Są mężczyźni… i – R….

Jest jedyny, wyjątkowy! I nie chodzi tu o naganę czy pochwałę, raczej o stwierdzenie faktu.

Rozmawiałam  dziś z moją blog fanką K. i w potoku słów wypowiedziała, taki niezwykle trafny zwrot, ” Są mężczyźni (pauza) i R…”.

Ja naprawdę mam fajnego męża, czy raczej człowieka u boku. I nie żartuję, ani nie piszę lekceważąco. Dobrze, zgodnie żyjemy. Teraz już dobrze, kiedy uspokoiłam się i nie chcę go zagarnąć dla siebie i do siebie. Jak nie masz na niego zakusów, jak nie walczysz o jego zainteresowanie tobą, to prawie ideał. Nie zrobi krzywdy, pomoże; a to zawiezie twoje zwolnienie do pracy, jak choróbsko zmorzy, soku z marchewki utrze. Przyjmie pod dach mojego brata alkoholika, aby się u nas odtruł i trochę postawił na nogi. Wycieńczony organizm podkurował. Odbierze mnie późno z imprezy , a jak nie chcę wracać, to tylko wymaga, abym powiadomiła smsem, że zostaję na noc, co by się nie martwił i nie szukał po szpitalach. Wtedy może spokojnie zamknąć drzwi i popijając zimne piwko, oglądać ” Klossa”, czy „Gwiezdne wojny” (jest ich fanem), a później chrapać do woli. Zajmuje się mną jak dorastającym dzieckiem, bo  małego nie odbiera się z imprezy pracowniczej.  On jest, jak dobry tata.  Zrozumie, poradzi i nieba uchyli, ale na 100 procent tata!  Nie wymagaj, aby patrzył na Ciebie okiem męskim, i widział apetyczną kobietę, nie umie tego, gubi się i nie wie, co należy zrobić. On już kochał miłością wielką najszczerszą, wyjątkową tę jedyną, swoja pierwszą żonę i tak pozostanie. Pełne podziwu. A ja?  Lepsza od samotność. Lubimy rozmawiać, najczęściej rozumiemy się. Jak ma kłopoty z młodzieżą, szuka rady u mnie. I otwiera się na moje, zawsze życzliwe patrzenie, na młodych i ich problemy.

A po tym wpisie polubicie go już, na pewno.

To naprawdę dobry chłop, który mnie lubi i życzy dobrze.

Nie jest typem mężczyzny tzw.” Psa ogrodnika”, wręcz przeciwnie. Czasami podziwiam go, właśnie za to! A później myślę, cóż –  tak chyba może czuć człowiek , jeśli nie kocha i kompletnie nie pożąda! Mam szczęście, bo co teraz zrobiłabym, skoro serce jak chłodna, wręcz zimna woda, zauroczenie moje zaorane. Został  szacunek. To, nie jest tak źle! Zwłaszcza w naszej sytuacji. Jestem spokojna i szczęśliwa. Choć nie jest to marzenie, kobiety, ale..

On też potrzebuje tylko w spokoju dożyć końca. Nie zmienił się. Jest taki, jaki był  przed małżeństwem. To ja chcąc go bardzo, zlekceważyłam oznaki, że nasze potrzeby nie są zbieżne i może być dziwnie. A jak nawet zauważałam, to w sercu mówiłam sobie, to się zmieni, jak pokocha mnie. Zakładałam, że można kochać jeszcze raz w życiu. A wtedy,  niejednego chce się z tą osobą. On pokochał moją działkę. Kawałek ziemi z pierwszego małżeństwa, a dla mnie tamten czas nadal mocno leżał na sercu i  latami nie mogłam tam wchodzić, bo dziwny ból pętał całą mnie, a w gardle stała gula. Mój pierwszy mąż nie wchodził do tego ogrodu, żal mu było czasu na uprawę roli, kiedy tyle innych ciekawych rzeczy wokół czeka, ale cieszył się, że  kupiłam ten tajemniczy ogród i dzieci tam spędzają czas.

R… , nie nalegał, abym mu tam towarzyszyła, wziął tę ziemię z czystym serce, jako kawałek ziemi czekający na obróbkę.  Lubi ziemię, potrafi na niej niejedno uprawiać. Jak ma wolne, całe dnie spędza tam, od świtu do ciemnej nocy. Nie zaprasza ludzi, bo samotność i cisza, to atuty tego miejsca. Można po wypieleniu poczytać książkę popijając kawkę. Uprawia winogrona, które przerabia na gąsiory wina. Zna się na jednym i drugim. Jego mama była biologiem i prowadziła niejedną akcje zalesiania okolicy. Wiele drzew, ich odmian, do dziś rośnie dzięki jej miłości do roślin. A na tablicy, na swoim nagrobku na napis ” Pamiętajcie o ogrodach..”

Sercem mojego drugiego męża, nie targają marzenia, nie chce brać życia za rogi i czuć jakieś emocje. Potrzebuje dobrej książki, winka, jedzenia przaśnego, wolnego czasu.. . I do tego mieć do kogo się odezwać (tylko czasami). Dlatego nie poruszamy tematu rozwodu, zbyt często, a spokój, który on mi daje, jest dla mnie cenny. Może już teraz bezcenny, kiedy nie oczekuję od niego bycia mężem, tylko ojciec mi wystarcz, no może lepiej zabrzmi opiekun. On naprawdę ma serce dla każdego otwarte.

Dopiero teraz nasze potrzeby zeszły się na tyle, aby istnieć razem, a osobno, bez bólu!

Abyście poczuli, że to nie jest taka sobie pisanina, tylko rzeczywiście tak jest, poprę moje słowa przykładami z naszego życia!

Jak wiecie moim czasem, interesuję się ja sama. Wychodzę i wracam o której chcę, mogę i potrzebuję. Już nie jestem mamą na etacie, kot tylko zawoła jeść, bo R… sam sobie gotuje, chyba już od czterech lat. Powiedział kiedyś –  „przepraszam Cię, ale nie będę jadł tego, co gotujesz, bo nigdy nie odchudzę się”, i wpadł w szał gotowania na parze, szybko minęło, przyszło co innego, obecnie dużo ziaren, nawet ostopet. Więc jedzenia na czas nie mam komu podawać i dobrze mi teraz z tym. Kiedyś dziwnie, ja Basia kuchareczka szalona.. !

Często do późna pracuję. Wyjeżdżam na wakacje z różnymi ludźmi, w tym roku z moja szefową i jednocześnie koleżanką. Poskaczemy przy węgierskiej muzyce, objedzone bograczem, poopalamy pupy.. Czasami wychodzę z koleżankami do klubu, kawiarni (jest taka fajna, zżyta grupa „Ślicznotek S..”) albo na nocne babskie pogaduszki. Dla facetów wolę zarywać godziny, nie nocki.

Przechodzimy do naszej historii, a było to pewnego dnia, jedna z sobót. Wyjątkowo wcześnie muszę wyjść, bo mam pracę w obu salonach. Dziś cały Boży dzień. Jest ok. 7.40, ja przygotowana; pięknie umyte, ułożone włosy, delikatny makijaż, śliczne, a właściwie eleganckie  ubranko. Na dniach kupiony krótki płaszczyk, do tego dobrze kolorystycznie dobrany szaliczek i torebka, butki zgrabne… . Ostatnie spojrzenie w lustro i psiknięcie Guerlain, oczywiście. Słyszę delikatne puk, puk. On nigdy nie wchodzi do mojego pokoju bez pukania. Zapraszam, stanął w drzwiach taki zaspany, przeciąga się, unosi koszulkę, rozkosznie drapie po okazałym brzuchu i nagle zastyga, baczniej przyglądając się mi (chyba widzi że ładna i nie w pidżamie), więc pyta;

– „A ty –  wychodzisz, czy wróciłaś”?

Taki potrafi być ten człowiek! Nie jest nieszczęśliwy, że żona szczęśliwa bez niego. Nawet myślę, że mu to pasuje. Uszczęśliwianie mnie już nie spoczywa na jego barkach. A on do tego zawsze podchodził, jak do jeża. To nie on mnie wybrał, to życie go zmusiło. Konieczność, alternatywa do samotności, więc jest, tu gdzie musi, gdzie trzeba, nie gdzie by pragnął.

Drugi przykład, świeżutki z wczoraj. Jak wiecie, mój kochany pelling kawowy (kto nie próbował, musi) używam od czasu do czas. I właśnie robię sobie wieczór rozkoszy. A plan jest taki; najpierw kąpiel z tym cudem kawowym, później laptopik zwany Mietkiem i blodżek, pisanko dla Was i dla siebie, pogryzając winogronami z kochaną gazetką w tle („Zwierciadło”). Jestem taka szczęśliwa, że moja skóra zażywa kawy z oliwą. W pozycji Małysza, masuję mocno uda z tyłu, no już prawie wszystko, ale to prawie robi różnicę! A plecy, one bardzo tego potrzebują. Cóż zaczynam rozmyślanie, czy będzie wielkim nietaktem i fo pa, jak poproszę R…, o to wyszorowanie pleców. Postawię go w niezręcznej sytuacji, już latami nie musiał patrzeć i wzdrygać się na nagość, a tu taka prośba!! Co robić? Może go rozochocę i co wtedy? Jak tu się zachować? Pytam sama siebie. A plecy gryzą i piszczą prosząc – „Baśka odważ się, najwyżej nie zrobi tego”.  Uchylam drzwi łazienki i wołam, ” R…, pomóż”. Idzie!  Wchodzi,- ” O Boże, co Ci się stało”?! Basia zamieniła się w słodką murzyneczkę. On nie zna mojego cud kosmetyku, a ja na klęczkach w wannie prawie cała, jak w błocie. – „Proszę zanurz do tego słoja dłoń i wyszoruj tym specyfikiem moje plecy, bo nie sięgam”. No i chłop zabiera się do zadania,  wykonuje je pieczołowicie. Szoruje, jak piaskiem stary garnek, czy czajnik aluminiowy! Nie zahaczając paluszkiem niczego oprócz grzbietu. Otrzepuje ręce i wychodzi. Ani okruszynki komplementu, czy jakiś zaczepek. Ja z nim jestem całkowicie bezpieczna. Teraz to dobrze, kiedyś, kilka lat wstecz, bolałoby.

Wracam do domu, podjeżdżam na parking. O! nie ma multipli mojego męża, łatwiej będzie mi parkować. Zawsze robię to tyłem, wciskając się między płot a jego duży samochód. Tym razem luzik. Myślę jeszcze nie wrócił. Fajnie, będzie taniec nago z kotem, zanim wskoczę do wanny. Otwieram drzwi i donośnym głosem wołam „Cześć kochanie”! Do mojego Kleofasa ( choć syn nazywa go Miętusem, bo daje się miętosić)!  A tu wesoły głos męża – „wiem, że to do kota”. – „O!  A ty już jesteś, nie widziałam samochodu”? Okazało się, że zaparkował w innym miejscu. Nikt się nie burmusz, że tak to wygląda. Potrafi podejść do wielu spraw z rezerwą, chyba, że chodzi o kobiecy ubiór, to wymaga ascezy, albo tylko ją i elegancję aprobuje. Wszystkie dziewczyny w krótkich spodenkach do lochów..

I taki jest ten człowiek na życie. Niejedna pozazdrości tego spokoju, niejedna powie, o nie, ja bym tak nie mogła, bo ta kobieta, tego co jej brakuje musi szukać, nie w domu. Okazuje się, że związek może być i taki. I co ważniejsze, można się w nim odnaleźć, nauczyć żyć.

„Gołąbki i.., kózka z gąską”! Moje gniazdo.

Chcę się z wami podzielić  obrazkiem z mojej głowy i myślami, które nie dają mi spokoju. Ilekroć widzę pod ścianą budynku gołąbka, któremu przytrafiło się coś złego nie wiem, jak pomóc. Mijam go, biegnę do pracy, a on siedzi tam, może ze złamanym skrzydełkiem i pogruchotanymi nóżkami. Siedzi i z bijącym sercem czeka, co będzie z nim? I nawet, jakby ktoś mówił, że gołąbki takie, czy takie i sra…,  to każdego stworzonka, które czuje, szkoda i żal. Taki kotek podwórkowy, jak zwichnie łapę, to ma jeszcze jakąś szansę na tych trzech pokuśtykać pod samochód, czy w jaką nisze, może uchylone okienko. Walczy o życie, a ten biedak gołąbek, czy inny ptaszek,  nie może już nic. Zdany na los, łaskę i niełaskę. Właściwie czeka na pożarcie. Ten jego czas oczekiwania, jak o tym myślę skręca mnie z bólu. Zawsze bardzo przejmował mnie los zwierząt. Nie chcę mówić, że dzieci na wojnie nie, ale to już inna inszość, która wszystkich trwoży, przeraża i czujemy się bezsilni wobec ogromu wojny, myślimy co ja, jeden mogę zrobić, kiedy w Syrii lecą bomby. Wschodnia Guta może być drugim Aleppo. To dzieje się na naszych oczach,  a my nie wiem, co zrobić? Tylko słuchamy informacji, oglądamy obrazy z wojny domowej, dyskutujemy przy stole i .. .  Straszne, przerażające!

A przy zwierzątku coś możemy. Wychowałam się na wsi, to piękne, ale i ciężkie do życia miejsce. Zwłaszcza w tamtych czasach, kiedy ja byłam dzieckiem biegającym boso po ścierniskach.. . Kiedy nasz kochany kraj jeszcze nie odkuł się ekonomicznie po wojnie. Ludzie hodowali zwierzęta, siali, uprawiali, obrabiali pola, aby wyżywić rodzinę, często z trójką i więcej dzieci.

Przeżyłam coś niewyobrażalnie strasznego, dopiero teraz zaczęłam myśleć, wspominać, bo jako dziecko próbowałam  wyprzeć z  pamięci. Nasza kochana krowa, Krasula była cielna, już wysoko i schodząc z górki do wodopoju złamała nogę. Nie można było jej pomóc, więc.. . Pamiętam brata 2 lata starszego ode mnie płakał i płakał, ja przestałam istnieć nie mogąc objąć ogromu bólu. Dopiero teraz pomógł mi psycholog. Byliśmy dziećmi, a one trudniej radzą sobie z emocjami, ale moja mama, dorosły człowiek, z bólu pozwoliła swoim łzom płynąć.  Bardzo wiele kobiet, a zwłaszcza mężczyzn nie pozwala sobie na łzy i wręcz chwali się tym, że nie płacze. Po co? Nie chodzi o to, żeby być beksą, ale tłumić emocje  nie jest zdrowe. Wypłakanie, wygadanie często pomaga, ulży choć trochę. Ale ja Krasulę wypłakałam  dopiero teraz, na terapii.

W tamtych czasach życie na wsi było ciężkie i teraz gdybym zamieszkała na wsi, nie hodowałabym zwierząt na rzeź. Miałaby kózkę i gąskę, żyłyby ze mną do starości do swojej naturalnej śmierci. Teraz w sierpniu miną 2 lata, jak z siostrą wybrałyśmy się ze Zbyszkiem zwany „hrabią” w podróż sentymentalną. To był mój trzeci powrót w miejsce urodzenia i dzieciństwa, a siostry pierwszy po wielu, wielu latach. Miałyśmy cały dzień chodzenia, patrzenia i łez w oku. Zmienił się tamten świat, tamto miejsce, Gardna Wielka nad jeziorem Gardno. Lasek urósł, droga zarosła, wozy i konie już jej nie rozjeżdżają, ludzie nic nie uprawiają. Ugory, ugory ..

We wczorajszym liści, na jego końcu piszę o dawaniu miłości. Bardziej miałam na myśli, nie tyle pokochanie mężczyzny, czy kobiety, choć też, co podanie pomocnej dłoni bliźniemu: danie szansy  alkoholikowi, uratowanie zwierzątka, bezinteresowna pomoc staruszkowi, czy poświęcenie swojego czasu ludziom w hospicjum,  zwierzętom w schroniskach, nawet pomoc kobiecie z trójką dzieci, kiedy wsiada i wysiada z tramwaju., czy ustąpienie miejsca bardziej potrzebującemu. Pamiętam, jak było mi nieraz ciężko. Jedno maleństwo w  wózeczku, a dwoje u spódnicy mamy. Czasami ktoś sam wychodził z inicjatywą, zwłaszcza młode dziewczyny, one częściej chwytały się za wózek, niż mężczyzna. Dziękuję Wam dziewczyny! A mówi się, że młodzież zła, rozwydrzona. Jest taka i taka, ale my chętnie zauważamy tylko tę negatywną. Zawsze mnie smuci, kiedy ludzie spodziewają się po innych tego, co najgorsze, zamiast tego, co najlepsze. Czasem nie doceniamy młodzieży.

Niestety nasuwa mi się też smutny przykład. I nie koniecznie chodzi tu o młodzież, raczej o mężczyzn. Pamiętam, jak wracałam pociągiem ze Słupska, tam studiowałam, a później wyszłam za mąż i zamieszkałam w Gdańsku. Chciałam dokończyć rok akademicki i wybrałam się w podróż pociągiem na ostatni egzamin. Byłam wówczas w 8 miesiącu ciąży. To końcówka lat osiemdziesiątych, byliśmy młodym małżeństwem i nie mieliśmy samochodu, a w Gdańsku nowi, bez rodziny. Pojechałam, zdałam ostatni egzamin. Szczęśliwa, bo jestem uporządkowana i nie lubię mieć  zaległości, a wiem, że jak urodzę, mój świat i priorytety przewrócą się wraz z tą maleńką istotką.  W drodze powrotnej stoję w otwartym wagonie, takim bez przedziałów, gdzie wszyscy widzą wszystkich. Nikt nie ustąpił mi miejsca, choć mój dorodny brzuszek widziało wielu. Ciężko mi było ogromnie, przestępowałam z nogi na nogę, kucałam, ale było jeszcze trudniej i pod koniec podróży już ledwo stałam, więc oparłam się o poręcz czyjegoś siedzenia. A brzuszek bolał. Wystarczyło tak niewiele, a jednak..  zabrakło empatii, życzliwości.. . To przykład braku pomocy obcemu człowiekowi, ale jakże często zachowujemy się tak w stosunku do rodziny, najbliższych. Zbyt często nie zdajemy sobie sprawy , ile znaczymy dla innych, aż jest za późno. Zbyt często nie wiemy, co zrobić dla innych, aż jest za późno. Teraz uczę moje szkolne pociechy kulturalnego, właściwego  zachowania. Przechodzimy krok po kroku zajęcia z programu autorskiego ” Mały dżentelmen”. Zdarzyło mi się raz, że chłopcy na hasło przepuszczania dziewczynek marudząc rzekli „my już nie chcemy być dżentelmenami”. Uśmiechnęłam się i poprosiłam dziewczynki, aby pozwoliły im czasem stanąć w pierwszej parze. Dla dzieci ta pierwsza para, to ważne, to jest coś!

Wracając do historii podróży pociągiem i braku pomocy kobiecie przy nadziei. Mogę zrozumieć, to były ciężkie czasy komunizmu, wszystko trzeba było wywalczyć, wydrzeć życiu, wystać całą noc w kolejce po kaszkę z owocami.. lub zapisać się na listę kolejkową czuwania całodobowego, członkowie rodziny zmieniali się na warcie, przez cały miesiąc. Przepychaliśmy się łokciami, a to po papier toaletowy, cytrynę na Boże Narodzenie i po miejsce lub, aby tylko wsiąść do pociągu, czasem nawet oknami. Więc ludzie zatracili uprzejmość, takt,  przytępili elegancję, empatię, współczucie. Teraz jest lepiej, zauważam to. Inny nie zgodzi się ze mną bo ma inne obserwacje i dobrze. Ja chcę postrzegać świat z moją dobra wolą, nie jej brakiem, bo inaczej, zauważę tylko minusy tego świata, nie plusy, a one przecież też są.

” Jesteś tym, co jesz”, tak mówią, a ja powiem- „Jesteś tym, o czym myślisz przez cały dzień”. Dziś we wpisie przywołałam smutne myśli, a zaczęło się od gołąbka. Widziałam go kilka dni temu i nie daje mi to spokoju. Ten wpis jest dla równowagi z poprzednim, o tańczącej Baśce, dziś grzeczna, nostalgiczna Basia, zdecydowanie Basia.

A to mój domek z dzieciństwa. Wyjątkowe miejsce. Zawsze już zostanie ze mną w sercu i myślach. Każdy z nas ma takie miejsce, wyjątkowe!

Polska Wigilia, nie z obrazka.

To była wyjątkowa Wigilia. Niezapomniane przeżycie. Jestem z tych, co uważają, że wigilia jest wyjątkowo piękna, niezwykle urokliwa, kiedy w grę wchodzą dzieci. Twoje dzieciństwo, kiedy sama byłaś dzieckiem, później zostałaś mamą i patrzyłaś na święta twoich maluszków  i czas kiedy pojawiają się wnuki, zostałaś babcią.

Patrzysz oczyma malucha na te wszystkie cuda; jak szopka w kościele, pasterka, prezenty ze staruszkiem Mikołajem i kolędy, kolędy przeplatane zapachem pomarańczy, smakiem maku i orzechów. Do dziś czuję ciepłą dłoń taty, podążając na  pasterkę o północy. A pamiętacie, ileż  radości było, jak nasze maluchy zaniemówiły z wrażenia, czy strachu, bo brzuchaty Mikołaj stanął w progu ich pokoju z worem prezentów. Dzieci, to one czynią to święto, radośniejszym! Jeśli nie skupić się tylko i wyłącznie na duchowym ich przeżywaniu.

Teraz, już dawno przestałam być dzieckiem, choć są sytuacje, w których nadal  właśnie tak się czuję. Obezwładniający strach i bezradność jak u dziecka. Innym razem radość taka dziecięca, jakbym dostała gwiazdkę z nieba, a ja tylko skakałam na wielkim materacu, jak na trampolinie, mówiąc do mężczyzny, że i jemu życzę takich urodzin, kiedy będzie w moim wieku, pełnych ekscytacji. Mogłam taką randkę przyjąć, ot tak sobie, poprostu jest. A ja, jak dziecko z rozstawionymi nóżkami podskakiwałam na myśl czekających mnie chwil i radości, która wypełniała całą mnie.  No dobrze, dobrze, bo się rozmarzę, a tu do Wigilii czeka.

Stanęliśmy na tym, że jednak nie jestem dzieckiem, a moje pociechy są, zdecydowanie dorosłe. Na początku grudnia siadamy przy herbatce (kto mnie zna wie, że uwielbiam mocną, czarną..) z moim Okruszkiem, czyli starszą córką miłośniczką stopowania, dalekich i bliskich podróży, wspominamy, że rok temu była w samotnej podróży po Azji, i tam zastała ją wigilia. A w tym roku będziemy tylko we tróję przy stole, bo młodsza córka została w Granadzie (Erasmus). Myślę z czułością, o tym człowieku, który rok temu w Malezji przyjął moje dziecko w ten piękny dzień, kojarzony z rodzinnym świętem.

I już widzę lisie spojrzenie mojego dziecka, wiem że o tym samym razem myślimy. Mówię,  „ktoś kiedyś zaopiekował się Tobą na wigilii”, a ona  dopowiada, „teraz może nasza kolej” . Obie pełne zaangażowania obmyślamy, jak to będzie. Planujemy; przy stole mamy 6 miejsc, nas domowników 3, więc troje zbłąkanych wędrowców możemy przyjąć. Okruszek podał wiadomość-zaproszenie na coutchsurfingu . Przyjmiemy pod swój dach te kilka osób, które znajdzie się w tym  czasie w Gdańsku i nie wiedzą, co ze sobą począć, a chciałyby poczuć smak tej uroczystości.

Lista trochę zmieniała się, ale stanęło na tym, że oprócz chrześcijan, nas katolików zasiądzie z nami muzułmanin, protestantka i buddysta. Ten ostatni wykruszył się i nasza Francuska zaproponowała  dwie Chinki  z Tajwanu (siostry, buddystki), myślę zmieścimy się, co tam. Cieszymy się bardzo, ja przygotowałam typowe postne, wigilijne potrawy, ubrałam choinkę, córka przygotowała dla każdego prezenty. Jestem tak podekscytowana i pierwszy raz spokojna, bo nie przejmuje się, jak wyjdzie. Jak wyjdzie,  tak będzie! Oni przecież nie wiedzą, jak ma być. Będą poznawczo uczestniczyć w tej wieczerzy. Śpiewniki z kolędami przygotowane. Jeszcze dojechała nasza przyjaciółka młoda Monika, super masażystka( „Fizjomobilna”), nie chciała sobie odmówić uczestniczenia w międzynarodowej Wigilii.  I były chłopak córki urwał się z rodzinnej kolacji od ciotek, dziatwy i reszty.., pełen ciekawości tego przedsięwzięcia. Także przy stole znalazło się więcej ludzi niż przewidywaliśmy, ale co tam w tym tez tkwi urok. Przytuliliśmy się do siebie bardziej. A pod stołem czarny buldog francuski, cudny piesek Moniki i nasz kochany błękitnooki  syjamski kot Kleofas.

Było dzielenie się opłatkiem, próbowanie każdej potrawy. Mageda, Egipcjanina zachwyciła czerwona zupa. Uprosił przepis na ten, cud smakołyk. Uroczy przystojniak (doktor matematyki), który brał czynny udział w naszym domowym koncercie kolęd. Francuska interesowała się wszystkim i dużo wiedziała o Polsce. Przemiła otwarta osoba, bardzo komunikatywna. A siostry z Tajwanu, bardzo ciche i skromne. Nagrywały wszystko, i były wdzięczne, za wszystko. Jedna z nich, to wykładowca języka chińskiego na Uniwersytecie Jagielońskim, a druga przyleciała na czas wolny do siostrzyczki. Wszyscy czuliśmy się cudownie, biesiadowaliśmy od 18 do 22. To był wyjątkowy czas! Nigdy nie zapomnę tej właśnie Wigilii z obcokrajowcami, niezwykle życzliwymi ludźmi. Musieli wykazać tyleż samo dobrej woli i otwartości, co my, aby zasiąść przy jednym. Można wiele, mając dobro w sercu. Już wiecie, jaka będzie kolejna wigilia pod naszym dachem. Wstawimy tylko większy stół. Już na nią czekam!

Okazuje się że można wyjść z ciasnych ram i w zgodzie zasiąść do jednego stołu. Ludzie różnych wyznań, kultur, tradycji, języków, narodowości, kolorów skóry.. ale jedno ich łączyło, tolerancja. Obecnie, wyjątkowo czujemy jej  głód, i  niejednokrotnie u nas zostaje wystawiona na próbę.

 

 Każdy wyszedł  obdarowany prezentem wigilijnym i jadłem. Przygotowałam słoiczki mojego wybornego smalcu, tylko o Magedzie pamiętałam i jemu dałam zamiast zakazanego owocu, słoik czerwonego barszczu. Do dziś jest wiernym czytelnikiem mojego bloga. Oprócz tego nie omieszkałam podarować lukrowanych makowców z uściskami i ucałowaniami.  Zostało nam pełno fotografii i filmów z naszego koncertu kolęd, śpiewanych także w języku angielskim. I wspomnienia wyjątkowego spotkania ludzi dobrej woli!   Nie było dzieci, a i tak właśnie ta Wigilia była wyjątkowo radosna, rozśpiewana, z ludźmi, którzy nie mieli problemu  przełamać się opłatkiem.

 Ps. jakbyście mieli sami zasiąść do wigilijnego stołu w tym roku, już serdecznie zapraszam do mnie. Śpiew kolęd jest obowiązkowy!