Wspólna kolacja, czy aby na pewno..

Dziś króciutko będzie. Potrzebuję Waszego zdania na temat kolacji we dwoje. Było to jakiś czas temu, chyba ok 2 miesięcy – poprosił mnie znajomy na spędzenie trochę czasu razem. Świeży znajomy, bo widzieliśmy się dopiero dwa razy. Wyraźnie potrzebował bliższego poznania mnie, a ja zazwyczaj miły człowiek, zgodziłam się oddać mu tę godzinkę, czy dwie z mojego życia. Wiedział, że pracuję do 18 i zapewne będę głodna, a znał już mój mały żołądek i lekkie upodobanie do małego pudełeczka z kurczakiem z KFC. I właśnie tam mieliśmy się spotkać. Na miejscu przy kasie proszę o to małe pudełeczko jedzonka za 5 zł i teraz pytanie skierowane do mojego znajomego

-„A co dla pana”?

– „Nie, nie, ja już jadłem”.

Mówię:

– „Może chociaż coś małego zjesz ze mną, albo kawę wypijesz”?

Odpowiedź nadal brzmi przecząco:

– „Nie, dziękuję”.

Więc wyciągam portfel i chcę za siebie zapłacić. On robi to szybciej i podaje 5 zł do kasy. Mówię – „Dziękuję”. Siadamy i rozmawiamy. Ja zjadam, ale cały czas mam dziwne uczucie, czuję się nieswojo. Po co zapraszał mnie na kolację, jak nie chce ze mną jeść. Pytam, może fryteczek zjesz ode mnie

-„Nie. Jestem taki najedzony, byłem na sushi”.

No ładnie, myślę umawia się z kobietą na kolację, a przedtem najada i to wykwintnego jedzenia, a z nią nawet herbaty nie wypije. Więcej z nikim nie zgodzę się jeść kolacji, kiedy on tylko w asyście tej przyjemności, ale bez udziału. Do dziś czuję niesmak, kiedy o tym myślę. Czy tak, jak on postąpił, wypada? I czy to jest grzeczne? Jakie jest Wasze zdanie? Może jestem przewrażliwiona? Zaznaczę, że po tej uczcie w KFC był jeszcze spacer. Łóżka nie było w planach (przynajmniej w moich, na pewno). Piszę to po to, abyście wiedzieli, że dla mnie to miało być tylko poznawanie bliźniego. Ciągu dalszego tu nie ma i to nie z powodu braku wspólnego posiłku, tylko ja nie jestem nastawiona na szukanie człowieka w jakimś celu, tylko jako chwilowe zejście na jedną ścieżkę, posłuchanie, porozmawianie i dalej każdy swoją drogą.

Reklamy

Ciąg niefortunnych zdarzeń.

Madera nie była mi dana. Nie poleciałam. Według planu biura podróży mieliśmy się tam dostać przez Niemcy do Portugalii i dalej Funchal          (dwie przesiadki). Tego dnia były strajki  pracowników lotnisk między innymi w Niemczech, a może jeszcze jakie inne przyczyny. Mój lot do Monachium został odwołany. Na tablicy widziałam, że do Frankfurtu też kilka lotów odwołanych. I zaczęła się wielogodzinna walka naszej opiekunki, aby jakoś, choćby w kawałkach wysłać grupę na tę piękną wyspę.

Każdy po godzinnym wyczekiwaniu dowiadywał się w jakiej grupie do jakich państw poleci i z jakimi przesiadkami dotrze do celu. Kolejnego dnia o północy, czyli po dwóch pełnych dobach naszej wycieczki.  Domyślacie się, że los nie sprzyjał mi tym razem. Trzy grupy już miał czas i miejsca przesiadek. Jedni następnego dnia po nocy w Warszawie do Brukseli lub Budapesztu, czy Monachium i stamtąd do Lizbony i dalej Funchal. Każda grupa niezależnie od liczby przesiadek miała dotrzeć na miejsce po północy. Pierwsza grupa na lotnisko miała stawić się o 4 rano i dotrzeć na Maderę o pierwszej w nocy. Pewien pan podarł nowy bilet, powiedział kilka siarczystych słów i zabrał żonę, poszli odpoczywać gdzie indziej. Ja po całym dniu na lotnisku dowiedziałam się, że tylko dla 3 osób nie ma miejsca. Te osoby to dwie 70 letnie panie i ja. Ale w końcu i my dostałyśmy propozycję. Lecieć następnego dnia  o 16 tej, po spędzonej nocy w Warszawie do Brukseli, tam 6 godz czekania i dalej do Lizbony. I już nie będzie tego dnia przesiadki na Maderę , więc miałyśmy opuścić lotnisko udać się w Lizbonie na nocleg. Kolejnego, czyli już trzeciego dnia wycieczki wrócić na lotnisko i nareszcie lot na Maderę. Moja wycieczka za 4 tysiące  trwałaby 4 dni, o ile nie zgubiłybyśmy się. Można było odstąpić od umowy z powodu dużych zmian. I tak zrobiłam.

Moja córeczka czuwała przy mamie na lotnisku podnosiła głos, że w tym momencie z bezpiecznej wycieczki grupowej stała się wręcz indywidualną i w końcu po napisaniu odstąpienia od umowy zabrała do siebie i kolejny dzień spędziłyśmy w stolicy i to bardzo mile. Zwiedziłyśmy Muzeum „Polin” Żydów polskich. Zawsze chciałam dostać się tam. Sympatycznie zostałyśmy tam obsłużone.  Uwzględniono nasze zniżki, ja stara, córka studentka. Mój bilet z 25 zł kosztował  symboliczną złotówkę. Za dodatkowe 10 zł wzięłyśmy audiobooki. To była mądra decyzja. Zabierzcie tam tylko sweterek, bo po 3 godzinach słuchania, oglądania trochę możecie zmarznąć, tam jest dobrze działająca klimatyzacja. Miejsce godne polecenia. Tak przyjaźnie pokazany ten Naród. Dużo można się dowiedzieć. I wędrować w swoim tempie.

Kolejne miejsce to Krowarzywa Vegan Burger. Zajadałam wegetariańskiego burgera z sezonowymi warzywami pieczonymi i tofu. Był dobry. Ale przyznam się, że jeśli chodzi o kuchnię bez mięsa, to wolę naszą polską, tradycyjną. Młode ziemniaczki z mizerią, pierogi z kapusta i grzybami, pieczarki z cebulką w śmietanie, czy sałatkę warzywną z majonezem. Później były pyszne lody na Starówce i urokliwy spacer, a 18.10 na dworzec, coby pociągiem wrócić do Gdańska. Wchodzimy i tu kolejna niespodzianka. Wczoraj nie latały samoloty, dziś wszystkie pociągi mają 3 godzinne opóźnienia. Siedziałyśmy na dworcu na posadzce, bo tam nie ma ławek, aby bezdomni nie mieli gdzie spać. Wróciłam o 1 w nocy, zamiast o 22, zmęczona.

Moja koleżanka Marta stwierdziła, że nie powinnam nigdzie wybierać się sama i zaraz opracowała plan, gdzie pojedziemy zamiast.. Pierwsze Wygonin, pogranicze Kaszub i Borów Tucholskich. Uroczo tam. Skakałam po łące wśród jaskrów.

Było swojsko i bezpiecznie 🙂 dla Basi. Odwdzięczyłyśmy się gospodarzom i ugotowałyśmy pierogi z jagodami. A jagódki same przyszły do nas, do ogrodu. Sprzedawała je kobieta z tej wsi, co to ledwo uzbierała je w pobliskim lesie. A lasy są tam piękne, solidne. Jesienią warto, właśnie tam przy Starej Kiszewie nazbierać prawdziwków, kozaczków… i ususzyć do pierogów wigilijnych. Dziękuje Martuś za wszystkie atrakcje. A chcę Wam powiedzieć, że było ich więcej. Przepięknym, radosnym dniem stało się plażowanie w okolicach Gdańska. Zdjęcia wrzucam w następnym poście. Pozdrawiam z polskiej ziemi 🙂

 

„Jesteś, jak kebab”

To był wtorek. Pierwszy masaż zaczęłam o 12.00, a ostatni skończyłam o 20.30. Byłam bardzo zmęczona i w sumie smutna. Zdałam sobie sprawę, że już nie jestem osobą tak bardzo spragnioną dotyku, jak stary wierny pies złego pana, a wielu go oczekuje. Tego dnia w moich rękach byli sami panowie. I oprócz ostatniego z tantry, pozostali za bardzo próbowali kierować masaż na tory erotyku. Po każdym masażu oczyszczałam się z rzepów na mojej aurze. Ale i tak smutna wróciłam do domu. Bez zainteresowania odczytałam i odsłuchałam wiadomości z WhatsApp. „Leszek Sprawiedliwy”, tak mam go zapisanego w kontaktach ( urodziwy mężczyzna w okolicach czterdziestki) zapytuje mnie, jak minął mi dzień. To przyjaciel, który zna różne moje tajemnice. Zacytuję Wam ten wycinek korespondencji. Najpierw mój wpis do niego i jego odpowiedź głosową, zacytuję słowo w słowo, bo mam jego pozwolenie.

Wiadomość Basi do „Sprawiedliwego”

„- To był okropny dzień. Sami  faceci i sami wygłodniali dotyku. Eh tam… z tym wszystkim…”

Wiadomość- odpowiedź głosowa mego przyjaciela

” – Basiu, muszę ci wytłumaczyć, bo chyba zapomniałaś. To wszystko przez to, że Ty po prostu jesteś, jak KEBAB! To znaczy, człowiek w domu się naje. I to tak, że jak siedzi mówi – „Ale jestem najedzony, już nic więcej nie wcisnę. Taki jestem najedzony, że po prostu muszę wyjść na spacer”. I taki człowiek wychodzi na spacer i sto metrów od domu mija budkę z kebabem. I ten kebab tak pachnie! (odgłos wąchania). Tak apetycznie wygląda, że człowiek od razu robi się głodny, chociaż wcześniej był najedzony. I Ty właśnie jesteś taki KEBAB, bo jak się ciebie widzi, to nawet, jak człowiek jest najedzony, to nagle robi się po prostu ZGŁODNIAŁY takiego DOTYKU. Jesteś taka śliczna i taka kobieca, więc mnie to w ogóle nie dziwi. No mam nadzieję, że ci to ładnie wytłumaczyłem. Porównanie kebabowe jest takie wiesz, apetyczne i mam nadzieję, że już (odgłos wąchania)  teraz wiesz, co ja czuję, jak na ciebie patrzę i z tobą rozmawiam.. Po prostu musisz się z tym pogodzić, no jesteś atrakcyjną kobietą.”

To ci oryginalny i uroczy komplement. Wywołał uśmiech na mojej twarzy.  Fajnie jest rozmawiać z tym przyjacielem. On nigdy nie wkręca mnie mocniej w nostalgię, przygnębienie i nie dodaje na pierwszym miejscu optymizmu tylko uśmiech, a dopiero później spokojne patrzenie w dal, że nie jest tak źle.  I nie będzie. Po za tym kocha mój śmiech i cieszy się, kiedy go słyszy w mojej odpowiedzi głosowej.

Dziękuję Leszku! Twoje słowa pomogły i to najważniejsze.  Porównanie kebabowe przyniosło uśmiech i ciepło na serce. Mam przyjaciela!

Karkówka w cebuli- coś dla ciała. I pewna myśl dla ducha

Tak naprawdę lubię gotować, bo mam wrodzony dryg po tacie. Kupiłam kawałek ładnej, chudej karkówki, coby ją upiec w cebuli, bo Roma się domaga. To fajna dziewczyna. Prowadzi bloga i zawsze stara się komentować ogarniając temat z każdej strony. Rozumie mnie i radzi z optymizmem.  Mamy kontakt prywatny, a poznałyśmy się tu na przestrzeni blogowej. Spotykamy w Sopocie lub Gdańsku i budujemy relację. I właśnie na jednej takiej budowie rzekłam jej o mojej karkóweczce z cebulką, na co oczy Romuś zapaliły się i od tej pory domaga się owego przepisu. A ponieważ do  córeczki mej przyjeżdża urodziwy Holender, to myślę okej przywitam chłopa (mają mnie odwiedzić) żurkiem, pierogami, mięsiwem.. Lubię gotować, tylko ostatnie lata nie mam komu, dlatego moja kuchnia pod zdechłym Azorkiem jest. Może i wam przyda się sprawdzony sposób na karkówkę pieczoną. Można ja upiec w jednym dużym kawałku, ale ja preferuję w grubych plastrach. Mam taką porządną ciężką, że prawie mnie przewraca brytfannę żeliwną z pokrywą i w niej pichcę to cudo.

KARKÓWKA W CEBULI

Po kolei: idę do” dobrej pani”, tak ją nazywam, bo życzliwa i z pietyzmem wybiera mięsko, jakoby sobie do własnej kuchni. Kupuję około 1 kg., do tego już do innej dobrej pani po 6 cebul i już bieżę do domu piec, bo ta inna inszość zawsze jest: sól, pieprz, cukier, olej, woda i opcjonalnie chilli.

Kroję karkówkę na plastry grubości ok.1 cm, lekko rozbijam, solę, pieprzę, oprószam płatkami chili  (chili w proszku też może być, ja używam płatków, bo mam ich zapas na kilogramy). Obsmażam z obu stron, na patelni z chlustem oleju. Na dno brytfanny rozkładam 2 pokrojone w krążki cebule. Tę cebulkę posypuję moją ulubioną przyprawą do gyrosa lub posypką do mięs madziarską ( jaką macie, jaką lubicie, bez też może być). Można szczyptę kolendry, kuminu rzymskiego, kto lubi. Układam plastry mięsiwa, podlewam szklanką wody. Nakładam pokrywę i piekę ok.50 min. w 180 stopniach C. Na olej po smażeniu karkówki rozkładam 4 cebule pokrojone w piórka , lekko solę i smażę na małym ogniu. Posypuję łyżką cukru i dalej podsmażam. Rozkładam na mięsiwo podpieczone już przez 50 min, leżące na kocyku z cebuli. I teraz karkówka z obu stron w cebulce jest. Tylko ta z góry wcześniej podsmażana i karmelizowana z cukrem.  No pycha. Pod pokrywą zapiekam jeszcze ok.10 min.

Gotowe, palce lizać! Mała rada, jeśli za mało wody do podduszenia, to dodajcie i chlust oliwy, czy łyżkę masełka. Mi w tym czarodziejskim naczyniu wychodzi ze  szklanką wody i może łyżką masełka (jak mam świeże, teraz miałam). Pod koniec pieczenia oprószam świeżym tymiankiem lub rozmarynem, ale to już detal, można i bez tych ziół.

Zajadamy z ziemniaczkiem, a może w bułeczce, czy tylko z dodatkiem surówek. Smacznego kochani!! Radujcie się i gotowaniem, to jedna z pociech i wspólnym zajadaniem.

A teraz szczere wyznanie z lękiem w brzuszku.

Przyznam się Wam do myśli, jaka mnie nawiedziła. Dziś zdałam sobie z tego sprawę.

Mam wolny dzień, tylko na jedno „Niebo” pojechałam do pracy (dodatkowo). Wróciłam z zakupami. Swobodny luz bluz, łażę po domu w samych figach, po peelingu, depilacji, nasmarowana balsamami. Pichcę tę karkówkę podśpiewując sobie. Ćwiczę przy otwartym oknie i dźwięku ulewy. Jestem szczęśliwa.

Klikam do was i nagle – dziwne- słyszę otwieranie drzwi. Pan domu powrócił ? Tak wcześnie z pracy? Tak!! Zasiadł do komputerowej roboty.  A ja tak bardzo, bardzo lubię być sama w domu!!! Co to mi za wolny dzień, jak nie urzęduję sama. Może to dla Was dziwne. Nie powiem- lubię tego człowieka, bo nie wyrządza mi krzywdy. Jest kulturalny, jak ja to mówię, słoma z butów mu nie wystaje, nie jest wulgarny, agresywny czy zarozumiały. Po prostu dobry człowiek. Ale ja zupełnie nie mam potrzeby przebywania obok niego. Zupełnie! Byłam zawiedziona moim wolnym dniem. On zawsze po pracy jedzie na działkę i wraca po 20 tej. I to mi pasuje. Wieczorami zmęczeni pozamykamy się w swoich pokojach i żyjemy nie wadząc nawzajem.

Nie wiem, czy wiecie co czuję? Problemem, jeśli to tak można ująć jest moja lubość braku stałego kontaktu z drugim człowiekiem.  Ja w domu chcę siebie i kota. Wiem samolub powiecie, egoista, dziwak.. i nie wiem co jeszcze, ale tak mam, taka jestem. Właściwie to jedynie Marta mnie odwiedza i lubię z nią wyjścia. W ogóle coraz bardziej ją rozumiem i staję po jej stronie, jak słyszę ewidentną niesprawiedliwość wymierzoną w jej stronę.

Wracam do sedna, do mojej myśli, która przeraziła mnie. 

-„Boże ja za 10 lat będę nieszczęśliwa. Pan domu będzie przesiadywał na emeryturze. Już nie będzie mojej swobody w domu. Wychodzenia na masaże też się skończą, bo stara będę bez sił. Skończę się, jako masażystka, a to przecież dla mnie ekscytacja życiem. I nigdy przedtem, pracując w szkole nie miałam możliwości dorobienia. O nadgodziny zawsze było trudno, nie wpadały pieniążki między wypłatami. Teraz nie jetem bogata, ale nareszcie nie bieduję. Skończę się, jako kobieta i nie będę skakać po łóżkach w hotelach, patrząc w ich piękne oczy pełne pożądania i tulić czułe dłonie. Nie będę miała siły na biegi nad morzem, treningi.  Już nie pobrykam, jak sarenka przez las ku wielkiej wodzie. Kijki mi zostaną, ale czy ja wrócę do domu, bo w rodzinie króluje demencja starcza. Będziemy siedzieli, jak te stare grzyby narzekając na bolące kolana. I ciągle razem. Ja zwariuję. Ja tego nie chcę.

Moja córka czyta to teraz, bo jest u mnie. I od razu protestuje, mówi – „Mamuś nastanie nowa era. To się będzie powoli zmieniać w Tobie. Libido spadnie i nie będzie ci się chciało skakać po łóżkach w hotelach. Zaczniesz zwiedzać świat, jeździć na wycieczki, uczyć się obcych języków. Nauczymy Cię niemieckiego, będziesz szwargolić i pojedziesz do Dietera. Albo angielskiego i zamieszkasz z Erlendem w chatce na północy Norwegii, a może wylądujesz z Jonem, który nie będzie chciał żyć bez Ciebie w depresyjnej Islandii. A może otworzysz gabinet terapii reiki i cieszyć się będziesz z pomagania innym, a to nie wymaga siły fizycznej, tylko duchowej, której masz nieograniczone pokłady.

Wszystko przed Tobą, tylko inne, nowe. Nie bój się!  Nie zostaniesz żywcem wyrwana z takiego świata, jaki teraz masz, tylko życie wraz ze zmianami w Tobie przyniesie nowe pociechy. A czy będziesz szczęśliwa, zależeć będzie od twojego podejścia”.

To jest Mój Cud!! dziecko- przyjaciel! Tego Wam życzę.

Konstancjo, jesteś najlepszą istotą na świecie. Dziękuję Ci za to, jakim człowiekiem jesteś. Za to, że zawsze masz słowa pocieszenia i one trafiają do mnie. Za Twoje rady. Za troskę i zrozumienie.

Przyjemne podtrzymywanie życia

Fleksitarianizm, to coś dla wielu z nas. Trudno zrezygnować całkowicie z niejedzenia mięsa. Próbujemy, próbujemy idzie całkiem dobrze i  łamiemy się, bo wielka chrapka nachodzi nas; na kabanosa, czy solidny rosół. Życie przyniosło rozwiązanie, nowy trend. Ten cały fleksi.., to ukłon w moją stronę, bo ja do tych małojadków mięsnych należę.    Okazać się też  może, łagodną kładką do naszego przyszłego wege.

Na pewno trzeba jeść, aby żyć. Tak, jak pić, oddychać. Chyba samym światłem słonecznym i praną nie nachapiemy się (bretarianizm). No i jedzenie to przyjemność, nie ma co z niego rezygnować.  Z tym jedzeniem to ostatnio ambaras. Wszyscy biją na alarm, nie jedz tego, tamtego. Jedz to i tamto koniecznie.

Ja zawsze byłam niejadkiem. Nie lubiłam wielu potraw i tak mi zostało, choć jadłospis powiększyłam co nieco.  Łatwo mnie wyżywić, bo mało i skromnie, ale czy zdrowo, to dyskutowalibyście.  Piszę do was tego posta, bo niedawno dowiedziałam się kim jestem, jako zjadacz, że zaistniało określenie na takich, co nie zrezygnowali całkowicie z mięsa, ale zdecydowanie je pomniejszyli, na rzecz warzyw, owoców. Jestem fleksitarianką.  Czy z tą ładną nazwą, czy bez, jem mięsko od czasu do czasu. Kiedy ciałko me zawoła:

– „Baska, myśliwkę bym zjadło, jałowcowej plasterek, kabanosika kawałeczek”! Wsunę, ale tylko kawałeczek, bo żołądek chyba miniatura.

Już wszyscy wiemy, że mięso na talerzu nie służy naszej planecie. Czytamy  statystki i włos się jeży. Do wytworzenia np. 30 dag. pszenicy (cobym makaron swój zrobiła) potrzeba nam 390 litrów wody, a do 30 dag. wołowiny na stek 4650 litrów. A czy ja naprawdę potrzebuję codziennie, czy co drugi dzień wcinać mięso? Nie! Często słyszę, jak koleżanki mówią, iż nie mają ochoty na schabowego, wolą zjeść pieczarki, ziemniaczki opiekane, czy makaron z twarożkiem i  truskawkami, albo pycha pierożki z kapustą i grzybkiem leśnym.

Jakby zostawić  całą filozofie ochrony Ziemi i etyczne problemy pożerania zwierząt, to my sami, nasze ciała czują, że nastąpił przesyt spożywania mięsiwa. Ja tak mam od jakiegoś czasu, co nie znaczy, że nie skusi mnie  raz na pół roku skrzydełko z KFC, czy kebab, nieopodal mojej pracy, przyciągający zapachami. Ale to sporadyczne.

Mamy XXI wiek, większą wiedzę o tym, co wokół nas, o zmianach w przyrodzie. Większą świadomość ochrony i pomocy planecie, aby jeszcze posłużyła następnym pokoleniom.

Do jedzenia wege przystosowały się restauracje, stołówki pracownicze, uczelnie, szpitale, abyśmy mieli wybór. Najpierw portugalscy parlamentarzyści przyjęli ustawę o obowiązkowych daniach bezmięsnych w publicznych miejscach zajadania. A dyskusję podjęło wiele państw; Anglia, Niemcy, Japonia, Argentyna.  Kucharze prześcigają się w tworzeniu przepisów na dania smaczne, bez użycia mięsa. Tylko chęci dzielą nas abyśmy byli zdrowsi, a planeta o ździebko dłużej służyła.

Do trendu na redukcję spożycia mięsa, dołączyło wielu z nas.  W rodzinach  dobry przykład częściej dają młodzi, świadomi i zaangażowani. Nam starszym pokoleniom, co na boczku, golonce i żeberkach wyrosła, a i na galarecie z nóżek wieprzowych chyba trudniej, no i tak jak ja zostajemy fleksitarianami. 

Teraz jak nic prosi się pokazanie jadła bez mięska, takiego, co dobrze wygląda, jest proste w zrobieniu i smaczne na języku. Mam takie danie dziś w piekarniku.

„Ślimaczki ze szpinakiem i pieczarką”

Już spieszę podzielić się z Wami. Razu pewnego, jak to oszczędna gospodyni napotykam piękne malutkie pieczarki i cena tak przystępna, aż żal nie kupić. Biorę. Kładę w  kuchni i leżą. Leżakują tak pierwszy, drugi i w końcu na trzeci dzień, myślę trudno,  kupiłaś oszczędnie to wykorzystaj zróbże coś z nich. Smażę na patelni pokrojone pieczarki wraz z 1 cebulką i ząbkiem czosnku. Do tego wrzucam garść liści szpinaku, też pokrojone. Plątał się taki niezużyty do końca z poprzedniego dania. To wykorzystałam je. Solę i przesmażam. Lekko posypuje gałką muszkatołową.  Tak przygotowanym nadzieniem posmarowałam płat ciasta francuskiego (kupiłam w Biedronce). I zwinęłam w rulon, pokroiłam na plastry ok. 2 cm. Wyszło 14 sztuk zwijanych po krótszym boku, czyli grubaski wyszły. Ułożyłam na blasze na papierze do pieczenia, tak na leżąco, bo nadzienia dużo było i ciężkie w sumie te ślimaki. Do nagrzanego piekarnika, piekłam kwadrans, do 20 minut i można było zajadać na ciepło lub zimno. Ja zabieram je do koleżanki.

Mamy tam babskie spotkanie na grillu, a że karkówki,  czy kurczaka nie chcę jeść, to ślimaczki zabiorę, niezdrową zimną colę, bo piwa nie piję. A, i dobry humor, ten mnie nie opuszcza. Będę kierowcą, co zawiezie i odwiezie, bo niepijąca. Trzymajcie kciuki, abym wiedziała gdzie je odwieźć. A i jeszcze nie pojechać pod prąd.  Hi hi. 

Kolacja we dwoje

Czasami zdarza się nam święto. Nasze święto. Czy to będąc w związku małżeńskim, partnerskim, świeżym związku, czy zasiedziałym, a może pierwsze spotkanie, czy takie raz na miesiąc, bo mieszkacie daleko od siebie. Zawsze warto wtedy postarać się. Przygotować.

Teraz kiedy ludzie wpadają w wir randek za pomocą portali, tym bardziej warto uzmysłowić sobie, czego ona/ on oczekuje ode mnie i co chcemy ofiarować sobie na takich spotkaniach. Zapewne w nowym związku ważne są także rozmowy, próba poznawania siebie nawzajem, a w tych starych układach, może małżeństwach od lat, pragniemy ekscytacji i złamania rutyny.

Wchodzisz do mieszkania, czy pokoju hotelowego i widzisz, świeże kwiaty w wazonie. Na stole, jeśli nie przygotowana kolacja, to chociaż wino, schłodzona cola, czy herbatka zaparzona. Panowie podpowiem Wam, że serce kobiety niezwykle jednają płatki róż. Wystarczy z jednej rozsypać na pościeli. Oczywiście jesteście starannie ogoleni, a z ust waszych nie wydobywa się smród piwa, czy wódki. Jeśli ona to poczuje, to najczęściej jest już „pozamiatane”.  Natomiast chcemy poczuć, że to dla obojga ważna chwila.

Nastrojowa muzyka, płomyki świec i czekoladki. Co jeszcze, to zapewne inwencja niejednemu podpowie. Może perfumy, majteczki lub dobra książka, płyta, wizyta w hotelowym spa. Wszystko zależy jakie to spotkanie. Może wasza rocznica, może próba przeprosin, czyli wyciągnięcia dłoni na pojednanie. 

Temat ten przyszedł mi do głowy, na podstawie opowieści koleżanki, która próbuje w gąszczu samotnych, znaleźć kogoś odpowiedniego dla siebie. Raz opowiadała, jak mężczyzna przyjął ją na umówionym spotkaniu w swoim mieszkaniu, otwierając drzwi w samych kusych majtkach, a bałagan z rozrzuconymi skarpetami, skotłoszoną pościelą i nim śmierdzącym potem z pod pach zniechęcił do czegokolwiek.

Nasza blogerka, Jola, a dokładnie jej przepis był moją inspiracją w tworzeniu trochę innego dania. Na kolacje we dwoje. @kulinarnyblogsamanthy .

  Na podstawie jej ostatniego przepisu – DZIĘKUJĘ JOLU, zrobiłam fajne danie,  zmodyfikowane tym, co miałam w domu. Wprawdzie nie postawiłam na kolację we dwoje, bo takiej nie miałam. Za to zaniosłam mojej ulubionej pani krawcowej. Ta kobieta ma złote ręce. Wszystko poprawi, naprawi.  Pracownia krawiecka „Iga” ul. T. Kościuszki w Gdańsku.  Teraz przyjęła do naprawy moją znoszoną czarną haleczkę, z którą jeszcze żal mi się było rozstać i nową kurteczkę w kwiaty, która po prostu za dużą jest. Wy możecie upichcić tego kurczaka ze szparagami i orzechami na Wasze święto, kolację we dwoje.

„Kurczak ze szparagami i orzechami tudzież”

Zawsze marnie wychodzi mi gotowanie szparagów. Chyba byle jakie trafiam, bo najczęściej łykowate. Wtedy wspieram się gotowymi, takimi w słoiczku, już ugotowanymi, np. firmy Rolnik. Ale załóżmy, że same to zrobimy. Odcinamy końcówki, bo mogą być trochę zdrewniałe i gotujemy al dente w osolonej i lekko posłodzonej wodzie, zwłaszcza jak mamy zielone szparagi (ja wole białe). Odcedzamy  i zalewamy zimną wodą, ponownie odcedzamy. I tym razem znowu wyszły marne, ugryźć nie było jak, bo otoczka łykowata, a środek miękki do wysysania, no ale kto chce na randce coś wysysać!! Na pewno nie szparagi. Z szafki wyciągnęłam Rolnika, najczęściej takiego trzymam, a nóż się przyda.

Na patelnie wlewam chlust oleju i wrzucam pokrojonego w kostkę podwójnego fileta z piersi kurczaka. Solę, posypuję przyprawą gruzińską. Takową przywiozła mi córka z autostopa po Gruzji i szczyptą szafranu  (też stamtąd). Dajcie swoją ulubioną, jaką macie. Pokroiłam jeszcze 2 ząbki czosnku. I wrzuciłam po garści orzechów włoskich i nerkowca. Przesmażyłam. Dodałam  300 ml śmietany 18%, kto chce nich zaszaleje z 30 tką! Jeszcze natkę pietruszki drobno pokrojoną i  gałązkę rozmarynu (nie za dużo, bo zdominuje smak). Przesmażyłam krótko.

Osobno ugotowałam makaron, ja dałam taki wyglądający, jak ziarenka z dojrzałego ogórka, ale to obojętne, jaki lubicie lub macie w domu.  A możecie zrobić  swój własny. Na 2 szklanki mąki (35 dag) daje 4 jaja i szczyptę soli. Ugotowany makaron i szparagi wrzucam do mięska w sosie, mieszam delikatnie. Na talerzu posypuję startym żółtym serem (lub parmezanem, jak wolicie).

Smacznego kochani. Bez tej ukochanej osoby smakuje równie dobrze, no zgoda, trochę mniej. Ja ugotowałam też dla córeczki kochanej mojej. Jutro zawiozę jej do pracy. Spokojnej nocy życzę.

 

Wypisana?

Nie wiem, co będzie dalej. Chyba jestem wypisana.

Żaden temat nie jest mocno we mnie, albo ja nie jestem gotowa pisać na dany temat, np. o filmie dokumentalnym Sekielskiego. Tylko parę słów.

To, że instytucja, jaką jest kościół katolicki zawiodła niejednego wiernego, to wielu z nas poczuło szereg lat temu, a za tym przyszedł trend opowiedzenia się  za określeniem – „Jestem wierzący, ale niepraktykujący”.

Kapłani, jako ludzie wysokiej moralności -tak przynajmniej powinno być,  zawiedli życiem prywatnym. A to ukrywaną rozwiązłością, wystawnym życiem, bogactwem, szeptami o molestowaniu, pedofilii.. . Po obejrzeniu „Kleru” nasze rozczarowanie kapłanami ugruntowało się. Ale prawdziwy ból i wielki smutek zagościł po obejrzeniu „Tylko nie mów nikomu” Tomasza Sekielskiego.

Może nie byłam przygotowana na taki dokument, no bo film fabularny to inna inszość. Można dodać, wyostrzyć, ubarwić, przerysować, czy podkolorować. A tu widzimy ofiary, które stanęły oko w oko z oprawcami. A nawet takich, co przyznają się do winy.

Pedofilia także w polskim kościele! Wielu domyślało się, podejrzewało, coś tam słyszało. Obejrzało „Kler” i zasmuciło, zaniemówiło, no bo jak tu teraz poradzić sobie z tą wiedzą?  Jak chodzić do takiego kościoła? No jak? Powiecie do Boga, nie do księży. No tak, ale z Bogiem mogę spotkać się  w lesie na spacerze i w szkole na przerwie i w zaciszu swego pokoju, czy jadąc tramwajem do pracy. Mogę.

Kiedy ja tak bardzo lubię przychodzić do świątyni świętej Barbary. Czuję z nią więź. Łączy nas imię. I wierzę, że nie było mi dane ot tak sobie. Ona wzięła mnie w opiekę. A swoją drogą tak bardzo żal mi jej, oddała życie za wiarę chrześcijańską. A co, my ludzie z tą wiarą porobiliśmy. Panie mój, jak Ty na to patrzysz?

Z drugiej strony pomyślałam, przecież nie wrzucisz wszystkich do jednego worka. Zdajemy sobie sprawę, że są ludzie i ludziska, duchowni i DUCHOWNI. Ale ten dokument jednak dobił. Tak po ludzku zrobiło mi się żal tych ludzi, którzy przeszli piekło będąc dzieckiem. Piekło bezbronnej istocie zgotowane przez sługę bożego!! Łatwiej nam te baby księży wybaczyć, i próbujemy tłumaczyć  -„To tylko człowiek i ten cały celibat nie jest mądrym rozwiązaniem..”. Ale dziecko krzywdzić!? Straszne i obrzydliwe zarazem, jak mocno człowiekiem rządzą żądze, że serce i sumienie gubi.

Może przyjdzie nam wierzyć w Boga, nie przypisując go do żadnej religii? Takie tam moje małe myślenie. Już nie wiem co myśleć, potrząsnęło mną.

Powiecie, co ten ślimak tu robi? To istota żywa szukająca miejsca. Może w szeregu..