mieszamy do pół kostki świeżych drożdży z odrobiną gorącego  mleka, ok 2- 3 łyżeczek do konsystencji papki. Smarujemy twarz. Zwłaszcza czoło, nos, broda. Odpoczywamy kwadrans i zmywamy chłodną wodą i zmiany chorobowe.  Ten skład to podstawa. Dolewając do tej bazy odrobinkę oliwy ucieszysz suchą skórę. A kilka kropli soku z cytryny powalczy z przebarwieniami ( O!! Tu walka jest trudna, zwłaszcza dla starszej osoby). Można uraczyć się takim okładem raz w tygodniu. Ale na zajady papka codziennie.  Tani sposób i łatwy. Polecam, jak i Was dopadnie ten szaleniec zajad, drożdżakowe zapalenie kącików ust, które bolą i szpecą!!

Jak nic z tego cudowania nie wchodzi w grę, bo nie macie czasu, chęci próbowania, to łykajcie tylko witaminy z grupy B, a w kieszonce, czy torebce noście maść Lips, czy Zajadex, w wygodnym sztyfcie. Przesmarujcie usteczka  od czasu do czasu w ciągu dnia.

Kobieca jesień.

No cóż, przyszła kolej zmierzyć się i z tym tematem. Menopauza. O objawach tego zjawiska często niespodziewanego, bo już w wieku 0k.35 lat możesz dowiedzieć się, będąc u lekarza, że od tej chwili także i ciebie to dotyczy – napisano wiele. Nie chcę wymądrzać się, tylko liznąć temat może z innej strony ( lizanie ciągle w głowie). Problem przekwitania ogólnie interesuje kobiety, niezależnie od wieku, podobnie jak temat umierania i śmierci obchodzi nie tylko człowieka 80 letniego.

Do okresu przekwitania zaliczamy siedem lat przed ostatnią menstruacją i siedem lat po niej, a więc razem 14 lat i nie są to lata tłuste dla organizmu, raczej chude. Przechodzimy reorganizacje. Nasze ciało potrzebuje mniej nakładów i wysiłków na podtrzymywanie swoich funkcji. Mniej snu, mniej pożywienia dla ciała, więcej dla ducha. Na ogół zwykle po ustaniu miesiączkowania orientujemy się, że to już!! Czujemy się z tym okropnie, jakbyśmy nagle przestały być pełnowartościowymi kobietami, jakby spisano nas na straty, wygwizdano, zdyskwalifikowano. Z dnia na dzień znalazłyśmy się w drugiej połowie życia.

Zmiany fizjologiczne, które zachodzą podczas przekwitania, są wyraźną wskazówką, że już czas, by od spraw zewnętrznych, cielesnych, przejść do tego, co wewnętrzne, duchowe.

Kobietki, nasze ciałko produkuje różne hormony o różnym znaczeniu i funkcji. W przypadku menopauzy interesują nas hormony płciowe, a więc żeńskie estrogeny i męski testosteron. Tak, wytwarzamy też niewielkie ilości hormonu płci przeciwnej. Wraz z początkiem drogi, nasze kobiecej jesieni, tj.na siedem lat przed ostatnią miesiączką, stosunek ilościowy tych hormonów zaczyna się zmieniać.  Podczas, gdy produkcja estrogenów zmniejsza się i to dramatycznie z roku na rok, wytwarzanie testosteronu pozostaje niemal na tym samym poziomie. Nasza natura wyzwoliła się od wyłącznego podporządkowania żeńskiemu, lunarnemu pierwiastkowi i uzupełniła o pierwiastek męski, solarny.  Coś tracimy i zyskujemy coś nowego, powiedziałabym: siłę, dziarskość! Teraz męski hormon ma większe pole do popisu u nas słabych kobietek.  Co za tym idzie wzrasta nasza siła przebicia, skłonność do agresji i chęć atakowania. Stajemy się odważniejsze (rychło w porę!!), mniej się boimy (nareszcie), rozwijamy te zdolności, które dotąd pozostawały w cieniu (siadamy za kółko tirów). Rozumiecie teraz panowie, że lepiej ustępować babce po 40, czy 50tce.

Czyli ta Baśka, nie Basia to wynik także zmian hormonalnych, a ja myślałam, że zmądrzałam na starość. Naiwna. To natura mi pomogła.

Te sławne w okresie przekwitania, estrogeny wpływają zwłaszcza na trzy podstawowe dolegliwości. Uderzenia gorąca. Nie miałam takowych, tylko bardzo słabo, aby aby zaznaczone uczucie ciepłego przypływu i to tylko ok. miesiąca, dwóch, bez nadmiernego pocenia się.  Zmiany błony śluzowej pochwy, zmniejszenie jej elastyczności, póki co nie dopadły mnie nic a nic. I chęci na seks, choroba też nie! Zmniejsza się masa kostna –  osteoporoza upomina się o nas. O matko, mam 150, to teraz nadal będę miała te nędzne metr pięćdziesiąt, ale w kapeluszu. Pośrednio mogą też mieć wpływ na wahania nastroju, drażliwość, zaburzenia snu. Oj, to ja mam! Raz skaczę, raz płaczę. Euforia na zmianę z krótkotrwałym przypływem goryczy. Zawsze byłam emocjonalna, płaczliwa, ale teraz bardziej. Kiedy jestem pełna radości, chcę objąć cały świat. A kiedy dopada mnie nostalgia, smutek; wspominam, rozpamiętuję, dzielę włos na czworo, szukam sensu, przyczyny tego i owego, wściekam się na siebie za całe życie, żem taka głupia i naiwna była. Stary ból, nie do końca przecierpiany teraz piecze bardziej. Piszę bloga, żeby było się gdzie wygadać, przestrzec kobiecy ród. Wieszam na drzewach, na szczęście tylko w myślach, wielu chłopów, którzy zaszli mi za skórę. Hmm.., las chłopów. Ciekawe. Bardzo ciekawe. To pomysł dla smutnego, w depresji malarza. A ze snem, czy też jego brakiem poradziłam sobie. Zadaję mu bobu, a raczej 2/3 tableteczki trittico. I śpię, nareszcie nie, jak zając pod miedzą. Jedne tyją, drugie chudną (to ja). Wspomagamy się suplementami, tabletkami hormonalnymi.. .  Farmaceuci zachwyceni, my spokojniejsze o swoje zdrowie!

Wraz ze starzeniem się nasza skóra wiotczeje, podskórna warstwa tłuszczu zanika. Także mięśnie stają się coraz słabsze; nasza cielesna powłoka traci sprężystość, pojawiają się zmarszczki. I tak piękne, kolorowe, przejrzyste w promieniach słońca, skrzydła motyla, które mamiły nas całe upalne lato, w naszym przypadku całe lata młodości, u kresu ciasno złożone w fałdy. Zmarszczki, boczki, mają nam to przypominać. I zamiast ze swoim także starszym mężem zasuszać się przed ekranem telewizora, usiądźcie wygodnie na łóżku, weźcie olejek i nawzajem smarujcie swoje ciała. Róbcie coś dobrego, święto dla swojej skóry i miejcie jeszcze przyjemność z wzajemnego dotykania.

My kobiety często boimy się starości i niejednokrotnie mocno angażujemy w powstrzymanie tamy napierającej siły zmian w organizmie. Myślimy, „trzeba tu bezwarunkowo wkroczyć z poprawkami.  Proces starzenia opóźnić, zmodyfikować jego bieg”.  A zza szyb kiosków, niby z okienek piernikowej chatki Baby Jagi, uwodzicielsko kuszą coraz to nowe kuracje wiecznej młodości. Natomiast mężczyźni często maskują swój strach i nieraz zdarza się im ucieczka przed tym lękiem za pomocą zmiany partnerki na dużo młodszą lub jednorazowych skoków w bok, aby przekonać się że jeszcze jesteśmy atrakcyjni w łóżku i nie straszna nam andropauza.

My łatwiej dajemy się omamić i wciągnąć w wir podtrzymywania resztek lata naszego życia, co za tym idzie; próby renowacji naszej fasady i modelowania, rzeźbienia naszego opakowania duszy. Często są to akrobatyczne popisy na linie bez siatki zabezpieczającej. Młoda za każdą cenę! Zaczynamy od mikrodermabrazji,  mezoterapii igłowej, endermomasażu, liposukcji, makijażu permanentnego, wybielania zębów, a raczej już wstawiania  implantów, botoksu na lwią zmarszczkę i nie tylko.. . Nieustanna chęć korygowania, poprawiania natury. Wszelkie cuda nowoczesnej techniki. Wszystko fajnie, jeśli potrzebujemy tego.  Jeśli nie dogadaliśmy się ze swoja głową. Warto dbać o siebie, ale nie fiksować, a nakłady finansowe, czasowe.., powinny być współmierne do reszty: rozwoju zainteresowań, pasji, duchowości.. . 

Sfera cielesna jest osłoną, opakowaniem, naczyniem, zawierającym substancje człowieczeństwa. Niewątpliwie rozsądnie jest troszczyć się o to naczynie, dbać o nie, ale ono li tylko nie może być naszą tożsamością.  Zajrzyjmy do środka, gdzie chroni się nasza dusza i rozum.

Dlaczego tak lekce sobie ważymy to, co będąc ludźmi posiadamy jako jedyny gatunek stworzenia: siły duchowe, wolną wolę, świadomość i intelekt!  Bunt przeciwko upływowi czasu, przeciwko przemijaniu to droga donikąd, musi zakończyć się porażką. Nie możemy całej energii kierować na to, aby pielęgnować i chronić swoją zewnętrzną powłokę, w nadziei, że uda się powstrzymać coś, czego powstrzymać się nie da; PRZEMIJANIA.

Życie jest skazane na przemijanie. Ignorowanie tego faktu oznacza obracanie całej naszej energii na płynięcie pod prąd!

Twoje szczęście wymalowane jest w głowie, sercu, nie na skórze. Ciesz się każdą chwilą. Nie bój się tego etapu. Uśmiechnij się, kiedy przyjdzie.

Kochani życzę Wam, abyście na koniec każdego dnia, nie poczuli, że był złym czasem, który nie powinien u Was mieć miejsca (ja czułam to w tę niedzielę). 

Oddychaj pełną piersią.

Czasami słyszymy, że „kobitka ma czym oddychać”, ale nie o piersiach dzisiaj będzie, choć pośrednio też.  Idziemy na rentgen słyszymy, „nabrać powietrza” i zaciągamy je ile się da, coby lepiej widać było, jacy zdrowi jesteśmy. Lekarz osłuchuje, bo kaszel męczy, to i tu wysilamy się z nabieraniem życiodajnego tlenu. Pierwszy raz z głębokim oddechem spotkałam się mając dwadzieścia parę lat, czyli dawno, dawno temu!! Poznałam na chwilę swego życia pewnego dziwnego chłopaka. Jak się okazało świadomego swego oddechu. I ten od pierwszej naszej „randki” sapał, ciuchciał i cały czas głęboko, oj głęboko łapał oddech. Wtedy myślałam, że sfiksowany niestety i nawiedzony z tym rozpieraniem płuc. Długo nie po randkowałam, bo ileż można znosić odmuchiwanie cię, kiedy próbujesz spojrzeć z bliska w jego twarz!

Oddychanie jest ważne, a ja długo tego nie wiedziałam. Zawsze oddychałam cicho, spokojnie bez specjalnego używania przepony. A przecież, jako nauczyciel powinnam. Struny głosowe wysiadały, więc podreptałam do foniatry. Pierwsze na co specjalista zwróciła uwagę, zbyt płytki oddech, pierś ledwo unosi się, a przepona śpi. Ćwiczyłyśmy sapanie , ciuchianie, gwizdanie.. . Jak ja tego nie lubiłam, ale starałam się, bo pani doktor uświadomiła mi, że utraciłam umiejętność prawidłowego oddychania, a co za tym idzie, stopniowo, ale nieubłaganie maleje objętość płuc, bo do ich dolnych partii dociera za mało tlenu. Na tych spotkaniach z miłą panią Aleksandrą dowiedziałam się również, że w trakcie wdechu do naszego organizmu powinno dostać się około 3-4 litrów powietrza. Leżąc na kozetce, już chytrze przeliczałam. Skoro taki dębowo rosły Romuuualld ma tyle powietrza przyjąć, to może ja taka mikra istota zdecydowanie  mniej.  I pytam ślicznej pani specjalisty cichutkim głosikiem na małym wdechu, czy moje przeliczenia słuszne. W odpowiedzi słyszę rozkazującym tonem od tak ładnej blondyny w loczkach, – „Nie bać się oddychać! Nie będzie pani oddychała prawidłowo, pojawią się bóle głowy, rozdrażnienie, brak koncentracji, kłopoty z intelektem, snem..” . O matko myślę i co jeszcze. I to wszystko, z tego powodu, żem grzeczna i cichutka, jak myszka??

Więc co było robić, sapałam, unosiłam brzuch a raczej przeponę ile się da.  Nie mogłam się przekonać do tych sapiących spotkań z nauczycielem oddechu. Ależ znacie mnie karna jestem, więc zaliczyłam. Trochę pracowałam tą przeponom na lekcjach i zapomniałam. Ja kocham oddychać głęboko, ale tylko nad morzem. Dobiegam do morza, wpadam na plażę, podskokami sarenki nawet z lekkim slalomem dopadam wody. Dziękuję Bogu, że tu jestem, chwalę go za cud ogromu toni i zatrważającego uroku żywiołu. Staję blisko wzburzonych fal, stopki moje chłodzi i muska słona woda, a ja nabieram głęboko powietrza z bryzy morskiej (chyba więcej niż Rooomualld) i raczę jodem mój maleńki organizm. Jakoś wtedy pamiętam o oddechu. Ale niestety tylko wtedy. Piszę niestety, bo rzeczywiście dostarczanie tlenu jest ważne. Dzięki niemu w komórkach następuje spalanie substancji odżywczych i wytwarzana jest energia do życia.  Prawidłowo dotleniony organizm dobrze oczyszcza się z produktów przemiany materii. Zwiększa wydajność poszczególnych układów, zwłaszcza odporności i nerwowego.  Każdy z Was zauważył zależność między oddychaniem a pracą systemu nerwowego  w sytuacjach stresujących. Silne emocje to oddech płytki, urywany lub „zatyka” nas. Wtedy nabierz powietrza i po oddychaj głęboko. Dostarczycie sobie tlenu- pomocnika, który obniży wasze ciśnienie krwi i zwiększy koncentrację. Już widzę, jak po przeczytaniu tego, wkurzy was mąż, czy żona, a w podczas ostrej wymiany zdań, będziecie  połykać olbrzymie porcje tlenu. To się chłop zdziwi i pomyśli „co ta wyprawia”, może jej słabo i zemdleje. Zrobi mu się żal żonsi, przecież w sumie kochanej i przytuli was, zaopiekuje się. Ach ta moja wyobraźnia, dokąd pędzi…

Może jednak warto pomyśleć o oddechu. Na początku będziecie to robić świadomie, potem to już będzie odruchowe. Wstajecie o poranku, otwieracie okno na świat i 10 głębokich wdechów. To samo wieczorem przed snem i może za dnia jeszcze się uda.  Nabierajcie powietrza zatrzymujcie na 5 sekund i wypychajcie. Opiszę o co mi chodzi. Wciągajcie powietrze nosem wolno, wyobrażając sobie że to, co wciągasz dobroć największa dla Twojego organizmu. Przepona musi się obniżyć i zrobić miejsce dla płuc, które powiększają się wtedy i wypełniają życiodajną substancją – tlenem. Zatrzymanie się na czas policzenia do pięciu (w pamięci) i wydech. Przy wydechu ta sama przepona podnosi się i ułatwia wypychanie dwutlenku węgla. Wypychajcie, przecież go nie chcecie!

PS maleńka rada; śmiejcie się i śpiewajcie dużo- naturalne porządne oddychanie!

Biegnę nad morze. Nie zapomnę o oddechu! A i śpiewie. Znajdę takie miejsce i pośpiewam O sole mio. Prawie jak L. Pavarotti. Hi hi. Lubię Was. Fajnie jest dla Was pisać.

Atencja do aloesów

Tak, mam uznanie i poważanie dla tej roślinki.  Wyniosłam tę miłość z domu. Na parapetach zawsze stały gliniane donice z tymi kaktusami. A obok rozpościerał się naturalny lek z pachnącego geranium. Jak tylko pojawiał się „zajad” w kącikach ust, otarcie, ranka, skaleczenie.. mama zaraz przykładała miąższ z aloesu, a ból ucha koiła roztartym listkiem geranium. Domowe rośliny mogą być przedłużeniem domowej apteczki. Teraz są nowoczesne czasy, specyfików na rynku farmaceutycznym pełno!  I to na wszystko! Aby korzeń stanął, polepszyć nawilżenie miejsc intymnych, wyciszyć ból dającym się we znaki, a właściwie pupie naszej, hemoroidów.  To i na zajdy, ranki, otarcia też znajdziecie. Ale mamy też  czas lubości powrotu do natury. Bio i eko jest w modzie i w wierze części narodu. I dobrze. Ja zaiste też jestem z tej części narodu. To może dziś małe co nieco o wykorzystywaniu aloesów nie chłopów. Hi hi!

Aloes w medycynie ludowej jest nazywany kaktusem gojącym rany. Jednak uważajcie, właściwości lecznicze ma dopiero trzyletnia roślina, a właściwiej jej dolne, najstarsze liście. Przed zbiorem liści nie należy ich podlewać przez 2 tygodnie. Odcięte duże liście wkładamy do lodówki na 10 do 14 dni. Potem obieramy je ze skórki i kolców i wykorzystujemy sam miąższ. Wyciskamy sok i przemywamy rany. Miażdżymy liście i przykładamy na chore miejsca. Równie chętnie używamy go do zabiegów upiększających.  Szczególnie nadaje się do skóry suchej.

Aloesowe kosmetyki łatwo przygotować samodzielnie.

Maseczka do cery suchej

Przygotuj szklankę naparu z rumianku i waciki. Sporządź swoją maseczkę; mieszając po łyżeczce odżywczego kremu z łyżeczką  aloesowego miąższu i tyleż samo oliwy. Nałóż na twarz. Zasiądź wygodnie, z dobrą muzyką, a przedtem nastaw sobie budzik, aby zadzwonił po 15 minutach. Usuń resztki wacikiem nasączonym rumiankiem, a następnie opłucz twarz pozostałym naparem.

Maseczka do cery tłustej

Ubij białko (właściwości ściągające) z jednego jajka i dokładnie wymieszaj z łyżeczką aloesowego miąższu i kilkoma kroplami soku z cytryny.  Maseczkę nałóż na twarz a następnie po kwadransie zmyj ciepłą wodą.

Pamiętam, że taką cerę ma „nasz” Surrealistyczny. Łatwe do wykonania, spróbuj. Polecam, kiedy najdzie Cię chęć na domowe spa.

Maseczka do cery zmęczonej

Dwie średniej wielkości łodygi aloesu przetnij wzdłuż łodygi i wydłub ze środka miąższ. Połowę średniej wielkości ogórka zetrzyj na tarce i odsącz nadmiar soku. Oba składniki zmiksuj w blenderze na gładka masę. Maseczkę nałóż na twarz i szyję, a po kwadransie zmyj letnią wodą.

Zachęcam do fundowania sobie i może koleżance domowego spa. Zapraszasz np. na miseczkę koperkowej zupki z zacierkami (ja dziś na taką zarosiłam moją koleżankę „czarnulkę”)i domowe spa w roli głównej z aloesem! innym razem robicie sobie ciasto czekoladowe i kawowe spa, a może żeberka w coli Maseczkę lipową z witaminą A co Wy na to? Inne ciekawe spędzenie wspólnego koleżeńskiego czasu. Faceci, oni te żeberka wolą z domowym oglądaniem meczyku.  Też dobrze!

PS  Aloes jest niewymagającą roślinką. Potrafi dobrze radzić sobie z twoim zapominaniem o niej. Wytrzymuje niesystematyczne podlewanie i suche powietrze  twoich kaloryferów też. Nie szkodzi jej słońca nadmiar, a nawet potrzebuje tego.

Coś na szyjkę!

Mężczyzna jest głową w związku, kobieta szyją. Nieraz słyszeliśmy to stwierdzenie. Niby to my, tak kręcimy tą główką, że zwraca się ku tym sprawom i w kierunku, który my obrałyśmy. Może dlatego tak nas boli.

Żartuję sobie, bo kręgi szyjne jednako bolą i babę i chłopa. Dużo zależy od naszej pracy, siedzący tryb, a to za kółkiem, czy przy biurku, kompie.., a to od naszego wieku, po pięćdziesiątce mają prawo nastąpić małe zmiany zwyrodnieniowe. Przewianie, siedzenie w przeciągu, też może skutkować bólem i wilczym karkiem.  Chłodne powietrze potrafi podrażnić zakończenia nerwowe znajdujące się w skórze. W sumie prowadzi to do bolesnego przykurczu mięśni. Hm, lubię to rozmasowywać, bo pacjent wyraźnie wówczas czuje ulgę, choć to boli, ma wiarę, że  pomoże.  Duże ilości puchatych poduch przez całą noc, też odbiją się czkawką, a raczej bólem karku. I oczywiście wielkim winowajcą jest trudny do uniknięcia w pędzącym życiu, stres. Powoduje on mimowolne napinanie mięśni szyi i głowy. Na ból, napięcie i sztywność karku znajdzie się rada i możemy spróbować systematycznie robić to sami. Ćwiczenia i jeszcze raz ćwiczenia.

 

„Na dobry początek”

Załóż koszulkę na ramiączkach, zwiąż włosy, aby kark był odkryty, przełóż ręcznik i energicznie rozcieraj nim mięśnie, przeciągając go raz w lewo, raz w prawo. Pracuj tak 3 minuty. To nie tylko rozgrzewanie mięśni, ale i ruch dla zastałych kości (czujesz, że masz łopatki).

Zabieramy się do ćwiczeń:

„Pracuj głową na szóstkę”

  • Na raz – pochyl głowę powoli, ale mocno do przodu,
  • Na dwa – przechyl porządnie do tyłu,
  • Na trzy – pochyl do lewego ramienia,
  • Na cztery – pochyl do prawego ramienia,
  • Na pięć – maksymalnie skręć ją w lewo.
  • Na sześć -maksymalnie skręć ją w prawo.

Taką serię powtórz 10 razy. Te ćwiczenia możesz wykonywać na siedząco, kiedy np. pracujesz przy biurku. 

„Orzeł”

To ćwiczenie, rozpościeranie skrzydeł orła do lotu, wykonujemy na stojąco.

Stań w lekkim rozkroku, wyciągnij dłonie zwinięte w  piąstki przed siebie na wyprostowanych rękach, grzbietem kosteczek do siebie wtulonych. Unoś powoli do góry, rób to porządnie, spokojnie. Kiedy są wysoko nad Twoją głową, rozłącz je i zataczaj jednakowo lewa i prawą koło. Czujesz, jak łopatki bolą i schodzą się. Dłonie opuszczaj na dół i zataczają kolejne koła. Powtórz to ćwiczenie do 6 razy nie więcej, ale rób to często w ciągu dnia.

Wieczorami śpij z termoforkiem,  partnerem, partnerką, czy kotem też nadal możesz, jak chcesz. Z tym szalonym spaniem na golasa i otwartym oknem, to uważaj z biegiem lat.

Termoterapia- wspomaganie ciepłem lub zimnem. Rozgrzewanie tkanek rozluźnia  mięśnie i pomaga usunąć z chorych miejsc toksyczne substancje. Łagodzi ból w przypadku choroby zwyrodnieniowej kręgosłupa. Nie wolno natomiast stosować ciepła w ostrych stanach zapalnych, urazach, bo może nasilić dolegliwość, wtedy ból koimy zimnem, okładami z kostek lodu. Tak uczono nas w szkole masażu i tego się trzymam.

Choć tak naprawdę to jeśli chodzi o trzymanie, uwielbiam drążek. To jego się trzymam. Nie funkcjonuję szczęśliwie bez niego. Mam go w futrynie drzwi. Solidny i fajnie, żem malutka, wtedy kończyny dolne, czyli moje słodkie, hi hi nóżki zwisają swobodnie, bez podkurczania. Opiszę wam jedno z ulubionych ćwiczeń na tym przyrządzie. Oprócz luźnego zwisania z ładnie rozstawionymi dłońmi, lekko poza barkami – chwyt „małpki” (nie chowamy głowy w ciasno rozstawionych kończynach), bardzo lubię podciąganie, ale przy nóżkach założonych, skrzyżowanych w odcinku łydek, a dokładnie Achillesa, czyli blisko kostek. Podnoszę rytmicznie nogi sięgając kolanami do brzucha, żołądka, piersi. Ćwiczę krótko, a wiele razy. Największą ulgę po takich ćwiczeniach czuję o poranku.

Pamiętaj i zadbaj o to, aby krzesło do pracy  przy komputerze miało regulowaną wysokość i podpórki, na których możesz się oprzeć przedramionami. Zainwestuj w dobrą wyprofilowaną, ortopedyczna poduszkę. Materac lepiej twardszy, niż miękki Ale tego wszystkiego nie muszę Ci pisać, Ty to wiesz.  Natomiast jest coś trudnego do wykonania – nie przejmuj się tak życiem, nie stresuj! Wiem, łatwo powiedzieć. Ja wszystko w życiu przeżywam bardzo mocno, jestem z tych przejmujących się, nie improwizujących, płynących na fali. Jak tylko widzisz, że czymś przejmujesz się tak mocno, że wręcz boisz, np. zagrożenie straty pracy –  powiedz sobie głośno,  ” i co z tego, że mnie wyrzucą, a niech wyrzucają! Ja im pokaże, na co mnie stać, znajdę lepszą. Może tak powinno się stać, bo ja sam nigdy z niej nie zrezygnuję, niech zrobią to za mnie”.  Czyli znajdź plusy, w tym, co ci zagraża. Wiem, nie jest to proste. W niektórych sytuacjach sprawdza się, w zależności czego się boimy. Tak zrobiłam dwa dni temu i pomogło, ulżyło, mogłam zasnąć!  Może i wam czasem pomoże. Powodzenia z bólem i zmaganiem się z życiem.

Ach, ten smutek!

Są dni, kiedy każdemu jest smutno i nawet nie wiadomo dlaczego, bo kłopoty na głowę nie sypią się, tylko jakoś tak szaro-buro w naszym sercu. Zwłaszcza na jesień, na jej szarugę. Minie, jak wszystko. Nie ma się czym martwić. Bywają sny ciężkie, nieobliczalne w temacie, nie wiadomo skąd zagnieżdżone w naszej podświadomości. Też jak przyszły, tak i  pójdą.

Co zrobić, jak niewytłumaczalny lęk zamieszka w brzuchu? Wszechogarniający niepokój. Z lękiem wstajesz, żyjesz cały dzień i zasypiasz. Nie możesz kochać się, nie jesteś zdolna do przeżywania orgazmu. Niczym się nie cieszysz, nie masz planów. Brak energii i stałe poczucie niskiej wartości. Na  twarzy widać ciągły wyraz niepokoju. Ludzie pytają, co ci jest? Odpowiadasz, ” nic” i starasz się szybciutko poprawić obraz swego lica,  na bardziej pogodny. Szybko zdejmujesz dłonie, które trzymały płaski brzuszek.

Czujesz się nijaka, obojętna na swój wygląd. Ty, co zawsze dbałaś o dobre zestawienie kolorów, teraz zakładasz dresy, nie myjesz włosów, nie malujesz się.. . Nie sprzątasz w domu, odgarniasz tylko miejsce na łóżku i kładziesz się w byle jakiej pościeli. Miewasz zawroty głowy, idziesz  i nagle zachwiejesz. Nogi lekko plączą się przez chwilę. Napełnia cię uczucie zmęczenia, braku siły, słabości całego ciała. Myślisz, „czy ja zemdleję i już nie wstanę”?

Czy to stany depresyjne? Depresja lękowa? Nie wiem. Zdiagnozowanie stanu depresyjnego nie jest łatwe dla niektórych lekarzy, bo granica pomiędzy subiektywnymi, czyli naszymi odczuciami dyskomfortu, a sytuacją typowo patologiczną jest nikła, zatarta.

Ja też nie chciałam uwierzyć, kiedy neurolog powiedział, że podejrzewa mnie o stany depresyjne. Poszłam do niego z cieśnią nadgarstka, ale skoro byłam u takiego specjalisty, to pytam i o moje ciągłe bóle głowy, czy tak musi być. On dopytał  mnie jeszcze o sen i apetyt. Nic dobrego nie miałam mu do powiedzenia. Poprosił o opis bólu głowy. Oczywiście, przecież wiem dokładnie jak boli. Plastycznie opisałam, stwierdził, że to napięciowy ból (dostałam też skierowanie na rezonans, wynik dobry, bez niepokoju). A więc może to depresja. O matko, jak to możliwe, ja nigdy nie miałam. Zawsze byłam wzorem radosnej, pracowitej, energicznej kobietki. A tu taka niemoc!!

Ja ciepły, najweselszy skowronek, wulkan energii, niegdyś?? Jak to możliwe! Wzbraniałam się przed wizytą u specjalisty, do którego mnie skierował. Później przed terapią u psychologa, a na końcu przed przyjmowaniem leków. Oszukiwałam, że biorę, nie brałam. Doprowadziłam się do takiego stanu, że kiedy koleżanka widząca mnie ostatnio kilka miesięcy temu, zobaczyła teraz, patrzyła z troską. Uściskała, jak na pożegnanie i rzekła, aby nie dała się chorobie, (choć jej nic nie mówiłam) i abym walczyła o życie. Inne powiadomione przez nią o moim stanie zaczęły słać smsy, nawet te mniej milsze, napisały, że mogę liczyć na ich wsparcie. Ludzie widzieli to, a ja starałam się nie wierzyć, że mnie to spotkało. Wariatka powiedzą niektórzy! Ależ byłam głupia, czy to ważne, co kto sobie pomyśli! Przecież w ich oczach mogę być zwariowana, bez którejś tam klepki. Ja i moje zdrowie było ważniejsze, niż to, co ludzie powiedzą!

Jeszcze trochę opowiem Wam o tym, jak to jest, może komuś to pomoże.

Budzisz się rano i nie chcesz wstać, ty zawsze energiczny, wesoły ptaszek.  Zrobisz kanapki do pracy, ale nie wkładasz w to radości, jak zawsze. A to listka bazylii, kleksik majonezu, parę frytek dodając.., a przy tym słuchając skocznej muzyczki (Alvaro, LP..). Teraz cisza; nie możesz słuchać radia, oglądać telewizji, bo nie masz cierpliwości i możliwości skupienia uwagi, koncentracji. Gazet i książek nie czytasz, a robiłaś to kiedyś z ochotą. Straciłaś zainteresowanie, które kiedyś miałaś przy wykonywaniu zwyczajnych prac, wszystkie pasje poszły w kąt. Nie mogłam biegać kilka miesięcy, dopóki nie podjęłam leczenia. Pisać na blogu. Ciągle boisz się nie wiedząc czego. Tylko poznajesz, że to co czujesz to strach. Odruchowo trzymasz się za brzuch, masz takie smutne, przestraszone oczy i najchętniej nie pokazywałabyś się światu. Często boli cię głowa.  Za każdym razem, jak kończy się dzień i możesz położyć się, masz ulgę, że dzień odhaczony, zaliczony, jakoś dałaś z nim radę.  Śpisz, jak zając pod miedzą, ciągle budzisz się, jesteś zmęczona i każda godzina, która przybliża cię do dnia i wstawania, straszy. Nie możesz jeść, bo nie interesuję cię ta czynność. Chudniesz na potęgę, masz już 39 kg. Obiadów nie gotujesz, bo i tak nie tkniesz tego, a sama czynność pichcenia niegdyś przynosząca radość, teraz wielką niechęć. Mówisz sobie, ” musisz jeść, musisz”, ale marnie ci to idzie. Czasem słaniasz się na nogach, czujesz  bezsilność i ciągły lęk, lęk nie wiedząc o co.. Ten lęk wykańcza. Najchętniej schowałabyś się i płakała, płakała, nie wiedząc dlaczego.

Nie leczona depresja wycieńcza twój organizm. Myślę, że w moim przypadku ma znaczenie wiek dojrzałej kobiety, zaburzenia hormonalne temu sprzyjają.  Obniżenie poziomu niejednego hormonu, także serotoniny, czy jakiego tam innego mogło to zrobić z moim ciałem, z moją duszą. Wiem jedno na pewno, nie chcę już być mądrzejsza od kury, czyli lekarza. Uparłam się, że sama sobie poradzę, oszukiwałam nie brałam leków, bo nie mogłam uwierzyć, że to depresja i bałam się uzależnienia od leków.  Nie przyjmuję żadnych używek, ani nie palę, nie piję alkoholu, kawy. Trawki nigdy nie wąchałam, lekomanką nie jestem, jak miałam trochę nadciśnienie, zaczęłam więcej biegać i pomogło. Wolałam mieć „czysty” organizm bez chemii, ale..

Nie chciałam i nie mogłam tak żyć. Bałam się, że przestanę chcieć w ogóle żyć.  Złamałam się 16 października, pamiętam tę datę, bo ona jest dla mnie ważna. To rocznica śmierci taty. Modliłam się za niego i do niego, aby mi pomógł. Nie słyszałam żadnego głosu, który by mówił „zacznij brać leki”, ale wróciłam z pracy i powiedziałam sobie, – „Boże nie dam rady dłużej, nie poradzę sobie sama”. Wzięłam pierwszą tabletkę i poszłam spać. Pierwsze 6-8 tygodni  czujesz się jeszcze gorzej, ale ja o tym wiedziałam, że tak będzie (lekarz ostrzegała). Aż przyszły dni radości i spokoju. Wróciła dawna Basia.  Znowu trochę oszukuje, bo biorę połowę tabletki, ale logicznie tłumaczę to sobie, że na moja masę ciała wystarczy. I wystarcza. Wróciłam do pisania na blogu i jestem tam bardzo aktywna.  Gotuję, piekę (dziś kurczak ala kaczka po pekińsku), biegam, tańczę sama i dla facetów, znowu chce mi się żyć. Może niejeden potępi, wysupła sznur za i przeciw. I ma prawo!! Ale niech mi  nie odbiera mojego prawa do zdrowia (po mojemu). Pamiętam, jak się czułam strasznie, nie chcę już tego.

Dziękuję mojemu dziecku, ono mi pomogło, zadbało i przede wszystkim dopilnowało!! Wiłam się, jak węgorz, przed całą procedurą dochodzenia do zdrowia, a ona była przy mnie i sercem, nie krzykiem nakłaniała prosząc, ” Mamuś, nie mogę zmusić cie do leczenia, zrobisz, jak uważasz, ale ja tak bardzo chciałabym, abyś znowu była szczęśliwa, jak kiedyś”. Dziękuję Córeczko, jestem! Życzę Wam, takiego dziecka.

Napisałam o tym, bo ostatnio każdy smutek  żartobliwie przerabiamy na depresję i nawet jakaś moda na nią weszła. Ja nie jestem trendy, lubię raczej chadzać własnymi ścieżkami. I u mnie to choroba, nie wygłupy. Zadbajcie o siebie, czy bliskich, jak podejrzewacie, że to dopada i Was.

PS na zielonej trawce, to i długie wpisy robię. Chciałam o soczystym kurczaku przerobionym na kaczkę napisać, ale jakoś tak wyszło. Przepis jeszcze zdążę wysłać. Darujcie dałam Wam temat trudniejszy.