Syrop – „Imbirek”. .. i po przeziębieniu. „Cud” w filharmonii

Syrop – „Imbirek” z miodem i cytrynką.

Doda zdrowia, pomoże przy infekcjach górnych dróg oddechowych, wzmocni odporność, a przy tym pyszny, smaczny. Przyjaciel z Anglii, pewien Przemek, zresztą fajny Mors (kiedyś w Sylwka morsowaliśmy) pośpieszył z pomocą na wieść, że Baśka przeziębiona i przesłał mi ten przepis. Zrobiłam, zastosowałam i już mi się tańczyć chce. Teraz dzielę się z Wami.

 Składniki: 2 cytryny, szklanka miodu i 4 cm imbiru. 

Cytryny sparzyć wrzątkiem, umyć, wyszorować, pokroić w cienkie plastry. Imbir obrać ze skórki, zetrzeć na tarce o drobnych oczkach. Przygotować słój lub inne naczynie zamykane. Wyparzyć wodą lub w piekarniku. Na dno wlać 2 łyżki miodu, na to kilka plastrów cytryny i trochę imbiru na wierzch, ponownie miód, cytryny, imbir. Tak warstwami układać, na wierzchu ma być miód. Zakręć i wstaw do lodówki.

Po 24 godzinach ciesz się gotowym syropem. Syrop może stać ok. 2 miesięcy. Myślę, że tu też można dodać kilka goździków. 

Na zdrowie!!

W czasie infekcji przyjmujemy 3 łyżki na dobę: samodzielnie, lub w herbatce, czy na czczo w niepełnej szklance ciepłej wody. W profilaktyce wystarczy 1 łyżkę na dobę.

Ten syrop mogą bez przeszkód przyjmować dzieciaczki po ukończeniu pierwszego roku życia. Miód może uczulać, silny alergen, dlatego nie możemy dać młodszemu dziecku. Ci, którzy mają problem z krzepnięciem krwi i nadciśnieniem powinni porozmawiać ze swoim lekarzem, czy stale w profilaktyce mogą przyjmować syrop z imbiru, który rozrzedza krew.

Przyszła pora przeziębień, zmarzniętych, pociągających nosków, dreszczy i bólu głowy. Nie biegajcie bez czapek i szalików.  A jak już jakowyś wirus Was dopadnie, wyciągnijcie broń. I najlepiej jeśli już musi was coś dopadać to na sobotę i niedzielę. Ha ha, jak trafić, aby w piątek zacząć walkę. Wspomagajcie się popijając herbatki z kwiatu czarnego bzu. Działa napotnie, ma dużo witaminy C. Do szklanki wsypcie 1-2 łyżeczki suszonych kwiatów bzu, zalejcie wrzątkiem. Przykryte parzcie ok 10 min, następnie trzeba przecedzić. Pijcie, 2-3 filiżanki dziennie. Jeśli nie macie gorączki, weźcie gorącą kąpiel, tak ok. 39 stopni temperatura wody. Wirusy w przeciwieństwie do bakterii, nie lubią wysokiej temperatury. Wodą morską w sprayu (wygodne) oczyszczajcie nos. A może inhalacje pod ręcznikiem, nad miską z gorącą wodą i kilkoma kroplami olejku eukaliptusowego. Wdychajcie opary. Jak najwięcej wylegujcie w łóżku. Wypoczywajcie, ile się da. Pijcie dużo płynów na bazie malin, lipy, rumianku. Nie zapominajcie o naszym cudownym imbirowym syropie! Jeszcze wietrzenie mieszkania, bo nie mamy co siedzieć w zaduchu. Na noc weźcie witaminę C i lek przeciwzapalny. Ja jeszcze biorę kota i termoforek. I jest fajowo, po kilku dniach głowa na pewno nie boli, za to charczycie, jak zaflegmione dziadki.

Kochani, nie dajcie się przeziębieniom!!

PS Wróciłam właśnie z filharmonii, z recitalu fortepianowego austriackiego pianisty. Tak niespodziewanie córeczka przekazała mi swój bilet. Teraz ona zaczęła swoje przeziębienie i nie miała siły na Chopina. Było cudownie!! Muzyka ma moc!!

Ten  Ingolf Wunder (po niemiecku znaczy, Cud) tak grał, że najpierw każdy dech milkł na sali, a później poryw ludzkich serc. Od 4 roku życia ćwiczył przez 10 lat grę na skrzypcach. Polubił je, ale fortepian pokochał. Został pianistą. W wieku 14 lat pierwszy raz usiadł do fortepianu, a porwały go utwory Rachmaninowa. Z rodziny ludzi uzdolnionych muzycznie. Ojciec muzyk amator, brat komponuje muzykę filmową. On sam fascynuje się także twórczością E. Morricone i J Williamsa. Ma ona swoje odbicie w jego albumie „300” – trzy wieki fortepianu. Żoną jego została Polka pani Paulina, która wspiera męża. Dzisiejszy koncert wymusił kliknięcie w internet za namiastką wiedzy o człowieku, którego gry słuchałam.

Za tę lubość i radość w odbieraniu muzyki poważnej dziękuję pierwszemu mężowi. On mnie rozmiłował w muzyce klasycznej. Jak to dobrze, że przyszło mi żyć w Gdańsku, mieście, gdzie mogę bez problemu wybrać się na koncert do filharmonii, czy opery, powzdychać z Toscą.

 

Reklamy

Adżika, pasta rodem z piekła. Listopadowe myśli

A właściwie z Kaukazu. Rewelacyjny dodatek do wszelkiego rodzaju zup, sosów, mięs, baza do dresingu. Każda kanapka nabierze charakteru, jeśli na wędlinkę, czy żółty ser położymy np. plaster ogórka i posmarujemy adżiką. 

Ile gospodyń, tyle past. Każda gruzińska gospodyni ma swój sposób jej przyrządzania. Jedne dodają renety, dużo pomidorów, łagodnej papryki, inne marchwi, nać pietruszki.. . Podstawą jest ostra papryczka, czosnek i zioła. Ja przepis dostałam od koleżanki Ani, a ona od gruzińskiej koleżanki z korporacji. Proporcje dopasujcie do swoich upodobań i  umiłowania ostrości, pikantności lub nie. Ja już rozkoszuję podniebienie tegoroczną pastą i swego szefa poczęstowałam jednym słoiczkiem. Właśnie wczoraj pojawił się w salonie i rzekł ku mojemu zdziwieniu, że to był zamach na jego życie. Tak to jest z szefami, nie słuchają. Podając pastę mówiłam, że pikantna, jak piorun i czosnek aż paruje.. Nie posłuchał, nabrał łyżeczkę i do buzi. Paliło mu jelita kilka godzin. To jest cud do umiejętnego dawkowania. Np. 1 łyżeczkę adżiki wymieszać z 2 łyżkami majonezu i jogurtu. Pycha do frytek, kiełbaski na gorąco w zamian musztardy, czy nawet do odsmażanych kopytek, czy buły z kotletem i sałatą.

Przepis na adjikę

Składniki:

1 kg chili, 2-3 papryki czerwone łagodne, 3 główki czosnku (główki, nie ząbki), 2-3 cebule czosnkowe i zioła: 1 opakowanie bazylii, cząbru, kolendry w ziarnach i 2 łyżki kozieradki. Do smaku: po 2 łyżki soli (płaskie), cukru, octu i oleju i koncentratu pomidorowego (czubate).

Wykonanie:

Zakładam rękawiczki gumowe. Myję papryczkę, kroję wzdłuż strąka, usuwam środki. Choć zostawiam trochę pestek, one mi nie przeszkadzają, jak podejdą pod ząb, a dają więcej pikantności. Łagodną oczyszczam ze środków i kroję na cząstki. Obieram cebulę, kroję na ćwiartki. Wszystko przepuszczam przez maszynkę do mielenia mięsa, ale można też zmiksować w blenderze. Wsypuję zioła i dosmaczam (solą, cukrem, octem, olejem i koncentratem). Mieszam i całość przekładam do glinianego garneczka lub ceramicznej miski (nie metalowej czy szklanej). Nakryte odstawiam do lodówki na 3 dni. Teraz przekładam do małych słoiczków i krótko pasteryzuję ok.8 min.od zagotowania. Mogą stać w spiżarce przez całą zimę. Drugi sposób, przełożyć do dużego słoja i nie pasteryzować, tylko zakręcony trzymać w lodówce i na bieżąco zużywać. Ja wolę pierwszy sposób. Te na zdjęciu, są już po pasteryzacji.

Przewiązać rafią, czy wstążeczką, sznureczkiem i macie z sercem zrobiony prezent pod choinkę. Kto mnie zna wie, że jestem fanka ostrej papryczki, dawałabym ja wszędzie, ale jeśli Wy lubicie lekkie zaostrzenie smaku, użyjcie pół na pół papryki ostrej z łagodną. Ja kupuję chili na rynku, od ogrodnika, sprawdzam na miejscu, czy ostra i płacę 20 zł za kilogram. Warto spróbować, poeksperymentować z tą pastą, polecam Wam.

Po robocie, nóżki na ladę i odpocznijcie przy herbatce z pigwą. Kochani staram się nigdy nie wrzucać samego jadła, przepisu, tylko okrasić myślami dla ducha, umysłu naszego. Listopad, to zwiększony czas  wspominek, pamięci po tych, co kiedyś nieśli radość. Przyznam się Wam, że nie bardzo lubię wędrówkę w niekończącym się pochodzie na groby 1 listopada. Zdecydowanie wolę spokój  kilku dni później. Wchodzisz, a tu kolorowo od chryzantem. Przepych. Ludzie prześcigają się w ilości donic z kwiatami, lampionów, zniczy, wieńców. Robimy to dla siebie. Chyba. Ale są i skromnie ustrojone nagrobki. Z kwiatkiem i świeczką, a na ławeczce babulinka z różańcem. Siadam obok i myślę.

Śmierć, chyba zawsze jest nie w porę. Zostawia ból, czy wspomnienia mogą go ukoić?

  Śmierć i człowiek

Śmierć nieustannie goni człowieka. A człowiek przed nią ciągle ucieka. Do grobu chowa zgonione ciało. A sam w zaświaty rusza pomału. Śmierć, to rzecz ziemska – w innym wymiarze. Jest tak bezradna, jak czyn bez marzeń. Lecz niespodzianka, człowiek w bezczynie, niknie w pamięci, jak ciało w glinie. Po chwili z trudem sumienie budzi. Dawniej przyjaciół, dziś obcych ludzi. Lecz ten szczęśliwy, co już za życia stworzył fundament wiecznego bycia. Zdobył! Wynalazł! Zajął! Napisał! Zabił! Obalił! Ukradł! Wysysał..! Ten z śmierci zadrwił, lecz śmierć wytrwała. Nie dość, że z ciałem się uporała- Już ściga dzieło – dręczy człowieka.  Cierpliwie czeka, czeka i czeka. Aż, gdzieś się znajdzie pisarz, historyk, który odkryje wszystkie potwory. Wszystkie wampiry z grobu wywlecze. Rzuci na szpaltę błędy człowiecze. Zmiażdży, opluje chwały adepta. W mierzwę historii szczątki te wdepta. Zadziobie, skrzywi duchowe mienie. Resztki podmiecie pod zapomnienie. Które całunem wszystko pokryje.. Wtedy dopiero człowiek nie żyje.

Póki po nas pamięć zostaje i wspomnienia w sercach ludzkich.. Żyjemy dla innych!!

Wierzę, że po mnie zostaną ciepłe myśli w główkach Okruszków, dla których kiedyś byłam wesołą, sprawiedliwą panią od zabaw na kocyku, która dmuchała bolące paluszki i scałowywała łezki z policzków. Tęsknie za nimi. Nadal.

 

Taka mała rzecz, a cieszy – herbatka z pigwowcem. „A jak królem..

HERBATKA Z LEKTURĄ, CZY RACZEJ DOBRA KSIĄŻKA Z PYSZNĄ HERBATKĄ ZAPRAWIANĄ ELIKSIREM Z PIGWOWCA!

Dziś zaproponuję Wam królewski napój i takąż samą pozycję z biblioteczki (królewską, bo wartą naszego czasu).

Pigwowiec, niewątpliwie ciekawy owoc cierniowego krzaczka. Z rodziny różowatych, podobnie, jak pigwa o większych owocach.  Mały cud zamiast cytryny do herbatki. Żółte, małe owoce nie nadają się do schrupania na surowo. Są zbyt twarde i kwaśne. Rosną w moim ogrodzie, ale za mało, jak na mój wilczy apetyt, więc dokupuję na ryneczku od babulinki.

Myję owoce, Biorę porządny nóż i deskę; kroję na pół i każdą połówkę na półplasterki. Partiami przerzucam do wielkiego słoja i posypuję cukrem. Omijam pestki, ale nie całkiem. Choć podejrzewam, że w nich kwas pruski, ale mi jakoś z nielicznymi pestkami smakuje. Na kilogram owoców biorę 1,5 kg cukru. Na wierzchu słoja jest warstwa cukru. Zakręcam i odstawiam na parapet, a następnego dnia, potrząsam zawartością. Zebrał się już soczek. Zostawiam jeszcze na dobę, co jakiś czas mieszając. Teraz owoce razem z syropem przerzucam do garnka i od zagotowania gotuję jeszcze około kwadransa. Nabierają miodowego koloru. Napełniam wyparzone słoiki, zakręcam, obracam i przykrywam suchą ściereczką. Aż do ostygnięcia. Do szafki kuchennej i niestety zimy nie doczeka, bom pożeracz tego specyfiku. Jak jednak doczeka, to nie psuje się, choć pasteryzowane nie było. Do herbaty dodaję 2-3 łyżeczki razem z owocami i już nie słodzę. Naprawdę warto zrobić. Serdecznie Wam polecam!

 

            Rozkoszując się taką herbatką czytam książkę. Tym razem jedną z tych, do których lubię wracać. Swego czasu na młodym dziewczęciu wywarła wielkie wrażenie. Wielkie! Pamiętacie, często nie mieliśmy czasu na wszystkie lektury lub stawaliśmy okoniem wobec nakazu czytania tej, a nie innej książki. Na niektórych z nas przychodzi czas nadrabiania zaległych lektur. To fajny czas.

Tadeusz Nowak, „A jak królem, a jak katem będziesz”.

Właśnie ta powieść pokazuje wyjątkowo mocno, że nic nie jest białe i czarne. Tak całkiem czyste, proste, jednoznaczne.. .

Dużo tu wiejskiego przedwojennego i wojennego realizmu. Sielska, bezczasowa, wiejska, cykliczność natury. Odpusty, zapusty.. .  Wyjęta jakby z historii, a włożona w baśń z przyrodą w roli głównej. Losy Piotra, chłopskiego syna. Jego młodość, zawadiackie wygłupy z Jaśkiem. Inny powie zwyczajna kradzież i  będzie miał rację. Rosół z kradzionych kur.. . Wkracza rok 1939! Wojna, partyzantka.., wyroki.. .

Swego rodzaju świat z obrazka ludowego artysty, osadzonego w czasach przed wojną i poplątania wszystkiego, kiedy masz być patriotą na wojnie, odważnym mężczyzną, czy katem?

Jabłka: czerwone pachnące, zielone renety.. one przewijają się po całości stron. Kąpią w jeziorze, pieką w plackach, dzielą szablą.. .  Mają znaczenie. Atrybut katowskiego i królewskiego istnienia. Walczą siły dobra i zła. Wraz z berłem symbol królewski: pomyślności, dobra, władzy. Pamiętacie taką rzeźbę „Gdańska Piękna Madonna”. Maryja na ręku trzyma dzieciątko Jezus, a w drugiej jabłko. U Nowaka kołyska nowo narodzonemu wyścielona jabłkami, coby była królewska, nie katowska. Słowa ukochanej „.. Jak będziesz królem, będę królową. Jak będziesz katem, będę katową”. Pełna akceptacja umiłowanego. Rozterka Piotra, jak wziąć na ręce tę bezbronną czystą istotę, rękoma z egzekucji, rękoma, gdzie jeszcze widać strużki krwi. To dziecko, Nowe Życie – przebłaga, oczyści, zadośćuczyni.. ? Danie za zabranie? Mieszane uczucia, co do Piotra; Król i  Kat!! Łatwiej zrozumie pewnie ten, kto przeżył czas wojny.

Dla tych, co nie mieli w ręku „Króla i Kata”, polecam na jesienne wieczory. Wiatr gwiżdże i tańczy za oknem, a Wy z filiżankom herbaty, eliksirem pigwy, kocykiem i książką.  To nie będzie stracony czas. Obiecuję.

„.. Nie począwszy żyć, przestajem”. Rosół grzybowy.

„Pieśń XV”  –   Jan Kochanowski

„Nie zawżdy Apollo strzela,

Ale łuk z lutnią podziela;

Nie zawżdy Mars hufy wodzi,

Czasem też pod sieć ugodzi.

Nie zawżdy grad z góry leci

Albo burza niebo szpeci;

Chmury czarne wiatr wojuje,

A pogoda następuje.

Takżeć słusze człowiekowi

Odejmać się frasunkowi;

A jako niewdzięczne brzemię

Uderzyć troski o ziemię.

Cokolwiek raz przeminęło,

Niewrócony koniec wzięło,

A przyszły czas Bóg ma w mocy,

Pogrążony w twardej nocy.

Dosyć na rozum człowieczy

Dzień dzisiejszy mieć na pieczy;

Ostatek na Boga wkładaj,

A dobrze żyć nie odkładaj!

 

Żyj dobrze, nie odkładając;

Bo dalszych czasów czekając,

Niepodobnym obyczajem,

Nie począwszy żyć, przestajem”.

 

 Jan Kochanowski przypomina nam o ulotności naszego istnienia i proponuje żyć wesoło, czerpiąc przyjemność tu i teraz. Nie troszcząc się o wiele. Nie odciągając radowania życiem, na późniejsze czasy. Takie epikurejskie podejście. Zażywać przyjemności tego świata, nie odkładając niczego na zaś. A w chwilach ostatecznych zdać się na łaskę i miłosierdzie boskie.

– Wybacz, Panie! Łamałem reguły, aby uzyskać rozkosz, bez adrenaliny, takim niepełnym okazywało się to życie.

My w większości, raczej nie hedoniści, tylko ludzie pracy, nie za często pozwalający sobie na przyjemności. No może czasem meczyk, piwko, ładny ciuszek.. . Za młodu nauczeni obowiązków, powoli weszliśmy w kierat, w spiralę zwaną „haru haru, ni pieniędzy ni towaru”. Ile by człowiek nie pracował, ile by nie nakradł (nie zachęcam) wciąż za mało. Jak przestawić się, zrozumieć, że nie można przegonić, zagonić życia. Tracąc to, co ma wartość. Nie chodzi o znalezienie drugiej przeciwstawnej strony i zaprzepaszczenia się w lenistwie, rozpuście, tylko umiejętnym znalezieniu złotego środka.

Dla jednych z nas nagłe korzystanie z życia, to rzucenie wszystkiego, spalenie mostów zawodowych i zaleganie na kanapie z laptopem, pizzą, colą, zdając się na partnera. Inni robią skok w wir wycieczek zagranicznych, dla drugich karuzela randek. Przehulanie środków z konta na kolejną jeszcze dalszą podróż, czy następną frywolną, ale i kosztowną znajomość.  Dla innych nowy image, totalne odświeżenie garderoby; wyrzucenie z szafy starych, niemodnych ciuszków i szaleństwo wędrówek po sieciówkach, dźwigając niejedną ciężką torbę bucików, sweterków.., a jeszcze inna myśli, – „koniec z poświęcaniem się, nadszedł mój czas” i nawiedza coraz to bardziej renomowaną, droższą klinikę, aby tu ostrzyknąć, tam podciągnąć, no może co nieco napełnić.. . Dokleić, a to włosy, a to rzęsy i zabłysnąć najnowszą generacją implantów w uzębieniu.

A dla skromnych, spokojnych, harmonijnych, tych co wolą „być niż mieć”,  oznacza trochę więcej brać siebie pod uwagę. Swoje zdrowie. Cieszyć się czasem z rodziną, wspólnymi posiłkami.. .  Oni mówią -„dość wyścigowi szczurów”, chcą pożyć  wolniej, mając czas na małe przyjemności. Zapragnęli celebry życia, ale bez szaleństw, wręcz przeciwnie; z rozwagą i koniecznie bliżej natury.  Potrzebują ucieczki z wszelkich dokręconych trybików, nie zatracając się i nie zaniedbując, tylko zwalniając. Więcej ciszy w życiu.

Slow Movement – ruch na rzecz spowolnienia, który walczy z bezmyślnym pośpiechem. Dla większości pośpiech stał się naszą obsesją. I nie dotyczy to tylko młodych wchodzących w życie rodzinne, zawodowe, ale i tych po pięćdziesiątce, którym na spełnienie życiowych marzeń wciąż brakuje finansów. Chcą pomóc młodym, zabrać żonę gdzieś dalej niż na działkę warzywną. Doby nie starcza, aby ogarnąć półtora etatu, pracę na działce, budowę domu syna.. I  gdzie w tym wszystkim; czas dla siebie, dbałość o zdrowie małe przyjemności, rodzinę i wspólny wypoczynek na łonie natury. Wszyscy przywaleni obowiązkami, a młodzi często jeszcze rywalizacją zawodowo, pędzą za rozwojem i podnoszeniem wartość siebie, jako pracownika. Budują pozycję w zespole młodych, silnych, prężnych. A sen, czas na „byczenie”, pasje, spokój ogniska domowego, wspólny na siedząco, nie w biegu posiłek, łączność z naturą. Kto z was i ile razy, ostatnio ot tak poszedł na jesienny spacer, wybrał na grzybobranie, czy łowienie rybek? Może pojechał z synkiem pod namiot i mył w górskim strumieniu poznając krajobrazy i sycąc długimi rozmowami z dzieckiem? Kiedy połazikowaliśmy po górach, pojeździli częściej na rowerze, czy wykupili karnet na basen i używali go?

Wyścig z czasem równa się, samotność, totalne zmęczenie, zawały, depresje.

Spójrzcie na kalendarz, nabity, zapisany do oporu, dzień po dniu.

Pomyślałam teraz o kalendarzu matki wychowującej dzieci, nie pracującej zawodowo. Długo byłam mamą na urlopach wychowawczych. Z jednego wychowawczego wchodziłam w kolejny. Czytałam dzieciaczkom, siedziałam w piaskownicy, plątałam się od kupki do śpioszków i chodzika po śliniaczki. Odwiedziła mnie moja kuzynka. Elegancko ubrana, uczesana pani. Miałyśmy ustalić termin i  wybrać się razem na jakieś wyjście, ale ona najpierw zajrzała do skórzanej torebki, do swego kalendarza, a tam wolnego niewiele, oj czarno od zapisanych kartek! Pomyślałam z nutką zazdrości, że ja też chciałabym mieć kalendarz zapełniony czymś oprócz obowiązków mamy. Ubrać się w żakiecik a nie w dresy i wyjść do ludzi. A teraz tęsknię za brakiem kalendarza, czy też prawie pustym bez zapisów i karteczek porozwieszanych, aby nie zapomnieć. To były piękne spokojne lata z dziećmi, śmiem twierdzić, że najpiękniejsze osiem lat mego życia, bo tyle byłam na urlopach z moją kochaną Trójeczką.

Już pora, nauczyć się celebrować życie. Idea zwolnienia tempa życia nabiera mocy już w wielu krajach. Zacznijmy od posiłków. Jedzmy powoli, dania ładnie podane, bez pośpiechu, delektując się każdym kęsem. Moim marzeniem w tym względzie jest wyjście na śniadanko do ogrodu, choć na małą ławeczkę. Nie mam i pewnie mieć nie będę. Nawet balkonu w żadnym z miejskich mieszkań nie miałam. Trochę mnie to wkurza, ale cóż.

Kiedy byłam młoda goniłam, nie tyle za karierą, co za utrzymaniem dobrej pracy, pozycji w niej. I pogodzeniu obowiązków mamy trójki dzieci z byciem żoną i etatem nauczycielki w szkole. Teraz gonię za pieniędzmi. Pracuję więcej, niż by na małą kobietkę wskazywało. Już nawet trudno umówić się ze mną na randkę. Nie mogę z braku czasu, nie chęci. A może, jak gra będzie warta świeczki, to i czas znajdę.

Jak myślicie, kiedy u Was przyjdzie właściwy, dobry czas na celebrę życia, smakowanie go?

A może w końcu zastosować się do słów Jana Kochanowskiego –

„Żyj dobrze, nie odkładając; Bo dalszych czasów czekając, Niepodobnym obyczajem, Nie począwszy żyć przestajem”. 

Zapraszam do wspólnego gotowania. Razem przygotować i zjeść jest cudownie.

„Zupa grzybowa na rosołku”

Skomponowała mi się znakomicie, zupa grzybowa na bulionie. Dostałam suszone grzyby leśne od Anetki z lasów Słowian. Tak pachnące, aż miło. Mam zaufanie do tej dziewczyny, jako grzybiarza. Do garnka wlałam ok. 3 litrów wody, wrzuciłam włoszczyznę razem ze sporą ilością natki (po ugotowaniu wyjęłam z zupy całą włoszczyznę). Trzy umyte skrzydełka, też wyjęłam po ugotowaniu i największy domownik chętnie je ogryzł. Nie chciałam, aby mi się mięso plątało po zupie, pragnęłam esencjonalnego bulionu. I może to dziwne, ale z tych trzech skrzydełek wyszedł klarowny i bardzo smaczny. Oczywiście listek, ziele angielskie, pieprz kilka ziaren, sól. I przyznaję jedna kostka rosołowa, wołowa.  Garść suszonych grzybów zgniotłam w dłoni nad garnkiem i wrzuciłam w formie okruszków. Grzyby były tak cienko pokrojone i dobrze wysuszone, że łatwo rozkruszyły się.

Gotowałam na małym ogniu ok. 30 min. W tym czasie osobno ugotowałam makaron. Do zgrabnego, mojego ulubionego talerza nałożyłam trochę makaronu i zalałam grzybowym bulionem. Suto posypałam natką pietruchy, mam piękną, dorodną na działce. Uwierzcie mi była znakomita, ta zupka. Lepsza niż moja tradycyjna, czyli zabielana, chłopska grzybowa.

Cieszcie się chwilami, drobiazgami, a przede wszystkim sobą wzajemnie. Budujcie relacje z kochaną, kochanym. Doceniajcie bliskość. Niech Wam zawsze dzwoni wewnętrzny dzwoneczek – „Uwaga, oddaliłeś się”!! „Zwolnij”!!

 

Jesienna nostalgia, a z nią poezja.

Jesień. Pora roku do kochania i nielubienia, w zależności w jaki okres weszła. Babie lato, niesie ze sobą wyjątkowy urok jesieni.  Ciepło, ale nie upał za oknem i w sercu. Pewne zwolnienie tempa, biegu życia. Spokojniejszy krok z pracy, z myślą – „kolejne lato mego życia minęło”. Mieni się kolorami sennego ciepła. Perełki rosy na pajęczynie. Trawa w uśpieniu, stargana, pożółkła. Miękkim, aczkolwiek niepewnym krokiem wchodzimy w szarugę jesienną.

Och, jest i ona! Zimna, wietrzna, do przeczekania.  Ciągnie ze sobą; pluchę, smutek, nawet depresję. Porządki na grobach bliskich, wspomnienia. Pośpiesznym krokiem wracamy do domu. Zasiadamy przed telewizorem z talerzem gorącej zupy. Grzejemy dłonie na kubku herbaty z pigwą, maliną, cytryną. Wspominamy ciepłe promyki słonka, które przyjemnie muskały twarz. Pod nogami zwały kolorowych liści, ich miękki szelest, a dla szczęśliwców krzyk (klangor) opuszczających nas żurawi, gęsi. Już trochę zakryci, ale nie opatuleni spacerujemy podziwiając cud stworzenia. Trawa żegna się z nami czekając na śnieżną kołderkę. Ta cisza, ten spokój. Nostalgia, wspominki i wypominki. Plucha, zimny wiatr i egipskie ciemności witają. Biegnąc do pracy i wracając jesteśmy smutni, że weszliśmy w ten dzień i zeszliśmy po ciemku z przejmującym wiatrem, który ostro wysmagał policzki, a zimno poczułaś nawet na żebrach.. . Nie lubimy żałobnego listopada czekając na Jingle Bells i Boże Narodzenie, które nastraja ciepłem i nadzieją w sercach.. Minie i  ten miesiąc.  Czas zadumy, ” dżdżu krople padają i tłuką w me okno..” (L.Staff „Deszcz”), a ty wskakujesz  pod kocyk z termoforkiem, popijając herbatkę z imbirem i miodem. Może czytając tomy poezji, pisząc wspomnienia, nowelki, czy wiersze, przeglądając albumy rodzinne; uśmiechając się do naszych małych dzieci, ich minek, zmarszczonych nosków. Zdziwieni patrzymy, jakie wtedy królowały fryzury, a ubrania trącały myszką. W tych chwilach sprawdza się poezja, nasze próbki stwarzania jej. Debiut czasem nas samych zadziwia. Później chowamy do szuflady i biegniemy po karpia, prezenty, choinkę, a wiersze zimują niejedną zamieć. Proszę podzielcie się z nami swoimi wprawkami poezji. Może nawiąże się interakcja.

Cień”

Po podłodze chodzi cień,

Denerwuje mnie co dzień,

Gdzie nie stanę, stoi on,

Skłonię się, on robi skłon.

Biegnę, goni mnie ladaco.

Zawsze jest, choć mu nie płacą.

O, to nie jest żaden leń,

Chyba że jest większy cień.

W cieniu domu lub gdy chmurka,

Cień w cień większy daje nurka

I go nie ma, choć ja wiem,

Że on jest – mój własny cień.

Poetą na szóstkę, to ja nie będę. To się ma, lub nie.  Długo byłam z dzieciaczkami i to moje pisanie pod Okruszki małe. We wszystkim nie musimy być dobrzy. Szczęściem jest, kiedy z pasją wykonujemy swoją pracę zawodową. Ja jestem szczęściarzem (przypomniał mi się kawał o Icku i szczęściarzu). Dwa zajęcia i dwa kochane!

Ostatnio do salonu przyszedł mail, od klienta ze Stanów, zacytuję -” Odwiedziłem wasz salon tydzień temu i doświadczenie było niesamowite!!!  Ta mała kobieta była ekspertem i profesjonalistką! Jeszcze raz dziękuję za niezwykły czas, wrócę”. Było mi bardzo miło.

Mój przyjaciel M. często powtarzał, że podziwia ludzi, którzy wykonują swoją pracę z pasją. Słuchając moich opowieści o zabawie z dziećmi na dywanie w naleśnika, turlaniu się „smarując go czekoladą”, o tańcu z chusteczkami na paluszkach do muzyki E. Morricone – „Misja”, czy masażu moimi stopami z Rytuału Gejszy, mówił „Eh, tyle ognia w tym, Baśka”!

Tego ognia, żaru Wam życzę, czy to w pracy zawodowej, gotowaniu, kochaniu, zabawie z dziećmi, nawet w leniuchowaniu, tego też nauczyć się trzeba (kto się jeszcze „nie naumiał”).

A jesienią przedłużenia babiego lata,  skrócenia pluchy. Wygrzewajcie swoje kostki wtuleni w siebie.

 

To nie łatwe. Ksiądz Twardowski „Dłużej niż na zawsze”.

To był niezwykle dobrotliwy człowiek, poeta liryki religijnej. Teksty napisane często na miarę dziecka, zawierają wielka mądrość życiową i cieszą się niesłabnącą popularnością.  W jego wierszach,  prozie odnajdziemy prosty, zwięzły język,  formułujący zacne myśli i czyste patrzenie. To ten maksymalnie prosty i oszczędny język, tak ujmuje czytelników. Kochał przyrodę, zwierzęta. Tak pięknie pisał o wierności psa,  posłuszeństwie ptaków i niewierzących drzewach, a miłość postrzegał wciąż za dużą, aby ją całą widzieć.

Miłość

„Kochamy albo za dużo, albo za mało, nigdy w sam raz”. ” Gdy miłość zdenerwujesz, każdy grzech jest ciężki”. Zastanowiłam się dłużej.  Innym razem zwróciłam uwagę na jedno z wielu zdań o wierze.

Wiara 

„Wierzyć – to znaczy nawet się nie pytać, jak długo jeszcze mamy iść po ciemku”. „Wierzyć, to znaczy ufać kiedy cudów nie ma”.

Moja koleżanka, osoba wierząca, praktykująca, singielka i zarazem mama uroczej córeczki,  często odwiedza panią z czarnym kotem i rzędem świec, aby usłyszeć, co tarot jej szykuje na najbliższą przyszłość. Mówię jej, – dziecko zaufaj Bogu, nie martw się kiedy i czy przyjdzie miłość do mężczyzny. Żyj spokojnie, a ON wie, czego Ci potrzeba. Zaufaj mu! Bogu. Jesteś w jego rękach. Jeśli liczymy tylko na siebie jesteśmy stale zmartwieni. Przecież wierzysz w Boga, licz  na niego. Ale ona niecierpliwa  i nie do końca identyfikuje się z moimi słowami.

Dla mnie największym problemem są  słowa księdza Jana o cierpieniu.

Cierpienie

Ksiądz Twardowski pisze, ” Jeśli kochamy kogoś i cierpimy dla niego, to krzyż wcale nie jest taki ciężki. Widzi się miłość, a nie ciężar krzyża”. Zaraz nasunął się przykład, kobiety cierpiącej z powodu alkoholizmu swojego kochanego męża, jak długo będzie widziała w tym dar? W książce pt. „Dłużej niż na zawsze” znajduję takie zdanie, ” Jeżeli kochamy kogoś i cierpimy dla niego, to krzyż wcale nie jest taki ciężki”. Trudno mi  zobaczyć łaskę Boga, kiedy zsyła nam krzyże i cierpienia. A ludzki ból przeszywa na wskroś i krzyczy rozpaczą.  Powiedz matce, która straciła dziecko, że w życiu wszystko jest po coś, ten krzyż też. Myśli może tak jest, ale ja tego nie chcę.

Może za mało we mnie pokory. Kiedyś byłam zdecydowanie bardziej pokorna, nawet nie śmiałam zastanawiać się nad chrześcijańskimi maksymami, czy dogmatami. Po prostu przyjmowałam je. Boże a teraz zastanawiam się, ileż okrucieństwa (na ludzką miarę i rozum) było w stosunku do Abrahama, który miał złożyć z umiłowanego syna Izaaka ofiarę. Czy w imię dobra można czynić zło? Nadgorliwość nie jest cnotą, ona zaślepia nas?  Jedyne wytłumaczenie widzę w tym, iż pewnie Bóg wiedział, że może pozwolić sobie na takie żądanie, bo Abraham je wypełni, a Najwyższy powstrzyma dłoń z nożem. Bóg to wiedział, a Abraham nie. Nie wiedział na ile go stać dla miłości Boga. Ale czy nie może to być prostsze? Konieczne było wystawianie go na próbę? Jednak jestem za malutka na to.

Opiszę Wam zdarzenie, tylko z kotkiem, ale jakże również bolesne. Była zima, późnym wieczorem po pracy zmierzałam do samochodu. Dochodzę do rozstaju dróg i myśl w ułamek sekundy – „idź tym razem w lewo, tam nie ma świątecznego zgiełku”. To, co zobaczyłam, czego przyszło mi doświadczyć, było takim bólem, a zginął można powiedzieć, tylko kotek pod kołami czyjegoś samochodu. Jego ból umierania, tryskająca krew dokoła i  podskoki w górę z opadaniem, w wielkim szale i szoku umierania było przerażające. Pobiegłam na ulicę z uniesioną ręką, zabrałam go. Wyciszył lejące się przez ręce ciałko w agonii, w momencie objęcia go. Zaniosłam na trawę opodal, głaskałam i płakałam. Odszedł. Wiem, że są gorsze rzeczy na tym świeci. Długo nie umiałam mówić o tym. Po jakimś czasie opowiedziałam córeczce. A dziś piszę Wam. Godzenie się na cierpienie jest trudne. A wartość z niego płynąca, najczęściej niechciana przez człowieka. Boimy się cierpienia i kiedy Jan Twardowski pisał z takim przekonaniem i pewnością, że to łaska, z automatu stawałam okoniem, bo jakoś nie mieściło się w głowie i sercu. Jezus też bał się cierpienia i prosił o zabranie tego kielicha goryczy.., jeśli to możliwe, a co dopiero człowiek. Ale skoro ksiądz Jan o tym pisał i wierzył, to co mi maleńkiej wątpić. Tak po prostu jest, bo musi w tym być jakiś sens.

Nadzieja

 „Ufający Bogu, to ktoś więcej niż optymista. Nadzieja, to jest czas”. Jeśli człowiek coś robi – ma czas, ma jeszcze nadzieję”. „Nadzieja –  to czas bez pożegnań”. Póki jest nadzieja, to i  szansa, wiara że będzie lepiej, że jeszcze będzie dobrze. Nadzieja patrzy przez różowe okulary i cierpliwie czeka. Mówi się, że człowiek ufny, łatwowierny, cierpliwy dłużej ma nadzieję, nie traci jej. Czekamy na zmianę w naszym życiu, na ukończenie, spełnienie, na odnowę, na poznanie, znalezienie, na powrót.. Brak nadziei spowoduje zwrócenie się całkowite ku sobie  z jednocześnie mocnym odczuciem własnej słabości.

Potrafił reanimować uśmiech na twarzach tych, co czekali na radę i pocieszenie. Wciąż wracam do jego tekstów i ponawiam próby zrozumienia tego, co niepojęte!

PS Nie pisałam długo, bo miałam córeńkę ze stolicy. Cieszyłyśmy się naszym czasem, razem.

Jak to z Leszkiem, było?

I teraz każdy Leszek ma duszę na ramieniu!! Czy to o nim, i co napisze, na ile pozwoli sobie we wspomnieniach. Panowie to o Możdżerze Lesławie, zwanym Leszkiem. Mojej wielkiej miłości. Całkiem niechcącej miłości. A było to tak.

Dawno, dawno temu… . Nie, wróć!! Całkiem niedawno, bo pod koniec  mojego pierwszego małżeństwa, w 2005 roku usłyszałam i zobaczyłam go po raz pierwszy. Był w naszym pięknym Gdańsku. Wiecie, że edukację muzyczną odebrałam od pierwszego męża, który zaplanował zaszczepienie i rozmiłowanie żony i trójki dzieci w muzyce poważnej. Mądre. Swoją drogą prawie mu się udało. Tylko syn oparł się temu i odkąd nie musi, to nie robi tego. Nie chodzi na koncerty do filharmonii. Ja i córki okazałyśmy się dobrym materiałem do szczepienia.

To było nasze kolejne wyjście do filharmonii. Pamiętam, że byłam już zmęczona tą edukacją i zdarzało się, że wracałam z koncertu zdegustowana, bo  muzyka trudna, nie przemawiająca do mnie, np.Penderecki, ciężki, jak piorun jasny. Piłuje tak, że brzuch boli i człowiek nerwowy się robi. Cóż mus to mus. Więc i tym razem zakładam uroczyście wyglądające ubranko, czekoladową spódnicę z taką samą marynarką i białą bluzką. Zasiadam obok dzieci i słucham. Siedzę trochę, jak za karę nie spodziewając się niczego nadzwyczajnego.

Słuchajcie, przemówił do mnie po jakimś kwadransie. Zaczęłam baczniej przysłuchiwać się, aby za chwilę nie istniał cały świat. Dla mnie to był cud. Za tego artystę, kompozytora, pianistę jazzowego bardzo dziękuje mojemu mężowi. To był rok 2005, Leszek Możdżer występował nie sam. Wraz ze szwedzkim kontrabasistą Larsem Danielssonem i izraelskim perkusistą, wokalistą Zoharem Fresco, współtworzyli trio jazzowe. Łysy perkusista dość, że przystojniak, to grał tak, jakby to była zabawa, a te dzwoneczki na jego kostkach… Natomiast Szwed dał popis „piłowania”, że buzię otwierałam. No, ale pan Możdżer i jego leciutkie plumkanie zabrało serce od pierwszego nie tyle wejrzenia, co słyszenia. Od tej pory po „The Time” zakochałam się i kocham do dziś. Zawsze jest ze mną na treningach. Moja córcia szczęśliwa, bo ostatnio zdobyła jego autograf. To był listopad, miałam też z nią być. Kupiła swojej mamci bilet, bo wie, że pójdę, choćby nie wiem co. A tu badanie kolonoskopia, przeszłam je strasznie, bo jelit tyle samo, a brzuszek dosłownie okruszek, więc splątane, bolało i to okropnie. Lekarz orzekła, że w życiu nie widziała tak „zakręconej” kobiety, ale na szczęście zdrowej, jak rydz. Cóż, nie byłam w stanie iść na ucztę muzyczną.  Żałuję do dziś. Trzymajcie kciuki, aby następnym razem udało się. To prawdziwe święto, słuchać go na żywo! A pianista dość, że największe objawienie polskiego jazzu, to przy tym skromny miły człowiek. I te jego bose nóżki, coby lepiej czuć przepływ energii! Wybitna indywidualność i wirtuoz europejskiej sceny jazzowej. Niektórzy mówią,  że to snobizm miłowanie jego muzyki. Nie rozumiem się na snobizmie chyba, ja po prostu lubię takie dźwięki i nie wiem, czy to modne, czy nie. Polecam właśnie jego, bo w nim naprawdę coś jest i nawet jak jesteś zły na cały świat, to jego dźwięki uspokajają cię, relaksują a jednocześnie przykuwają do fotela w zadumie.

Wszystkim szczerze polecam!!!