Przyjemne podtrzymywanie życia

Fleksitarianizm, to coś dla wielu z nas. Trudno zrezygnować całkowicie z niejedzenia mięsa. Próbujemy, próbujemy idzie całkiem dobrze i  łamiemy się, bo wielka chrapka nachodzi nas; na kabanosa, czy solidny rosół. Życie przyniosło rozwiązanie, nowy trend. Ten cały fleksi.., to ukłon w moją stronę, bo ja do tych małojadków mięsnych należę.    Okazać się też  może, łagodną kładką do naszego przyszłego wege.

Na pewno trzeba jeść, aby żyć. Tak, jak pić, oddychać. Chyba samym światłem słonecznym i praną nie nachapiemy się (bretarianizm). No i jedzenie to przyjemność, nie ma co z niego rezygnować.  Z tym jedzeniem to ostatnio ambaras. Wszyscy biją na alarm, nie jedz tego, tamtego. Jedz to i tamto koniecznie.

Ja zawsze byłam niejadkiem. Nie lubiłam wielu potraw i tak mi zostało, choć jadłospis powiększyłam co nieco.  Łatwo mnie wyżywić, bo mało i skromnie, ale czy zdrowo, to dyskutowalibyście.  Piszę do was tego posta, bo niedawno dowiedziałam się kim jestem, jako zjadacz, że zaistniało określenie na takich, co nie zrezygnowali całkowicie z mięsa, ale zdecydowanie je pomniejszyli, na rzecz warzyw, owoców. Jestem fleksitarianką.  Czy z tą ładną nazwą, czy bez, jem mięsko od czasu do czasu. Kiedy ciałko me zawoła:

– „Baska, myśliwkę bym zjadło, jałowcowej plasterek, kabanosika kawałeczek”! Wsunę, ale tylko kawałeczek, bo żołądek chyba miniatura.

Już wszyscy wiemy, że mięso na talerzu nie służy naszej planecie. Czytamy  statystki i włos się jeży. Do wytworzenia np. 30 dag. pszenicy (cobym makaron swój zrobiła) potrzeba nam 390 litrów wody, a do 30 dag. wołowiny na stek 4650 litrów. A czy ja naprawdę potrzebuję codziennie, czy co drugi dzień wcinać mięso? Nie! Często słyszę, jak koleżanki mówią, iż nie mają ochoty na schabowego, wolą zjeść pieczarki, ziemniaczki opiekane, czy makaron z twarożkiem i  truskawkami, albo pycha pierożki z kapustą i grzybkiem leśnym.

Jakby zostawić  całą filozofie ochrony Ziemi i etyczne problemy pożerania zwierząt, to my sami, nasze ciała czują, że nastąpił przesyt spożywania mięsiwa. Ja tak mam od jakiegoś czasu, co nie znaczy, że nie skusi mnie  raz na pół roku skrzydełko z KFC, czy kebab, nieopodal mojej pracy, przyciągający zapachami. Ale to sporadyczne.

Mamy XXI wiek, większą wiedzę o tym, co wokół nas, o zmianach w przyrodzie. Większą świadomość ochrony i pomocy planecie, aby jeszcze posłużyła następnym pokoleniom.

Do jedzenia wege przystosowały się restauracje, stołówki pracownicze, uczelnie, szpitale, abyśmy mieli wybór. Najpierw portugalscy parlamentarzyści przyjęli ustawę o obowiązkowych daniach bezmięsnych w publicznych miejscach zajadania. A dyskusję podjęło wiele państw; Anglia, Niemcy, Japonia, Argentyna.  Kucharze prześcigają się w tworzeniu przepisów na dania smaczne, bez użycia mięsa. Tylko chęci dzielą nas abyśmy byli zdrowsi, a planeta o ździebko dłużej służyła.

Do trendu na redukcję spożycia mięsa, dołączyło wielu z nas.  W rodzinach  dobry przykład częściej dają młodzi, świadomi i zaangażowani. Nam starszym pokoleniom, co na boczku, golonce i żeberkach wyrosła, a i na galarecie z nóżek wieprzowych chyba trudniej, no i tak jak ja zostajemy fleksitarianami. 

Teraz jak nic prosi się pokazanie jadła bez mięska, takiego, co dobrze wygląda, jest proste w zrobieniu i smaczne na języku. Mam takie danie dziś w piekarniku.

„Ślimaczki ze szpinakiem i pieczarką”

Już spieszę podzielić się z Wami. Razu pewnego, jak to oszczędna gospodyni napotykam piękne malutkie pieczarki i cena tak przystępna, aż żal nie kupić. Biorę. Kładę w  kuchni i leżą. Leżakują tak pierwszy, drugi i w końcu na trzeci dzień, myślę trudno,  kupiłaś oszczędnie to wykorzystaj zróbże coś z nich. Smażę na patelni pokrojone pieczarki wraz z 1 cebulką i ząbkiem czosnku. Do tego wrzucam garść liści szpinaku, też pokrojone. Plątał się taki niezużyty do końca z poprzedniego dania. To wykorzystałam je. Solę i przesmażam. Lekko posypuje gałką muszkatołową.  Tak przygotowanym nadzieniem posmarowałam płat ciasta francuskiego (kupiłam w Biedronce). I zwinęłam w rulon, pokroiłam na plastry ok. 2 cm. Wyszło 14 sztuk zwijanych po krótszym boku, czyli grubaski wyszły. Ułożyłam na blasze na papierze do pieczenia, tak na leżąco, bo nadzienia dużo było i ciężkie w sumie te ślimaki. Do nagrzanego piekarnika, piekłam kwadrans, do 20 minut i można było zajadać na ciepło lub zimno. Ja zabieram je do koleżanki.

Mamy tam babskie spotkanie na grillu, a że karkówki,  czy kurczaka nie chcę jeść, to ślimaczki zabiorę, niezdrową zimną colę, bo piwa nie piję. A, i dobry humor, ten mnie nie opuszcza. Będę kierowcą, co zawiezie i odwiezie, bo niepijąca. Trzymajcie kciuki, abym wiedziała gdzie je odwieźć. A i jeszcze nie pojechać pod prąd.  Hi hi. 

Reklamy

Kolacja we dwoje

Czasami zdarza się nam święto. Nasze święto. Czy to będąc w związku małżeńskim, partnerskim, świeżym związku, czy zasiedziałym, a może pierwsze spotkanie, czy takie raz na miesiąc, bo mieszkacie daleko od siebie. Zawsze warto wtedy postarać się. Przygotować.

Teraz kiedy ludzie wpadają w wir randek za pomocą portali, tym bardziej warto uzmysłowić sobie, czego ona/ on oczekuje ode mnie i co chcemy ofiarować sobie na takich spotkaniach. Zapewne w nowym związku ważne są także rozmowy, próba poznawania siebie nawzajem, a w tych starych układach, może małżeństwach od lat, pragniemy ekscytacji i złamania rutyny.

Wchodzisz do mieszkania, czy pokoju hotelowego i widzisz, świeże kwiaty w wazonie. Na stole, jeśli nie przygotowana kolacja, to chociaż wino, schłodzona cola, czy herbatka zaparzona. Panowie podpowiem Wam, że serce kobiety niezwykle jednają płatki róż. Wystarczy z jednej rozsypać na pościeli. Oczywiście jesteście starannie ogoleni, a z ust waszych nie wydobywa się smród piwa, czy wódki. Jeśli ona to poczuje, to najczęściej jest już „pozamiatane”.  Natomiast chcemy poczuć, że to dla obojga ważna chwila.

Nastrojowa muzyka, płomyki świec i czekoladki. Co jeszcze, to zapewne inwencja niejednemu podpowie. Może perfumy, majteczki lub dobra książka, płyta, wizyta w hotelowym spa. Wszystko zależy jakie to spotkanie. Może wasza rocznica, może próba przeprosin, czyli wyciągnięcia dłoni na pojednanie. 

Temat ten przyszedł mi do głowy, na podstawie opowieści koleżanki, która próbuje w gąszczu samotnych, znaleźć kogoś odpowiedniego dla siebie. Raz opowiadała, jak mężczyzna przyjął ją na umówionym spotkaniu w swoim mieszkaniu, otwierając drzwi w samych kusych majtkach, a bałagan z rozrzuconymi skarpetami, skotłoszoną pościelą i nim śmierdzącym potem z pod pach zniechęcił do czegokolwiek.

Nasza blogerka, Jola, a dokładnie jej przepis był moją inspiracją w tworzeniu trochę innego dania. Na kolacje we dwoje. @kulinarnyblogsamanthy .

  Na podstawie jej ostatniego przepisu – DZIĘKUJĘ JOLU, zrobiłam fajne danie,  zmodyfikowane tym, co miałam w domu. Wprawdzie nie postawiłam na kolację we dwoje, bo takiej nie miałam. Za to zaniosłam mojej ulubionej pani krawcowej. Ta kobieta ma złote ręce. Wszystko poprawi, naprawi.  Pracownia krawiecka „Iga” ul. T. Kościuszki w Gdańsku.  Teraz przyjęła do naprawy moją znoszoną czarną haleczkę, z którą jeszcze żal mi się było rozstać i nową kurteczkę w kwiaty, która po prostu za dużą jest. Wy możecie upichcić tego kurczaka ze szparagami i orzechami na Wasze święto, kolację we dwoje.

„Kurczak ze szparagami i orzechami tudzież”

Zawsze marnie wychodzi mi gotowanie szparagów. Chyba byle jakie trafiam, bo najczęściej łykowate. Wtedy wspieram się gotowymi, takimi w słoiczku, już ugotowanymi, np. firmy Rolnik. Ale załóżmy, że same to zrobimy. Odcinamy końcówki, bo mogą być trochę zdrewniałe i gotujemy al dente w osolonej i lekko posłodzonej wodzie, zwłaszcza jak mamy zielone szparagi (ja wole białe). Odcedzamy  i zalewamy zimną wodą, ponownie odcedzamy. I tym razem znowu wyszły marne, ugryźć nie było jak, bo otoczka łykowata, a środek miękki do wysysania, no ale kto chce na randce coś wysysać!! Na pewno nie szparagi. Z szafki wyciągnęłam Rolnika, najczęściej takiego trzymam, a nóż się przyda.

Na patelnie wlewam chlust oleju i wrzucam pokrojonego w kostkę podwójnego fileta z piersi kurczaka. Solę, posypuję przyprawą gruzińską. Takową przywiozła mi córka z autostopa po Gruzji i szczyptą szafranu  (też stamtąd). Dajcie swoją ulubioną, jaką macie. Pokroiłam jeszcze 2 ząbki czosnku. I wrzuciłam po garści orzechów włoskich i nerkowca. Przesmażyłam. Dodałam  300 ml śmietany 18%, kto chce nich zaszaleje z 30 tką! Jeszcze natkę pietruszki drobno pokrojoną i  gałązkę rozmarynu (nie za dużo, bo zdominuje smak). Przesmażyłam krótko.

Osobno ugotowałam makaron, ja dałam taki wyglądający, jak ziarenka z dojrzałego ogórka, ale to obojętne, jaki lubicie lub macie w domu.  A możecie zrobić  swój własny. Na 2 szklanki mąki (35 dag) daje 4 jaja i szczyptę soli. Ugotowany makaron i szparagi wrzucam do mięska w sosie, mieszam delikatnie. Na talerzu posypuję startym żółtym serem (lub parmezanem, jak wolicie).

Smacznego kochani. Bez tej ukochanej osoby smakuje równie dobrze, no zgoda, trochę mniej. Ja ugotowałam też dla córeczki kochanej mojej. Jutro zawiozę jej do pracy. Spokojnej nocy życzę.

 

Wypisana?

Nie wiem, co będzie dalej. Chyba jestem wypisana.

Żaden temat nie jest mocno we mnie, albo ja nie jestem gotowa pisać na dany temat, np. o filmie dokumentalnym Sekielskiego. Tylko parę słów.

To, że instytucja, jaką jest kościół katolicki zawiodła niejednego wiernego, to wielu z nas poczuło szereg lat temu, a za tym przyszedł trend opowiedzenia się  za określeniem – „Jestem wierzący, ale niepraktykujący”.

Kapłani, jako ludzie wysokiej moralności -tak przynajmniej powinno być,  zawiedli życiem prywatnym. A to ukrywaną rozwiązłością, wystawnym życiem, bogactwem, szeptami o molestowaniu, pedofilii.. . Po obejrzeniu „Kleru” nasze rozczarowanie kapłanami ugruntowało się. Ale prawdziwy ból i wielki smutek zagościł po obejrzeniu „Tylko nie mów nikomu” Tomasza Sekielskiego.

Może nie byłam przygotowana na taki dokument, no bo film fabularny to inna inszość. Można dodać, wyostrzyć, ubarwić, przerysować, czy podkolorować. A tu widzimy ofiary, które stanęły oko w oko z oprawcami. A nawet takich, co przyznają się do winy.

Pedofilia także w polskim kościele! Wielu domyślało się, podejrzewało, coś tam słyszało. Obejrzało „Kler” i zasmuciło, zaniemówiło, no bo jak tu teraz poradzić sobie z tą wiedzą?  Jak chodzić do takiego kościoła? No jak? Powiecie do Boga, nie do księży. No tak, ale z Bogiem mogę spotkać się  w lesie na spacerze i w szkole na przerwie i w zaciszu swego pokoju, czy jadąc tramwajem do pracy. Mogę.

Kiedy ja tak bardzo lubię przychodzić do świątyni świętej Barbary. Czuję z nią więź. Łączy nas imię. I wierzę, że nie było mi dane ot tak sobie. Ona wzięła mnie w opiekę. A swoją drogą tak bardzo żal mi jej, oddała życie za wiarę chrześcijańską. A co, my ludzie z tą wiarą porobiliśmy. Panie mój, jak Ty na to patrzysz?

Z drugiej strony pomyślałam, przecież nie wrzucisz wszystkich do jednego worka. Zdajemy sobie sprawę, że są ludzie i ludziska, duchowni i DUCHOWNI. Ale ten dokument jednak dobił. Tak po ludzku zrobiło mi się żal tych ludzi, którzy przeszli piekło będąc dzieckiem. Piekło bezbronnej istocie zgotowane przez sługę bożego!! Łatwiej nam te baby księży wybaczyć, i próbujemy tłumaczyć  -„To tylko człowiek i ten cały celibat nie jest mądrym rozwiązaniem..”. Ale dziecko krzywdzić!? Straszne i obrzydliwe zarazem, jak mocno człowiekiem rządzą żądze, że serce i sumienie gubi.

Może przyjdzie nam wierzyć w Boga, nie przypisując go do żadnej religii? Takie tam moje małe myślenie. Już nie wiem co myśleć, potrząsnęło mną.

Powiecie, co ten ślimak tu robi? To istota żywa szukająca miejsca. Może w szeregu..

 

Domek z białym bzem

To był mój domek z dzieciństwa. Na wsi ostatnia uliczka, ostatnie domostwo, trochę oddalone od reszty. Latarni już tam nie było. Dookoła płot solidny,  drewniane sztachety. I pełno bzu liliowego, a u frontu jedna duża kępa białego.

Wczoraj, 1 maja znowu zobaczyłam to miejsce. Jezioro, może bardziej sine i wzburzone, ale mocno wiało. Wszystko jakby mniejsze, nawet budynek szkoły z czerwonej cegły, skurczył się. Ołtarz w kościele, a właściwie malowidło Jezusa Ukrzyżowanego, tylko ono nie zmieniło się.

Jest i „mój” domek. Uroczy, z czerwoną dachówką, nowoczesnymi oknami, nie tamtymi drewnianymi. Niby ten, a cały inny. Nowoczesny. Ani jednej kępy bzu, tylko iglaki. Zamiast płotku drewnianego, metalowa siatka i metalowe sztachety. Kundelek nie szczeka, tylko dostojny wilczur przechadza się. Z obory domek letniskowy, bo zwierząt hodowlanych już nikt nie trzyma. Dobrze, jak ogród mają. Ładne miejsce. Ale już nie moje, niby to samo a inne. Czas zrobił swoje. I nowi młodzi gospodarze.

Było minęło. Trzeba iść dalej. Wtedy miejsce to było moim znanym mi światem. Ze żniwami, wykopkami, bławatkami, kąkolami i stogami siana. Z labiryntami w śniegu po szczyt sztachet. Teraz wieś jakaś cicha pusta, koguty nie pieją. Drogi polne zarosły trawą, a dookoła ugory. Nikt nie gospodarzy. I stada owieczek też nie widać.

Za to przed niejedną chałupką siedzi stwór. Włosy ma jak uczony człek A. Einstein. Bielusieńko siwe, postawione na sztorc. Broda żyletki dawno, oj dawno nie widziała. Policzki czerwone, nos jakiś gruby, spuchnięty. Oczy smutne, bezbarwne, rybie lub wytrzeszczone. W łachmany odziany.

To dom sąsiada. Podchodzę do takiego staruszka myślę tak między 80 a 90 tką. Ten chyba będzie coś wiedział o starszych tubylcach. Może jeszcze pamięta ludzi. Kłaniam się. I próbuję dowiedzieć się czegoś. Może wie, gdzie mieszka i czy tutaj nadal żyje moja koleżanka Ania z klasy, z jednej ławy. Niestety wyjechała do Niemiec. Tam pracuje jako opiekunka. A ów staruszek bez zębów, jak się okazało, to 2 lata starszy ode mnie Zygmunt. Matko Przenajświętsza. I takich „Zygmuntów” jeszcze kilku widziałam, a u jednego nawet próg domu przekroczyłam. Zamarłam nie wierząc, że tu w tych uwłaczających warunkach ktoś żyje, śpi i je. Ten wyglądał, jakby z grobu wstał. Na początku bałam się podejść. Ale szukałam pewnej osoby, podobnego stwora, więc zbliżyłam się na bezpieczną odległość. Pamiętał mnie. Mówił, że zawsze byłam ładną, małą dziewczynką. On starszy ode mnie o 3 lata! Nie 30!

Niestety wieś wódką płynie. Na cmentarzu pełno grobów z tabliczkami młodych ludzi. Znane mi nazwiska. To najczęściej dzieci moich kolegów i koleżanek. Zginęli po dużym spożyciu. Ci co żyją, zdecydowana większość, to alkoholicy, bo tylko o jednym Janku mówią, że ostał się solidny, nie zatracił.

Tu spędziłam dzieciństwo i kawałek młodości. Tu zmarł mój tata i tu pierwszy raz zakochałam się, w synu sąsiada. Wówczas prosiłam Boga o tego Jerzyka za męża. Jak to dobrze, że Bóg nie wysłuchał mnie. Kiedy po śmierci taty wyjechałyśmy z mamą i siostrą do miasta. Długo tęskniłam i obiecywałam sobie, że kiedyś odkupię ten domek. Dziś widzę, że wszystko miało swój czas. To miejsce zostanie w sercu. Zamknięte w pudełeczku-„dzieciństwo”. A ja poszłam dalej i nie wrócę. Wyjeżdżałam z sercem smutnych obrazów. Tylko to jezioro targane wiatrem, ze starymi wierzbami na brzegu i kołyszącą się trzciną, przyciągały moje oczy.

Wyjechałam kolejny raz.

Pewnie każdy ma taki domek w sercu i długo zwleka z zobaczeniem go, bo boi się bólu, tęsknoty  za młodością, za dzieciństwem.

Droga życia na twarzy

Dzisiaj odsyłam was i to z wielką przyjemnością do innej osoby piszącej dziennik internetowy, super bloggerki Aksini

http://aksiniakawapudelka.wordpress.com/

Zajrzyjcie koniecznie do tej kobietki.  Mamy dwójki małych dzieci. Jej przedostatni wpis – „Przychodzi baba do lekarza – a lekarz też baba”,  interesuje, śmieszy, bawi i rozczula. Dziękuję za tego posta, bo to właściwie o mnie, kobiecie dojrzałej.

Nasza bloggerka niedawno urodziła przez „cesarkę” drugie dzieciątko  i siedząc w poczekalni, czekając na wizytę lekarską, zerka na ekran monitora. A tam leci filmik pokazujący bez makijażu smutną – chyba z powodu ilości i głębi zmarszczek, starszą kobietę. A i jeszcze brak kolagenu doskwiera, coś tam obwisłe i z plamkami. Obok oczywiście sztab medialnie zrobionych lekarek, które zaraz coś podwiążą, ostrzykną, wybielą, wypełnią, napompują..,  za niezłą kasę, bo przecież nasza bidulka,  stara modelka,  tak chodzić nie może po tym ładnym świecie. Naszej bloggerce brakowało tylko pomidora, coby z mocą i dezaprobatą  przywalić w ekran.

I teraz następuje ten moment, który rozczula. Stara się pokazać drogę zdobywania tychże zmarszczek, bruzd.. , podaje różne słodkie możliwości. Zastanawia się, czy naprawdę należy tak starannie usuwać upływ czasu. Poczytajcie, zachęcam. Mnie w sumie rozbawił, jak to może pani porzucona lub owdowiała chce jeszcze zaistnieć na rynku wtórnym, jako smaczny kasek. Czy naprawdę jesteśmy tylko  lub na pierwszym miejscu opakowaniem bez wnętrza? Dbać o siebie trzeba, ale nie tracić majątek, fiksować, tak myślę. Pozwólmy sobie na zadbane uczesanie, makijaż, gustowny ubiór, klasę w poruszaniu i wypowiadaniu. Czasem drobna korekta a to brwi, czy wybielaniu plamki na twarzy w widocznym miejscu.

Nicnierobienie jest fajne, ale na krótko

Tak całkiem niechcący na dwa dni świąt miałam wypasione lenistwo, nicnierobienie. Rano tylko msza: w niedziele na szóstą rezurekcja, a  poniedziałek, też ci raniutko pobiegłam w nadziei, że nie spotkam żadnego szalonego fana tradycji polskiej, czyli „wściekłego polewacza zza winkla”. Udało się. Chyba spali, jak całe miasto. Pierwszy raz udało mi się, bez bijącego serca, albo mokrego płaszcza iść na mszę w ten głupio lany poniedziałek. Po kiego grzyba ta tradycja!

Później śniadanko i długi spacer (taki ok. 15 km) nad morze.

Obiadek, ale świątecznych nie lubię specjalnie, bo jest przygotowany kilka dni wcześniej, a nie świeżynka. Mizerii zrobiłam, takiej z ogórka  z dorzutką rzodkiewki, to było pycha. I teraz zaczynał się czas nicnierobienia, czyli leżenia, małego spanka, słuchania dobrej muzyki, czytanka.

A mam 2 książki na tapecie.

„Bajki rozebrane” K. Miller i T. Cichockiej wypożyczone od bloggerki, pikantnej Romy http://romacarlos.wordpress.com/. W wielki czwartek zrobiłyśmy sobie schadzkę w Sopocie na naleśnikach, było pysznie. A Roma urocza, bardzo kobieca, miła dziewczyna, wcale nie taka ostra, jak w swoich postach. To było nasze drugie spotkanie. Teraz umówione jesteśmy na oddanie pożyczonej książki i mam nadzieję, że porwę Romę do „Bagażowni” – restauracji żydowskiej w Sopocie. Mają tam znakomite jedzenie, przemiłą obsługę, taką, co potrafi doradzić. No i klimat, atmosferę w restauracji. Zobaczcie przez bloga też można poznawać ludzi i to w realu.

Druga pozycja -„Miniaturzystka” J. Burton polecona przez solidną  mamę http://strefakomfortumamy.wordpress.com/ Warto do niej zajrzeć, jeśli jesteście młodymi rodzicami.  Ja jestem stara mamą i też chętnie czytam jej posty. Proponuje wiele cennych rozwiązań, podpowiedzi. Mnie ujął ostatni wpis o ekologicznym podejściu do plastiku w łazience. Chylę czoła przed jej staraniem. Przykładem uczy dzieci dbania o Ziemię.

Już trochę poczytałam jedna i drugą. Te bajki, to analiza, rozbieranie na części, poznanie baśniowych symboli. Autorki przypominają o ponadczasowości bajek. Tłumaczą postępowanie bohaterów z perspektywy psychologicznej, uwspółcześniają interpretację, przedstawiając te same morały w nowych realiach.

A Miniaturzystka, to niezłe wkręcenie. Dopiero zaczęłam, to wiele póki co, nie powiem, ale jest ciekawa od pierwszych stron. Nie trzeba się było przebijać przez gąszcz początku, aby zabrała umysł na tyle, że chwytasz w każdej wolnej chwili. Pięknie napisana, pełna magii. Holandia XVII wiek. Polecam serdecznie. Nieprawdopodobnie wciągająca powieść. Jak widać na zdjęciu, kot Kleofas też się wciągnął.

I tak przebalowałam dwa dni świąteczne. Żadnego łazęgowania po cudzych chałupkach, a i u mnie nikt nie zagościł. Wszyscy tym razem spędzili święta nie zgodnie z tradycją. Nie było nasiadówek. I wiecie co poczułam pod koniec drugiego dnia laby? Chce mi się do pracy, chce mi się wyjść z domu, aby coś robić, a nie tylko spacerować dla odpoczynku. Och, jak to dobrze, że mam jeszcze pracę zawodową. Nie jestem gotowa na nicnierobienie. Ono jest mi potrzebne, ale na krótko. Szybko się regeneruję. Przydały mi się takie spokojne święta, bez gościn, bo byłam przemęczona, nie miałam nic wolnego. Nawet w wielką sobotę pracowałam do późna. Dobrze, że zdążyłam na Triduum Paschalne, każdego z tych trzech dni. Święta przez to były dla mnie pełne. A jakie są wasze odczucia dotyczące świąt, tradycji i leniuchowania totalnego?

To nasze kolanka. Moje i Romy i naleśniki, które wybrałyśmy sobie. Mój na słodko z karmelem, sosem truskawkowym i orzechami, a Romy z szynką i ananasem. Nie mogłam zrobić fotek naszych buziek, bo Roma jeszcze na blogu nie ukazywała się. Szanuję to.

Teściowie

Temat wdzięczny i niewdzięczny, tak jak człowiek potrafi. Teściowie najczęściej chcą dobrze, tylko po swojemu. Coś w tym musi być, te niewybredne kawały o odlatującej mamusi na miotle, nie wzięły się znikąd. Sami mamy swoje doświadczenia w sprawie życia z teściami. Napiszcie proszę kilka słów, jak Wy to widzicie. Przecież bywają dobrzy, normalni, zwyczajni, bardzo pomocni, życzliwi teściowie.

Ja nią jeszcze nie zostałam i póki co, nie zapowiada się na to. Tak jak nie jestem jeszcze babcią, ale życie płynie i wszystko szybko może się zmienić. Choć każde z moich pociech zapiera się, że nie. Mają swoje powody.

Teściowa to dla jednych – druga mama. Troskliwa, wyrozumiała, choć czasem postąpiłaby inaczej niż młodzi, ale nie mówi, nie będąc pytaną o zdanie w tej kwestii. Dla innych, postać spędzająca sen z powiek, która zawsze musi wtrącić swoje trzy grosze, zatruć życie, zepsuć dzień i niejednokrotnie doprowadzić do kłótni między małżonkami,  a czasem nawet rozwodu.

Jestem w salonie i słyszę, jak młody człowiek rozmawia z naszą fryzjerką.

– „Nigdy więcej nie ożenię się” – stwierdza z przekonaniem.

–”Dlaczego”? Pyta Agusia

– „Miałem już jedną teściową i wystarczy. Oj wystarczy”!

Dziecinne podejście. W grę wchodzi nasze szczęście, a o nie też trzeba umieć zawalczyć. Nie mamy wyjścia musimy nauczyć się żyć z teściami. A do tego trzeba mądrości życiowej. Sposób na dobre relacje z teściami jest tylko jeden – jasne wyznaczenie granic, a następnie ich respektowanie. Oczywiście przez obie strony.  Mama może mieć swoje zajęcia i rozliczne pasje, trzeba jej czas też uszanować. I nie sądzić, że zawsze o każdej porze można podrzucić ukochane wnuki. Takie panie mają ustalony rytm, a to rehabilitacja, joga, śpiew w chórze, zajęcia na uniwersytecie trzeciego wieku, czy spotkania z przyjaciółmi, wychodne do kina.

Naszła mnie refleksja o teściach, bo spotkałam się na prośbę koleżanki, aby razem coś uradzić w sprawie teściowej, która chce sprzedać swoje mieszkanie i sprowadzić się do miasta, gdzie zamieszkał jej syn. Młoda dziewczyna boi się, że straci spokojne małżeństwo, bo kiedy teraz mama przyjeżdża do nich na tydzień nacieszyć się wnusią codziennie dochodzi do fochów, pouczeń, spięć. Po tygodniu jest u kresu wytrzymałości, a mąż – jedynak teściowej mówi, że muszą to wytrzymać, bo nie chce pokłócić się z mamą.

Inna teściowa mojej starszej koleżanki dzwoniła, pouczała, instruowała, robiła naloty, wizytacje, nie wizyty. Zaglądała do szafy, lodówki. Krytykowała opiekę nad wnukami,  gotowanie, ubieranie, sposób bycia, pielęgnowane wartości, podejście do jej synka, finansów, wiary, czystości w domu.. . Nieustannie przypominała co i jak lubi, synek. Winiła nawet za jego katar i przeziębienie. Aż w końcu prawie rozbiła  małżeństwo, a właściwie to młodzi pozwolili swoją bezsilnością.

Dobrze znamy skargi wielu kobiet, że teściowa jest wścibska i wszędzie zagląda. Czasem komentuje bałagan, czasem zaczyna sprzątać po swojemu. Wyciąga z szafy ubrania które mamy założyć, bo w tym, co mamy na sobie, podobno źle wyglądamy. Wytyka każdy kilogram i bez ogródek mówi, że nogi mamy jak grube kłody.  I co my na to? – Najczęściej nic, po prostu to znosimy. I to wcale nie dzielnie. Płaczemy po kątach, złościmy się, rzucamy niecenzurowanymi słowami, kiedy teściowa wyjdzie.  Czy na pewno wszystko trzeba znosić? A gdyby tak powiedzieć, że nie chcemy, żeby wszędzie zaglądała, że nie będziemy przychodzić w każdą niedzielę na obiad, że w tym roku na święta wyjeżdżamy nad morze (może nawet mama ucieszyłaby się, bo ma dość stania nocami nad garami) i że będziemy nosiły dżinsy (nawet do kościoła), bo lubimy je i są wygodne.

Teściowie też bywają niełatwi, choć w dowcipach obrywa się tylko teściowym.

Czasem jesteśmy nastawieni na walkę, bo sytuacja nam się z nią kojarzy, zwykle walczymy, choć dużo więcej można wygrać przez współpracę. Moglibyśmy to łatwo zobaczyć, gdyby nie nasze nastawienie.

Jeśli coś w zachowaniu teściów nam przeszkadza, warto razem ze swoim mężczyzną  przeciwstawić się temu, doprowadzić do wspólnej rozmowy. Zwykle myślimy, że to niemożliwe, no bo mąż nie potrafi, nie umie przy mamie wyrazić własnego zdania. Mówi – „Przecież wiesz, jaka ona jest” i na tym się kończy. Albo żona w obecności mamy zmienia się w nieporadną, ustępliwą dziewczynkę i nie umie powiedzieć „nie”. To z pewnością świadczy o tym, że teściowa jest silną osobowością, ale przecież nie ona odpowiada za reakcję twoją czy męża.

Małżonkowie powinni ze sobą porozmawiać, obrać wspólny front, dla dobra swojego małżeństwa. Inaczej kobieta zaczyna gardzić, że jej facet, to „de” wołowa niepotrafiąca stanąć w obronie żony, czy poprzeć jej zdania, wyboru. Ona musi czuć, że jej mężczyzna, to jej rycerz, a nie fajtłapa, milczek, niezguła, który boi się mamusi. Mamę ma szanować, ale też umieć stanąć po stronie żony ukochanej. To samo tyczy się młodego mężczyzny. On musi widzieć i czuć, że u teściowej nie stanie się zwierzyną na pożarcie przez mamę i żonkę. Nie mogą obie wsiąść na chłopaka i zadziobać. To nie buduje dobrej relacji w małżeństwie. Przecież staliście się jednym ciałem i jedną duszą. Zostawiliście mamę i tatę, aby być ze swoją miłością. Dbajcie o nią, bo na co dzień, to z nią będziemy żyć.

My dojrzałe kobiety powiemy –  no ale jak nie wtrącać się, kiedy mieszkamy razem, a ona źle wychowuje dziecko, daje zły przykład, wielu rzeczy nie umie. Ja chcę im tylko pomóc. Pomóż teściowo, kiedy Cię o to poproszą. Tu jest chyba pies pogrzebany, że teściowa najczęściej mądruje się, kiedy nikt o tę mądrość nie prosi. A później obraża, bo synowa unika spotkań z nią.

To ich życie. Pozwólmy im budować je po swojemu. I służmy radą, kiedy młodzi od nas jej potrzebują. Ja nie byłam asertywną osobą, więc pozwalałam na każde traktowanie. Z pierwszego małżeństwa na zawsze zostawię piękne wspomnienie teścia, człowieka z klasą, a z drugiego miłe chwile z życzliwą mi teściową.  Przyjemną jest myśl, że już nie muszę prężyć się, jak ten koń na wystawie, aby zaakceptowały mnie te pozostałe osoby.

Obym umiała być dobrą, niewtrącającą się teściową. Bardzo wierzę, że będę.

Ta pani młoda ma dobrych teściów. W ich relacjach zapewne pomagają im osobne mieszkania.

Kochani z blogowej przestrzeni, na ten świąteczny czas życzę Wam słonka w sercu i za oknem. Odpocznijcie!!