„..Zostawiam maskę w przedpokoju..”

Dawno, dawno temu, nie za króla, tylko za komuny, kiedy ja byłam młoda, a w kraju panoszył się kult Gierka, myślałam, że człowiek, jak człowiek. Podobnie myśli, czuje i ma zbliżone potrzeby. Obracaliśmy się w kręgu zwykłych ludzi, lub ze świecznika. Ja z tych zwykłych. Nie miłowaliśmy wroga, czyli Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej lub należeliśmy do tzw. „Czerwonych”. Oni wyjeżdżali na wczasy do Bułgarii i kupowali w sklepach z lepszym zaopatrzeniem. Do którego ja „nieczerwona” mogłam tylko zajrzeć. Ale to nic, byłam młoda.  Ona, ta młodość sama w sobie była radością.

W tamtych czasach nie rozprawiało się za dużo, że istnieje ktoś o innej orientacji seksualnej, czy kolorze skóry. Nie czułeś do nich nienawiści, czy jakiejś obawy, raczej zainteresowanie.

Każdy myślał tylko, jak zdobyć coś do garnka. I raczej nie czuł, że to przegrana jego, bo nie miał wakacji w górach, czy na Mazurach, tylko jak zwykle spędził je na działce pieląc marchewkę i opalając się na trawce. A feminizm? Znało się takie pojecie i na tym się kończyło. Wiadomo było, że młoda kobieta, jak skończy 22 lata, to raczej starą panną nie zdecyduje się być. Kiedy książę z bajki nie stawał u płotu na białym rumaku, brała Władka, Janka czy Antka, który zabiegał o jej względy i był całkiem fajny. Robiłaś to aby sąsiadki i babcie nie wytykały, że jakaś wybrakowana, czy co. Chcieliśmy budować nasze małe światy popierane przez społeczeństwo i rodzinę. Dziewczyny do rodzenia i do kuchni. I raczej nie myślały takim torem -„A może zostanę panną i będę zwiedzała świat”, bo z podróżowaniem było trudno, oj trudno. I chyba tak naprawdę nie było to jej życzeniem. A mężczyźni sadzili drzewo i budowali dom pracując na 2 etaty. Praca sztucznie była dla wszystkich, ale za marne pieniądze.

Teraz im dłużej żyję, widzę wielką różnorodność w poglądach i potrzebach. Jedni szanują inność, inni boją się jej. Zagryzają, bo okazało się, że należą do innego sortu. Jedni uważają, że kiedy mężczyzna ma kochankę, czy nawet kilka, to Casanowa i z podziwem kręcą głową, a kobieta z facetem na boku, to dziwka. Inni, że wszyscy mamy prawo podążać za swoimi potrzebami i w tym względzie jesteśmy równi. Jedni mówią, że kiedy kobieta z mężczyzną spacerują trzymając się za ręce to normalne, nawet piękne i wskazane, a jak dwie panie, czy dwóch panów trzyma się za dłonie, to że afiszują się. Innemu „sortowi” wszystko jedno kto z kim idzie trzymając się za ręce, czy całując, bo każdy ma prawo do szczęścia i gej to normalny człowiek, tylko o innej skłonności w miłowaniu. Najważniejsze, że nie krzywdzi nikogo.

Czasami mówimy, to co bardziej popularne lub właściwe, aby nie wyjść na nietolerancyjnych, ale tylko mówimy. Lub mówimy, aby szokować, bo wzbudza to zamieszanie wokół nas.  Różni są ludzie, teraz to widzę. Dobrze, kiedy swój trafi na swego. I ten drugi kocha go za to, jakim jest.

Ksiądz Boniecki pisał – ” W domu nie muszę wciąż uważać, martwić się, jak wypadnę. Zostawiam maskę w przedpokoju. Wiem, że jestem akceptowany taki, jaki rzeczywiście jestem”.

Będąc na studiach miałam panią profesor od biomedyki, straszna kosa i niesympatyczna istota. Zależało jej na wzbudzaniu strachu na jej zajęciach i mówienia słowo w słowo, jak ona chce. Ani mniej ani więcej. Każdy ze studentów wybaczał jej lub usprawiedliwiał. Wiedzieliśmy, że jest bardzo nieszczęśliwa, po tragedii rodzinnej.  Wszem i wobec głosiła szacunek do każdego istnienia, przyrody, zwierząt. Któregoś dnia na zajęciach, stojąc na katedrze, pajączek po nitce spuścił się przed jej oczy, odruchowo bez zastanowienia machnęła go. Pajączek spadł na ziemię i wiecie, co zrobiła? Nie, nie pozwoliła mu odejść. Na oczach wszystkich rozgniotła go butem. Nie była głupia, szybko zorientowała się, co zrobiła i zobaczyliśmy jej zawstydzenie.

Ach takie tam historie pchają się do mnie. Może dlatego, że porządkuje stare fotografie. Macie jakieś wspomnienie, co nachodzi Was ostatnio? Czasami przyczepi się do nas nostalgia, jakiś utwór, stare zdjęcia, czy stary znajomy, znajoma, ha ha. Miłej niedzieli. Cieszcie się życiem. Sami, czy w rodzinie. A.. i obyście nie musieli zakładać masek i udawać innych, niż jesteście.  Ale te z filtrem noście, póki co!

Życie człowieka, to ciągłe czekanie!!

Wszystko i nic. To mój zlepek myśli, zdarzeń, a nawet snów ostatniej doby. Pomyślcie, na jak często w życiu czekamy. Czekamy na …. . I nadal czekamy!

Kilka dni temu zadzwoniła do mnie koleżanka z dawnej pracy w szkole, nasza „Sympatyzująca” i podała mi numer telefony do dyrekcji nowej szkoły w Gdańsku, gdzie potrzebują wielu nauczycieli do pracy.  Osiedla na obrzeżach Gdańska rosną, jak grzyby po deszczu. Wraz z nimi szkoły, przedszkola, biura, sklepy… .  Ona wiedziała, że odkąd poszłam na wcześniejszą emeryturę tęsknię za dziećmi. Od razu bez chwili namysłu zadzwoniłam. W sercu czułam podniecenie. Niestety, nic z tego, bo tej jesieni, kiedy rozpocznie się nowy rok szkolny, ja nie osiągnę pełnego wieku emerytalnego i nie mogę jeszcze powrócić do tego zawodu. Kolejnej jesieni będzie to możliwe. Zostawiłam numer telefonu i mam nadzieję, że jeszcze wrócę do tych wszystkich małych Okruszków. Ta praca miała wielką wartość dla mnie. Poczekam, jestem cierpliwa.

Zauważam, że życie człowieka, to ciągłe czekanie!!

Tak czekam na spotkanie.

Siedzę w fotelu, słucham muzyki, czekam na wiadomości od Alana. Tak po ludzku tęsknię za tym człowiekiem. Cóż, życie, to czekanie.

Wczoraj zadzwonił szef z salonu Mabe Care, gdzie pracowałam przed czasem „korony”. Powiadomił mnie uczciwie, że nie jest pewien dalszego istnienia tego miejsca. Może tak, może nie. Jeśli tak, to najwcześniej koniec roku zacznę pracować, bo masaże, rehabilitacja mają być odmrażane najpóźniej, z powodu bardzo bliskiego kontaktu. Nie wiem, co będę robiła, jak zarabiała na życie?

To nie koniec telefonów, nie koniec wiadomości.  Telefon nadal leży na kolanach. Dzwoni. Szybko chwytam. To mój syn z Danii. Rozmawiamy.., pyta się, czy siedzę, no siedzę. Słyszę lęk jego, niepewność. Jest na rozdrożu. Staram się pomóc słowem, bo tylko tyle mogę i zapewniam, że zawsze jestem z nim. Chciałabym mu nieba uchylić, ale on musi sam sobie poradzić. Sam podjąć decyzję. Niełatwe to życie.

Nigdy nie lubiłam, słuchać czyiś snów. A teraz Was zmuszam do poczytania o moim śnie tej nocy. Mój syn kocha rower, on częściej skacze na nim, niż jeździ. Jedziemy razem. On po lewej, ja po prawej. Jakaś pusta, osiedlowa ulica. Przede mną idzie staruszka,noga za nogą. Nie chcę zostać z tyłu i stracić z oczu Huberta. Nerwowo wyprzedzam ją, wjeżdżając na trawnik, z prawej strony, bo z lewej mam syna. On traci mnie z oczu, obraca się do tyłu szuka wzrokiem mamy, a ja już przed nim. Zobaczył mnie i teraz pędzimy razem, nagle kończy się droga, prawie pionowo spada w dół. I zmienia w białą, stromą górę. On wyhamował, odrzucił rower i patrzy, ja przewracam się chwytam podłoża, wbijam pazury, aż boli, aby nie spadać na łeb na szyję. Zaczynam powolne zsuwanie z ogromniej białej góry. I tu sen kończy się. Kotek mnie zbudził, wchodząc i całując noskiem po policzku. Kto z Was zna się na snach?

„Wiedza i Życie” – znowu w moich rękach!

Było to tak dawno, że jakby w innym życiu. Strach małej gąski w wielkim świecie. Przyjechałam do Gdańska za moim mężem, który to tutaj miał małe jednopokojowe mieszkanko.

Wszystko było obce i wielkie. Nie miałam tu znajomych, koleżanek i pracy. Od razu zaczęłam wychowywać swoje pociechy. Z maleńkim synkiem w wózeczku oddalałam się nie za bardzo, coby łatwo wrócić do domu. Komórek i nawigacji jeszcze wtedy nie było. Mój mąż światły człowiek. Bardzo poważny i zimny. Sam przeżył zimny chów. Był srogi, wymagający,  tylko spojrzał, a każdy wiedział gdzie jego miejsce. Moje też.

To on zaszczepił nam miłość do muzyki operowej i poważnej. Za co jestem mu wdzięczna. Tylko niedzielne obiady z Pendereckim w tle były trudne. Niby z muzyką, a ciche, że słychać  jak przełykaliśmy małe kąski. Każdy karnie siedział do końca, dziękował i cicho wychodził.

Telewizja była możliwa, pod warunkiem, że oglądaliśmy programy przyrodnicze i profesora Zina z jego cudnymi opowieściami o architekturze. Ja młoda mama leżę na tapczanie naszego jedynego pokoju i  karmię piersią maleńkiego synka. Mąż zacnie zasiada w fotelu i pozwala mi z sobą oglądać opowieści profesora Zina. Rysownik  z niego był wyjątkowy. Za pomocą kilku kresek węglem wyczarował kamienicę, czy pałacyk, zaułek.. . Program nadal leci, mąż udaje się do toalety. A tu na nieszczęście w tym czasie Zin mówi „do widzenia” i zaczyna się najgłupszy serial chyba wenezuelski „W kamiennym kręgu”. O matko i córko, słyszy to mąż. Biedak nie zdążył podciągnąć spodni, bieży na odsiecz i ratunek żonie, od zagłady intelektualnej. Udało się !! Ufff!! Wyłączył, ale ja uśmiech skryty jeszcze długo miałam. Wiecie jak śmiesznie i żenująco wygląda chłop z opuszczonymi spodniami, nogi spętane tylko pasek majta w jedną i drugą stronę. Do dziś mam ten widok w głowie, jako jeden z milszych w naszym małżeńskim 19 letnim pożyciu.

I dochodzimy do tytułu dzisiejszego wpisu – „Wiedza i życie”. To miesięcznik, czasopismo, które mąż zaprenumerował mi wraz ze „Światem Nauki”,  a na osłodę dostawałam też „Poradnik domowy”. Z niego dowiadywałam się, jak czyścić armaturę w łazience, do czego jeszcze octu użyć, czy sody. Jak zrobić soczyste pieczyste, czy dobrze wyszorować kafelki, podłogę bez użycia chemii.  „Wiedza i życie”, to jak tytuł mówi zawierał artykuły nawet dość ciekawe i przystępnie napisane, nawet na taką gąskę jak ja. Co z tego, że ja- magister, jak mąż na takich mówił – ” wykształciuchy”. I tylko posiadanie głębszej wiedzy ratowało ciebie. Więc uczyłam się, czytałam i starałam się jak najwięcej zapamiętać. Bardzo zwracał uwagę na prawidłową wymowę, styl i budowę zdań. Często zostałam wyśmiewana, jak źle zaakcentowałam dany wyraz, np. „matematyka, fizyka czy papryka”. No i trzecie czasopismo – „Świat Nauki”. Ciężki kaliber. Artykuły trudne długie z dużą ilością niezrozumiałych wyrazów. I kiedy już szczęśliwie dobijałam do końca trudnego tematu np. z fizyki kwantowej na drugiej stronie tekst rozpościerał się dalej i dalej. A im dalej w las, tym drzewa gęstsze i temat też. Już tak pokomplikowany, że święty Boże nie pomoże, na zrozumienie go przeze mnie. Czasami chciało mi się płakać. Nienawidziłam tej gazety, nie męża, bo nie ośmieliłabym się nawet tak pomyśleć. Przecież ja byłam małe wiejskie  skromne dziewczę. Jak to mąż powiedział -„Widziałem żeś dobra to będzie można z Ciebie coś zrobić”. No i robił. Mówił  – „Robię to wszystko, żeby było o czym z tobą w nocy porozmawiać”. 

Byłam bardzo spolegliwa i karna. Nauczyłam się przeżywać w różnych trudnych warunkach. Trudy rzeczywiście hartują. Nigdy nas nie bił, ale każdy czuł respekt i znał swoje miejsce w szeregu. Synowi zawsze bardzo zależało, aby i jego tata zauważył, że stara się, że coś osiąga. I może nie jest tak zdolny, jakby tata sobie tego życzył, ale ma sukcesy na różnych polach. Niestety nie doczekał się pochwał i akceptacji. Wyjechał z kraju zaraz po maturze i nigdy nie odwiedził taty będąc w Polsce. Zawsze siostry były w czymś lepsze. Choć i im również było bardzo trudno. Kochałam dzieci za cały świat. I stworzyłam piękną więź z nimi. 

Ze strachu, co tata na to, czy na tamto powie nauczyliśmy się kłamać. Ze strachu mówiły, że zjadły surówkę, a ja nie mówiłam wielu rzeczy do końca. To straszne. Tak wielu rzeczy żałuję, tak wiele chciałabym zmienić, naprawić.. . Szkoda, że mama nas tak wychowała, bez wiary w siebie,  w swoją wartość. Długo byłam zahukaną gąską, co myśli, że mężczyźnie należy służyć.

Ale są i plusy, wręcz szczęścia, wręcz Skarby – Dzieci!!! Dla nich warto mi było się męczyć. Choć gdybyście teraz chcieli mi to powtórzyć, to moje życie, błagałabym Was na kolanach prosząc – nie!!  Było minęło, nie warto wracać i nie wróciłabym, ale ta „Wiedza i życie” nasunęła wspomnienia.

Wiecie, że znowu mam zaprenumerowany ten miesięcznik. Tak!!! Tym razem zrobiła to dla mnie moja ukochana starsza córeczka . Byłam u niej w domu kilka dni temu. Patrzę leży czasopismo o znajomym tytule. Pytam

– „Dziecko, skąd to masz”! 

– „A tata mi pożyczył, abym sobie coś poczytała”.

I wtedy opowiedział jej historię trzech czasopism jej mamy. Zamilkła i powiedziała – „Chyba nigdy nie wyjdę za mąż”. Chciałam pożyczyć od niej to pismo, aby zobaczyć, jak zmieniło się, co ciekawego tam mają. Ale bała się taty, że może zechce zaraz zwrotu. Mówię – „Okej kupię sobie”. Dziś przyjeżdża do mnie, rozmawiamy sobie o tym i tamtym, o facetach oczywiście też, no i o naszym szefie. Nadal nie wiemy, na czym siedzimy. Mówi -„Mamuś, widziałam, że zainteresowało Cię to czasopismo, to zaprenumerowałam Ci. Ale nie dlatego żeś głupia, nie pomyśl tak, tylko dlatego, że ucieszyłaś się na jego widok i chciałaś poczytać”. Kochane dziecko. Za DZIECI zawsze będę Bogu dziękować. To moje ŻYCIE!! Moja MIŁOŚĆ!! Dla nich warto było się przemęczyć. To był bardzo zimny, pełne strachu związek. Już za mną, za to też dziękuję Bogu. Po coś to doświadczenie było. W pewien sposób ukształtowało mnie, moje patrzenie na życie.

Kochani samych dobrych wspomnień Wam życzę.

Nie wiem, co o tym myśleć

Dziwne uczucie mam. Naszło mnie tak podstępnie. Zapewne skradało się dłuższy czas. Aż wylazło na wierzch. I drąży. Zapytam teraz samotnych kobiet, bo one będą władne mi odpowiedzieć. No może i samotni mężczyźni.  A może Ci zakochani i kochani też coś powiedzą. Możecie nawet na mnie nakrzyczeć, że mam zachciewajki, że przejdzie to, jak się bardziej wezmę do roboty, albo otworzę.. .

Czy macie tak, że po latach radzenia sobie samej (samemu), zresztą całkiem udanego radzenia, pragniecie już nawet nie tyle ułożenia życia u boku fajnego faceta, (uroczej kobiety), bo może przestajecie wierzyć, że to możliwe, ale raczej usłyszenia tych dwóch magicznych słów;

– „Kocham ciebie”!

Czy to nasze uszy domagają się takich słów? Nasze głupie serce tęskni za nimi. Czy to próżność? A może potrzeba przynależenia do czyichś myśli?

Co za głupota mnie naszła. Myślę, że nawet nie potrzebowałabym tego cudownego pana na co dzień przy sobie, tylko świadomości, że ktoś gdzieś o mnie myśli, gdzieś jest. I czasem głośno powie mi te piękne  słowa, o których latami zapominałam, aż zapomniałam, a kochanie kojarzyło mi się tylko z Darem Nieba, czyli dziećmi.  Jak to jest, gdyby był ktoś taki, patrzył teraz w moje oczy na zdjęciu i tęsknił. Że dla tego kogoś moje istnienie miałoby znaczenie, że może poznając mnie stawałby się lepszym.

Cóż chyba przedłużająca się samotność nikomu nie służy, nawet takim wesołym, uśmiechniętym, energicznym i dzielnym Basiom. Dobranoc kochani, chyba położę się, bo mi dziś głupio smutno. Jutro na pewno będzie lepiej. Będzie!

Dopisuję tu kilka słów. Po przeczytaniu tego wpisu, jeden z czytelników napisał mi sms „Kocham Cię. Po koleżeńsku” i dołączył wesołą buźkę. Miło mi się zrobiło. Wywołał mój uśmiech. Bardzo dziękuję!

„You are safe in my hands”

Pamiętacie, kiedy nauczyłam się tego zdania? Tak, jadąc na moją pierwszą tantrę z Finem. Zajrzałam do tłumacza. I w drodze powtarzałam, aby nie zapomnieć zdanka wypowiadanego na początku masażu.

-„You are safe in my hands”

To samo zdanie jeszcze dwa razy przydało mi się w sytuacjach adekwatnych do treści.

Pierwszym razem było to pod koniec czerwca. Na spotkaniu z uroczym, najmilszym mi mężczyznom ( Erlendem, Norwegiem) postanowiliśmy jechać na plażę, wystawić ciałka na słonko. Wcześniej dowiedział się, że od niedawna mam prawko i nadal nie czuje się mocna, pewna za kółkiem.  Naopowiadałam mu, jak się boje nowych tras i wjeżdżania na większe skrzyżowania.. . Oczywiście zapewniał mnie, że jestem świetnym kierowcą i przesadzam. Okey myślę, zobaczymy. No i spakowani wsiadamy do autka. On na miejscu pasażera. Ruszamy z lekkim piskiem opon.Widzę, jak obrócił głowę i patrzy na mnie.  Z uśmiechem kieruję moje lico w jego stronę. Widzę lekko strwożone oczy i jego bezdech. Spokojnie, ciepło z uśmiechem mówię zdanko z początku tantry – „You are safe in my hands – Jesteś bezpieczny w moich dłoniach”. Obopólne parsknięcie śmiechem i jedziemy. Było dobrze, to znana mi trasa.

Ten drugi raz z przydatnym zdankiem było podczas masażu, ale nie tantrycznym tylko lomi lomi. Wchodzi młody klient z Ghany. Przystojny sportowiec. Mówię Wam śliczne ciało, umięśnione, zadbane, czyściutkie i pachnące. Tłumaczę, że na tym masażu wykonywanym przedramionami masażystki w dodatku tanecznym krokiem wzdłuż ciała i dookoła, wskazane jest zdjęcie także bielizny. Wychodzę, wracam, a pan trochę strapiony stoi przy łóżku w slipkach bokserkach, a ręce nieśmiało złożone na klejnotach męskich. Podchodzę blisko, otwieram swoje dłonie, uśmiecham ciepło i mówię:

– „You are safe in my hands”.

Widzę jego uśmiech i przyzwolenie. Ściąga posłusznie ostatnie odzienie i kładzie na brzuszku. Okrywam go ręcznikiem złożonym w tzw. rakietę, czyli ręcznik wzdłuż między nogami. I było to moje najpiękniejsze w życiu  Lomi  Lomi Nui. Człowiek, pełna kultura i patrzenie prawie z czcią, kiedy sunęłam dłonie od pięty po kark i z powrotem, nie odrywając ich, tzw. „pełen opływ oceanu”. Przy tym kołysałam biodrami i ruchem naprzemiennym lekko stawiałam stopki. A w tle hawajska muzyka i marzenia ze snu nocy letniej.

Ciekawe, kiedy jeszcze użyje tego zdania

Horyzonty – uczciwe biuro podróży

Pragnę Wam tylko króciutko donieść, że biuro podróży Horyzonty potraktowało mnie uczciwie. Zwrócili całość wpłaconej przeze mnie sumy na wycieczkę. Wówczas, przed wylotem, kiedy to, tak bardzo zmieniły się warunki, termin, charakter wycieczki napisałam odstąpienie od umowy. Powołałam się na ich regulamin. Nie wiem, czy dobrze napisane do nich pismo zadziałało i  niechęć ciągania się po sądach, czy po prostu są rzetelni, uczciwi. Najważniejsze, że mam pieniądze w całości z powrotem, a Madera nadal przede mną do podziwiania. Póki co pracuję, jest duży ruch w masażach. Gdańsk przeżywa oblężenie wczasowiczów i to nie tylko z Polski. Aby do mojej pracy na Starówce zdążyć na czas, muszę kwadrans wcześniej wychodzić niż zwykle, bo takie korowody zwiedzających, że idę wolniej.  W sobotę zaczyna się Jarmark Dominikański, impreza, która co roku przyciąga tłumy. Życzę Wam wypoczynku, czasu dla siebie. Nie zaniedbujcie swoich potrzeb, nie zamartwiajcie się wszystkim i wszystkimi. Pozwólcie sobie pożyć bez stresu. On i tak czyha z każdej strony, a Wy bądźcie mądrzejsi i nie pozwólcie mu, aby ogarnął Was.

 

Wspólna kolacja, czy aby na pewno..

Dziś króciutko będzie. Potrzebuję Waszego zdania na temat kolacji we dwoje. Było to jakiś czas temu, chyba ok 2 miesięcy – poprosił mnie znajomy na spędzenie trochę czasu razem. Świeży znajomy, bo widzieliśmy się dopiero dwa razy. Wyraźnie potrzebował bliższego poznania mnie, a ja zazwyczaj miły człowiek, zgodziłam się oddać mu tę godzinkę, czy dwie z mojego życia. Wiedział, że pracuję do 18 i zapewne będę głodna, a znał już mój mały żołądek i lekkie upodobanie do małego pudełeczka z kurczakiem z KFC. I właśnie tam mieliśmy się spotkać. Na miejscu przy kasie proszę o to małe pudełeczko jedzonka za 5 zł i teraz pytanie skierowane do mojego znajomego

-„A co dla pana”?

– „Nie, nie, ja już jadłem”.

Mówię:

– „Może chociaż coś małego zjesz ze mną, albo kawę wypijesz”?

Odpowiedź nadal brzmi przecząco:

– „Nie, dziękuję”.

Więc wyciągam portfel i chcę za siebie zapłacić. On robi to szybciej i podaje 5 zł do kasy. Mówię – „Dziękuję”. Siadamy i rozmawiamy. Ja zjadam, ale cały czas mam dziwne uczucie, czuję się nieswojo. Po co zapraszał mnie na kolację, jak nie chce ze mną jeść. Pytam, może fryteczek zjesz ode mnie

-„Nie. Jestem taki najedzony, byłem na sushi”.

No ładnie, myślę umawia się z kobietą na kolację, a przedtem najada i to wykwintnego jedzenia, a z nią nawet herbaty nie wypije. Więcej z nikim nie zgodzę się jeść kolacji, kiedy on tylko w asyście tej przyjemności, ale bez udziału. Do dziś czuję niesmak, kiedy o tym myślę. Czy tak, jak on postąpił, wypada? I czy to jest grzeczne? Jakie jest Wasze zdanie? Może jestem przewrażliwiona? Zaznaczę, że po tej uczcie w KFC był jeszcze spacer. Łóżka nie było w planach (przynajmniej w moich, na pewno). Piszę to po to, abyście wiedzieli, że dla mnie to miało być tylko poznawanie bliźniego. Ciągu dalszego tu nie ma i to nie z powodu braku wspólnego posiłku, tylko ja nie jestem nastawiona na szukanie człowieka w jakimś celu, tylko jako chwilowe zejście na jedną ścieżkę, posłuchanie, porozmawianie i dalej każdy swoją drogą.

Ciąg niefortunnych zdarzeń.

Madera nie była mi dana. Nie poleciałam. Według planu biura podróży mieliśmy się tam dostać przez Niemcy do Portugalii i dalej Funchal          (dwie przesiadki). Tego dnia były strajki  pracowników lotnisk między innymi w Niemczech, a może jeszcze jakie inne przyczyny. Mój lot do Monachium został odwołany. Na tablicy widziałam, że do Frankfurtu też kilka lotów odwołanych. I zaczęła się wielogodzinna walka naszej opiekunki, aby jakoś, choćby w kawałkach wysłać grupę na tę piękną wyspę.

Każdy po godzinnym wyczekiwaniu dowiadywał się w jakiej grupie do jakich państw poleci i z jakimi przesiadkami dotrze do celu. Kolejnego dnia o północy, czyli po dwóch pełnych dobach naszej wycieczki.  Domyślacie się, że los nie sprzyjał mi tym razem. Trzy grupy już miał czas i miejsca przesiadek. Jedni następnego dnia po nocy w Warszawie do Brukseli lub Budapesztu, czy Monachium i stamtąd do Lizbony i dalej Funchal. Każda grupa niezależnie od liczby przesiadek miała dotrzeć na miejsce po północy. Pierwsza grupa na lotnisko miała stawić się o 4 rano i dotrzeć na Maderę o pierwszej w nocy. Pewien pan podarł nowy bilet, powiedział kilka siarczystych słów i zabrał żonę, poszli odpoczywać gdzie indziej. Ja po całym dniu na lotnisku dowiedziałam się, że tylko dla 3 osób nie ma miejsca. Te osoby to dwie 70 letnie panie i ja. Ale w końcu i my dostałyśmy propozycję. Lecieć następnego dnia  o 16 tej, po spędzonej nocy w Warszawie do Brukseli, tam 6 godz czekania i dalej do Lizbony. I już nie będzie tego dnia przesiadki na Maderę , więc miałyśmy opuścić lotnisko udać się w Lizbonie na nocleg. Kolejnego, czyli już trzeciego dnia wycieczki wrócić na lotnisko i nareszcie lot na Maderę. Moja wycieczka za 4 tysiące  trwałaby 4 dni, o ile nie zgubiłybyśmy się. Można było odstąpić od umowy z powodu dużych zmian. I tak zrobiłam.

Moja córeczka czuwała przy mamie na lotnisku podnosiła głos, że w tym momencie z bezpiecznej wycieczki grupowej stała się wręcz indywidualną i w końcu po napisaniu odstąpienia od umowy zabrała do siebie i kolejny dzień spędziłyśmy w stolicy i to bardzo mile. Zwiedziłyśmy Muzeum „Polin” Żydów polskich. Zawsze chciałam dostać się tam. Sympatycznie zostałyśmy tam obsłużone.  Uwzględniono nasze zniżki, ja stara, córka studentka. Mój bilet z 25 zł kosztował  symboliczną złotówkę. Za dodatkowe 10 zł wzięłyśmy audiobooki. To była mądra decyzja. Zabierzcie tam tylko sweterek, bo po 3 godzinach słuchania, oglądania trochę możecie zmarznąć, tam jest dobrze działająca klimatyzacja. Miejsce godne polecenia. Tak przyjaźnie pokazany ten Naród. Dużo można się dowiedzieć. I wędrować w swoim tempie.

Kolejne miejsce to Krowarzywa Vegan Burger. Zajadałam wegetariańskiego burgera z sezonowymi warzywami pieczonymi i tofu. Był dobry. Ale przyznam się, że jeśli chodzi o kuchnię bez mięsa, to wolę naszą polską, tradycyjną. Młode ziemniaczki z mizerią, pierogi z kapusta i grzybami, pieczarki z cebulką w śmietanie, czy sałatkę warzywną z majonezem. Później były pyszne lody na Starówce i urokliwy spacer, a 18.10 na dworzec, coby pociągiem wrócić do Gdańska. Wchodzimy i tu kolejna niespodzianka. Wczoraj nie latały samoloty, dziś wszystkie pociągi mają 3 godzinne opóźnienia. Siedziałyśmy na dworcu na posadzce, bo tam nie ma ławek, aby bezdomni nie mieli gdzie spać. Wróciłam o 1 w nocy, zamiast o 22, zmęczona.

Moja koleżanka Marta stwierdziła, że nie powinnam nigdzie wybierać się sama i zaraz opracowała plan, gdzie pojedziemy zamiast.. Pierwsze Wygonin, pogranicze Kaszub i Borów Tucholskich. Uroczo tam. Skakałam po łące wśród jaskrów.

Było swojsko i bezpiecznie 🙂 dla Basi. Odwdzięczyłyśmy się gospodarzom i ugotowałyśmy pierogi z jagodami. A jagódki same przyszły do nas, do ogrodu. Sprzedawała je kobieta z tej wsi, co to ledwo uzbierała je w pobliskim lesie. A lasy są tam piękne, solidne. Jesienią warto, właśnie tam przy Starej Kiszewie nazbierać prawdziwków, kozaczków… i ususzyć do pierogów wigilijnych. Dziękuje Martuś za wszystkie atrakcje. A chcę Wam powiedzieć, że było ich więcej. Przepięknym, radosnym dniem stało się plażowanie w okolicach Gdańska. Zdjęcia wrzucam w następnym poście. Pozdrawiam z polskiej ziemi 🙂

 

„Jesteś, jak kebab”

To był wtorek. Pierwszy masaż zaczęłam o 12.00, a ostatni skończyłam o 20.30. Byłam bardzo zmęczona i w sumie smutna. Zdałam sobie sprawę, że już nie jestem osobą tak bardzo spragnioną dotyku, jak stary wierny pies złego pana, a wielu go oczekuje. Tego dnia w moich rękach byli sami panowie. I oprócz ostatniego z tantry, pozostali za bardzo próbowali kierować masaż na tory erotyku. Po każdym masażu oczyszczałam się z rzepów na mojej aurze. Ale i tak smutna wróciłam do domu. Bez zainteresowania odczytałam i odsłuchałam wiadomości z WhatsApp. „Leszek Sprawiedliwy”, tak mam go zapisanego w kontaktach ( urodziwy mężczyzna w okolicach czterdziestki) zapytuje mnie, jak minął mi dzień. To przyjaciel, który zna różne moje tajemnice. Zacytuję Wam ten wycinek korespondencji. Najpierw mój wpis do niego i jego odpowiedź głosową, zacytuję słowo w słowo, bo mam jego pozwolenie.

Wiadomość Basi do „Sprawiedliwego”

„- To był okropny dzień. Sami  faceci i sami wygłodniali dotyku. Eh tam… z tym wszystkim…”

Wiadomość- odpowiedź głosowa mego przyjaciela

” – Basiu, muszę ci wytłumaczyć, bo chyba zapomniałaś. To wszystko przez to, że Ty po prostu jesteś, jak KEBAB! To znaczy, człowiek w domu się naje. I to tak, że jak siedzi mówi – „Ale jestem najedzony, już nic więcej nie wcisnę. Taki jestem najedzony, że po prostu muszę wyjść na spacer”. I taki człowiek wychodzi na spacer i sto metrów od domu mija budkę z kebabem. I ten kebab tak pachnie! (odgłos wąchania). Tak apetycznie wygląda, że człowiek od razu robi się głodny, chociaż wcześniej był najedzony. I Ty właśnie jesteś taki KEBAB, bo jak się ciebie widzi, to nawet, jak człowiek jest najedzony, to nagle robi się po prostu ZGŁODNIAŁY takiego DOTYKU. Jesteś taka śliczna i taka kobieca, więc mnie to w ogóle nie dziwi. No mam nadzieję, że ci to ładnie wytłumaczyłem. Porównanie kebabowe jest takie wiesz, apetyczne i mam nadzieję, że już (odgłos wąchania)  teraz wiesz, co ja czuję, jak na ciebie patrzę i z tobą rozmawiam.. Po prostu musisz się z tym pogodzić, no jesteś atrakcyjną kobietą.”

To ci oryginalny i uroczy komplement. Wywołał uśmiech na mojej twarzy.  Fajnie jest rozmawiać z tym przyjacielem. On nigdy nie wkręca mnie mocniej w nostalgię, przygnębienie i nie dodaje na pierwszym miejscu optymizmu tylko uśmiech, a dopiero później spokojne patrzenie w dal, że nie jest tak źle.  I nie będzie. Po za tym kocha mój śmiech i cieszy się, kiedy go słyszy w mojej odpowiedzi głosowej.

Dziękuję Leszku! Twoje słowa pomogły i to najważniejsze.  Porównanie kebabowe przyniosło uśmiech i ciepło na serce. Mam przyjaciela!

Karkówka w cebuli- coś dla ciała. I pewna myśl dla ducha

Tak naprawdę lubię gotować, bo mam wrodzony dryg po tacie. Kupiłam kawałek ładnej, chudej karkówki, coby ją upiec w cebuli, bo Roma się domaga. To fajna dziewczyna. Prowadzi bloga i zawsze stara się komentować ogarniając temat z każdej strony. Rozumie mnie i radzi z optymizmem.  Mamy kontakt prywatny, a poznałyśmy się tu na przestrzeni blogowej. Spotykamy w Sopocie lub Gdańsku i budujemy relację. I właśnie na jednej takiej budowie rzekłam jej o mojej karkóweczce z cebulką, na co oczy Romuś zapaliły się i od tej pory domaga się owego przepisu. A ponieważ do  córeczki mej przyjeżdża urodziwy Holender, to myślę okej przywitam chłopa (mają mnie odwiedzić) żurkiem, pierogami, mięsiwem.. Lubię gotować, tylko ostatnie lata nie mam komu, dlatego moja kuchnia pod zdechłym Azorkiem jest. Może i wam przyda się sprawdzony sposób na karkówkę pieczoną. Można ja upiec w jednym dużym kawałku, ale ja preferuję w grubych plastrach. Mam taką porządną ciężką, że prawie mnie przewraca brytfannę żeliwną z pokrywą i w niej pichcę to cudo.

KARKÓWKA W CEBULI

 

Po kolei: idę do” dobrej pani”, tak ją nazywam, bo życzliwa i z pietyzmem wybiera mięsko, jakoby sobie do własnej kuchni. Kupuję około 1 kg., do tego już do innej dobrej pani po 6 cebul i już bieżę do domu piec, bo ta inna inszość zawsze jest: sól, pieprz, cukier, olej, woda i opcjonalnie chilli.

Kroję karkówkę na plastry grubości ok.1 cm, lekko rozbijam, solę, pieprzę, oprószam płatkami chili  (chili w proszku też może być, ja używam płatków, bo mam ich zapas na kilogramy). Obsmażam z obu stron, na patelni z chlustem oleju. Na dno brytfanny rozkładam 2 pokrojone w krążki cebule. Tę cebulkę posypuję moją ulubioną przyprawą do gyrosa lub posypką do mięs madziarską ( jaką macie, jaką lubicie, bez też może być). Można szczyptę kolendry, kuminu rzymskiego, kto lubi. Układam plastry mięsiwa, podlewam szklanką wody. Nakładam pokrywę i piekę ok.50 min. w 180 stopniach C. Na olej po smażeniu karkówki rozkładam 4 cebule pokrojone w piórka , lekko solę i smażę na małym ogniu. Posypuję łyżką cukru i dalej podsmażam. Rozkładam na mięsiwo podpieczone już przez 50 min, leżące na kocyku z cebuli. I teraz karkówka z obu stron w cebulce jest. Tylko ta z góry wcześniej podsmażana i karmelizowana z cukrem.  No pycha. Pod pokrywą zapiekam jeszcze ok.10 min.

Gotowe, palce lizać! Mała rada, jeśli za mało wody do podduszenia, to dodajcie i chlust oliwy, czy łyżkę masełka. Mi w tym czarodziejskim naczyniu wychodzi ze  szklanką wody i może łyżką masełka (jak mam świeże, teraz miałam). Pod koniec pieczenia oprószam świeżym tymiankiem lub rozmarynem, ale to już detal, można i bez tych ziół.

Zajadamy z ziemniaczkiem, a może w bułeczce, czy tylko z dodatkiem surówek. Smacznego kochani!! Radujcie się i gotowaniem, to jedna z pociech i wspólnym zajadaniem.

A teraz szczere wyznanie z lękiem w brzuszku.

Przyznam się Wam do myśli, jaka mnie nawiedziła. Dziś zdałam sobie z tego sprawę.

Mam wolny dzień, tylko na jedno „Niebo” pojechałam do pracy (dodatkowo). Wróciłam z zakupami. Swobodny luz bluz, łażę po domu w samych figach, po peelingu, depilacji, nasmarowana balsamami. Pichcę tę karkówkę podśpiewując sobie. Ćwiczę przy otwartym oknie i dźwięku ulewy. Jestem szczęśliwa.

Klikam do was i nagle – dziwne- słyszę otwieranie drzwi. Pan domu powrócił ? Tak wcześnie z pracy? Tak!! Zasiadł do komputerowej roboty.  A ja tak bardzo, bardzo lubię być sama w domu!!! Co to mi za wolny dzień, jak nie urzęduję sama. Może to dla Was dziwne. Nie powiem- lubię tego człowieka, bo nie wyrządza mi krzywdy. Jest kulturalny, jak ja to mówię, słoma z butów mu nie wystaje, nie jest wulgarny, agresywny czy zarozumiały. Po prostu dobry człowiek. Ale ja zupełnie nie mam potrzeby przebywania obok niego. Zupełnie! Byłam zawiedziona moim wolnym dniem. On zawsze po pracy jedzie na działkę i wraca po 20 tej. I to mi pasuje. Wieczorami zmęczeni pozamykamy się w swoich pokojach i żyjemy nie wadząc nawzajem.

Nie wiem, czy wiecie co czuję? Problemem, jeśli to tak można ująć jest moja lubość braku stałego kontaktu z drugim człowiekiem.  Ja w domu chcę siebie i kota. Wiem samolub powiecie, egoista, dziwak.. i nie wiem co jeszcze, ale tak mam, taka jestem. Właściwie to jedynie Marta mnie odwiedza i lubię z nią wyjścia. W ogóle coraz bardziej ją rozumiem i staję po jej stronie, jak słyszę ewidentną niesprawiedliwość wymierzoną w jej stronę.

Wracam do sedna, do mojej myśli, która przeraziła mnie. 

-„Boże ja za 10 lat będę nieszczęśliwa. Pan domu będzie przesiadywał na emeryturze. Już nie będzie mojej swobody w domu. Wychodzenia na masaże też się skończą, bo stara będę bez sił. Skończę się, jako masażystka, a to przecież dla mnie ekscytacja życiem. I nigdy przedtem, pracując w szkole nie miałam możliwości dorobienia. O nadgodziny zawsze było trudno, nie wpadały pieniążki między wypłatami. Teraz nie jetem bogata, ale nareszcie nie bieduję. Skończę się, jako kobieta i nie będę skakać po łóżkach w hotelach, patrząc w ich piękne oczy pełne pożądania i tulić czułe dłonie. Nie będę miała siły na biegi nad morzem, treningi.  Już nie pobrykam, jak sarenka przez las ku wielkiej wodzie. Kijki mi zostaną, ale czy ja wrócę do domu, bo w rodzinie króluje demencja starcza. Będziemy siedzieli, jak te stare grzyby narzekając na bolące kolana. I ciągle razem. Ja zwariuję. Ja tego nie chcę.

Moja córka czyta to teraz, bo jest u mnie. I od razu protestuje, mówi – „Mamuś nastanie nowa era. To się będzie powoli zmieniać w Tobie. Libido spadnie i nie będzie ci się chciało skakać po łóżkach w hotelach. Zaczniesz zwiedzać świat, jeździć na wycieczki, uczyć się obcych języków. Nauczymy Cię niemieckiego, będziesz szwargolić i pojedziesz do Dietera. Albo angielskiego i zamieszkasz z Erlendem w chatce na północy Norwegii, a może wylądujesz z Jonem, który nie będzie chciał żyć bez Ciebie w depresyjnej Islandii. A może otworzysz gabinet terapii reiki i cieszyć się będziesz z pomagania innym, a to nie wymaga siły fizycznej, tylko duchowej, której masz nieograniczone pokłady.

Wszystko przed Tobą, tylko inne, nowe. Nie bój się!  Nie zostaniesz żywcem wyrwana z takiego świata, jaki teraz masz, tylko życie wraz ze zmianami w Tobie przyniesie nowe pociechy. A czy będziesz szczęśliwa, zależeć będzie od twojego podejścia”.

To jest Mój Cud!! dziecko- przyjaciel! Tego Wam życzę.

Konstancjo, jesteś najlepszą istotą na świecie. Dziękuję Ci za to, jakim człowiekiem jesteś. Za to, że zawsze masz słowa pocieszenia i one trafiają do mnie. Za Twoje rady. Za troskę i zrozumienie.