Tajemnica

Może nie każdy, ale wielu z nas nosi w sobie tajemnicę. I męczy się z tym balastem. Nie wie, czy może zabrać do grobu, czy ma takie prawo, czy raczej należy powiedzieć, ludziom, których to dotyczy?  Myślę o tym, bo niedawno moja przyjaciółka ze szkolnych lat, była strapiona, tym iż jej tata dowiedział się, że jego jedyna dużo starsza siostra, to biologiczna mama. Czyli mojej koleżanki babcia, a nie ciocia.

Czasem są to rzeczy, które nam ciążą i pomimo, że mamy świadomość, iż zrzucenie tego ciężaru przyniosłoby ulgę, to ryzyko jest zbyt duże, więc…ukrywamy.  Boimy się zawierzyć i zwierzyć. Pokazać na światło dzienne, tego, co najczęściej nie jest naszą chlubą. Nie mamy się czym chwalić, bo albo pokazuje nas w złym świetle, albo naszych kochanych. Może i chcielibyśmy rady, zrozumienia, rozgrzeszenia, ale gdzie go szukać? Nie mamy pełnego zaufania do nikogo.

W konfesjonale? Ale tam potrzebny mądry duchowny. Na kogo trafimy? Sekret Twój ujawniony, Ty zjechany, przeczołgany, pognębiony i jak klękałeś pełen obaw z brakiem wiedzy, co zrobić, tak i z klęczek z niczym odchodzisz, bo może i rozgrzeszenia nie dostałeś. Chyba, że trafisz w ręce księdza tzw. „dusza nie człowiek”. Wysłucha, wesprze dobrym słowem, rozgrzeszy, ale czy weźmie odpowiedzialność za udzieleni porady -„powiedz to córko, głównym zainteresowanym”, czy „zamilcz, jak grób”? 

U koleżanki? Nie, za mała więź. Obawiamy się niedyskrecji. Ona może puścić dalej i to w „największej tajemnicy”, z zaznaczeniem -„tylko nie mów nikomu”. I za chwilę wielu patrzy na Ciebie dziwnymi, okrągłymi oczyma, albo unika Twojego wzroku. Trzeba wiedzieć komu zaufać.

Może przyjaciółce od serca. Tylko,czy da nam to cokolwiek? Zaznamy spokoju, czy będzie umiała poradzić, co masz dalej ze swoim sekretem zrobić, i czy jest życiowym autorytetem Twoim? A stracić możesz jeśli nie przetrzyma próby ognia, a raczej „długiego języka”.

To może psycholog, on powinien wiedzieć o nas wszystko. Kiedy oni zapisują w komputerze wszystko, co płacząc wynurzysz z siebie. I  już się boisz. Możliwym jest, że kiedyś ktoś niepowołany przeczyta notatki z terapii! I co z tym zrobi? No co? Różnie może być, bo świat jest mały. Ale jak się leczyć, nie mówiąc prawdy?

Zostajesz ze swoją tajemnicą na wieki. Koniec podróży Twej na tym padole bliski. Nie wiesz, czy możesz odejść do św. Piotra i przed oblicze Archanioła, co zacznie ważyć dobro i zło, którym obdarzyłeś siebie, innych, swój ziemski żywot.

Pomyśl, czy wypowiedzenie tajemnicy coś zmieni, naprawi? Jeśli nie, to może zabierz ją przed oblicze pana? Właśnie najgorsze jest to, że nie wiesz, czy przyznanie się, pomoże głównym zainteresowanym, czy raczej zniszczy ich życie, zaważy na decyzjach, wyborach. I tkwisz w pułapce. Często zrzucenie tajemnicy i obarczenie nią drugiego, to przerzucenie ciężaru.

I dalej nie wiem, co zrobić z tajemnicą. A nic z nią nie zrobię. Może z nimi nic nie powinno się kombinować. Kładę się i hipnotyzuję muzyką, dźwiękami mistrza transu,  o jednej sprawnej dłoni. Lubię Yasmin Levi i Black Coffee. Dziwne połączenie. Yasmin to moje drugie ja. Mogę jej słuchać na okrągło, ale ten chłop, o pięknym kolorze skóry coś w sobie ma. Ciągnie mnie do jego rytmów, ale tylko czasami w specyficznych warunkach moich emocji.

Black Coffee @ Salle Wagram for Cercle

Reklamy

Zanim zacznie się biesiada – sałatka z brokuła

Sałatka z brokuła i fety, posypana słonecznikiem koniecznie świeżo uprażonym, to doskonałe rozwiązanie na kolację przy świecach, na przystawkę na imprezie, czy lekkie danie do pracy. Zawsze coś innego, niż chleb z serem. Dla mnie najważniejsze w tej sałatce jest posypanie prażonym słonecznikiem zaraz przed podaniem na stół. Całość może być zrobiona trochę wcześniej i leżakować w lodówce, ale bez ziarenek, bo jak namokną, zmiękną, nie mają już tego uroczego chrupkiego pod ząb!
Sałatka z brokuła i fety
1 duży brokuł
1 opakowanie sera feta 
1/2 szklanki ziaren słonecznika
sos:
4 łyżki jogurtu naturalnego
2 łyżki majonezu
szczypta soli
szczypta pieprzu
1-2 ząbki czosnku
  •  Brokuły obrać, podzielić na drobne różyczki i ugotować al, dente w osolonej i lekko osłodzone wodzie – ma być chrupki, lekko twardawy.
  • Zabieramy się za sosik. Czosnek obieramy i przeciskamy przez praskę. Następnie dodajemy majonez oraz jogurt. Wszystko mieszamy dokładnie i doprawiamy solą., pieprzem
  • Ser feta kroimy na małe kosteczki.
  • Słonecznik prażymy kilka minut na suchej patelni. Musimy uważać by nie przypalić.
  • Sałatkę układamy warstwami: brokuł, feta, sos i prażony słonecznik.
  • Tak samo układamy 2 warstwę. Można też na dużym półmisku jedną warstwę ułożyć. Odstawić na ok.5 minut, by smaki się „przegryzły”. I  przed samym podaniem posypać prażonym słonecznikiem. Ja tak robię No, pycha!

U mnie już po spotkaniu rodzinnym. Narobiłam frykasów, a wiecie co gości najbardziej zachwyciło i usłyszałam wow, jak na stoły zajeżdżały pierogi ruskie. Och!

Maleńki temat pod rozwagę. Dziś  moje myślenie strapiło mnie trochę. I możecie pogrozić mi palcem za to. Wysiadam z yariski, włos mój świeżo umyty, lśniący płomieniem, tupią zgrabne buciki rozmiar 33, czarna skórzana kurteczka, butelkowy, czyli zgniłozielony kolor torebki, czarny berecik z błyszczącymi oczkami, ciemnozielona przylegająca sukienka z przerzuconym szarym szalem. Czuję się zadbana, dobrze i wygodnie ubrana, spryskana kilkoma kroplami, dziś Calvin Klein. Energicznie tupię bucikami na obcasach, a tu drogę przecina mi przystojny, jak piorun mężczyzna. Krótki jasnoszary płaszczyk, rudobrązowy szal, rdzawego koloru spodnie, brązowe lekko podpalane, czyli cieniowane butki, w dłoni brązowa, skórzana aktówka. Powiało pięknymi klasycznymi perfumami. Raczej nie oglądam się za mężczyznami, ale ten tak mnie ujął dbałością o wygląd, że odruchowo za pięknem pociągnęłam wzrokiem. I w tej samej sekundzie z pewnym smutkiem przeleciała myśl, czy to jest gej? Zawstydziłam się tego. Dlaczego tak pomyślałam. Kiedyś, to znaczy za króla ćwieczka i mojej młodości,  w sklepach niewiele było. I kupić lub dostać w prezencie dżinsy z pewexu graniczyło, no może nie z cudem, ale wielką radością, chyba nie specjalnie zwracałam uwagę na dbałość o image mężczyzn. Dziś, kiedy jest tyle możliwości, tylko chcieć, uważam, że to często ich lenistwo. Oni wzrokowcy lubią oglądać się za wystrojoną kobitką, a sami w rozciągniętym po kolana swetrze.. .  Smuci mnie to. Oczywiście nie wszyscy, nie można generalizować. Żałuję tylko, że moje doświadczenia w ich dbałości są tak marne, że jak już zobaczę pana nie młodzieniaszka, i zadbanego to myślę , że gej, bo oni zawsze dbają o wygląd.

Bigosik

Nazywam go bigosikiem, bo trudno nazwać szumnie bigosem z mięsiwem, pieczystym, śliwką, miodem, pomidorami.., takiego  duszonego kilka dni. Mój jest lajtowy, na miarę Basi. Może ktoś powie namiastka bigosu. Może. Ale taki właśnie lubię.

Nie zapomnę uczucia, jak z piętnaście lat temu jedząc bigos u sąsiada staruszka przełknęłam kawałek mięsa z tłuszczem. Powoli przelatywało przez przełyk, coś w formie i odczuciu jak śliska ostryga, grzybek marynowany w śluzie. Świadomość, że  jest to kawałek trzęsącego się czegoś tłustego, ugotowanego i wchodzi we mnie, zatrzęsło mną. Nic nie rzekłam, ale zapamiętałam.

Jak robię bigosik z kiełbaską? Kupuję:

  • wiaderko, czyli 1 kg kapusty kiszonej,
  • ok 10 małych cienkich kiełbasek śląskich, kilka frankfurterek,  1 długą podwawelską,
  • 2 szalotki, 1 kostkę rosołową,
  • solidna garść suszonych leśnych grzybków i 30 dag pieczarek
  • z przypraw tylko utłuczony w moździerzu pieprz

Wyjmuję kapustę na deskę i wielkim nożem kroję na drobniejsze kawałki, wrzucam do garnka z garścią grzybków leśnych, kostką rosołową i zalewam ok 3 szklankami wody, przykrywam i gotuję. Nie spieszę się, na średnim ogniu gotuję, dolewam wody, jak się wygotowała i jest resztka. A w tym czasie na patelnię wlewam olej i wrzucam drobno pokrojone cebule i pieczarki w kosteczkę. Podsmażam na rumiano, pieprzę utartym w moździerzu czarnym pieprzem. Przerzucam do garnka z kapustą. Teraz na patelnię dolewam oleju i podsmażam pokrojoną w kostkę kiełbasę podwawelską (lub inną dobrą). A mniejsze cienkie kiełbaski przekrawam tylko na pół, na ukos i wszystko dorzucam do bigosu. Duszę spokojnie.  Cała ta praca zajmuje mi ok.2 godzin. Kawałek chlebka razowego i zajadam. Wegetarianie śmiało mogą opuścić kiełbasianą wkładkę i kapusta duszona z leśnymi grzybami, podsmażaną szalotką, pieczarkami też pycha. Mój bigosik można nazwać kapustą z grzybami, kiełbaską i cebulką. Wiem, że koło prawdziwego bigosu polskiego, z różnymi mięsiwami, moje maleństwo nawet nie leżało. Ale mogę sobie teraz pozwolić gotować po swojemu, bo przyszedł czas, że robię to tylko dla siebie. Swoją drogą dziwne uczucie. Z czasem zwyczajnie wygodne.

A na koniec maleńka myśl o naszych wyborach.  Filozof Alain ujmuje myśl z grubsza tak:

„Rzecz nie w tym, żeby uczynić dobry wybór; chodzi o to, aby sprawić, że wybór , jakiego się dokonało stanie się dobry”.

Jednym słowem, praca i jeszcze raz praca nad naszymi czynami. Nie cofać się, nie załamywać rąk, tylko myśleć, jak z tego najlepiej wyjść, aby to co już zrobiłem miało sens. Wiem, często, to ogrom trudu i chce się powiedzieć-  „nie da się”, a jak da, to i tak efekt marnym będzie. Starajmy się, póki widzimy najmniejszą szansę powodzenia!

PS wróciłam z pracy, gdzie bigosikiem poczęstowałam szefa. Wierzcie mi, miło było patrzeć z jakim apetytem zajada. Bardzo pochwalił i podziękował. Czasem nie trzeba wydać dużych pieniędzy, aby dobrze zjeść.

 

Pączusie

Jak wiecie lubię gotować, piec. To mnie nie męczy, raczej nakręca.  Myśl, że dziś mam wolny dzień, budzi lepszy poranek. Jak wstaję nigdy nie maszeruję do kuchni, tylko łazienka, kotek, ćwiczenia z drążkiem, przegląd komentarzy i dopiero myśl, może bym coś zjadła? Spacerkiem do sklepów, wracam i z radością obmyślam jakie pierożki, kluseczki, pieczyste, czy krokiety zrobię. Sama myśl o gotowaniu, już mnie nastraja dobrze, daje swego rodzaju poczucie bezpieczeństwa, spokoju w życiu.

Chętnie zaglądam na blogi kulinarne i właśnie znalazłam uroczą dziewczynę o zacięciu cukierniczym @kulinarnyblogsamanthy. Polecam! Ostatnio wrzuciła prosty przepis na pączki serowe.  Dzięki pani Jolancie mam wiele słodkości do wypróbowania. Pierwsze na tapetę, czy stolnicę poszły pączki serowe. Choć nigdy nie przepadałam za pączkami domowymi, jakieś twardawe i przypalone wychodziły, a jak jaśniejsze, to w środku niedopieczone. A te serowe mnie skusiły.

  Już zadanie wykonane, tylko trochę musiałam pokombinować, bo dałam wilgotny twaróg śmietankowy, a nie suchy, zbity i ciasto wyszło zdecydowanie za rzadkie. Wszystko po kolei opiszę i jak najdzie Was chętka na pączusia, to otworzycie kompa i do roboty. Tym bardziej, że zbliża się dzień obżarstwa pączkowo-faworkowego. Tłusty czwartek obchodzimy w ostatni czwartek przed  Wielkim Postem. W tym roku wypada dość późno, dopiero 28 lutego.

Przygotuj składniki i głęboką miskę do wymieszania ciasta, oraz garnek do smażenia pączków lub frytkownicę. Ja wzięłam mniejszy garneczek i smażyłam po ok 6 pączusiów.

PĄCZUSIE SEROWE według pani Joli i Basi kombinacji

Składniki:

  • 2 szklanki mąki pszennej (ja dałam krupczatkę i później dosypałam jeszcze jedną szklankę)
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia (płaskie , ja pokusiłam się o dosypanie jeszcze 1 małego opakowania suszonych drożdży)
  • 1/2 łyżeczka soli
  • 420 g twarogu białego (ja dałam wilgotny, śmietankowy)
  • 3 łyżki drobnego cukru (dałam 5, bo zwiększyłam ilość ciasta)
  • 1 łyżka cukru wanilinowego
  • 4 jaja (moje były duże)
  • 3 łyżki kwaśnej śmietany 18%
  • olej do głębokiego smażenia
  • cukier puder do posypania (można z dodatkiem cynamonu, kto lubi)

Wykonanie:

  1. Mąkę z solą i proszkiem do pieczenia wymieszać (ponieważ było za rzadkie dałam jeszcze szklankę mąki i małe op. suchych drożdży)
  2. Dodać twaróg przeciśnięty przez praskę (ja ugniotłam widelcem, bo był bardzo mokry od śmietanki)
  3. Cukier i cukier wanilinowy.
  4. Jajka lekko rozmieszane i śmietanę (ja rozkłóciłam jajka i dolałam śmietankę do tego, wymieszałam)
  5. Połączyć wszystkie składniki do uzyskania jednolitej masy.
  6. Formować małe kulki za pomocą łyżki do lodów lub ręcznie.
  7. Smażyć w głębokim oleju w temp, 170-180 C przez 3 minuty z obu stron.
  8. Gorące posypać cukrem pudrem.

Ja dałam twaróg śmietankowy, ugnieciony widelcem, bardzo wilgotny i ciasto wyszło dość rzadkie, takie, że nie dało rady formować kulek, więc dosypałam jeszcze szklankę mąki krupczatki, dwie łyżki cukru i przyznam się 1 malutkie opakowanie suchych drożdży. Więc ciasto rosło na proszku i drożdżach. Usmażyłam z 1/4 części ciasta, a resztę osypałam mąką i włożyłam do woreczka foliowego, umieściłam w lodówce. Następnego dnia powtórka z rozrywki, tylko do pomocy w zjadaniu zaprosiłam córeczkę. Było miło.

Te z ciasta proszkowo-drożdżowego, które leżakowało w lodówce i nabierało mocy przez noc, formowało i smażyło się lepiej. Po usmażeniu miały gładkie ścianki, bez pęknięć, chropowatości, nierówności.  Zwilżałam tylko dłonie wodą i kręciłam małe kuleczki. Lepiej mniejsze niż większe, bo ciasto może nie dopiec się w środku. Te z ciasta po nocnym leżakowaniu wyszły zdecydowanie delikatniejsze, lepsze.

Filiżanka kawy, kilka małych pączków i ładnie kończy się dzień. Moja córeczka nie jest fanką pączków żadnych, ale spróbowała, posiedziała z mateczką i porozmawiała. Zastanawiała się nad tematem, który wraca jak bumerang, -„co z moim życiem, mamo?” Nie chce, aby przeleciało jej przez palce. Usłyszałam od niej wiele mądrych  zdań. Opowiadałam jej, jak swoje wolne dni chcę poświęcić na sprzątanie i wystrój nowego salonu (szef otwiera kolejny, takowy cudny, kameralny). Odwodziła mnie, mówiąc:

-„Mamuś, ty zawsze, tak mocno cieszysz się na każdy wolny dzień. Masz tyle pomysłów, zapału w zapełnianie ich, urozmaicaniu. Poświęć ten czas dla siebie, nie na pracę. Nikt z nas umierając  nie będzie żałował, że za mało czasu spędzał w pracy, za mało oglądał telewizji.., tylko za mało żył z bliskimi, za mało odpoczywał, cieszył się życiem, drobnostkami, na które zawsze brakowało miejsca w naszym kalendarzu”. 

Pomyślcie o tym. I nie bądźcie nadgorliwi. Życie mamy jedno. Przeżyjmy je dobrze, bez złego.

Nie być na liście

Wiecie, jak ja mam dobrze, jeśli chodzi o dostęp do książek. W tej samej kamienicy, pode mną mieści się biblioteka publiczna z mnóstwem książek i sympatyczną obsługą. Choć ostatnio zaczytuję się w swoim prezencie mikołajkowym, w słowach ks.Bonieckiego. Zatrzymałam się dłużej przy fragmencie o pomaganiu. Opisuje tam krótko zdarzenie podczas pobytu w Paryżu. Niedaleko jego mieszkania, młoda kobieta rzuciła się pod metro, zostawiając na ławce zawiniątko. Swoje dziecko i list. Wyliczyła w nich miejsca i ludzi, u których daremnie szukała pomocy. I tak jak ksiądz, pomyślałam- u kogo mogę być na takiej liście?

Te kilka słów zostawiam wam na dzisiejszy dzień. Zamykam kompa i dłuższy trening robię. Pobiegam sobie po lesie, a jak się zmęczę, to ubitą ścieżką nad morzem. Życzę Wam miłej niedzieli. Odpocznijcie.

 

Ciernie

Jestem smutna. Radzę sobie. Radzę.. . Wszystkim mówię, a zwłaszcza swojej głowie, że życie jest piękne. Wierzę w to. Choć kątem oka widzę tę biedę ludzką. I nie piszę o niedostatku finansowym, tylko w tym wypadku o: szklistych, przekrwionych oczkach, śmierdzącym oddechu, czerwonych policzkach, mówionych głupotach, zarośniętej, dwa dni niegolonej twarzy, rozchełstanej koszuli, krzywo zapiętych guzikach, przysypiającym, a w dłoni pilot od tv.. .  Agresji nie ma, skądże! Pełna kultura. Więc, czego się czepiać. Tylko straszny obraz, tak wyglądającego mężczyzny zostaje w twojej głowie.

Chyba nie napiszę dziś wiele.  Przecież nie wolno mi, entuzjastce życia poddać się i powiedzieć, że wszystko jest do d…, o kant stołu.

Nie marudzę mu, nie wyrzekam..  A może ten obok potrzebuje pomocy? Z jednej strony cieszy się, że jestem wyrozumiała, niewtrącająca, a z drugiej może chciałby, abym zmusił go do wzięcia się za siebie? A ja udaję, że nie widzę, bo przecież to jego życie. Bierna, mam współudział w jego zatracaniu się.

Współczuję tym, co muszą co drugi dzień wypić piwko, no dwa, „góracy” (jeszcze żarty się mnie trzymają), łyknąć drinka, czy pociągnąć z gwinta piersiówki lub kulturalnie sączyć kieliszek za kieliszkiem wytrawnego winka, ale i tym, co są razem i obok. Mężczyzna zawsze bagatelizuje mówiąc – „Ciężko pracuję, nie czepiaj się, nie ma problemu, to tylko dwa piwka po robocie”. Będzie chciał, to wyjdzie, a my go wtedy wspierajmy. Jego wola jest tu ważna, nie rodziny.

Każdy z nas ma swoje ciernie i marne strony. Idę spać. Dobranoc.

PS Te zdania dopisuję, po waszych komentarzach. Bardzo Wam dziękuję. Wszyscy utwierdziliście mnie, że nic na siłę. Jestem obok, jakby co. I zawsze chętnie pomogę, jak będzie chciał. Już mi lżej. Idę posprzątać kuchnię, bo chłop podpity, jak gotuje, to świat się wali, a kuchnia na pewno. Dzięki kochani. No i znów uśmiecham się.

 

„Feta w ziołach, pływająca w oliwie w towarzystwie czosnku”

Wiecie, że z moim jedzeniem nie jest tak prosto. Wielu smaków nie lubię, na widok niektórych potraw wzdrygam się i jak nie ma w lodówce czegoś świeżego kuszącego mnie, to nie jem, aż przyduszona głodem zapiekam na chrupko w tosterze kawałek bułeczki i smaruję świeżym masełkiem, popijam herbatką z cytryną. Ostatnio wynalazłam w Biedronce, (mam blisko) słoiczek z dobrą zawartością. Podłużne, pikantne, zielone papryczki peperoni nadziewane serkiem i zalane pikantną oliwą. No „miód” na me serce, czy język. Kładę w świeżą bułeczkę ze 2, 3 papryczki i zajadam z apetytem. Zostaje mi oliwa smakowa. Wykorzystuję ją.

Przygotowuję opakowanie fety 200 gram, 6 ząbków czosnku, garść oliwek zielonych lub czarnych, ale nie przesadzam z ich ilością,dla mnie one mają być tylko dodatkiem, do 10 listków świeżej bazylii, ze 2 łyżki suszonych płatków chili, ok 2 łyżeczek pieprzu kolorowego, utłuczonego na grubo w moździerzu, zioła suszone do obtoczenia kostek fety: tymianek, rozmaryn, estragon i oliwa do zalania.

Na dno zgrabnego bardziej zdobnego, szerokiego słoiczka sypię płatki chili, utłuczony pieprz, układam świeże listki bazylii, na to czosnek pokrojony w cząstki i jedną warstwę oliwek, teraz już do końca kostki fety obtoczonej w suszonych ziołach (robię to w małej miseczce ziół) przetykam małymi ząbkami czosnku. Zalewam oliwą pozostałą w słoiczku po nadziewanej peperoni. Jest jej za mało więc dolewam oliwy, aby zakryła zawartość słoiczka. Śmiało możecie wykorzystać tylko oliwę a nawet olej rzepakowy. Odstawiam do lodówki na minimum dobę, choć na 3 lepiej i później ku radości podniebieniu zajadam. Ten maleńki cudzik kulinarny podkręci każdą kanapkę, sałatkę. Można skubnąć tego między tym a tamtym. Polecam. Czosnek tak marynowany, pyszny, ale zajadam, kiedy mam wieczór bez całowania, a następnego dnia wolne od masowania ludzi. Coby nie powalić nie tyle moimi bicepsami, co oddechem.

Można zrobić po swojemu z tym co lubimy. Z dodatkiem kaparów, suszonych pomidorów, świeżej chili, ziarnami dyni, czy słonecznika, może suszonej żurawiny. Można samą fetę bez oliwek. Serek pokrójcie, jak chcecie, ja kroję dużym nożem na większe równe kostki. Za każdym razem ocieram nóż z resztek serka, jeśli taki znajdzie się na ostrzu. Warto zrobić sobie czasem małe co nieco.

A teraz małe co nieco do przemyślenia.

Motyle w brzuchu, to symbol zauroczenia, zakochiwania się.  Bardzo lubimy mocniejsze bicie serca na jej/ jego  widok, fajerwerki i stan ekscytacji. Jak myślicie, miłość kończy się wraz z zanikiem takich symboli, czy dopiero wtedy zaczyna? A może to się nie wyklucza?  Może przechodzimy ze stanu zakochania, zachłyśnięcia się emocjami w dojrzałą postać miłości. Wszystkie te początki razem, kiedy dymią fajerwerki, nie koniecznie stworzą miłość. Bardzo często przemijają, odfruwają motylki i zostaje jakieś tam wspomnienie. Nauczyłam się, że na początku nie warto snuć jakichkolwiek planów, bo  to minie. A z planami, z nadziejami, trudniej odłożyć ad akta i przejść spokojnie do starego życia.

Zrobiono badania, co nas ludzi najbardziej ujmuje w swoim partnerze z pośród trzech składników miłości: namiętność, intymność, zaangażowanie. Dla kobiet kluczową sprawą jest intymność,  czyli bliskość.  Dla mężczyzn, tak naprawdę liczy się namiętność, nie żadne gotowanie zupy, pranie.. . „Im bardziej kobieta pała namiętnością, tym bardziej zadowolony jest jej partner” (B. Wojciszke). Kotlet na którymś miejscu też jest. To testy na grupie ludzi, można uogólnić, co nie znaczy, że nie ma odstępstw. Ja rzeczywiście w stałym związku cenię sobie bliskość, a nawet w tych „tymczasowych” też zauważam, że już sama namiętność bez bliskości nie stoi na piedestale.

Życzę Wam motyli i tego dojrzałego „po”!