Reiki

Reiki, to dobrodziejstwo płynące z energii.

Wszystkie skrajności są niedobre, kiedy pochłaniają nas bez reszty, wtedy zaniedbujemy innych i siebie także na wielu polach. Do każdej sprawy dobrze jest podchodzić ze spokojną głową i  tak staram się wtapiać w wiedzę o reiki. Nie zatracać, a czerpać radość z wtajemniczania.  Myślę, że to piękne, kiedy niezależnie od naszego wieku, nadal mamy chęć zgłębiania tego świata, czy to wiedza o reiki, czy archeologii, a może historii lotnictwa i podziwiania świata z lotu ptaka. Fajnie, kiedy jeszcze coś potrafi wzbudzić w nas żar poznania. Oddajemy się temu w wolnych chwilach, mamy jeszcze coś do zrobienia. I to jest cenne, nie tyle samo reiki, co chcenie, pragnienie istnienia, bo ono dla nas nadal ciekawym jest!!

Zmieniłam się od kilku lat i nie umiałam wytłumaczyć na jakiej podstawie, co wpłynęło na tą inną Basię. Upatrywałam „winy” w rozmowach z psychologiem, pogodzenia się, że miłość płci przeciwnej, zresztą też całkiem pięknej ominęła mnie. Ale radość życia, energia, łatwość komunikowania z ludźmi, przyciąganie ich do siebie, jak nigdy dotąd…, skąd, dlaczego..? A może moje czakry były zablokowane? To jeden z wielu powodów, myślę. Wiele spraw nałożyło się i spowodowało zmianę.

Pamiętacie, jak pisałam Wam o tantrze. Wtedy jeszcze czakry, energia ki, moc płynąca z wszechświata, atomy.. nie imały się mego umysłu. Okazywałam jeden z wyższych stopni ignorancji dla tego tematu. Z dnia na dzień zmieniało się to. Ostatnio noc po nocy zaczytywałam się o czakramach, sadzawkach energii, jak to pięknie nazywała Agnieszka Robakiewicz. Czakry to odbiorniki, przetworniki i przekaźniki energii. Każda czakra związana jest z ośrodkiem hormonalnym i dostarcza energii do jego funkcjonowania. Mamy siedem podstawowych czakr: Korzeniowa (gruczoły nadnerczy), kolor czerwony, Sakralna (jajniki i jądra) kolor pomarańczowy, Splotowa (trzustka), kolor żółty, Serdeczna (grasica) kolor zielony, szyjna (tarczyca) kolor błękitny, Czołowa (szyszynka) kolor fioletowy, Ciemieniowa (przysadka) kolor biały. Pomocnicze są w stopach, kolanach, dłoniach.

Zapewne słyszeliście o uniwersalnej energii życia, płynącej z kosmosu, wszechświata, źródło miłości.  To ten pierwszy człon – Rei. Natomiast – Ki, to energia indywidualna. Każdy z nas ma własną, niepowtarzalną Ki. Zarówno człowiek, zwierzę, roślina, jak i minerał, Ziemia, Słońce, Księżyc. I to zajęło mój czas, głowę, bo jeszcze nie serce. Serce o tyle, że mam ognień posiadania wiedzy w tym temacie, ale rezerwa nieufności zostaje, póki co. Wczoraj ukończyłam pierwszy stopień wiedzy o uzdrawianiu, czy też pomocy ciału, duszy, przez dotyk. A przecież ja w pracy zwłaszcza dotykam ludzi. Nie ośmielę się pomagać innym, to znaczy prowadzić odpłatnie takich sesji- terapii reiki. No chyba, że zostanę wielkim mistrzem, czego absolutnie nie przewiduję. Ale chciałabym wykorzystywać to w mojej pracy podczas masażu. Więcej skupiać się na czakrach (centrach energetycznych) i miejscu, które dokucza człowiekowi, a poznam je także po wywiadzie z pacjentem.

Za półtora miesiąca mam drugi stopień. Robię to u Wielkiego Mistrza pani Kingi Roberts, akurat jest w Polsce (Sopot). Niezwykłe przeżycie, ale bez wiary w czakry, których nie widać, nic człowiek nie zdziała. A jakże trudno uwierzyć nam w coś, czego okiem nie widzimy.  W każdej żywej istocie płynie energia, jak woda w strumieniu, wpada do sadzawek, tam krąży i jeśli połączenie między czakrami nie jest zablokowane wpada do następnej sadzawki. Kogo zainteresuje ten temat, polecam lekturę Bogusława Waśkiewicza – „Tajemnice Reiki”.

PS Wiem, że będą tacy, co powiedzą uważaj na tę wiedzę. Też tak myślę, dlatego nie brnę mocno po kolana. To tak, jak z moim bieganiem. Biegam od 10 lat, ale nigdy nie pokusiłam się o maraton, czy pół maraton, bo robię to dla siebie, dla samego biegania, dla zdrowia, dla ćwiczeń nie pewnego rodzaju poklasku i wkręcania się na maksa.

Kochani, jeszcze o tym napiszę, powrócę do tematu. Póki co idę oczyścić moja aurę i naładować się, a mówię to poważnie.  Wam wszystkim życzę „takiego reiki”, czyli tematu, który zostanie waszą pasją. Póki mamy ciekawość świata, życie smakuje, i to aromatycznie. Pragniemy go bardziej, niż zwykle. Tego Wam życzę.

Reklamy

Metoda Dobrego Startu w profilaktyce niepowodzeń szkolnych

MDS – Metoda Dobrego Startu, była moją ulubioną metodą  wprowadzającą do nauki pisania, czytania i orientacji w przestrzeni. Łatwe wzory, np koło, fala, krzyżyk, linia pionowa, pozioma, kwadrat, wzory literopodobne, takie z zawijasami, laseczki spiralki, czy literki i cyferki. Dzieciaczki pod moją opieką koordynowały u siebie współpracę percepcji ruchowej, słuchowej i wzrokowej.

Prof. zw. dr hab. Marta Bogdanowicz opracowała tę metodę (na wzorach francuskich Le Bon Deport) w czasie bezpośredniej pracy z dziećmi.  I przekazała nauczycielom. Bardzo często dostawałam nagrodę dyrektora i za jedną z nich wybrałam się na trzystopniowy kurs nauki Metody Dobrego Startu. To były dobrze wydane pieniądze.

MDS to uczenie się wielozmysłowe: wzrokowo-słuchowo-ruchowe. Wykorzystujemy ruch zharmonizowany w czasie i przestrzeni nakładając do tego słowa prostej piosenki, czy wierszyka, nawet zdania.

Podam jeden z przykładów. Na moje zawołanie – „Spotkanie na dywanie”, zasiadamy w kole, nóżki w siadzie skrzyżnym, ja z pociechami witamy się, gestykulując przy tym. Na melodię „Panie Janie” .

Witaj Kasiu, witaj Kasiu,

jak się masz, jak się masz?

wszyscy cię witamy, wszyscy cię kochamy

bądź wśród nas, bądź wśród nas”!

Każdy czuje się powitany, zauważony. Teraz dzieciaczki witają tak samo swoją panią. Bardzo się z tego cieszą, ja zresztą też.

 Moje pociechy mają po 5, 6 lat, bo to „zerówka”, czyli oddział przedszkolny w szkole. Pięciolatek może już do niej chodzić, a sześciolatek ma obowiązek odbyć roczne przygotowanie przedszkolne w budynku szkoły najlepiej jego przyszłej, aby już jako „wiracha” poszedł do klas młodszych znając panie, dzieci, przestrzeń szkolną, obyczaje.. . A może zostać w przedszkolu, już mu znanym i iść później do szkoły ze swoją grupką dzieci.

Mówię moim maluszkom, że dziś poznamy nową literkę i będzie to „d”. Zaczyna się poszukiwanie (każdy w swojej główce) wyrazów, z tą głoską na początku. Dzieciaczki chętnie jeden przez drugiego podnoszą rączki, wymieniają zaskakująco wiele wyrazów. Czasem ktoś się pomyli; powiem wówczas –  „byłeś blisko, ale to nie ta głoska” i próbuję naprowadzić go. Udało się, – „brawo”! Chwalę za każdy dobry przykład, za próby, za staranie (chwalenia nigdy dość, to motywuje do działania), a całość grupy wraz ze mną głoskuje podany przez kolegę, koleżankę wyraz. Dzielimy ten wyraz na sylaby, wyklaskując je lub wytupując nóżką.

Literkę „d” chciałam, aby poznały na podstawie wyrazu „dom”, można „dynia”, bo to jesień i dynie brzuchate, pękate, dorodne. Ile przy tym zabawy w toczeniu dyni.   Siedząc w kręgu mamy różne możliwości poprowadzenia rozmowy, aby poćwiczyły sobie umiejętność mowy (nie wiedząc o tym, że to ćwiczą), np. opowiadają na temat: „mój dom”, „wymarzony dom”, „dom kosmity”, „domy ludzi z różnych stron świata”, czy „o domkach zwierząt”.

Pomocnymi będą tu ilustracje (bo wielu z nich to wzrokowcy, niekoniecznie słuchowcy). Wieszam na tablicy (mam taką korkową na kółkach, zrobił mi mąż, mówiłam, że dobry człowiek) ilustrację domu i podpis literkami drukowanymi  i pisanymi -„dom”.

Śpiewam im całą piosenkę (są krótkie) zwracając baczna uwagę na jej część, kawałeczek piosenki- „Mamy domek, Mały domek”. Teraz rozdaję  po 4 woreczki dla każdego dziecka (uszyte przez jedną z mam, w środku może być piasek, ja kupiłam na rynku owies). Są wykonane (każdy woreczek) w dwóch kolorach, np. po jednej stronie zielone, po drugiej żółte. Dzieci maja za zadanie ułożyć je przed sobą tak, aby pierwszy woreczek po lewej stronie miał kolor żółty na wierzchu, a pozostałe  trzy zielony. Tam gdzie żółty jest start, bo piszemy od lewej do prawej i tak będziemy wystukiwać rytm krótkiej śpiewanki. Jedno uderzenie w woreczek i jedna zaśpiewana sylaba. Stąd mamy 4 woreczki.  Zaśpiewanie „mamy domek”, to jedno przejście po woreczkach. Rączka do góry i górą cofamy na początek, czyli nad żółty woreczek (utrwalamy sposób pisania w liniach, w zeszycie, od lewej do prawej i kolejna linijka od lewej do prawej). Stukamy dalej: raz w woreczek i jedna sylaba, śpiewając cd – „mały domek”. Stukać można , np. całą dłonią  strona wewnętrzna, zewnętrzna, paluszkiem np. wskazującym mówiąc, że to dziobek ptaszka, piąstką, łokciem, a nawet na stojąco nóżką (przy tym często jest przewracanie i śmiech, miód na moje serce).

Teraz próbujemy wyodrębnić pierwszą głoskę w wyrazie „dom”, czyli „d”.  Na tej samej korkowej tablicy wieszam duży arkusz białej czystej kartki. Piszę wykorzystując całą przestrzeń papieru, niebieskim mazakiem, bo takim kolorem zaznaczamy spółgłoski-  literkę „d” pisaną. Zaznaczam kropeczką, gdzie jest jej początek, czyli start pisania, a obok rysuje strzałkę, w którym kierunku dalej piszemy. Pierwsza ja pociągam po wzorze śpiewając przy tym. I tak, po kolei każde dziecko (może to być zwykła tablica z kredą, wtedy używamy niebieskiego koloru). Kto nie chce, bo nie jest jeszcze gotowy, nie zmuszam. Sami sobie w swoim rytmie śpiewamy. Ale jedno obrysowanie literki to zaśpiewanie tych 4 sylab – „mamy domek” lub „mały domek”.

Przechodzimy do stoliczków i to samo robimy, ale pisząc na tacce z kaszą manną. Gumkowanie napisanej literki, to lekkie potrząsanie tacką. To się robi wesołe pisanie Miód na moje serce, bo szkoła ma się dziecku kojarzyć z dobrem, życzliwością, uśmiechem, fajnymi kolegami i kochaną, rozumiejącą panią, taką do której zawsze można podejść powiedzieć.., przytulić. Stres szkolny i tak jeszcze je dopadnie, bo długa droga przed nimi i różni ludzie na niej. Pamiętam siebie, jak bałam się szkoły i pani, która drewnianym piórnikiem biła po dłoniach każde dziecko, jak jedno coś przeskrobało. Bardzo zależało mi, aby poczuły te Okruszki, że jestem,jak ich druga mama. W szkole spędzają dużo swojego życia, powinno to być miejsce przyjazne im.

Opisałam Wam tylko część, element z MDS. To naprawdę cudowna metoda wspomagająca rozwój dziecka. Przeznaczona jest dla dzieci od 2 do 10 lat. Ma zastosowanie w profilaktyce niepowodzeń szkolnych.

Brakuje mi dzieci. Powinnam być z nimi. To moje życie. Dziś miałam dziwny sen. Śniło mi się, że urodziłam dzieciątko, synka. Nosiłam go na rękach tuląc zawiniątko, patrzyłam, że podobny do mnie, byłam szczęśliwa. Planowałam imię, koniecznie Ignaś, tak bardzo lubię stare imiona. Budzę się i dochodzi do mnie świadomość, że to był tylko sen, że nie mam dzieciątka. Byłam rozczarowana, smutna. Dziwne, kiedy byłam młodą mamą bałam się słowa ciąża (urodziłam troje najcudowniejszych dzieci). I zawsze budziłam z ulgą, że to był tylko sen. Teraz odwrotnie. Nie wiem, czy to cokolwiek znaczy? Wiem, że tęsknię za klasą, za grupą moich pociech. Żałuję, że strona finansowa zmusiła mnie do tego czynu, odejścia z zawodu. Najlepszego, jaki istnieje.

Takie moje wielkie miłowanie. Dziecko

Wchodzi do salonu, mała Sara, córeczka sąsiadki. Lubi do nas zaglądać. Fryzjerka Agusia często poczęstuje cukierkiem, zagada, uśmiechnie się. Tym razem trzymając w jednej dłoni miseczkę farby, a w drugiej pędzel, mówi, ” oj nie mogę cię ukochać”. Na co ja w jednej chwili podbiegam z socjalnego, łapę Myszkę w ręce, unoszę, przytulam i kołuję wokół nas. Czuję takie ciepło, taką błogość, jakbym kawałeczek nieba w dłoniach miała. Pomyślałam, ależ ja babcią kiedyś będę! Oj będę!! Rozpieszczę.. .  Jak to jeden z uczniów ościennej klasy powiedział do swojej mamy, ” Ta pani, to miłośniczka dzieci”. To był komplement. A doniosła mi go, jego mama, pani Ewa, nauczycielka plastyki. Tak jestem wielką MIŁOŚNICZKĄ dzieci. Te rączuszki ciepłe, malutkie, tak chętnie wsuwają się w moją dłoń. Te pachnące włoski, uszka i najlepsze wierne oczka!! Matko, dziecko to CUD, DAR Z NIEBA!! Trzeba je chronić, dbać i miłować ponad wszystko!

Lubię ten wierszyk, często uczyłam go moje maluszki. Może i Wam się spodoba i wykorzystacie go w zabawie z Waszą Pociechą.

” Tak jak mój kot”

Naszła mnie wielka ochota,

By naśladować mojego kota: 

Bo musicie wiedzieć, że moja kicię

Codziennie zaprząta staranne mycie:

Brzuszek, łapki, pyszczek myje.

Uszy, oczka oraz szyję.

I gdy wieczorem siedzę w wannie,

pamiętam, by umyć się starannie:

Brzuszek, ręce, buzię myję,

Uszy, oczka nawet szyję.

Oprzeć szczęście, o..

Przepraszam, ostatnio nie mam czasu na „blogowanie”. Rozpoczęłam kurs masażu tantrycznego. Proszę absolutnie nie kojarzyć go z erotycznym. To już prędzej mój autorski masaż- ” Niebo”, ma więcej wspólnego z erotyką, chociażby dlatego, że jest najczulszym dotykiem, a tantra, hm.. . Dość trudne to dla mnie i mocno pożerające moją energię. Jak już ukończę, opiszę więcej.

Dziś chciałabym zająć Was słowami mojej młodszej córki, kiedy je wypowiadała miała zaledwie 19 lat. Zapamiętałam i czasami wracam do nich. A teraz z Julią dość intensywnie komunikujemy się. Rozmawiamy o studiach, promotorach, ambicji i niesprawiedliwości. Żal mi jej, że tak solidny człowiek doświadcza takiej a nie innej rzeczywistości, że czasem uczciwość, rzetelność obraca się przeciwko nam. Poradzi sobie, bo od małego wiedziała, czego chce i konsekwentnie mierzyła się z zadaniami.

Wrócę do jej słów, które kiedyś wywarły na mnie i jej starszej siostrze wielkie wrażenie. Byłyśmy we trzy w domu, pocieszając Okruszka w jej bólu, po rozstaniu z pierwszą miłością (23 lata). Taka przybita, milcząca, a oczy pełne smutku i bólu. Tak trudno było jej przyjąć brak tego człowieka obok. Swoją drogą dla mnie nie wart za wiele. Taki nieogarnięty egoista, który na pytanie, jakiego dokonałby wybory, gdyby trzeba było; „marycha”, czy ona, jego dziewczyna, bez wahania odpowiedział, że bez palenia nie mógłby istnieć. Zgroza.  Ale dla niej pierwszy mężczyzna, któremu oddała serce.

Ja głaszczę po główce, pocieszam, zapewniam o naszej miłości, na to odzywa się Julia;

„Oj, bo wy źle robicie, zakładacie swoje szczęście w oparciu o drugiego człowieka. A człowiek, choćby się starał i był z natury dobry, często zawodzi. Oprzyjcie swoje szczęście na siebie”. 

My głowy uniesione patrzymy na nią i właściwie nie rozumiemy, co chce przekazać. Więc dopytuję się, jak to zrozumieć. Na co Julia tak pięknie, z takim entuzjazmem, patrząc mi w oczy mówi:

„Zobacz mamusiu, kochasz koncerty w filharmonii. Pasjonuje cię balet, śledzisz Wydarzenia w Multikinie i wyczekujesz ” Dziadka do orzechów”, czy „Jezioro Łabędzie”. Lubisz operę i  żywo dyskutujesz o Carmen, Cyganerii, przekonując, że Tosca dla ciebie jest wyjątkowa, a „Madame Butterfly” musiała ustąpić jej miejsca. Mieszkasz w takim mieście, że masz do tego łatwy dostęp, karmisz swoją duszę. Twoje treningi nad morzem, biegi brzegiem plaży i lasem z ćwiczeniami na drążku, to radość dla ciała. A domek twój tylko 4 km od Bałtyku. Każdy najmniejszy zwierzaczek, to radość dla oczu twych. Zatrzymujesz się, aby popatrzeć na gołąbka, czy przenieść ślimaczka i nigdy nie pozwalasz zabić pajączka, choć ja piszczę. A w domu masz wyjątkowo potrzebującego tulenia i miłości kotka, taki, a nie inny, co lubi chadzać swoimi drogami jest z tobą. Ile razy widzę, z jaką radością sadowisz się w swoim wygodnym, wielki łożu z miską winogron, które uwielbiasz i dobrą książką z działu psychologia. A bibliotekę masz dokładnie pod sobą, w tej samej kamienicy. 

Szczęście należy oprzeć na sobie. I cieszyć się każdym dniem. Kiedy polubisz siebie, nie zawiedziesz się” !

Oniemiałe patrzymy na nią chyba z otwartą buzią, a ona dodaje –  „I szczęście, to kiedy wychodzisz z wanny, zarzucasz wilgotne włosy, a kropelki wody spływają po plecach”. 

Pamiętam te słowa, pokochałam siebie i doceniłam pasje i to, co mam. A człowiek? Jest wokół mnie!  Dużo wartościowych, kochanych, dobrych ludzi; moja trójka cudownych dzieci, kochana siostrzyczka, mama, moje przyjaciółki, koleżanki i światek zawodowy, nawet klientki naszej fryzjerki mówią mi, że mają udany dzień, kiedy mnie widzą i słyszą. Ostatnio jedna z pań, powiedziała, że powinnam być jej psychologiem. Miłe. Jest wiele życzliwych mi osób. Doceniam. A Anioł Stróż wiecznie czuwa nad Basią i Baśką!! DZIĘKUJĘ!! Wam kochani oczywiście życzę, szczęścia z człowiekiem wyjątkowym. Dla Was wyjątkowym, niezawodnym!!

Chleba i igrzysk, czy na pewno tylko!

Poznałam go zupełnie niedawno. Nie wiedziałam o nim nic, a nic. Nie wiedziałam, że w ogóle istnieje. Dopóki nie zaczął się pchać do mnie zewsząd. Jadę moim samochodzikiem, muzyczka plumka, przewija się od Jarockiej po Podsiadło, aż tu ni z gruszki ni z pietruszki, jakiś szaleniec pędzi na motorze i polewa się szampanem. Skrzywiłam się, przeorało mnie!  Nie tylko moje ucho, ale i jelita.  Zniesmaczona, ale czasu, a raczej podzielności uwagi jeszcze nie mam na grzebanie w radiu, kiedy pędzę 90. Epizodzik był minął, nie specjalnie zarejestrowany w mej pamięci. No i przyszedł ten pierwszy chyba z 4-5 dni mej próby wytrzymałości uszu i jelit.

Po pracy, najedzona, popijając mocną czarną herbatkę z posmakiem melona zasiadam do laptopika mego, zwanego Mietkiem. W tle mojego słodkiego pokoiku, z widokiem na zielone drzewa roztaczają się dźwięki z radia RMF muzyka filmowa.  Ach ten flet E. Morricone i Misja!  George Telemann – Koncert obojowy C-moll, Pietro Mascagni i jego bajeczna „Rycerskość”.. .  Miłość dla uszu moich , ciepło dla brzuszka i spokój dla główki mej skołatanej po całym dniu. Klikam słowa, słówka do Was mili, aż tu powtórka z rozrywki, znowu ten szalony pędzi na motorze, kocha się w górach i polewa szampanem. Myślę, ale siara i dalej klikam do Was  list. I już za chwilę Chopin, G. Turnau, S. Sojka, tudzież  Mela Koteluk. I tak minął dzień. Dzień pierwszy.

Żyję sobie, pracuję i zasiadam na spotkanie z Mietkiem i Wami. Szczęśliwa, że w końcu mam czas. Wiecie, że śladów telewizora u mnie nie dopatrzycie się, za to kochane internetowe radio stoi w kąciku i umila mój czas. Umila, tak! Dopóki discopolowy szalenie nie zajechał na motorze. On promuje nie diso polo broń Boże, on stworzył nowy podgatunek rocka. Rock polo, to tak jakby powiedzieć pięknobrzydki!! Samozwańczy król rock polo.  Podobno nazwę podpowiedział Tymon Tymański. Biedni rockmeni włosy z głowy rwą, myśląc gdzież tu rock? Może, że Zapała zapalczywie gra na gitarze, to i rock mamy! To przedziwne, ale dobrze że do nazwy tego podgatunku dodaje słówko polo. Bo tak naprawdę to najpierw przeraziła mnie muzyczka dopiero później zaczęłam przysłuchiwać się słowom. „Buzi mi teraz daj, a potem więcej, gdy będziemy sami. ,.. Wypijemy syćkie drinki aż do dna”. Cóż naród przeżywa jedną wielką balangę. Zapłacimy nie tylko bólem głowy i nie koniecznie tylko my, ale nasze pokolenia.

Och, on pewnie ten Sławomir nie jest najgorszy, najbardziej ociekający prostotą i kiczem, ale złoszczę się na niego, bo inni nie wpychali się do mnie drzwiami i oknami, on tak. Niedługo otworzysz lodówkę, a tam- „Buzi mi teraz daj…”. można się zrzy.. .

Faceci nasi, a Was proszę nie wzorujcie się na Sławomirze, chodzi mi o wąsy, „zaczeskę” (fuj), różowe marynary, odkryty rozchełstaną koszulą owłosiony tors… Proszę, nie takich menów chcemy w ramionach.

I tym razem przecierpiałam, bo za chwil parę na osłodę i uspokojenie dostałam  na deser; ” W życiu piękne są tylko chwile”. Boże podziwiam dar w pisaniu słów kojących duszę, stwarzających zadumę. I dźwięki, które nie są tylko przytupem, skocznym usia- siusia.

Tyleż głupoty nas otacza zewsząd. Chociażby polityka naszego państwa, ale i trend świata dokąd zmierzamy, że na głupie słowa i w muzyce, nie masz już siły, tak zwyczajnie jesteś zmęczony.

Aby lepiej zrozumieć pana Zapałę, spróbowałam wyobrazić sobie scenkę z jego tekstem. Wyrwaliśmy się do Zakopanego, tudzież innego, urokliwego miejsca. Ja i mój przystojny mężczyzna. Wędrujemy polankami, przemierzamy szlaki, oddychamy pełną piersią o wschodzie i zachodzie, podziwiamy świat. I jakoś nie sięga moja wyobraźnia do takich atrakcji, jak polewanie się szampanem.., raczej świeczek rząd, truskawki w misce i bita śmietana, nowa jedwabna haleczka z koronką, czekająca na pościeli i my! Klęczymy na łóżku twarzą do siebie, czułe i zmysłowe spojrzenia, słowa, które na długo wryją  się w pamięć o naszym wzajemnym szczęściu, że było nam dane spotkać się.  Pocałunki z nieśmiałych lekko, poprzez budzące namiętność, pociągnięcia języczkiem, w ogień.. splatających się ciał. A jeśli szampan, to lekko usta zwilżone, języczkiem okolone. Zlizanie smaku szampana z jego ust. Pragnę smakować te chwile na trzeźwo, nie uronić ani kapki przyjemności z bycia razem. Chyba to romantyzm. A więc jest we mnie.

Dlaczego promujemy taki sposób spędzania czasu we dwoje, jak pokazuje w tekstach pan Sławomir. Naprawdę lud tego potrzebuje? Dlaczego propagujemy kicz? Bo takie czasy, bo taki styl we wszystkim obecnie? Przecież bierzemy odpowiedzialność za młode pokolenia, ich dusze, czym je karmimy?  Dzieci, młodzież kształtuje, lepi nie tylko rodzic, szkoła, ale i nasze otoczenie. I niech i ten Sławomir będzie gdzieś w tle z wieloma z klepiska, bo to też ludziom czasem może być potrzebne, jak chcą zwyczajnie odmóżdżenia. Nie maja siły na Bacha, ale dlaczego wystawia się go na świecznik, nawet RMF classic bierze go. Już wystarczy, że wszędzie bombardują  nas reklamy o najlepiej spędzonym czasie wolnym, czyli na żaglach, na plaży, spotkaniach, wyjazdach, górskich wędrówkach.. wszędzie okraszone obowiązkowo litrami piwa, bo bez tego zmarnowany czas, bo na trzeźwo trudno być wesołym.

Teraz trzeba będzie  zmierzyć się z nowym hitem, „Ty mała znów zarosłaś”, czy o łąkę na pewno chodzi? ! 12 letnia córka mojej koleżanki, mówi – ” mamo nie bądź naiwna, to o cipkę chodzi” . Przerażone posłuchałyśmy na yotube. A niech zarasta, co chce!!  Boże mój! Dokąd zmierzamy? To był drugi usłyszany przeze mnie utwór „rockmena” Zapały i wystarczy mi całkowicie, jego twórczości. Jestem chyba dinozaurem. Wiem, są gorsi  w zniesmaczeniu od tego aktora, ale nie znam, nie doszło do mnie, bo skrzętnie omijam. Może się czepiam, bo każdy ma prawo do swoich upodobań, ale dlaczego tak w mediach epatujemy tą prostotą. Nie chcemy osłuchać młodych ludzi z wartościowymi  utworami np. „Pamiętajcie o ogrodach”.

Skaldowie, Grechuta, Niemen.. tęsknię za nimi. Tworzyli w czasach niewoli, cenzury.. Podziwiam. W niesprzyjających okolicznościach, a muzyka i filmy wówczas na wysokim poziomie. Tadeusz Łomnicki, G.Holoubek, Z. Zapasiewicz. Każdy ich gest, grymas to już kunszt aktorstwa. Jak ktoś nas karmił sielsko anielsko i pragnął ludowości w narodzie, to z  Zespołem Pieśni i Tańca Mazowsze. Jakież głosy!! Ireny Santor między innymi.

Musiałam zmienić program w radiu, z RMF muzyka filmowa, bo Sławomir widocznie filmowy, na RMF muzyka klasyczna bez dodatku filmowa. Trudniejsza, ale dbają o moje spokojne pisanie do Was, nie musząc biegać do radia i ściszać chłopa aktora, który dla pieniędzy przerobił się w chłopka kiczem polewanego, bo uważa, że cały naród potrzebuje  chleba i igrzysk. Czy na pewno? Co chcemy ukryć..

Coś ponadto. Programy autorskie dla Kurczątek.

Całe moje dorosłe życie uczyłam małe dzieciaczki.  Nastał dwutysięczny rok i coraz więcej mówiło się o nowościach w szkolnictwie.  W poszukiwaniu lepszych rozwiązań procesu kształcenia małego człowieczka zaczęliśmy pisać programy autorskie. Pani doktor M. Szczepańska na studiach podyplomowych nauczyła mnie wiele w tym względzie.  Jak uatrakcyjnić swoje zajęcia, wzbogacić, rozszerzyć o to, co ważne. Ujęła mnie ta możliwość, bo widziałam luki, które teraz mogłam wypełnić.

Pierwszym programem, który zaakceptowała dyrekcja szkoły i rada pedagogiczna była seria zajęć mająca na celu rozbudzenie zainteresowań Małą Ojczyzną. Miejscem, w którym te dzieci najczęściej urodziły się i wychowują. Każda miejscowość ma swoją historię, a w Gdańsku każdy zaułek, brama.., to moc ciekawostek. Łatwo zainteresować te małe pociechy swoim miastem, historią, ale metodami i słownictwem na ich miarę. I tak robiłam od zerówki do trzeciej klasy. Na końcu ewaluacja i radość, jak wielki sukces tych dzieciaczków ujrzałam. Na dniu babci podchodzą do mnie babcia z dziadkiem pewnego Łukaszka  i dziękują mi, za wiedzę, którą mu przekazałam, że znalazłam na to czas i chęci i zrobiłam w przystępny sposób, bo teraz oni korzystają i dowiadują się, pogłębiają  rozbudzoną ciekawość. Opowiadali mi, jak zabrali swego wnuka wraz z całą rodziną na Starówkę Gdańska. Plan był; pospacerować, zjeść obiad lody, a tu Łukasz zaczyna opowieści o każdym miejscu, pomniku, kamieniczce. A to szuka i pokazuje miejsce, z którego widać siedem pomników Neptuna, a to rodem Ferberów zachwyca i historią powstania zegara astronomicznego.

Legendy Gdańskie profesora Jerzego  Sampa to była podstawa, ale nigdy im ich nie czytałam, tylko opowiadałam z większym lub mniejszym wyciszeniem grozy, która jest tam wszechobecna. Później jeździliśmy na wycieczki w poszukiwaniu tych miejsc z legend, np.rzeźby  Pięknej Gdańskiej Madonny w farze mariackiej, czy  epitafium Konstantego Ferbera z legendy ” Szczęście w nieszczęściu”. Zaraz obok na najkrótszej uliczce Plebanii ich herb. Rzeźby bohaterskiego pieska z legendy „Prawdziwa przyjaźń”, czy zabawy i tańce z Panienką z Okienka. Miało to swój urok.

Kiedy moi uczniowie uczęszczali już do trzeciej klasy zabieraliśmy mini sztalugi, bloki i ołówki, rozsiadaliśmy się w słoneczny dzień na Długim Targu w okolicach Neptuna i zamienialiśmy w rysowników, grafików. Czuli się ważni, a prace małych plastyków wędrowały do Galerii Małego Artysty w naszej klasie i także ku radości rodziców mogliśmy podziwiać je. Piękne wspomnienie.

Wy rodzice, jeśli zauważycie, że wasze pociechy niewiele wiedzą o miejscu, w którym wychowują się, spróbujcie rozbudzić ich zainteresowania. Zacznijcie od wyjaśnienia nazwy ulicy, gdzie stoi wasz domek. Może poszukajcie, jak najwięcej się da, budynków z herbem miasta. Zabawcie w fotografa-artystę, niech dziecko ma możliwość pstrykania zdjęć urokliwym zakątkom. Później je wydrukujcie i umieśćcie na tablicy w pokoju  waszego Skarba, oczywiście zachwycając się przy tym i utrwalając nazwy miejsc z fotografii.

Często zatrważającym jest, jak mało wiemy o miejscu w którym przyszło nam osiąść. Mam przyjaciela, Miłosza. Wychował się na południu kraju. Do Gdańska przybył za miłością. Miłość do dziewczyny przebrzmiała, ale nowa rozgościła się na dobre, miłość i zainteresowanie miejscem, w którym przyszło mu żyć. Tu kupił mieszkanie, podjął pracę, cieszy się życiem i zgłębia historię miasta. Wie o nim więcej, niż niejeden zasiedziały mieszkaniec. Podziwiam!

Kolejne programy, to: – „Kształtowanie postaw moralnych z wykorzystaniem  literatury, sztuki”. W ruch szły robótki ręczne, pacynki, postać na paluszku, czy z wykorzystaniem starej rękawiczki, a może cudaczek- lizaczek na patyczku od szaszłyków, w ostateczności opaska na główkę z postacią, którą zagra maluch. Zaprezentowanie odpowiedniego tekstu, który utrwali zasadę moralną, np. szacunek i pomoc ludziom starszym. Dużo było przy tym radości.

Później zaniepokoił mnie strach, zwłaszcza chłopców przed skakanką.  Obserwowałam zajęcia moich szkolnych pociech, prowadzone przez specjalistę wuefistkę i widziałam ich nieporadność podczas używania skakanki, a wyścigi drużyn często opierały się na kozłowaniu piłki, skakaniu na skakance, czy czołganiu w tunelu. Dziewczynki chyba mają to we krwi, a przynajmniej większość z nich. Pomaga im wszechobecna guma w zabawie na podwórku. Są bardziej wyćwiczone w podskokach. Cóż było robić opracowałam program ” Żeby kózka nie skakała, to by smutne życie miała”. I skakaliśmy, bawiliśmy się przeróżnie przy użyciu tego prostego sprzętu sportowego. Miło było patrzeć, jak chłopcy nie tylko zaczęli sobie znakomicie radzić z tymi skokami, ale nawet do tyłu i na nogach skrzyżowanych. Byłam dumna z siebie i maluszków, kurczątek moich. Przestały bać się wuefu.

Kolejnym ważnym programem, był – ” Mały dżentelmen”. Czasami chłopcy mieli już dosyć bycia dżentelmenami i uprzejmości wobec dziewczyn. Chcieli stanąć w pierwszej parze i poprowadzić klasę do szatni. Robiliśmy taki dzień, ich radowania, tym ustawianiem się, a dziewczynki z wielką opieką i zaangażowaniem ustępowały swoich kolegom. Miło było na to patrzeć i na to, jak jedzą rybę dobierając odpowiednie sztućce, czy w dramie ćwicząc pierwszeństwo, rangę przedstawiając dwie osoby, np. koleżankę z klasy –  swojej babci.

Moją miłością z programów autorskich, oprócz pierwszego z nich, był ostatni „Klasyka dla Smyka – aktywne słuchanie muzyki poważnej”.  Przy użyciu kolorowych, zwiewnych chusteczek, czy drewnianych pałeczek tańczyliśmy w rytm hitów muzyki klasycznej.  Już na zawsze zapamiętają i to z dobrym skojarzeniem „Zimę z Czterech pór roku” Vivaldiego. Kiedy to tańczyły, taniec zmarzniętego wróbelka, czy zwiewny i powiewny taniec z chustkami tiulowymi do walców Straussa. Nie chodziło o zrobienie z nich melomanów, tylko danie im możliwości zapoznania się i z taką muzyką, nie tylko wszechobecnym Sławomirem i słowami (o zgrozo) jego utworów. Wiecie, jaką muzykę najczęściej słyszałam dzwoniąc do rodzica mojego ucznia? Tak, discopolo. Wszystko dobrze, nie będę dyskutowała o gustach i zwracała uwagi, co wnoszą słowa tychże utworów, ale skoro takie jest „czekadełko” w telefonie rodzica, to co leci na okrągło w ich domach?  Wszystko jest dla ludzi, ale.. . Skąd i kiedy te maluchy będą mogły poznać koncerty muzyki klasycznej z filharmonii. Uważałam, że to moje zadanie. I bawiliśmy się znakomicie. Dziewczynki często w przerwach biegły po chusteczki, zakładały na paluszki i prosiły o nastawienie Czajkowskiego, bo jak to określały „Muzyka ich porywa”. „Dziadek do orzechów” i  ” Jezioro łabędzie”, zawiera mnóstwo urokliwych hitów do potańcowania, jak baletnica.

To cudowne patrzeć, jak masz możliwość kształtowania tego małego, ufnego, dobrego człowieczka. Ta praca miała największą wartość. Czuję, że ta wcześniejsza emerytura, to krzywda i łamanie mnie. Ja już za nimi tęsknię. Przecież urodziłam się dla nich.

Nasz rytuał

Mam koleżankę. Fajną czarnulkę. Przyszła tak po drodze mojego życia. Latem wybieramy się na tańce do Eger. Zaprosiła mnie. Miło, bo to oznacza, że lubi spędzać czas ze mną.  A i bogracza pojemy, winka i soku popijemy. Ja na ten sok, bo winko odległe memu  ciału. Każde! Ostatnio znalazłyśmy fajny sposób na sympatyczne spędzanie czasu ze sobą, inaczej. Nie kino, nie kawiarnia, nie kluby nocne, tylko moje łóżko! Wiem, brzmi ciekawie.

Jak zbierze się moc tematów lub choćby jeden, ale niecierpiący zwłoki, to spotkanie na łóżku konieczne! Po prostu przychodzi pora na wspólne przemaglowanie problemów. Jesteśmy w podobnym wieku. Jednej i drugiej nie ma kto tulić. Choć ja nie narzekam, tuli mnie córeńka i kot przytula, a za stałym związkiem z księciem z bajki na białym, ani żadnym innym koniu, nie tęsknię. Ona natomiast, tak. Nie o księcia jej chodzi, tylko faceta do wszystkiego. Hi hi, to ci dopiero zadanie, gdzie szukać takiego! Marzą się jej; nocne pieszczoty, spacery o każdej porze  roku i pogodzie. Wspólne plany, dążenia, wakacje, biznesy. Wzajemna troska, czyli ktoś po jej stronie drogi życia. Niby normalności chce, ot nic nadzwyczajnego i nawet czasem do osiągnięcia. Czasem. 

Wita mnie mocnym całusem. Zjadamy kolacyjkę. Ona zawsze kupi coś fajnego w sklepie po drodze. Ja przygotuje coś smacznego z niczego. Dziś były pierogi i surówka z przepysznych dojrzałych, mięsistych pomidorów paprykowych z cebulką czosnkową. Omawiamy za i przeciw obecnym facetom. Ona wie, ja zawsze uczciwie powiem, jak do swego dziecka. Co myślę, jak czuję, jak to widzę, a ona i tak sama podejmie decyzję. Jak szykuje się na randkę, ta moja koleżanka, i to rozbieraną, tak jak obecnie. Opowiadam jej z takim rozmarzeniem krok po kroku, co ja zrobiłabym. Ona patrzy z rozrzewnieniem, albo  śmiechem i jest miło. Dziś opowiadałam jej o tańcu – „Radość  życia”, czy „Dance of happiness”. Nie wiem dlaczego, ale widziałam jej łzy w oczach.  Może dawno tego nie robiła, może było w tym dużo dziewczęcego mojego cieszenia?

Zakładam ładny, np. koniakowego koloru staniczek, majteczki tegoż samego, z pupcią dużo odkrytą, ale nie ze sznurkiem w rowku. Na to, słodką, miłą w dotyku i przylegającą do ciałka sukienusię. Sadowię „swego” mężczyznę wygodnie na łóżeczku, może z lampką winka. Zapalam świeczki, gaszę światło, coby nastrój wzmocnić. Zgrabnie zrzucam z nóżek szpileczki, czy klapeczki z kwiatkiem. Paluszkiem naciskam „moją muzykę”, w telefonie. Idealna do tego typu tańca LP- „Lost On You”. I zaczyna się taniec. Nie wulgarny z paluszkiem w ustach, tylko chwalący życie, wolność, czy też tęsknotę za nią, czystą radość istnienia!

Zagrajcie mi to na odchodne. Teraz rozmawiałam z córką, mam załatwione. Przeczytała w tekstowie, o czymże ten utwór i stwierdziła, „jak chcesz zagram ci to, mamo”. No proszę załatwiłam sobie muzykę w kondukcie żałobnym, u mnie wesołym. Ja to jestem obrotna dziewczyna. Z tymi dźwiękami chcę być poniesiona na tamten świat. Oczywiście oprócz psalmu „Pan mym pasterzem..”.

Och, nostalgia weszła, wracajmy do naszej randki, czy jej początku- tańca. Podskakuję ci ja sobie, kołyszę bioderkami, rozkładam ręce, jak ta w Titanicu.. . I zaczynam „proces powolnego ściągania sukienusi okalającej piersiątka”. Najpierw.. . Potem.. . A teraz taka naguska dalej cieszę się życiem.  Dobrze, że w pokoju półmrok, łatwiej wariować w dojrzałym wieku. I to bez bielizny, tylko taką, jaką Pan Bóg stworzył. Muzyka dobiega końca, bioderka stygną. Ale ale, na moment! Teraz wskakuję na łóżko, staję w rozkroku, między jego nóżkami i dalej szczebioczę szczęśliwa. Jedna chwila, nóżki złączone, a ja jakbym robiła pompkę wojskową, jestem nad nim, nosek w nosek. On trochę przestraszony, że w tym wariowaniu chcę go zgnieść, zatrzymuję się w ostatniej chwili, by powoli opaść i przylgnąć. Ta bliskość, jest jednym z cudowniejszych uczuć, z półeczki „seks”.

Ja tu piszę, piszę, a o rytuale nadal nic.  A propos tańca, w najbliższy wtorek, ćwiczymy, bo randka koleżanki już w środę.

Rytuał wolnych chwil

Na koniec naszego koleżeńskiego spotkania karmimy umysł piękną muzyką poważną. I to stało się już naszym rytuałem.  Nastawiam cud radyjko internetowe, Koleżanka już na moim wielkim łożu (w ubraniu, hi hi), leży w poprzek, gaszę światło, kładę się przy niej, zamykamy oczy i zapadamy w ciszę od trajkotania, a dźwięki Haydna koją dusze nasze. Zawsze wygrywa „Requiem” W. A. Mozarta. Leżymy tak z pół godziny, więc i Sebastiana Bacha zaliczymy, G.Gershwina, F.Lehara z jego wesołą wdówką, czy L.Bethoven z koncertem Es-dur. Dla osłody, „Rycerskość” P. Mascagniego. Kot, meloman widocznie, zawsze towarzyszy nam, zgrabnie rozłożony przy nas.

Widzicie można to połączyć, moją wielką lubość muzyki poważnej i skakania przy LP.

Spróbujcie rytuału, czy tańca szczęśliwości. Szczerz polecam jedno i drugie!