Fundament. Okładka a treść.

Wartościowa treść i piękna, błyszcząca okładka. Dlaczego tak rzadko idą w parze!!

– Ona, podstarzał panna.  – On rozwodnik. Elegancki mężczyzna.

– Ona nie czekała już na niego, ani żadnego innego. Miała za sobą kilka trudnych związków. Zawsze pragnęła dla siebie tego wyjątkowego, a nie namiastki wyjątku. Nie było takich. A przynajmniej nie stanęli na jej drodze.

– On świeżo upieczony rozwodnik. Szybciutko ogarnął się z portalami i rozpoczął erę zwaną „Karuzelą randek”.

Na szczęście, nie to randkowanie połączyło ich drogi, tylko wspólny przyjaciel. Ona, kiedyś lata wstecz zapisała się i żałowała. Szybko wyszła i już więcej na portale nie wróciła. Miała złe doświadczenia z takimi portalami. Poznała tam samych zdesperowanych lub  nastawionych na konsumpcyjne podejście i to bez ogródek. Wtedy poczuła, że jej imię to numerek, który ten po drugiej stronie nalepia na ciebie, stojącej w kolejce do „sprawdzenia”. Obrzydliwe. Czasem sprawdzają kilka numerków dziennie, bo trzeba szybko odsiać ziarno od plew.

Teraz oni patrzą na siebie i nie mogą wyjść z podziwu.

– On, że taka słodka, ciepła, pełna uroku. Kobieta z pasjami.

– Ona, że „On” istnieje. Taki człowiek, o którym marzyła. Jednak jest na tej ziemi! Zadbany, aktywny nie tylko fizycznie, ale i społecznie.  Człowiek, który mówi, że należy pomagać innym, dawać swój czas bezinteresownie, bo przecież nie żyjemy li tylko dla siebie. Słuchała z wielkim podziwem, tego starszego  mężczyzny, który prowadzi własną, dobrze prosperującą firmę, a przy tym oddaje się swoim rozlicznym pasjom. Bierze udział w konkursach tanecznych. Kilka razy w tygodniu ćwiczy na parkiecie. Ma na swoim koncie niejeden medal. Rzeźbi figurę, doskonali kondycję.. . i cieszy się ujmując kobietę w piękną ramę.

To nie wszystko. Opiekuje się i ujeżdża swoje kare koniki. Trzy czarne pioruny. Stara się do swojej trójki o rasowych pęcinach zajrzeć choć raz w tygodniu. A zbliżające zawody wzmagają częstotliwość spotkań pana z wierzchowcami. Konie, to jego wielka pasja od lat młodzieńczych. Na szczęście w firmie ma swoje prawe ręce, ludzi oddanych. Może im zaufać. I na tym polu też ma zacne osiągnięcia.

Tu nie kończy się miłość do zwierząt. Zna każdego ptaszka, stworzonko opierzone, domorosły ornitolog. Potrafi wstać o trzeciej nad ranem; jechać, wędrować, założyć gumowe buty prawie po pachy i cykać fotki w szuwarach urodziwym kaczorkom, dostojnym kormoranom, czy łabędziom krzykliwym.

Zaczęła się bać, marzenie może być spełnionym. On jest! I co teraz? Zaznacza, że potrzebuje czasu, że pragnie spotkań, ale jeszcze nie wspólnego budowania. Chce cieszyć się czasem z nim. Chłonąć radość z jego pasji, uczestnicząc w nich. Kto wie, co z tego wyniknie. Uczucie przecież ma moc. I może wiele zmienić, nawet w jej głowie.

Życie samo przyniosło rozwiązanie. On nie zrezygnował, nie odłożył ad akta konta na portalach i chęci zgłębiania wielu Motyli. Nawet posunął się dalej. Zaprosił jej koleżankę na randkę.

Ta historia daje dużo do myślenia. Mi, przede wszystkim, że może zwracam uwagę na „okładkę”, a treści nie doceniam. Treść była OCZYWISTA. We wpisie o poszukiwaniu idealnego mężczyzny dla mnie, czyli kwiatu paproci, bo trudnego do znalezienia, wymieniłam całą piękną otoczkę. Jego uroczą oprawę, nie wspominając o FUNDAMENCIE, bo to nie ulegało dla mnie żadnych wątpliwości. Oddanie, lojalność.

Jak ma wtulić nosek.., kiedy po jej głowie chodzą noski Motyli z portali. Ile z nich .. ?

Ona już wie. Nie da rady. NASZ CZAS spotkań, ma być wyłącznie naszym, w tym kluczowym miejscu. Na wędrowne wyprawy, a i owszem zabierze swoją ferajnę: koleżanki i kolegów, ale do łóżka, pod kocyk, czy na kocyk, tylko tę jedną. Teraz ich czas.

  • Czy to zaborczość?
  • A może nie powinno jej to przeszkadzać?
  • Czy kochankowie mają prawo wymagać wyłączności?
  • Może powinna być wyluzowana, w końcu nie wie co dalej z nimi będzie?

Nie wiem, jak ONA? Ja nie dałabym rady. A Wy, co o tym myślicie?

Reklamy

Daruję Ci..

Zbliżają się święta. Czas, także obdarowywania.  Co kupić, aby prezent sprawił radość? Często prostym zadaniem to nie jest. Ładnie pisze o tym blogerka kodMAMA.

https://kodmama.com/

Młodzież najchętniej chciałaby kasę. Dzieci zabawki, a my dorośli różnie. Myślę, że miło jest dostać coś osobistego, a nie patelnię, czy młotek. Chyba, że ktoś marzy o pile elektrycznej, czy szybkowarze, który pomoże w pasjach. Są i tacy, którzy nie przykładają do tego wagi, ani do obdarowywania ani do otrzymywania. Kupią skarpetki, albo dezodorant i mają z głowy. Sami też nie czekają na Bóg wie co. Jeszcze inni kupują coś przy czym sami korzystają, np. żona mężowi dwa bilety do opery. On nie lubi, nudzi go, ona uwielbia. Fajnie jest, kiedy włożymy w prezent nasze staranie, myślenie o tej drugiej osobie, niekoniecznie duże pieniądze. To moje zdanie i rozumiem, że nie każdy je podziela.

Ja czasem robię dla gości naszej wspólnej wieczerzy, własnoręcznie wykonaną zaprawę, np. oliwę smakową lub konfiturę wyjątkową, bo z płatków róży, czy mojej roboty kartę z kuponami na kilka darów, np.: masaż, wspólne wyjście do kina, kolacja przy świecach.. (ja funduję). Sama uwielbiam perfumy, jestem węchowcem, jeśli tak to można ująć. Każde ucieszą mnie, niekoniecznie drogie.

Kiedyś na wigilii pracowniczej wypowiadaliśmy się na temat dziwnych, czy nietrafionych prezentów. Szybkie skupienie i mam. Było to ze dwadzieścia lat temu. Szkoły biednymi były, wciąż na coś brakowało. Mi magnetofonu w mojej klasie. Zgłosiłam to i czekałam w kolejce. Czekałam, czekałam.. . Nieraz wspominałam o tym w domu, że trudno było mi przeprowadzić niejedną lekcję bez użycia tego sprzętu. I przyszedł czas wigilii. Pod choinką leżą skromne paczuszki, a dla mamy od Mikołaja duża. Owinięta w szary papier pakowy. Nie wiem skąd mi przyszło do głowy podnosząc prezent, iż to magnetofon. Może, że ciężki. Rozwijam taka podekscytowana, a tu kilka słoiczków, chyba z 8,  konfitury śliwkowej, Łowicz. Mąż ją bardzo lubił. A magnetofon kupiłam z pieniędzy aukcji klasowej. Zafascynowałam się malowaniem kosmosu za pomocą farb w sprayu i pokrywek. Widziałam, jak to robił artysta na Długim Targu, czy nad Motławą w Gdańsku. Zrobiłam swoje dzieła. A dzieciaczki z klasy swoje innego rodzaju  i przy okazji Jasełek  zorganizowaliśmy sprzedaż naszych arcydzieł. Poszły, jak świeże bułeczki. Każde dziecko chciało mieć obraz swojej kochanej pani. Magnetofon miałam. Po około miesiącu drugi dany na wyposażenie sali. Mój mniejszy przenośny zabierałam na hol, kiedy naszła nas chętka potańczenia walczyka, trojaka.. jakże one pięknie, żywiołowo tańczyły.

Może warto kierować się myślą, że prezenty wybieramy zgodnie z upodobaniami osoby obdarowywanej, a nie w oparciu o to, co podoba się nam. Już niedługo Mikołajki, nie zapomnijcie wyczyścić butów.

A pamiętacie Klausa, który w prezencie dał mi kwiaty – wiązankę pogrzebową z napisem „Ostatnie pożegnanie” i ozory wieprzowe w galarecie (wpis z dnia -22.02 „Ach ten Klaus. Uważajcie na prezenty”).  Proszę podzielcie się z nami swoimi wyjątkowymi darami

PS U mnie szykuje się kolejna Wigilia międzynarodowa. Już zgłosili chęć uczestniczenia w naszej wieczerzy: dwóch Hindusów, jeden Peruwiańczyk, i młoda Turczynka, no i oczywiście Egipcjanin, miłość młodszej córki. Kto nie pamięta o czym mowa, po co ja to robię, czyli zbieram ludzi różnej wiary przy jednym stole w domu chrześcijańskim, to proszę poczytać wpis z 27 lutego „Polska Wigilia, nie z obrazka”. Cieszę się i szykuję prezenty, śpiewnik kolęd i logistykę przygotowywania potraw.

Jeszcze jedno, chyba odważę się i poproszę o kontakt osobę ze Stanów, która tak pięknie systematycznie czyta mnie. Proszę napisz do mnie na maila        barbra2601@wp.pl

Będzie mi  bardzo miło poznać Ciebie. Choć już jest, bo mogę zawsze liczyć na Ciebie, że przeczytasz moją pisaninę. Pozdrawiam. Basia

Kochani życzę Wam radości z tych świąt. Aby każdy mógł usiąść z bliską, miłą sercu osobą przy jednym stole. I może warto pomyśleć o przebaczeniu. Może już czas!

Czasem wydaje się to niemożliwym. Wszystko jest możliwe, póki żyjemy. Zróbmy to także dla siebie. Pisze o tym, bo w moim domu jest taka sytuacja i bardzo, bardzo boli. Do żywego. Czekam, kiedy sobie przebaczą. Modlę się o to. Mijają lata.. Takie jest moje życzenie, pod choinkę.

Masełko czosnkowe. Gotowanie.., z fajnym facetem

Ach ta Basia, jak nie smalec, to masełko. Chce nas za tuczyć? Nie. Wszystkiego w życiu próbujmy z umiarem. Wiem, że czosnek ma specyficzny zapach i objadanie się nim przed pracą, czy spotkaniem nie jest wskazane, ale w masełku, gdzie często też mamy natkę pietruszki jest zdecydowanie lżejszym kalibrem. Czasami macie dość tych samych śniadań, kolacji. A to płatki, jajecznica, czy wędlina. Wtedy z pomocą przyjdzie masełko czosnkowe i pachnący, dojrzały pomidorek. Cóż więcej trzeba. No może gorącej herbatki z cytryną imbirem i miodem. To było dziś moje pożywienie o poranku. Ale równie dobrze można masełko wykorzystać do przygotowania późnego obiadu, czy kolacji. Ugotować kilka ziemniaczków w mundurkach. Takie gorące obierać kolejno ze skórki, przekrawać na pół lub łódeczki i smarować masełkiem. Ono jest słone, to ziemniaka można już nie solić. I od razu zajadać z apetytem. Sprawdza się także jako dodatek do pure. Tłukąc ugotowane ziemniaczki warto dodać po 2 łyżki śmietany i naszego masła ziołowego.

Jak robię masełko czosnkowe? Prosto. Wcześniej wyjmuję kostkę masła z lodówki, przekładam do miseczki i kiedy zmięknie solę, dodaję przeciśnięte 2-3 ząbki czosnku, ugniatam widelcem i gotowe. Przekładam do zamykanego pojemniczka.

Możecie dodać np.natkę pietruszki, czy drobniutko pokrojony koperek, może świeży tymianek, płatki chili.. . Stwórzcie swoje ulubione masło. Ja lubię podstawową wersję.

Można je wykorzystywać w tworzeniu potraw, np.idealnie pasuje do usmażonej ryby. Na taką gorącą, jeszcze na patelni kładziemy kawałek naszego masełka. Rybka nabierze charakteru. Chrupiący dorsz przesiąknięty czosneczkiem w maślanej pierzynce. No pycha!!

Jeszcze na mnie nie krzyczycie, że wpadłam w wir pichcenia, a gdzie Baśka w pończoszkach? Póki co szykuję się na spotkanie, na którym mamy coś wspólnie ugotować. Chyba to będzie kurczak w sosie sojowym z ananasem i makaronem ryżowym. Co Wy na to? Na to menu? Dziwne, ale jednak można spotkać całkiem fajnego faceta. To był ten czas, kiedy za dnia wrzuciłam post, o tym, że jeszcze chciałabym zaznać wspólnego pichcenia z ciekawym facetem. A wieczorem kończąc nasze pierwsze spotkanie umawiamy się na wspólne gotowanie. I to była jego propozycja. Myślę, o matko, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki! Mówisz i masz. Myślisz, piszesz o tym, a wieczorem zapowiedź spełnienia. Aż strach pomarzyć, bo może się spełnić. Napiszę, jak nam wyszło, to wspólne gotowanie. A mężczyzna, no cóż słuchałam go z zainteresowaniem. A myślałam , że wyginęli i tacy luzem nie chodzą. A ten jest i chodzi!! Świat jednak potrafi mile zaskoczyć. No nie rozpędzajmy się.. Obiecuję, dam znać, samą mnie to ciekawi. Może zmienię zdanie o męskiej linii. 

Kochani, wiecie czego Wam życzę? Aby i Was tak mile i w ekspresowym tempie zaskakiwało życie, a marzenia spełniają za pstryknięciem palców. Trzeba uważać, jakie kiełkują w głowie, sercu, czy na pewno tego pragniesz? Marzenia mogą się zdezaktualizować. To, co było młodzieńczym pragnieniem, nie koniecznie jest w życiu dojrzałym.

Jedno z moich spełni się wkrótce, napiszę jak smakowało.

Domowy smalczyk. Smakować życie..

Gotowanie, mam chyba we krwi. Ono mnie po prostu raduje.

Smalczyk domowej roboty, czasem warto sobie sprawić, jeśli jecie wieprzowinę (wegetarianie z fasoli, tłuszczu koksowego, cebulki). Ja najbardziej lubię zwykły ze słoninki bez boczku i innych dodatków. Podam wam przepis na ten podstawowy, a każdy doda, co będzie chciał. Może jabłuszka (w kosteczkę, najlepiej renety lub antonówki, dodaje się na sam koniec, już po cebulce) boczek wędzony ( jak zeszkli się i trochę wytopi słonina) cebulkę, płatki chili, z przypraw najczęściej majeranek.

Jak nie chcę napracować się i od razu zrobić zapas z 5-6 słoików smalcu, tylko 1-2, to kupuję kawałek słoninki, tak ok pół kilograma (na taką ilość 1 duża cebula, gdyby ktoś chciał). Myję słoninę, wycieram ręcznikiem papierowym i wkładam do woreczka foliowego i do zamrażalnika, tak na przynajmniej godzinkę, aby stężała, zmarzła. Wtedy łatwiej kroi się, nie „ślimaczy”  w dłoniach.. Kładę na deskę, biorę porządny, ostry nóż, kroję na kilka mniejszych kawałków, bo z wielkiego, z całości, jest trudno. Każdy kawałek na plastry, a plaster wzdłuż np. na trzy części, paseczki i teraz w kosteczkę. Ja kroję w drobną, bo nie lubię wielkich skwarków. Robimy to według własnego upodobania. Teraz wrzucam do garnka i smażę. Najpierw na średnim ogniu, mieszam i po pewnym czasie, jak już każdy skwarek zeszklił się, zmniejszam płomień, nich wytapia się powoli i spokojnie, od czasu do czasu mieszając. Nie solę, nie pieprzę. Ładnie wytopiony, zdejmuję z ognia, wsypuję sutą szczyptę majeranku i przelewam do wyparzonych słoiczków. Zakręcam i odstawiam do wystudzenia, schłodzenia. Jak wlejecie gorący, zassie i trzyma długo, nie psuje się. Po odkręceniu przechowuję w lodówce. Stężeje i jest gotowy do smarowania pajdy dobrego chlebka. Ostatnio odkryłam chleb gryczany z dodatkiem cebuli, pasuje mi do smalczyku idealnie. Do tego nieodzownym jest ogórek kiszony, czy pasta chili adżika lub po prostu tylko posypany grubą solą.

Jeśli chcecie smalec z cebulką, należy uważać, bo temperatura gorącego tłuszczu różni  się od zimnej soczystej cebuli i jeśli wrzucicie do mocno nagrzanego tłuszczu zacznie bulgotać, pienić się i wypłynie z garnka. Trzeba zmniejszyć gaz lub na chwilę zdjąć garnek z ognia i wtedy powoli wrzucić cebulkę pokrojoną w kosteczkę.

Smacznego, kochani! Czasem i na smalec możemy sobie pozwolić. Jadam wszystko, co lubię, boczek smażony też, ale mało, malutko. I to chyba jest kluczem. Ta ilość, aby nie tyć i nie zapchać żył tłuszczem. Nie umiem dojeść całego jajka, całego wafelka w czekoladzie, czy całego pączka. Wygląda na to, że dozuję przyjemność jakim jest jedzenie. To tylko tak wygląda, a prawda jest taka, że mam malutki żołądek i nie mogę więcej zjeść. Poza tym jedzenie, to dla mnie najczęściej celebra i radość. Rzadko w pośpiechu połykam kanapkę (chyba, że w pracy, kiedy goni masaż za masażem). Jak nie mam tego co mi smakuje, nie jem wcale, no chyba, że głód przyciśnie, to Baśka zjada, jak pies trawę, ściągając zębami. Zdecydowanie wolę rozkoszować się jedzeniem. Np, jak wygląda zjedzenie jednej z moich ulubionych słodkości – ptasiego mleczka, Wedel w gorzkiej czekoladzie? Biorę kosteczkę, ogryzam dookoła z pysznej twardej czekolady, kładę waniliową kostkę na język, ogrzewam w ustach, przyciskam językiem do podniebienia i pozwalam sobie na przyjemność sycenia kubeczków smakowych. Powoli rozpływająca rozkosz słodyczy napełnia mnie. Jedzenie, to jedna z pociech tego świata. Do tego też potrzeba finezji. Można zjeść, pokochać się.., byle jak lub z wszechogarniającą radością, smakując tych przyjemności!! W pośpiechu, bez zaangażowania, jak to kiedyś pisał jeden z blogerów, starszy pan, że tęskni za zwyczajnym, jak za dawnych lat przeleceniem dziewczyny w krzakach, a nie w ładnym pokoju hotelowym. Ja obie przyjemności lubię w ładnej oprawie. Dla mnie ma to ogromne znaczenie. Wszystko lepiej mi smakuje: i miłowanie i jedzenie, jak robimy to oboje z zaangażowaniem, finezją, staraniem, pietyzmem, a nie na odczepnego, na „odwal”, albo, aby tylko czym prędzej zaspokoić głód seksu, czy żołądka. Bardzo lubię jedzonko ładnie podane, nie kopa na talerzu wszystkiego. Posprzątane miejsce w którym mam jeść. Sposób jedzenia, nie na jaskiniowca: czyli, mocno pochylona i łapczywie zmiatająca z talerza, wiosłująca łyżką, bez unoszenia głowy z nad jadła.  Jeszcze nie daj co zupa ociekająca po brodzie. Choć paluszkami, bez użycia sztućców, jak najbardziej można. Bardzo lubię tak zajadać pizzę, czy frytki lub szarpać kawałeczki bagietki i maczać w oliwie. Paluszkami podane do ust smakuje mi bardziej, to tak, jak wypić zimną colę ze szklanej buteleczki, wolę niż ze szklanki.

Przyznam się, że chciałabym jeszcze doświadczyć wspólnego posiłku z fajnym mężczyzną, który robi to z finezją. Gdzie wspólne gotowanie, a zwłaszcza jedzenie byłoby poezją.  Kuszące, może nie tak, jak seks, ale..  (pewnie wyśmiejecie mnie, ale dla mnie ma to urok, chciałabym i tego zaznać).

Smakować życie.. nadal mam na to ochotę. Chyba to wszystko przez Meszuge. Ten człowiek ma coś w sobie. Odczułam go, jak wyrocznię..  Arti tak, to przez Ciebie. Tak ładnie byłam pogodzona, że piękne rzeczy są, ale już nie dla mnie. I nie było mi z tego powodu smutno, no bo co stawiać się, kiedy widzę 10 metrową ścianę wody, no nie do pokonania, to nawet myśleć nie ma o czym.  Aż tu piszesz.., piszesz.. takie rzeczy.  I może zacznę wdrapywać się na tę ścianę.., może.  Chcę, ale  niebylejakości, tylko warte wspinaczki… Czego i Wam kochani życzę, wspinajcie się po swoje szczęście.

Ona i czarny kot prawdę ci powie. Wróżki..

Nie napiszę Wam, czy macie wierzyć w umiejętności wróżek, numerologów, bioenergoterapeutów.. , czy pomogą, czy zaszkodzą, czy macie  odwiedzać ich, czy raczej omijać szerokim łukiem i zaufać Bogu i samemu sobie. To nie moja rzecz. Sprawa osobista, jak wiara, indywidualna każdego z Was. Tarot, ma swoją historię w moim istnieniu. I o tym chcę Wam napisać. Jak to ze mną i wróżką było, bo było.

To czas, kiedy byłam w pierwszym nieszczęśliwym związku. Już urodziłam swoją kochaną trójkę dzieci. Studiowałam na podyplomówce. I tam z  bliską mi osobą wybrałam się do wróżki na tarota, jako osoba towarzysząca.  Siedziałam z książkami pod pachą i wypatrywałam czarnego kota. Nie było ani czarnego, ani burego, żadnego. Panie kończą i teraz staruszka zaprasza mnie na kanapę, do pokoju wróżb. Chwila namysłu, no bo nie po to, ja tu przecież przyszłam. Ona usilnie namawia, ja łatwo godzę. Dziwne, mówi wszystko to, co ma miejsce w moim życiu. Dziwię się, skąd te karty to wiedzą, a może na czole mam wypisane. A za chwilę słyszę, że wyjdę drugi raz za mąż, za człowieka po przejściach, ojca dwóch synów (tak było). Mówię,- „ojej, to zostanę wdową, no bo jak znam siebie nie odważę się na rozwód”? Ja boję się powiedzieć, że nie chcę jechać na wakacje do jego mamy, bo jest prawdziwą teściową z kawałów, a co dopiero poprosić o rozwód!! O matko!!.

  Na co staruszka patrząc w płomień świecy mówi- „Pierwszy mąż będzie żył i miewał się dobrze”. Myślę –  „O kurcze, jak ja to zrobię, to niemożliwe”! Jak się okazało, po jakichś pięciu latach było możliwe. I następuje moment, dla którego żałuję do dziś, że tam poszłam. Staruszka mówi – „Pani i dwie córki z nowym mężem zamieszkacie razem”. Jak to dwie córki, a gdzie syn?? Zdziwiona, bo syna nigdzie w kartach nie widać. Ja proszę, aby popatrzyła głębiej. Ona stara się, ale widzi tylko mój strach. Nie ma. Ani z matką, ani z ojcem. – „To gdzie on jest”?!  Pytam zrozpaczona. Proszę, aby szukała go!! Karty nie mówią. Nie wiem, co rzekła jeszcze, czy będę szczęśliwa, czy nie, czy bogata z chatą, czy w ubóstwie klepała biedę. Chyba zapamiętałam ostatnie zdanie, że będę miała wielu mężczyzn. Pytam co to znaczy, bo jak na razie żachnęłam się-  „sromotnie męczę się z jednym i mam dość, a tu jeszcze wielu, nie daj Panie”!!

Wróciłam, opowiedziałam mamie o zdarzeniu i braku mego dziecka w kartach. Patrzcie, jak poważnie to wzięłam. Gdzie było zaufanie do Boga. Uwierzyłam wróżce. Mogłam machnąć ręką i robić swoje, ale nie, ja myślałam o tym cały czas. Nie mogłam pracować, nie mogłam jeść, ani spać. Dzieci pytały, co mamie jest, a ja tylko płakałam po kątach. Boże, jakże ciężki czas zafundowałam sobie.  Klęczałam prawie płaska w kruchcie kościoła i błagałam, aby przebaczył mi moją ciekawość przyszłości i ochronił syna.

W końcu idę do księdza, przyznaję gdzież to miałam wizytę. I jak bardzo uwierzyłam w słowa tej kobiety od kart, a nie Bogu. I, że proszę o pomoc, bo bliska jestem szaleństwa. Czuję galaretę, pożerający i obezwładniający mnie strach. Najpierw dostałam wykład o okultyzmie, później że my kobiety udajemy się po czary, kiedy nasze nieszczęście przedłuża się. To prawda chciałam dowiedzieć się, czy jeszcze co dobrego czeka na mnie w życiu, czy tylko stara bieda ma. Zamiast sama wziąć życie w swoje ręce i zrobić porządek, czekałam na księcia, który mnie uratuje.

Idziemy do pustego kościoła. Razem klęczymy na stopniach ołtarza, błagając o przebaczenie. Każde z nas modli się. On za mnie, ja za siebie przepraszając za swoją ciekawość, prosząc o szczęście mojego syna. Tam wtedy obiecałam Bogu, że już nigdy nie pójdę do wróżki. I nie poszłam. Ostatnio numerolog mnie kusiła, ale nie. Nie mogę, nie chcę!

Boże, jakże ja to mocno wszystko przeżyłam. Nadal płakałam i nie mogłam normalnie żyć. Moja mama modliła się razem ze mną. Koniec końców, kiedy rozwiodłam się, mój syn miał 18 lat i nie chciał uczestniczyć w moim nowym życiu. Życzył mi szczęścia, bo jak powiedział wówczas – „Kochana mamo życzę ci jak najlepiej, ty zawsze byłaś dla nas, teraz czas na Ciebie. Ja jednak zostaję, bo jak pokłócę się, to z własnym ojcem, nie obcym facetem”. Wyprowadziłam się z dziewczynkami. Syn z ojcem długo nie wytrzymali; padła kosa na kamień, a matki łagodzącej spory, zabrakło. Mało się nie pozabijali. Wyjechał do Danii i jest tam do dziś. Mija dekada, nie odwiedził ojca. A ojciec nie szuka kontaktu. Mają do siebie żal.

Czy można być szczęśliwym, kiedy wiesz, że dla swojego szczęścia tyle zburzyłaś, przewróciłaś, zniszczyłaś.  Jeszcze, żeby było za czym polecieć!  Jeśli mogłabym żyć od nowa, poprosiłabym Boga o moją trójkę dzieci i żadnych z tych mężczyzn, których przyszło mi spotkać w życiu.

Teraz nie chcę już niczego wiedzieć na zapas. Może dlatego, że nie oczekuję. Pragnę w spokoju dożyć. Młodość minęła, pędząc z wiatrem a najczęściej pod wiatr. Nie chcę jej więcej, kojarzy się z szarpaniem, trudnymi wyborami, budowaniem, stawaniem na głowie, utratą siebie.. . A może było tak, bo ja długo byłam dzieckiem, niegotowym na takie trudy życia. Nie było we mnie ani okruszynki Baśki. Wy młodzi stoicie przed egzaminem, zwanym „Życie”. Obyście zdali na szóstkę, no piątka z czwórką też nieźle. Powodzenia! Rozegrajcie mądrze tę partię.

 

Torcik bezowy. Już nie wznoszę..

Nie każdy lubi bezę i nie każdemu chce się suszyć bezowe placki, woli kupić. I rozumiem go całkowicie, zwłaszcza jeśli ma sprawdzoną cukiernię. Trzeba się wspomagać, nie zawsze wszystko robić samej.

Gdyby jednak naszła Was wena na pieczenie polecam właśnie tę bezę z gotowym kremem w proszku, dla leniwych, ale mocniej zachęcam do; ubicia jednego pojemnika śmietany kremówki 30% ze Śnieżką i serkiem macarpone, a jak kupicie 36%, to ubije się bez Śnieżki. Beza jest słodka, więc krem może być bez neutralny.  A owoce, jakie chcecie i lubicie. Mogą być ananasy z puszki i świeże, kuleczki granatu, czy truskawki, maliny, porzeczki.. , jak jest na nie pora. Ze świeżymi owocami będzie mniej trwały niż z tymi pasteryzowanymi z puszki, ale to ciasto chyba i tak nie będzie stało dniami, bo za pyszne. W sumie łatwe do zrobienia, tylko czasu wymaga suszenie bezy. Krem śmietankowy można modyfikować. Wystarczy, że dodacie ździebko rozpuszczonej kawy i będzie kawowy, lub czekolady gorzkiej i mamy czekoladowy, z orzechami zostanie kremem orzechowym. Ja najczęściej zostawiam biały

                          

TORCIK BEZOWY

Składniki bezy:

5-6 białek, 1,5 szklanki drobnego cukru, szczypta soli i łyżeczka soku z cytryny.

Składniki kremu i udekorowania:

Duże opakowanie śmietany kremówki 330 gram, Śnieżka w proszku, 1 serek mascarpone 250 gram, dowolne owoce.

Wykonanie:

Białka ze szczyptą soli ubij na sztywno, powoli dodawaj cukier i miksuj. Teraz łyżeczkę soku z cytryny. Przygotuj dwie blachy, na nich ułóż krążki z papieru do pieczenia, średnica ok 16 cm. Ja nie mam 2 blach to biorę spód z rozpinanej tortownicy (prostokątny) na niej układam papier do pieczenia i kładę ją na kratkę, drugi taki sam kawałek papiery kładę na mojej jedynej blasze, na tym wykładam bezę. Ładnie rozsmarujecie łyżką. Należy piec ok kwadransa w temperaturze 150 stopni, najlepiej z termoobiegiem. Teraz zmniejsz temperaturę do 120 stopni i piecz ok 2,5 godziny przy lekko uchylonych drzwiczkach (w drzwiczki wkładam drewniana łyżkę lub zwinięty kłębuszek ściereczki 

  • Śmietankę w wysokim naczyniu ubijaj  kilka minut, dodaj Śnieżkę, jak nie chce stanąć i dalej miksuj. Teraz po łyżce dodawaj serek, ciągle ubijając, ale na niskich obrotach. Gotowe. Kremem przełóż blaty. Udekoruj owocami.

 Czasem można sobie pozwolić na przyjemność pieczenia, krzątania się po domu bez pośpiechu. Ja miewam takie dni i wtedy jestem szczęśliwa. Właśnie beza wysuszyła się, krem gotowy. Wrócę z pracy złożę w całość i do lodówki, a jutro Okruszek z Warszawy będzie zajadał ze mną, a przedtem „Ciasteczkowy potwór” w przerwie od tapetowania. Dobrze, że „Potwór” jest wielki, choć drabinkę mam, jak by co. Ale, gdzie ja nie sięgnę, on dojdzie.

Tak chciałabym, aby los pozwolił mi nacieszyć się tym spokojem, który osiągnęłam. Co było do ogarnięcia, ogarnęłam. Co do zapięcia, zapięłam. Już nie oczekuję, nie spinam, nie żądam, nie pragnę.. .  Żyję!! Los przyniósł mi tak wiele. Czuję się tak mocno poszarpana, że każde chwile spokojnego przypatrywania się życiu bez oczekiwań, cieszy. W dojrzałym wieku dostaje od życia więcej niespodzianek i milszych, niż za młodu. Dobrze, że przeżyłam tę młodość.  Teraz chcę „tylko” lub „aż” – czasu na spokojne cieszenie się życiem w zdrowiu, z moimi dziećmi i kotkiem. Już nie wzniosę żadnej wielkiej budowli.

                               

Dopisuje kilka zdań. Już po tapetowaniu. „Ciasteczko”, to mistrz, dobry przyjaciel i wesoły facet. Choć mi do śmiechu nie było, bo przeziębiłam się i to mocno. Ale bez fajnych chwil z uśmiechem nie obyło się. Kiedy Robi stojąc na drabinie poważnie mówi, cobym obciągała na dole. Wybuch śmiechu, on i ja usłyszeliśmy, jak to dwuznacznie zabrzmiało. Szybko dodał – „Tapetę, Baśka”! 

                               

Dziękuję, Robi!!

Kilka słów o zazdrości. Moja historia

Kilka słów o zazdrości

Mała zazdrość, może być nawet przyjemna, chorobliwa już zdecydowanie, nie!! Nawet niszcząca. Moi mężowie nigdy nie byli o mnie zazdrośni, nawet okruszka.  Czasami to nawet chciałam, żeby choć trochę okazali jej, bo tak to myślisz, że się im nie podobasz, albo, że taką nieciekawą fizyczność masz, że nie ma o co być zazdrosnym. Natomiast boję się patologicznej zazdrości. Współczuję kobietom z takimi partnerami. Wolę moje zero zazdrości, niż ciosanie kołków na głowie za atrakcyjną fizyczność kobiety.

To był mój drugi chłopak w życiu.  Byłam młodym kurczątkiem, mało dojrzałym, choć 25 lat. Pojechałam do niego daleko za morze. I tam poznawałam, tego nowego w sumie dla mnie człowieka. Na początku patrzyłam w niego, jak w obrazek; że taki mądry, męski.., dość szybko, bo z biegiem dni, że furiat, szaleniec strasznie zazdrosny. To były czasy, kiedy ot tak nie wyjeżdżało się za granicę. Musiałam całymi nocami wystawać pod paszportówką. Napatrzeć się w te przenikliwe oczy urzędników, którzy węszyli Bóg wie co. Na kajać, że wrócę do kraju..   I teraz kiedy w końcu tu jestem myślę, chyba trzeba uciekać.  Nie chcę opisywać najbardziej drastycznych scen, bo i po co. Chyba tylko po to, aby utwierdzić siebie i Was, że zawsze bałam się mężczyzn i  miałam powody.  A i jeszcze, że głupia byłam!! Któregoś dnia wróciliśmy ze spaceru po jego mieście. Pamiętam było lato, ja w krótkiej do kolan, dżinsowej spódniczce i fioletowej koszulce z krótkimi rękawami. Dziewczynka grzeczna, miła, uśmiechnięta. Niestety takie ciele mele, bez języka w gębie.  Jak sobie przypomnę, to aż mi samej robi się żal. A ten zamyka drzwi i krzyczy na mnie, że spódnica za krótka, że koszulka ma za duży dekolt i że wszyscy na mnie patrzyli, a ja na nich. Tłumaczę, że nie wypatrywałam oczu za nikim. Nie dokończyłam kajania. Ten zrywa bawełnianą koszulkę ze mnie i nożyczkami wycina dziury w cyckach. Ja czegoś takiego, jak żyję nie widziałam, nawet sobie nie wyobrażałam. Skulona, zapłakana usiadłam w kącie kanapy. Trzasnął drzwiami i poleciał. Nie znam języka, tylko rosyjski z obcych dany mi był. Do miasta portowego daleko, skąd bym mogła odpłynąć. Zdana całkowicie na niego, jednak obmyślam plan, jakby dać nogę. Nie pomyślałam za długo, słyszę klucz w zamku, wraca. Jak gdyby nigdy nic opowiada, że jutro jesteśmy umówieni na obiad do jego rodziców. Jeszcze kilka mniejszych scen zazdrości i innych jego głupot, a miłość, która nie była miłością wietrzeje do cna!!  Gwoździem do trumny była jego straszna scena zazdrości. Tak mnie przestraszył, że w te pędy na piechotę i wpław do Słupska  wracać chciałam (tam wtedy z kochaną mamą mieszkałam).

A było to tak: on o poranku wychodzi do pracy, ja zostaję w domu. Miała tu za godzinkę przyjechać moja koleżanka, która wyszła za mąż i zamieszkała w tym mieście. Dostałam przyzwolenie „mojego chłopaka”.  Rzeczywiście Alina ze swoim Szwedem przyjechali. Poprosili, abym pojechała do nich na kawę. Ugościli mnie filiżanką zbożnego napoju z jednym ciasteczkiem typu delicja. Porozmawialiśmy, dali mi swój nr telefonu i odwieźli.

„Mojej miłości” jeszcze nie było w domu. Coś tam robię, sprzątam i wpadł mi genialny pomysł ugotowania obiadu. Byłam głodna po tym jednym małym ciasteczku. A że za wiele możliwości nie było, znalazłam tylko kilka marchewek, dwie parówki i paczkę makaronu. Pokroiłam w kosteczkę marchewkę. Ugotowałam i jeszcze makaron i parówki.  Wraca do domu. Widzi, że posprzątane, ugotowane, pewnie myśli – ” jednak nie wychodziła do koleżanki”. Podałam do stołu. Nie mógł wyjść z podziwu, że coś znalazłam i nawet  potrafiłam z tego obiad wyczarować. A duszona marchewka do cna skruszyła go. Siadamy i zaczynamy. Ja opowiadam, że podjechali tu Alina z Samem i zabrali mnie na chwilę do swego domu. Jakby ogień połknął. Wstał kopnąwszy krzesło, zaczął wrzeszczeć, że tam pewnie frykasów się najadłam. Dokładnie wołowiny pamiętam, wrzeszczał. Nie to, co w tym biednym domu. Tłumaczę, że tylko kawę i  ciasteczko. Nie słucha, podchodzi do stołu zabiera mój talerz, otwiera kosz i wszystko zrzuca do śmieci, to samo z jego obiadem. I już po obiedzie. Patrzyłam na to mała, przestraszona gąska i wiedziałam, że nie ma czego ratować, chyba że swojej skóry. Ten jeszcze latał po domu, jak opętany. Wyrzekał, że naoglądałam się szwedzkiego bogactwa, to po co wróciłam do biednego Polaka. I, że jeszcze zapewne wdziękami oczarowałam Szweda. Przeczekałam furię. W ubraniu położyłam się w pokoju obok. Było ciemno. Nie mogłam zasnąć. Obmyślałam plan, jak wydostać się stąd.  Pomogła mi koleżanka. Nigdy więcej nie widziałam go.

 Myślę, że nadmiernej zazdrości nie nakręca potrzeba bliskości, ale lęk przed opuszczeniem lub brakiem zaufania do własnych atutów i możliwości. Czy zauważyliście, że osoby zazdrosne z reguły mają niskie poczucie własnej wartości.  Kontrolują partnera przeszukując kieszenie, telefon, maile, dzwoniąc stosunkowo często z pytaniem, „gdzie jesteś?, co robisz”? W swojej chorobliwej zazdrości mają urojenia, próbują ograniczyć kontakty towarzyskie, zawodowe. Nierzadko urządzają sceny zazdrości, nawet w towarzystwie. Cóż nam wtedy zostaje? Rozmowa. Terapia dla par. Ale jak namówić zazdrośnika?! Wręcz graniczy z cudem.  On dałby nam popalić za taką propozycję.

Kobiety, jak najbardziej też są zazdrosne. Powiem Wam, tak krótko, jak to było u mnie. Kiedy na początku zależało mi, bo widziałam w NAS cały świat, czułam ukłucie w serce, kiedy była żona wydzwaniała nawet o 1 w nocy. Każdy sms stawiał mnie na baczność. Było mi przykro, że kiedy tylko ona zadzwoni, ten biegnie, coś tam ratować. Zmieniło się, a właściwie zniknęło zupełnie moje uczucie zazdrości, kiedy po latach zabiegania o uwagę partnera, a zwłaszcza wspólne spędzanie czasu musiałam odpuścić, bo ile można, kiedy ten drugi nie zauważa cię. Nie ma teraz na ciebie czasu. Pewnie myśli, żeś żoną, to już zawsze będziesz pod ręką! Dana raz na zawsze! Błąd.  Obecnie nie interesuje mnie kompletnie z kim i kiedy spotyka się,  rozmawia, esmsuje… . Nie kochasz lub nie zrujnował Twojego zaufania (zdrada), to łatwo ci nie być zazdrosną.

Zastanawiałam się, kiedy to już patologia. Myślę, że jeśli czujemy się całkiem dobrze z jego niewielką zazdrością, w pewien sposób bardziej kochane, to wszystko w porządku, zwyczajna zazdrość. Natomiast, jak przejmuje nas strach, czujemy się winne, albo zaszantażowane, to mamy do czynienia z patologią. Niestety często kończy się rozejściem pary.

Życzę Wam tylko odrobinę zazdrości, takiej nieszkodliwej. Oby nikt nie przeszukiwał torebek, kieszeni, telefonów, listów ..