Piękno smutku u Ani Karwan

Dziś o poranku, zajrzałam do laptopa Gienka, bo Mietek już całkiem wysiadł, ze starości i wszelkich niemocy. Miał prawo. Dobrze jest mieć dzieci, podrzucą mamie swoje już nieużywane laptopy, gdy kupują nowoczesny cud. Słodki, malutki Mietek był od starszej córki, a Gienek zacny, rasowy od młodszej.

Odpisałam na komentarze i skaczę do innych. Popisałam z jednym, drugim i zaglądam do młodej uroczej dziewczyny z motylkiem niebieskim w awatarze http://usmiechamsieslowem.wordpress.com/ Jest wyjątkowa na swój sposób. krótko i zwięźle, a potrafi zainteresować i nie ma komentarzy. Nie chce za wiele zajmować Twojego i swojego czasu. Dziś odpisałabym jej, że sprawiła mi ogromną radość. Nie wiedziałam o istnieniu Anny Karwan i jej głosu. Matowy, silny głos.

Muzyczny cud. Nic mnie tak mocno ostatnio nie ujęło, jak śpiew tej młodej kobiety i słowa z utworu „Czarny Świt”.  Polecam go Wam serdecznie. Smutek też jest piękny, a śmiech bywa i przez łzy, rozczulenie. Nie chodzi tu o chorobliwy smutek z depresji, tylko zwyczajne przytulenie się do szyby w oknie, wyciszenie, ujęcie głowy swej w dłonie i zbieranie lub rozpraszanie myśli. Każdy tak czasem ma, nie ten z depresją li tylko. Pozwalajmy sobie na smutek, kiedy jesteśmy rozczarowani. My najczęściej  wtedy dziarsko zaciskamy pięści i mobilizujemy do działania, kolejnego skoku, pokazania światu – „poradzę sobie”. I dobrze, co nie znaczy, że na smutek w tej trudnej dla Was, sytuacji też możemy dać sobie chwilę. Nie jest to naszą słabością, tylko naturą ludzką. Jesteśmy ludźmi, nie robotami. Natomiast nie pozwalajmy sobie na dłuższe obezwładnienie nas nostalgią, przygnębieniem!

„Nie możesz powstrzymać ptaków smutku przed lataniem dookoła Twojej głowy, ale jesteś w stanie powstrzymać ich przed gnieżdżeniem się w Twoich włosach.”

-Chińskie przysłowie-

Ciekawe, co powstałoby z połączenia  Ani z Kortezem. Jakoś oni mi razem pasują, jak z tej samej półeczki.

Źródło: YouTube, konto: Ania Karwan

Przyjacielu, dziś Twój dzień, posłuchaj Ani, śpiewa też dla Ciebie.

Reklamy

„Bajeczka”..

Poezji ciąg dalszy, czyli nadal sprzątam i znajduję. „Spotkanie na Piwnej” ujęło mnie bardzo, ale  „Bajeczka”, „Motyl”, też miłe.  Szukajcie, sprzątajcie, znajdujcie. A może sami napiszcie dla kogoś bliskiego. On skrzętnie przechowa dla potomnych lub po prostu dla siebie, na lata wspomnień.

Mój poeta, to człowiek niezwykle spokojny, miłujący jedną jedyną na całe życie. I co zrobić jak miłość odejdzie, pójdzie daleko, daleko.. Taki człowiek stara się pokochać jeszcze raz, bo samemu źle, ale nie umie. Mówi o miłości, pisze o niej, może to pomoże mu uwierzyć, że jeszcze jest to możliwym, to ponowne miłowanie.

„Bajeczka”

„Księżyc świeci, płonie świeczka

W głowie snuje się bajeczka

Jak księżniczka z starej baśni

Mówi: „Miły, dziś już zaśnij,

Niech sen dobry, zmysły zgasi,

Niech to będzie sen o Basi”

Rano świt ten sen rozrywa,

A tu – Basia!… Ale żywa!”

 

” Motyl”

„Zjawiłaś się, jak motyl

Z dużymi oczami

Na skrzydełkach.

Wachlując firankami oczu

powołałaś huragan

Do życia.”

Dziękuję mu. Ładnie pisał. Nadal się lubimy! Jak widzicie samą poezją, sztuką, człowiek nie żyje. Było, minęło.  Z nami, to trochę, jak z tym żurawiem i czaplą. Tylko, że z małą różnicą. Ja chciałam na początku i tak z pięć lat dreptałam, aż mi przeszło i chcenie i dreptanie, bo nie było odzewu, inna czapla nadal zajmowała miejsce. Kiedy mi przeszło bezpowrotnie, jemu się zachciało, a przynajmniej miał już trochę miejsca na nową czaplę. Tylko, jak sercu kazać ponownie kochać. Zamarzło i dla niego już nie odtaje. Tego nie da rady zrobić za pstryknięciem palców. Naszym błędem była zbyt wczesna próba bycia razem, kiedy serce niegotowym było. Porzucony mężczyzna, który nie przestał kochać, nie bierzcie się za takich, dziewczyny!!!

                           

 

” Spotkanie na Piwnej”

Już pod koniec ubiegłego roku naszło mnie sprzątanie i trzyma do dzisiaj. Porządkowanie, odświeżanie ścian i garderoby, wyrzucanie tego, co zalega latami. Nareszcie nie żal mi. Sprzątam i sprzątam, moje życie też.

Właśnie umyłam dwa okna, zrobiłam deser z granatem (przepis z 6 stycznia), bo jutro przyjeżdża córeczka kochana z Warszawy, idziemy do opery, a następnego dnia do filharmonii. Teraz przyszła pora wysprzątania komody z mnóstwem szuflad, szufladek z papierami. Posypały się kartki i pożółkłe karteluszki. Ukazał się on – list z wierszem. Leżał na deskach podłogi. Przysiadłam na dywanie i czytałam. Czytałam  i myślałam, o kunszcie pisarza i że kiedyś ktoś tak czuł. Na chwilę jego życia,  byłam taka wyjątkowa. List odłożony do szufladki -„Wspomnienia”.  Posłuchajcie. To tylko słowa, ale jakie ładne.

„Spotkanie na Piwnej”

„Kiedy szłaś do mnie, wtedy na Piwnej. Pragnąłem Ciebie takiej, nie innej.

W pokoju marzeń zbłąkanej duszy

Była dziewczyna, co się nie puszy

Szczera i skromna, miła, uczciwa

Dobry przyjaciel i nieleniwa

Wierna kochanka, wrąca, gorąca,

Tak gorejąca, jak kula Słońca..

Zakres przymiotów wcale niemały

Ale od czegóż są ideały?

Kiedy szłaś do mnie, wtedy na Piwnej. Pragnąłem Ciebie takiej, nie innej.

Choć rozum mówił, że niemożliwe,

Żeby ktoś taki istniał prawdziwie

Teraz wiesz wszystko, szły dwie osoby

Ciało poprawne – Dusza bez głowy

Na pozór kukła, człowiek spokojny

W środku podróżnik, żołnierz bez wojny.

Szukałem ciebie, ciebie szukałem

O twym istnieniu nic nie wiedziałem.

Choć przeczuwałem – wierzyłem w Ciebie.

I jestem z Tobą, mężczyzna w niebie

Kiedy szłaś do mnie, wtedy na Piwnej. Pragnąłem Ciebie takiej, nie innej”.  

 

Syrop – „Imbirek”. .. i po przeziębieniu. „Cud” w filharmonii

Syrop – „Imbirek” z miodem i cytrynką.

Doda zdrowia, pomoże przy infekcjach górnych dróg oddechowych, wzmocni odporność, a przy tym pyszny, smaczny. Przyjaciel z Anglii, pewien Przemek, zresztą fajny Mors (kiedyś w Sylwka morsowaliśmy) pośpieszył z pomocą na wieść, że Baśka przeziębiona i przesłał mi ten przepis. Zrobiłam, zastosowałam i już mi się tańczyć chce. Teraz dzielę się z Wami.

 Składniki: 2 cytryny, szklanka miodu i 4 cm imbiru. 

Cytryny sparzyć wrzątkiem, umyć, wyszorować, pokroić w cienkie plastry. Imbir obrać ze skórki, zetrzeć na tarce o drobnych oczkach. Przygotować słój lub inne naczynie zamykane. Wyparzyć wodą lub w piekarniku. Na dno wlać 2 łyżki miodu, na to kilka plastrów cytryny i trochę imbiru na wierzch, ponownie miód, cytryny, imbir. Tak warstwami układać, na wierzchu ma być miód. Zakręć i wstaw do lodówki.

Po 24 godzinach ciesz się gotowym syropem. Syrop może stać ok. 2 miesięcy. Myślę, że tu też można dodać kilka goździków. 

Na zdrowie!!

W czasie infekcji przyjmujemy 3 łyżki na dobę: samodzielnie, lub w herbatce, czy na czczo w niepełnej szklance ciepłej wody. W profilaktyce wystarczy 1 łyżkę na dobę.

Ten syrop mogą bez przeszkód przyjmować dzieciaczki po ukończeniu pierwszego roku życia. Miód może uczulać, silny alergen, dlatego nie możemy dać młodszemu dziecku. Ci, którzy mają problem z krzepnięciem krwi i nadciśnieniem powinni porozmawiać ze swoim lekarzem, czy stale w profilaktyce mogą przyjmować syrop z imbiru, który rozrzedza krew.

Przyszła pora przeziębień, zmarzniętych, pociągających nosków, dreszczy i bólu głowy. Nie biegajcie bez czapek i szalików.  A jak już jakowyś wirus Was dopadnie, wyciągnijcie broń. I najlepiej jeśli już musi was coś dopadać to na sobotę i niedzielę. Ha ha, jak trafić, aby w piątek zacząć walkę. Wspomagajcie się popijając herbatki z kwiatu czarnego bzu. Działa napotnie, ma dużo witaminy C. Do szklanki wsypcie 1-2 łyżeczki suszonych kwiatów bzu, zalejcie wrzątkiem. Przykryte parzcie ok 10 min, następnie trzeba przecedzić. Pijcie, 2-3 filiżanki dziennie. Jeśli nie macie gorączki, weźcie gorącą kąpiel, tak ok. 39 stopni temperatura wody. Wirusy w przeciwieństwie do bakterii, nie lubią wysokiej temperatury. Wodą morską w sprayu (wygodne) oczyszczajcie nos. A może inhalacje pod ręcznikiem, nad miską z gorącą wodą i kilkoma kroplami olejku eukaliptusowego. Wdychajcie opary. Jak najwięcej wylegujcie w łóżku. Wypoczywajcie, ile się da. Pijcie dużo płynów na bazie malin, lipy, rumianku. Nie zapominajcie o naszym cudownym imbirowym syropie! Jeszcze wietrzenie mieszkania, bo nie mamy co siedzieć w zaduchu. Na noc weźcie witaminę C i lek przeciwzapalny. Ja jeszcze biorę kota i termoforek. I jest fajowo, po kilku dniach głowa na pewno nie boli, za to charczycie, jak zaflegmione dziadki.

Kochani, nie dajcie się przeziębieniom!!

PS Wróciłam właśnie z filharmonii, z recitalu fortepianowego austriackiego pianisty. Tak niespodziewanie córeczka przekazała mi swój bilet. Teraz ona zaczęła swoje przeziębienie i nie miała siły na Chopina. Było cudownie!! Muzyka ma moc!!

Ten  Ingolf Wunder (po niemiecku znaczy, Cud) tak grał, że najpierw każdy dech milkł na sali, a później poryw ludzkich serc. Od 4 roku życia ćwiczył przez 10 lat grę na skrzypcach. Polubił je, ale fortepian pokochał. Został pianistą. W wieku 14 lat pierwszy raz usiadł do fortepianu, a porwały go utwory Rachmaninowa. Z rodziny ludzi uzdolnionych muzycznie. Ojciec muzyk amator, brat komponuje muzykę filmową. On sam fascynuje się także twórczością E. Morricone i J Williamsa. Ma ona swoje odbicie w jego albumie „300” – trzy wieki fortepianu. Żoną jego została Polka pani Paulina, która wspiera męża. Dzisiejszy koncert wymusił kliknięcie w internet za namiastką wiedzy o człowieku, którego gry słuchałam.

Za tę lubość i radość w odbieraniu muzyki poważnej dziękuję pierwszemu mężowi. On mnie rozmiłował w muzyce klasycznej. Jak to dobrze, że przyszło mi żyć w Gdańsku, mieście, gdzie mogę bez problemu wybrać się na koncert do filharmonii, czy opery, powzdychać z Toscą.

 

Adżika, pasta rodem z piekła. Listopadowe myśli

A właściwie z Kaukazu. Rewelacyjny dodatek do wszelkiego rodzaju zup, sosów, mięs, baza do dresingu. Każda kanapka nabierze charakteru, jeśli na wędlinkę, czy żółty ser położymy np. plaster ogórka i posmarujemy adżiką. 

Ile gospodyń, tyle past. Każda gruzińska gospodyni ma swój sposób jej przyrządzania. Jedne dodają renety, dużo pomidorów, łagodnej papryki, inne marchwi, nać pietruszki.. . Podstawą jest ostra papryczka, czosnek i zioła. Ja przepis dostałam od koleżanki Ani, a ona od gruzińskiej koleżanki z korporacji. Proporcje dopasujcie do swoich upodobań i  umiłowania ostrości, pikantności lub nie. Ja już rozkoszuję podniebienie tegoroczną pastą i swego szefa poczęstowałam jednym słoiczkiem. Właśnie wczoraj pojawił się w salonie i rzekł ku mojemu zdziwieniu, że to był zamach na jego życie. Tak to jest z szefami, nie słuchają. Podając pastę mówiłam, że pikantna, jak piorun i czosnek aż paruje.. Nie posłuchał, nabrał łyżeczkę i do buzi. Paliło mu jelita kilka godzin. To jest cud do umiejętnego dawkowania. Np. 1 łyżeczkę adżiki wymieszać z 2 łyżkami majonezu i jogurtu. Pycha do frytek, kiełbaski na gorąco w zamian musztardy, czy nawet do odsmażanych kopytek, czy buły z kotletem i sałatą.

Przepis na adjikę

Składniki:

1 kg chili, 2-3 papryki czerwone łagodne, 3 główki czosnku (główki, nie ząbki), 2-3 cebule czosnkowe i zioła: 1 opakowanie bazylii, cząbru, kolendry w ziarnach i 2 łyżki kozieradki. Do smaku: po 2 łyżki soli (płaskie), cukru, octu i oleju i koncentratu pomidorowego (czubate).

Wykonanie:

Zakładam rękawiczki gumowe. Myję papryczkę, kroję wzdłuż strąka, usuwam środki. Choć zostawiam trochę pestek, one mi nie przeszkadzają, jak podejdą pod ząb, a dają więcej pikantności. Łagodną oczyszczam ze środków i kroję na cząstki. Obieram cebulę, kroję na ćwiartki. Wszystko przepuszczam przez maszynkę do mielenia mięsa, ale można też zmiksować w blenderze. Wsypuję zioła i dosmaczam (solą, cukrem, octem, olejem i koncentratem). Mieszam i całość przekładam do glinianego garneczka lub ceramicznej miski (nie metalowej czy szklanej). Nakryte odstawiam do lodówki na 3 dni. Teraz przekładam do małych słoiczków i krótko pasteryzuję ok.8 min.od zagotowania. Mogą stać w spiżarce przez całą zimę. Drugi sposób, przełożyć do dużego słoja i nie pasteryzować, tylko zakręcony trzymać w lodówce i na bieżąco zużywać. Ja wolę pierwszy sposób. Te na zdjęciu, są już po pasteryzacji.

Przewiązać rafią, czy wstążeczką, sznureczkiem i macie z sercem zrobiony prezent pod choinkę. Kto mnie zna wie, że jestem fanka ostrej papryczki, dawałabym ja wszędzie, ale jeśli Wy lubicie lekkie zaostrzenie smaku, użyjcie pół na pół papryki ostrej z łagodną. Ja kupuję chili na rynku, od ogrodnika, sprawdzam na miejscu, czy ostra i płacę 20 zł za kilogram. Warto spróbować, poeksperymentować z tą pastą, polecam Wam.

Po robocie, nóżki na ladę i odpocznijcie przy herbatce z pigwą. Kochani staram się nigdy nie wrzucać samego jadła, przepisu, tylko okrasić myślami dla ducha, umysłu naszego. Listopad, to zwiększony czas  wspominek, pamięci po tych, co kiedyś nieśli radość. Przyznam się Wam, że nie bardzo lubię wędrówkę w niekończącym się pochodzie na groby 1 listopada. Zdecydowanie wolę spokój  kilku dni później. Wchodzisz, a tu kolorowo od chryzantem. Przepych. Ludzie prześcigają się w ilości donic z kwiatami, lampionów, zniczy, wieńców. Robimy to dla siebie. Chyba. Ale są i skromnie ustrojone nagrobki. Z kwiatkiem i świeczką, a na ławeczce babulinka z różańcem. Siadam obok i myślę.

Śmierć, chyba zawsze jest nie w porę. Zostawia ból, czy wspomnienia mogą go ukoić?

  Śmierć i człowiek

Śmierć nieustannie goni człowieka. A człowiek przed nią ciągle ucieka. Do grobu chowa zgonione ciało. A sam w zaświaty rusza pomału. Śmierć, to rzecz ziemska – w innym wymiarze. Jest tak bezradna, jak czyn bez marzeń. Lecz niespodzianka, człowiek w bezczynie, niknie w pamięci, jak ciało w glinie. Po chwili z trudem sumienie budzi. Dawniej przyjaciół, dziś obcych ludzi. Lecz ten szczęśliwy, co już za życia stworzył fundament wiecznego bycia. Zdobył! Wynalazł! Zajął! Napisał! Zabił! Obalił! Ukradł! Wysysał..! Ten z śmierci zadrwił, lecz śmierć wytrwała. Nie dość, że z ciałem się uporała- Już ściga dzieło – dręczy człowieka.  Cierpliwie czeka, czeka i czeka. Aż, gdzieś się znajdzie pisarz, historyk, który odkryje wszystkie potwory. Wszystkie wampiry z grobu wywlecze. Rzuci na szpaltę błędy człowiecze. Zmiażdży, opluje chwały adepta. W mierzwę historii szczątki te wdepta. Zadziobie, skrzywi duchowe mienie. Resztki podmiecie pod zapomnienie. Które całunem wszystko pokryje.. Wtedy dopiero człowiek nie żyje.

Póki po nas pamięć zostaje i wspomnienia w sercach ludzkich.. Żyjemy dla innych!!

Wierzę, że po mnie zostaną ciepłe myśli w główkach Okruszków, dla których kiedyś byłam wesołą, sprawiedliwą panią od zabaw na kocyku, która dmuchała bolące paluszki i scałowywała łezki z policzków. Tęsknie za nimi. Nadal.

 

Taka mała rzecz, a cieszy – herbatka z pigwowcem. „A jak królem..

HERBATKA Z LEKTURĄ, CZY RACZEJ DOBRA KSIĄŻKA Z PYSZNĄ HERBATKĄ ZAPRAWIANĄ ELIKSIREM Z PIGWOWCA!

Dziś zaproponuję Wam królewski napój i takąż samą pozycję z biblioteczki (królewską, bo wartą naszego czasu).

Pigwowiec, niewątpliwie ciekawy owoc cierniowego krzaczka. Z rodziny różowatych, podobnie, jak pigwa o większych owocach.  Mały cud zamiast cytryny do herbatki. Żółte, małe owoce nie nadają się do schrupania na surowo. Są zbyt twarde i kwaśne. Rosną w moim ogrodzie, ale za mało, jak na mój wilczy apetyt, więc dokupuję na ryneczku od babulinki.

Myję owoce, Biorę porządny nóż i deskę; kroję na pół i każdą połówkę na półplasterki. Partiami przerzucam do wielkiego słoja i posypuję cukrem. Omijam pestki, ale nie całkiem. Choć podejrzewam, że w nich kwas pruski, ale mi jakoś z nielicznymi pestkami smakuje. Na kilogram owoców biorę 1,5 kg cukru. Na wierzchu słoja jest warstwa cukru. Zakręcam i odstawiam na parapet, a następnego dnia, potrząsam zawartością. Zebrał się już soczek. Zostawiam jeszcze na dobę, co jakiś czas mieszając. Teraz owoce razem z syropem przerzucam do garnka i od zagotowania gotuję jeszcze około kwadransa. Nabierają miodowego koloru. Napełniam wyparzone słoiki, zakręcam, obracam i przykrywam suchą ściereczką. Aż do ostygnięcia. Do szafki kuchennej i niestety zimy nie doczeka, bom pożeracz tego specyfiku. Jak jednak doczeka, to nie psuje się, choć pasteryzowane nie było. Do herbaty dodaję 2-3 łyżeczki razem z owocami i już nie słodzę. Naprawdę warto zrobić. Serdecznie Wam polecam!

 

            Rozkoszując się taką herbatką czytam książkę. Tym razem jedną z tych, do których lubię wracać. Swego czasu na młodym dziewczęciu wywarła wielkie wrażenie. Wielkie! Pamiętacie, często nie mieliśmy czasu na wszystkie lektury lub stawaliśmy okoniem wobec nakazu czytania tej, a nie innej książki. Na niektórych z nas przychodzi czas nadrabiania zaległych lektur. To fajny czas.

Tadeusz Nowak, „A jak królem, a jak katem będziesz”.

Właśnie ta powieść pokazuje wyjątkowo mocno, że nic nie jest białe i czarne. Tak całkiem czyste, proste, jednoznaczne.. .

Dużo tu wiejskiego przedwojennego i wojennego realizmu. Sielska, bezczasowa, wiejska, cykliczność natury. Odpusty, zapusty.. .  Wyjęta jakby z historii, a włożona w baśń z przyrodą w roli głównej. Losy Piotra, chłopskiego syna. Jego młodość, zawadiackie wygłupy z Jaśkiem. Inny powie zwyczajna kradzież i  będzie miał rację. Rosół z kradzionych kur.. . Wkracza rok 1939! Wojna, partyzantka.., wyroki.. .

Swego rodzaju świat z obrazka ludowego artysty, osadzonego w czasach przed wojną i poplątania wszystkiego, kiedy masz być patriotą na wojnie, odważnym mężczyzną, czy katem?

Jabłka: czerwone pachnące, zielone renety.. one przewijają się po całości stron. Kąpią w jeziorze, pieką w plackach, dzielą szablą.. .  Mają znaczenie. Atrybut katowskiego i królewskiego istnienia. Walczą siły dobra i zła. Wraz z berłem symbol królewski: pomyślności, dobra, władzy. Pamiętacie taką rzeźbę „Gdańska Piękna Madonna”. Maryja na ręku trzyma dzieciątko Jezus, a w drugiej jabłko. U Nowaka kołyska nowo narodzonemu wyścielona jabłkami, coby była królewska, nie katowska. Słowa ukochanej „.. Jak będziesz królem, będę królową. Jak będziesz katem, będę katową”. Pełna akceptacja umiłowanego. Rozterka Piotra, jak wziąć na ręce tę bezbronną czystą istotę, rękoma z egzekucji, rękoma, gdzie jeszcze widać strużki krwi. To dziecko, Nowe Życie – przebłaga, oczyści, zadośćuczyni.. ? Danie za zabranie? Mieszane uczucia, co do Piotra; Król i  Kat!! Łatwiej zrozumie pewnie ten, kto przeżył czas wojny.

Dla tych, co nie mieli w ręku „Króla i Kata”, polecam na jesienne wieczory. Wiatr gwiżdże i tańczy za oknem, a Wy z filiżankom herbaty, eliksirem pigwy, kocykiem i książką.  To nie będzie stracony czas. Obiecuję.

„.. Nie począwszy żyć, przestajem”. Rosół grzybowy.

„Pieśń XV”  –   Jan Kochanowski

„Nie zawżdy Apollo strzela,

Ale łuk z lutnią podziela;

Nie zawżdy Mars hufy wodzi,

Czasem też pod sieć ugodzi.

Nie zawżdy grad z góry leci

Albo burza niebo szpeci;

Chmury czarne wiatr wojuje,

A pogoda następuje.

Takżeć słusze człowiekowi

Odejmać się frasunkowi;

A jako niewdzięczne brzemię

Uderzyć troski o ziemię.

Cokolwiek raz przeminęło,

Niewrócony koniec wzięło,

A przyszły czas Bóg ma w mocy,

Pogrążony w twardej nocy.

Dosyć na rozum człowieczy

Dzień dzisiejszy mieć na pieczy;

Ostatek na Boga wkładaj,

A dobrze żyć nie odkładaj!

 

Żyj dobrze, nie odkładając;

Bo dalszych czasów czekając,

Niepodobnym obyczajem,

Nie począwszy żyć, przestajem”.

 

 Jan Kochanowski przypomina nam o ulotności naszego istnienia i proponuje żyć wesoło, czerpiąc przyjemność tu i teraz. Nie troszcząc się o wiele. Nie odciągając radowania życiem, na późniejsze czasy. Takie epikurejskie podejście. Zażywać przyjemności tego świata, nie odkładając niczego na zaś. A w chwilach ostatecznych zdać się na łaskę i miłosierdzie boskie.

– Wybacz, Panie! Łamałem reguły, aby uzyskać rozkosz, bez adrenaliny, takim niepełnym okazywało się to życie.

My w większości, raczej nie hedoniści, tylko ludzie pracy, nie za często pozwalający sobie na przyjemności. No może czasem meczyk, piwko, ładny ciuszek.. . Za młodu nauczeni obowiązków, powoli weszliśmy w kierat, w spiralę zwaną „haru haru, ni pieniędzy ni towaru”. Ile by człowiek nie pracował, ile by nie nakradł (nie zachęcam) wciąż za mało. Jak przestawić się, zrozumieć, że nie można przegonić, zagonić życia. Tracąc to, co ma wartość. Nie chodzi o znalezienie drugiej przeciwstawnej strony i zaprzepaszczenia się w lenistwie, rozpuście, tylko umiejętnym znalezieniu złotego środka.

Dla jednych z nas nagłe korzystanie z życia, to rzucenie wszystkiego, spalenie mostów zawodowych i zaleganie na kanapie z laptopem, pizzą, colą, zdając się na partnera. Inni robią skok w wir wycieczek zagranicznych, dla drugich karuzela randek. Przehulanie środków z konta na kolejną jeszcze dalszą podróż, czy następną frywolną, ale i kosztowną znajomość.  Dla innych nowy image, totalne odświeżenie garderoby; wyrzucenie z szafy starych, niemodnych ciuszków i szaleństwo wędrówek po sieciówkach, dźwigając niejedną ciężką torbę bucików, sweterków.., a jeszcze inna myśli, – „koniec z poświęcaniem się, nadszedł mój czas” i nawiedza coraz to bardziej renomowaną, droższą klinikę, aby tu ostrzyknąć, tam podciągnąć, no może co nieco napełnić.. . Dokleić, a to włosy, a to rzęsy i zabłysnąć najnowszą generacją implantów w uzębieniu.

A dla skromnych, spokojnych, harmonijnych, tych co wolą „być niż mieć”,  oznacza trochę więcej brać siebie pod uwagę. Swoje zdrowie. Cieszyć się czasem z rodziną, wspólnymi posiłkami.. .  Oni mówią -„dość wyścigowi szczurów”, chcą pożyć  wolniej, mając czas na małe przyjemności. Zapragnęli celebry życia, ale bez szaleństw, wręcz przeciwnie; z rozwagą i koniecznie bliżej natury.  Potrzebują ucieczki z wszelkich dokręconych trybików, nie zatracając się i nie zaniedbując, tylko zwalniając. Więcej ciszy w życiu.

Slow Movement – ruch na rzecz spowolnienia, który walczy z bezmyślnym pośpiechem. Dla większości pośpiech stał się naszą obsesją. I nie dotyczy to tylko młodych wchodzących w życie rodzinne, zawodowe, ale i tych po pięćdziesiątce, którym na spełnienie życiowych marzeń wciąż brakuje finansów. Chcą pomóc młodym, zabrać żonę gdzieś dalej niż na działkę warzywną. Doby nie starcza, aby ogarnąć półtora etatu, pracę na działce, budowę domu syna.. I  gdzie w tym wszystkim; czas dla siebie, dbałość o zdrowie małe przyjemności, rodzinę i wspólny wypoczynek na łonie natury. Wszyscy przywaleni obowiązkami, a młodzi często jeszcze rywalizacją zawodowo, pędzą za rozwojem i podnoszeniem wartość siebie, jako pracownika. Budują pozycję w zespole młodych, silnych, prężnych. A sen, czas na „byczenie”, pasje, spokój ogniska domowego, wspólny na siedząco, nie w biegu posiłek, łączność z naturą. Kto z was i ile razy, ostatnio ot tak poszedł na jesienny spacer, wybrał na grzybobranie, czy łowienie rybek? Może pojechał z synkiem pod namiot i mył w górskim strumieniu poznając krajobrazy i sycąc długimi rozmowami z dzieckiem? Kiedy połazikowaliśmy po górach, pojeździli częściej na rowerze, czy wykupili karnet na basen i używali go?

Wyścig z czasem równa się, samotność, totalne zmęczenie, zawały, depresje.

Spójrzcie na kalendarz, nabity, zapisany do oporu, dzień po dniu.

Pomyślałam teraz o kalendarzu matki wychowującej dzieci, nie pracującej zawodowo. Długo byłam mamą na urlopach wychowawczych. Z jednego wychowawczego wchodziłam w kolejny. Czytałam dzieciaczkom, siedziałam w piaskownicy, plątałam się od kupki do śpioszków i chodzika po śliniaczki. Odwiedziła mnie moja kuzynka. Elegancko ubrana, uczesana pani. Miałyśmy ustalić termin i  wybrać się razem na jakieś wyjście, ale ona najpierw zajrzała do skórzanej torebki, do swego kalendarza, a tam wolnego niewiele, oj czarno od zapisanych kartek! Pomyślałam z nutką zazdrości, że ja też chciałabym mieć kalendarz zapełniony czymś oprócz obowiązków mamy. Ubrać się w żakiecik a nie w dresy i wyjść do ludzi. A teraz tęsknię za brakiem kalendarza, czy też prawie pustym bez zapisów i karteczek porozwieszanych, aby nie zapomnieć. To były piękne spokojne lata z dziećmi, śmiem twierdzić, że najpiękniejsze osiem lat mego życia, bo tyle byłam na urlopach z moją kochaną Trójeczką.

Już pora, nauczyć się celebrować życie. Idea zwolnienia tempa życia nabiera mocy już w wielu krajach. Zacznijmy od posiłków. Jedzmy powoli, dania ładnie podane, bez pośpiechu, delektując się każdym kęsem. Moim marzeniem w tym względzie jest wyjście na śniadanko do ogrodu, choć na małą ławeczkę. Nie mam i pewnie mieć nie będę. Nawet balkonu w żadnym z miejskich mieszkań nie miałam. Trochę mnie to wkurza, ale cóż.

Kiedy byłam młoda goniłam, nie tyle za karierą, co za utrzymaniem dobrej pracy, pozycji w niej. I pogodzeniu obowiązków mamy trójki dzieci z byciem żoną i etatem nauczycielki w szkole. Teraz gonię za pieniędzmi. Pracuję więcej, niż by na małą kobietkę wskazywało. Już nawet trudno umówić się ze mną na randkę. Nie mogę z braku czasu, nie chęci. A może, jak gra będzie warta świeczki, to i czas znajdę.

Jak myślicie, kiedy u Was przyjdzie właściwy, dobry czas na celebrę życia, smakowanie go?

A może w końcu zastosować się do słów Jana Kochanowskiego –

„Żyj dobrze, nie odkładając; Bo dalszych czasów czekając, Niepodobnym obyczajem, Nie począwszy żyć przestajem”. 

Zapraszam do wspólnego gotowania. Razem przygotować i zjeść jest cudownie.

„Zupa grzybowa na rosołku”

Skomponowała mi się znakomicie, zupa grzybowa na bulionie. Dostałam suszone grzyby leśne od Anetki z lasów Słowian. Tak pachnące, aż miło. Mam zaufanie do tej dziewczyny, jako grzybiarza. Do garnka wlałam ok. 3 litrów wody, wrzuciłam włoszczyznę razem ze sporą ilością natki (po ugotowaniu wyjęłam z zupy całą włoszczyznę). Trzy umyte skrzydełka, też wyjęłam po ugotowaniu i największy domownik chętnie je ogryzł. Nie chciałam, aby mi się mięso plątało po zupie, pragnęłam esencjonalnego bulionu. I może to dziwne, ale z tych trzech skrzydełek wyszedł klarowny i bardzo smaczny. Oczywiście listek, ziele angielskie, pieprz kilka ziaren, sól. I przyznaję jedna kostka rosołowa, wołowa.  Garść suszonych grzybów zgniotłam w dłoni nad garnkiem i wrzuciłam w formie okruszków. Grzyby były tak cienko pokrojone i dobrze wysuszone, że łatwo rozkruszyły się.

Gotowałam na małym ogniu ok. 30 min. W tym czasie osobno ugotowałam makaron. Do zgrabnego, mojego ulubionego talerza nałożyłam trochę makaronu i zalałam grzybowym bulionem. Suto posypałam natką pietruchy, mam piękną, dorodną na działce. Uwierzcie mi była znakomita, ta zupka. Lepsza niż moja tradycyjna, czyli zabielana, chłopska grzybowa.

Cieszcie się chwilami, drobiazgami, a przede wszystkim sobą wzajemnie. Budujcie relacje z kochaną, kochanym. Doceniajcie bliskość. Niech Wam zawsze dzwoni wewnętrzny dzwoneczek – „Uwaga, oddaliłeś się”!! „Zwolnij”!!