„Ławeczka Marzeń”

Po prostu, był. Był tego dnia z nią.

Czasem jeden telefon odmienia nasze życie lub jego kawałeczek, czy dzień. Mogła swój wolny czas, swoje małe święto przesiedzieć w bamboszach, układając koszulki w szafach. Mogła.. . A wchodzi z nim w bajkową scenerię choinek, światełek, wirujących płatków śniegu. Ich oczy pełne iskierek, iskiereczek. Może, to te neony, świąteczne girlandy chłodnych gwiazdek? Może. Chciała jeszcze poczuć jego dłonie, jego ciepło, jego oddech i muśnięcie chłodnych ust. A oczy, jego oczy! Te same, nic się nie zmieniły. Śmiejące się tysiącem bajek , ich bajek.

Widzą, jest! Nadal jest!! Ławeczka marzeń, ich ławeczka. Biegną. Oboje schylają się, aby sprawdzić. Są! Wyryte inicjały z okalającym  serduszkiem. Siadają zaciekawieni odczucia. Hm, jednak inaczej. Czas zrobił swoje. I widoki z niej, nie te same. W tym miejscu kilka lat wstecz snuły się marzenia. Tu lubili bujać w obłokach. Była to nieodłączna część młodości, ich czasów licealnych. Większość z nich, zbieżna: stabilna praca, własne ich cztery kąty. On stał na rozdrożu zawodu: informatyk, czy teolog. Mówił; – „Jedno i drugie, jakże dalekie od siebie a takoż ciekawym jest”! Teraz mógł jej powiedzieć; wybrał to drugie i zawiódł. Spełnienie drobnych, prozaicznych marzeń dało im więcej niż ślepe podążanie za wielkim celem. On do prozy zaliczy porządne narty. Na nich to się śmiga! Ona; okna drewniane, solidne a zarazem z półeczki – wiejska angielska sielanka.  Przy tym kominek, taki z żywym ogniem. Niektóre z tych marzeń przeterminowały się i przestały być pragnieniem, np. ich własna firma. Życie osobiste i zawodowe razem. Nie było ich, nie było firmy.

Teraz wtuleni w siebie, analizują swoje marzenia. Ile się ziściło, których realizacja dostarczyła strat na różnych polach. I czy któreś zostało aktualne? Które się zdezaktualizowały i dzisiaj od wyczynowego sportu na deskach, medali.., wolimy mieć więcej czasu na co dzień dla siebie.

Obejmują się,  przytulają, bo zimno, bo chcą. Poczuć siebie nawzajem i tę radość, która zawsze rozpierała ich w tym miejscu. Tu składali sobie obietnice. Tu zrodziło się ślepe dążenie zdobycia pieniędzy na progi ich domu. Wyjechał. Ona czekała, jak ta madame butterfly. Tylko zakończenie inne. Spokojniejsze. Całkiem prozaiczne. Na ich drogach stanęli inni . I tak zostali.

Parzy herbatkę, z imbirem. Pamięta i to. Lubi ten dodatek. Jego kuchnia, wówczas babci nabierała aromatu wschodnich przypraw. Przepełniona magią wspomnień, stanęła za jego plecami. Objęła, wsuwając dłonie pod koszulkę. Obrócił się i pocałował jej zmarznięty nosek. Na moment zastygli patrząc sobie w oczy. On czytał z niej, jak z czystej karty. Wiedział. Oboje wiedzieli, że tego chcą. Całował , całował te usta zlizując słone kropelki.  Ta jedna maleńka chwila, była chwilą ich szczęścia. Choć oboje wiedzieli, że to tylko moment.  Moment ich życia. Ale przecież mógł nie zdarzyć się.

Lizał jej kark, całował ramiona, pozwalał jej poczuć ciężar swojego ciała. Pamiętał, że uwielbiała mieć go na pleckach. Uniosła ręce wzdłuż głowy. Wpiął swe dłonie w jej palce. Zacisnęła. Pragnęła, aby tak został. A czułych słówek, ognia wtuleń i miarowych ruchów nie było końca. Chciał zobaczyć twarz, jej oczy zamglone od pożądania, ale ona potrzebowała go jeszcze. Czuła bliskość „nieba”. Szepnęła, „Zostań, proszę, zostań jeszcze”. Był. Jej palce zaciskały się coraz silniej, a plecy próbowały unieść. Podziwiał tę siłę, tę moc. Nic się nie zmieniła. Tak samo mocno przeżywała. Słyszał szloch. To były łzy szczęścia, jej „nieba”. Mocnego..

..Odgarniał splątane włosy z twarzy, tulił, całował, jakby chciał uczynić to na zapas.

Rano, nie było jej.

– Sen?

– Nie!

– Życie.

 

 

Reklamy

Ona i czarny kot prawdę ci powie. Wróżki..

Nie napiszę Wam, czy macie wierzyć w umiejętności wróżek, numerologów, bioenergoterapeutów.. , czy pomogą, czy zaszkodzą, czy macie  odwiedzać ich, czy raczej omijać szerokim łukiem i zaufać Bogu i samemu sobie. To nie moja rzecz. Sprawa osobista, jak wiara, indywidualna każdego z Was. Tarot, ma swoją historię w moim istnieniu. I o tym chcę Wam napisać. Jak to ze mną i wróżką było, bo było.

To czas, kiedy byłam w pierwszym nieszczęśliwym związku. Już urodziłam swoją kochaną trójkę dzieci. Studiowałam na podyplomówce. I tam z  bliską mi osobą wybrałam się do wróżki na tarota, jako osoba towarzysząca.  Siedziałam z książkami pod pachą i wypatrywałam czarnego kota. Nie było ani czarnego, ani burego, żadnego. Panie kończą i teraz staruszka zaprasza mnie na kanapę, do pokoju wróżb. Chwila namysłu, no bo nie po to, ja tu przecież przyszłam. Ona usilnie namawia, ja łatwo godzę. Dziwne, mówi wszystko to, co ma miejsce w moim życiu. Dziwię się, skąd te karty to wiedzą, a może na czole mam wypisane. A za chwilę słyszę, że wyjdę drugi raz za mąż, za człowieka po przejściach, ojca dwóch synów (tak było). Mówię,- „ojej, to zostanę wdową, no bo jak znam siebie nie odważę się na rozwód”? Ja boję się powiedzieć, że nie chcę jechać na wakacje do jego mamy, bo jest prawdziwą teściową z kawałów, a co dopiero poprosić o rozwód!! O matko!!.

  Na co staruszka patrząc w płomień świecy mówi- „Pierwszy mąż będzie żył i miewał się dobrze”. Myślę –  „O kurcze, jak ja to zrobię, to niemożliwe”! Jak się okazało, po jakichś pięciu latach było możliwe. I następuje moment, dla którego żałuję do dziś, że tam poszłam. Staruszka mówi – „Pani i dwie córki z nowym mężem zamieszkacie razem”. Jak to dwie córki, a gdzie syn?? Zdziwiona, bo syna nigdzie w kartach nie widać. Ja proszę, aby popatrzyła głębiej. Ona stara się, ale widzi tylko mój strach. Nie ma. Ani z matką, ani z ojcem. – „To gdzie on jest”?!  Pytam zrozpaczona. Proszę, aby szukała go!! Karty nie mówią. Nie wiem, co rzekła jeszcze, czy będę szczęśliwa, czy nie, czy bogata z chatą, czy w ubóstwie klepała biedę. Chyba zapamiętałam ostatnie zdanie, że będę miała wielu mężczyzn. Pytam co to znaczy, bo jak na razie żachnęłam się-  „sromotnie męczę się z jednym i mam dość, a tu jeszcze wielu, nie daj Panie”!!

Wróciłam, opowiedziałam mamie o zdarzeniu i braku mego dziecka w kartach. Patrzcie, jak poważnie to wzięłam. Gdzie było zaufanie do Boga. Uwierzyłam wróżce. Mogłam machnąć ręką i robić swoje, ale nie, ja myślałam o tym cały czas. Nie mogłam pracować, nie mogłam jeść, ani spać. Dzieci pytały, co mamie jest, a ja tylko płakałam po kątach. Boże, jakże ciężki czas zafundowałam sobie.  Klęczałam prawie płaska w kruchcie kościoła i błagałam, aby przebaczył mi moją ciekawość przyszłości i ochronił syna.

W końcu idę do księdza, przyznaję gdzież to miałam wizytę. I jak bardzo uwierzyłam w słowa tej kobiety od kart, a nie Bogu. I, że proszę o pomoc, bo bliska jestem szaleństwa. Czuję galaretę, pożerający i obezwładniający mnie strach. Najpierw dostałam wykład o okultyzmie, później że my kobiety udajemy się po czary, kiedy nasze nieszczęście przedłuża się. To prawda chciałam dowiedzieć się, czy jeszcze co dobrego czeka na mnie w życiu, czy tylko stara bieda ma. Zamiast sama wziąć życie w swoje ręce i zrobić porządek, czekałam na księcia, który mnie uratuje.

Idziemy do pustego kościoła. Razem klęczymy na stopniach ołtarza, błagając o przebaczenie. Każde z nas modli się. On za mnie, ja za siebie przepraszając za swoją ciekawość, prosząc o szczęście mojego syna. Tam wtedy obiecałam Bogu, że już nigdy nie pójdę do wróżki. I nie poszłam. Ostatnio numerolog mnie kusiła, ale nie. Nie mogę, nie chcę!

Boże, jakże ja to mocno wszystko przeżyłam. Nadal płakałam i nie mogłam normalnie żyć. Moja mama modliła się razem ze mną. Koniec końców, kiedy rozwiodłam się, mój syn miał 18 lat i nie chciał uczestniczyć w moim nowym życiu. Życzył mi szczęścia, bo jak powiedział wówczas – „Kochana mamo życzę ci jak najlepiej, ty zawsze byłaś dla nas, teraz czas na Ciebie. Ja jednak zostaję, bo jak pokłócę się, to z własnym ojcem, nie obcym facetem”. Wyprowadziłam się z dziewczynkami. Syn z ojcem długo nie wytrzymali; padła kosa na kamień, a matki łagodzącej spory, zabrakło. Mało się nie pozabijali. Wyjechał do Danii i jest tam do dziś. Mija dekada, nie odwiedził ojca. A ojciec nie szuka kontaktu. Mają do siebie żal.

Czy można być szczęśliwym, kiedy wiesz, że dla swojego szczęścia tyle zburzyłaś, przewróciłaś, zniszczyłaś.  Jeszcze, żeby było za czym polecieć!  Jeśli mogłabym żyć od nowa, poprosiłabym Boga o moją trójkę dzieci i żadnych z tych mężczyzn, których przyszło mi spotkać w życiu.

Teraz nie chcę już niczego wiedzieć na zapas. Może dlatego, że nie oczekuję. Pragnę w spokoju dożyć. Młodość minęła, pędząc z wiatrem a najczęściej pod wiatr. Nie chcę jej więcej, kojarzy się z szarpaniem, trudnymi wyborami, budowaniem, stawaniem na głowie, utratą siebie.. . A może było tak, bo ja długo byłam dzieckiem, niegotowym na takie trudy życia. Nie było we mnie ani okruszynki Baśki. Wy młodzi stoicie przed egzaminem, zwanym „Życie”. Obyście zdali na szóstkę, no piątka z czwórką też nieźle. Powodzenia! Rozegrajcie mądrze tę partię.

 

Wątróbka w lekkiej panierce. Kocia miłość – Kleoś

Z wątróbką najczęściej jesteśmy na bakier. Dla tych, co nie stronią od niej i lubią z cebulką, mam jeszcze jeden może do wypróbowania, przepis.

Wzięłam pół kilograma drobiowej wątróbki, umyłam, powycinałam żyłki, błonki. W miseczce przygotowałam panierkę, wymieszałam: po 3 czubate łyżki mąki kukurydzianej i ziaren słonecznika, 1 łyżka drobnych płatków chili, szczypta soli – panierka dobra dla bezglutenowców. Na patelni rozgrzałam olej, ułożyłam wątróbkę obtoczoną w panierce. Usmażyłam z obu stron. Na talerz wyłożyłam ulubioną surówkę (tu też pasuje kiszony ogórek),  kawałek chrupiącej bagietki, teraz kilka wątróbek i kolacja gotowa. Smacznego kochani!

                     

Wątróbka nie kojarzy się z niczym zdrowym i wartościowym, odkłada się w niej byle co, to i owo. Czasem można sobie na nią pozwolić, bo jest też źródłem dobrego, tego i owego. Najczęściej znienawidzone przez nas w dzieciństwie danie. Z siostrzyczką byłyśmy niejadkami, ale wątróbkę w rosole lubiłyśmy i zostało nam to do dziś. Może warto przekonać się do niej, ci którzy raczej jej nie lubią. Przyrządzić, tak, aby nam smakowała.  Wątróbka drobiowa chroni przed anemią. To doskonałe źródło żelaza (20 razy więcej ma niż pierś z kurczaka) i wysokojakościowego białka.  Dobrze wpływa na nasze oczy, wzrok. To potężna dawka pakietu witamin z grupy B. Wspiera układ nerwowy, odpornościowy. Kto nie ma ochoty, niech się nie męczy. W następnym liście wyślę Wam przepis na moje ulubione naleśniki. Może naleśnika wolicie.

A teraz kilka zdań o miłości do zwierzaczka.

                                

      KOCIA MIŁOŚĆ. KLEOŚ

Boję się, że za mocno miłuję, Kleofasa.

Do dobrego przyzwyczajamy się szybko i z biegiem lat uważamy, że tak ma być i będzie zawsze. Nawet do dobrego, zdrowego, wesołego kotka też. To żywa istota i w pewien sposób zapełnia samotność. Od lat rozpływałam się w zachwytach, jakie komunikatywne zwierzę, wyjątkowo czułe i miłe. Jednak nie doceniałam tego, co mam. To była sobota, wracam z pracy. Nie wita mnie, nie kręci pod nogami, nie ociera, nie woła jeść.., a zawsze tak robił. Zajęłam się sobą. Mijają godziny. Robię się niespokojna, brakuje mi go. Bardzo. Schylam się pod łóżko, tam ma swoje „leżonko” z kożuszka. Leży, ledwo łepek uniósł. Jest, ale dlaczego nie chce wyjść. Upiekłam kurczaka, wsuwam się głęboko pod łóżko z kawałkiem pieczystego. Proszę, namawiam, kuszę. Nic. Przestraszyłam się, że chory, a może postanowił umrzeć. Strach obleciał mnie nie na żarty.

Zaglądam do internetu, ile żyją balijskie kotki. Dzwonię pogadać z jedną córką, z drugą. No ale, co one mogą. Mówią, że jak na kota 13 lat to dużo. On nigdy nie chorował. Nie wychodził z domu. Był dla dzieci. One w świat, to kotunio i ja zbrataliśmy się mocniej niż węzłem małżeńskim. Wiem, myślicie, żem pomylona z samotności.To tylko kot. Ale mój kochany zwierzaczek. Mamy swoje rytuały, nieodzownie takie same od lat. To nietypowy kot, on nie chadza swoimi drogami, tylko za mną i do mnie. Nigdy nie zostawia mnie samej, jak kładę się na łóżko, nawet w dzień na chwilę. Wskakuje, patrzy, jak leżę. Jeśli na plecach zawsze podchodzi od strony piersi, wchodzi przednimi łapkami, pomruczy chwilę, zastyga i „powala” grzbietem, karczkiem wraz z opadającym łepkiem na moją twarz, tak że mój nos jest w jego futerku. I zaczyna się koncert mruczenia.

Jeśli na boku leżę, koniecznie idzie od strony twarzy, mruczy ociera łepkiem, czółkiem o moją twarz. Bodzie noskiem, gdzie się tylko da. Pakuje pyszczek, wąsy łaskoczą mnie , całuje czule jego główkę i szepczę mu – „dziękuje że jesteś”. Kiedy boli mnie głowa, chyba to wyczuwa i kładzie na czubku otulając  i nigdy nie pozwala mi zapłakać. Leżę na łóżku coś mnie boli w sercu, jakieś zdarzenie, załkam, zapłaczę, a on od razu zrywa się i chce ząbkami delikatnie, ale podgryźć. Jeszcze nigdy nie udało mi się przy nim na dobre rozpłakać. Goni mnie z tym płaczem.

Zawsze byłam kocią mamą. Tak mnie nazywano w dzieciństwie.

Wieczorem wyszedł na chwilę, zjadł trochę i pierwszy raz miauknął tego dnia. Te koty tak nietypowo urzekająco miauczą, dają prawdziwe koncerty. Wypił wody i przyszedł do mnie ale tylko na chwilę, przytulił się i poszedł. Nad ranem o piątej wskoczył do mnie pomruczał, po ocierał główką i poszedł. Po śniadaniu musiała jechać do pracy. Zaniepokojona przez cały dzień myślałam co z nim, jak się czuje? Nie macie pojęcia, ile radości sprawił mi Kleoś, kiedy zobaczyłam go pełnego energii.  Wita w drzwiach, prowadzi do kuchni, skąd biorę karmę. Ociera o nogi, unosi łepek. Oczka ma wielkie otwarte, piękne. Koncert miałków daje. Żyje, dobrze się miewa, a w nocy nie odstąpił na krok zasypiał wtulony i przytulony. Mój nos w jego karczku.

Potrzebuje tego zwierzaczka. Ja go po prostu potrzebuję.

     

Kilka słów o zazdrości. Moja historia

Kilka słów o zazdrości

Mała zazdrość, może być nawet przyjemna, chorobliwa już zdecydowanie, nie!! Nawet niszcząca. Moi mężowie nigdy nie byli o mnie zazdrośni, nawet okruszka.  Czasami to nawet chciałam, żeby choć trochę okazali jej, bo tak to myślisz, że się im nie podobasz, albo, że taką nieciekawą fizyczność masz, że nie ma o co być zazdrosnym. Natomiast boję się patologicznej zazdrości. Współczuję kobietom z takimi partnerami. Wolę moje zero zazdrości, niż ciosanie kołków na głowie za atrakcyjną fizyczność kobiety.

To był mój drugi chłopak w życiu.  Byłam młodym kurczątkiem, mało dojrzałym, choć 25 lat. Pojechałam do niego daleko za morze. I tam poznawałam, tego nowego w sumie dla mnie człowieka. Na początku patrzyłam w niego, jak w obrazek; że taki mądry, męski.., dość szybko, bo z biegiem dni, że furiat, szaleniec strasznie zazdrosny. To były czasy, kiedy ot tak nie wyjeżdżało się za granicę. Musiałam całymi nocami wystawać pod paszportówką. Napatrzeć się w te przenikliwe oczy urzędników, którzy węszyli Bóg wie co. Na kajać, że wrócę do kraju..   I teraz kiedy w końcu tu jestem myślę, chyba trzeba uciekać.  Nie chcę opisywać najbardziej drastycznych scen, bo i po co. Chyba tylko po to, aby utwierdzić siebie i Was, że zawsze bałam się mężczyzn i  miałam powody.  A i jeszcze, że głupia byłam!! Któregoś dnia wróciliśmy ze spaceru po jego mieście. Pamiętam było lato, ja w krótkiej do kolan, dżinsowej spódniczce i fioletowej koszulce z krótkimi rękawami. Dziewczynka grzeczna, miła, uśmiechnięta. Niestety takie ciele mele, bez języka w gębie.  Jak sobie przypomnę, to aż mi samej robi się żal. A ten zamyka drzwi i krzyczy na mnie, że spódnica za krótka, że koszulka ma za duży dekolt i że wszyscy na mnie patrzyli, a ja na nich. Tłumaczę, że nie wypatrywałam oczu za nikim. Nie dokończyłam kajania. Ten zrywa bawełnianą koszulkę ze mnie i nożyczkami wycina dziury w cyckach. Ja czegoś takiego, jak żyję nie widziałam, nawet sobie nie wyobrażałam. Skulona, zapłakana usiadłam w kącie kanapy. Trzasnął drzwiami i poleciał. Nie znam języka, tylko rosyjski z obcych dany mi był. Do miasta portowego daleko, skąd bym mogła odpłynąć. Zdana całkowicie na niego, jednak obmyślam plan, jakby dać nogę. Nie pomyślałam za długo, słyszę klucz w zamku, wraca. Jak gdyby nigdy nic opowiada, że jutro jesteśmy umówieni na obiad do jego rodziców. Jeszcze kilka mniejszych scen zazdrości i innych jego głupot, a miłość, która nie była miłością wietrzeje do cna!!  Gwoździem do trumny była jego straszna scena zazdrości. Tak mnie przestraszył, że w te pędy na piechotę i wpław do Słupska  wracać chciałam (tam wtedy z kochaną mamą mieszkałam).

A było to tak: on o poranku wychodzi do pracy, ja zostaję w domu. Miała tu za godzinkę przyjechać moja koleżanka, która wyszła za mąż i zamieszkała w tym mieście. Dostałam przyzwolenie „mojego chłopaka”.  Rzeczywiście Alina ze swoim Szwedem przyjechali. Poprosili, abym pojechała do nich na kawę. Ugościli mnie filiżanką zbożnego napoju z jednym ciasteczkiem typu delicja. Porozmawialiśmy, dali mi swój nr telefonu i odwieźli.

„Mojej miłości” jeszcze nie było w domu. Coś tam robię, sprzątam i wpadł mi genialny pomysł ugotowania obiadu. Byłam głodna po tym jednym małym ciasteczku. A że za wiele możliwości nie było, znalazłam tylko kilka marchewek, dwie parówki i paczkę makaronu. Pokroiłam w kosteczkę marchewkę. Ugotowałam i jeszcze makaron i parówki.  Wraca do domu. Widzi, że posprzątane, ugotowane, pewnie myśli – ” jednak nie wychodziła do koleżanki”. Podałam do stołu. Nie mógł wyjść z podziwu, że coś znalazłam i nawet  potrafiłam z tego obiad wyczarować. A duszona marchewka do cna skruszyła go. Siadamy i zaczynamy. Ja opowiadam, że podjechali tu Alina z Samem i zabrali mnie na chwilę do swego domu. Jakby ogień połknął. Wstał kopnąwszy krzesło, zaczął wrzeszczeć, że tam pewnie frykasów się najadłam. Dokładnie wołowiny pamiętam, wrzeszczał. Nie to, co w tym biednym domu. Tłumaczę, że tylko kawę i  ciasteczko. Nie słucha, podchodzi do stołu zabiera mój talerz, otwiera kosz i wszystko zrzuca do śmieci, to samo z jego obiadem. I już po obiedzie. Patrzyłam na to mała, przestraszona gąska i wiedziałam, że nie ma czego ratować, chyba że swojej skóry. Ten jeszcze latał po domu, jak opętany. Wyrzekał, że naoglądałam się szwedzkiego bogactwa, to po co wróciłam do biednego Polaka. I, że jeszcze zapewne wdziękami oczarowałam Szweda. Przeczekałam furię. W ubraniu położyłam się w pokoju obok. Było ciemno. Nie mogłam zasnąć. Obmyślałam plan, jak wydostać się stąd.  Pomogła mi koleżanka. Nigdy więcej nie widziałam go.

 Myślę, że nadmiernej zazdrości nie nakręca potrzeba bliskości, ale lęk przed opuszczeniem lub brakiem zaufania do własnych atutów i możliwości. Czy zauważyliście, że osoby zazdrosne z reguły mają niskie poczucie własnej wartości.  Kontrolują partnera przeszukując kieszenie, telefon, maile, dzwoniąc stosunkowo często z pytaniem, „gdzie jesteś?, co robisz”? W swojej chorobliwej zazdrości mają urojenia, próbują ograniczyć kontakty towarzyskie, zawodowe. Nierzadko urządzają sceny zazdrości, nawet w towarzystwie. Cóż nam wtedy zostaje? Rozmowa. Terapia dla par. Ale jak namówić zazdrośnika?! Wręcz graniczy z cudem.  On dałby nam popalić za taką propozycję.

Kobiety, jak najbardziej też są zazdrosne. Powiem Wam, tak krótko, jak to było u mnie. Kiedy na początku zależało mi, bo widziałam w NAS cały świat, czułam ukłucie w serce, kiedy była żona wydzwaniała nawet o 1 w nocy. Każdy sms stawiał mnie na baczność. Było mi przykro, że kiedy tylko ona zadzwoni, ten biegnie, coś tam ratować. Zmieniło się, a właściwie zniknęło zupełnie moje uczucie zazdrości, kiedy po latach zabiegania o uwagę partnera, a zwłaszcza wspólne spędzanie czasu musiałam odpuścić, bo ile można, kiedy ten drugi nie zauważa cię. Nie ma teraz na ciebie czasu. Pewnie myśli, żeś żoną, to już zawsze będziesz pod ręką! Dana raz na zawsze! Błąd.  Obecnie nie interesuje mnie kompletnie z kim i kiedy spotyka się,  rozmawia, esmsuje… . Nie kochasz lub nie zrujnował Twojego zaufania (zdrada), to łatwo ci nie być zazdrosną.

Zastanawiałam się, kiedy to już patologia. Myślę, że jeśli czujemy się całkiem dobrze z jego niewielką zazdrością, w pewien sposób bardziej kochane, to wszystko w porządku, zwyczajna zazdrość. Natomiast, jak przejmuje nas strach, czujemy się winne, albo zaszantażowane, to mamy do czynienia z patologią. Niestety często kończy się rozejściem pary.

Życzę Wam tylko odrobinę zazdrości, takiej nieszkodliwej. Oby nikt nie przeszukiwał torebek, kieszeni, telefonów, listów ..

Takie moje wielkie miłowanie. Dziecko

Wchodzi do salonu, mała Sara, córeczka sąsiadki. Lubi do nas zaglądać. Fryzjerka Agusia często poczęstuje cukierkiem, zagada, uśmiechnie się. Tym razem trzymając w jednej dłoni miseczkę farby, a w drugiej pędzel, mówi, ” oj nie mogę cię ukochać”. Na co ja w jednej chwili podbiegam z socjalnego, łapę Myszkę w ręce, unoszę, przytulam i kołuję wokół nas. Czuję takie ciepło, taką błogość, jakbym kawałeczek nieba w dłoniach miała. Pomyślałam, ależ ja babcią kiedyś będę! Oj będę!! Rozpieszczę.. .  Jak to jeden z uczniów ościennej klasy powiedział do swojej mamy, ” Ta pani, to miłośniczka dzieci”. To był komplement. A doniosła mi go, jego mama, pani Ewa, nauczycielka plastyki. Tak jestem wielką MIŁOŚNICZKĄ dzieci. Te rączuszki ciepłe, malutkie, tak chętnie wsuwają się w moją dłoń. Te pachnące włoski, uszka i najlepsze wierne oczka!! Matko, dziecko to CUD, DAR Z NIEBA!! Trzeba je chronić, dbać i miłować ponad wszystko!

Lubię ten wierszyk, często uczyłam go moje maluszki. Może i Wam się spodoba i wykorzystacie go w zabawie z Waszą Pociechą.

” Tak jak mój kot”

Naszła mnie wielka ochota,

By naśladować mojego kota: 

Bo musicie wiedzieć, że moja kicię

Codziennie zaprząta staranne mycie:

Brzuszek, łapki, pyszczek myje.

Uszy, oczka oraz szyję.

I gdy wieczorem siedzę w wannie,

pamiętam, by umyć się starannie:

Brzuszek, ręce, buzię myję,

Uszy, oczka nawet szyję.

To nie łatwe. Ksiądz Twardowski „Dłużej niż na zawsze”.

To był niezwykle dobrotliwy człowiek, poeta liryki religijnej. Teksty napisane często na miarę dziecka, zawierają wielka mądrość życiową i cieszą się niesłabnącą popularnością.  W jego wierszach,  prozie odnajdziemy prosty, zwięzły język,  formułujący zacne myśli i czyste patrzenie. To ten maksymalnie prosty i oszczędny język, tak ujmuje czytelników. Kochał przyrodę, zwierzęta. Tak pięknie pisał o wierności psa,  posłuszeństwie ptaków i niewierzących drzewach, a miłość postrzegał wciąż za dużą, aby ją całą widzieć.

Miłość

„Kochamy albo za dużo, albo za mało, nigdy w sam raz”. ” Gdy miłość zdenerwujesz, każdy grzech jest ciężki”. Zastanowiłam się dłużej.  Innym razem zwróciłam uwagę na jedno z wielu zdań o wierze.

Wiara 

„Wierzyć – to znaczy nawet się nie pytać, jak długo jeszcze mamy iść po ciemku”. „Wierzyć, to znaczy ufać kiedy cudów nie ma”.

Moja koleżanka, osoba wierząca, praktykująca, singielka i zarazem mama uroczej córeczki,  często odwiedza panią z czarnym kotem i rzędem świec, aby usłyszeć, co tarot jej szykuje na najbliższą przyszłość. Mówię jej, – dziecko zaufaj Bogu, nie martw się kiedy i czy przyjdzie miłość do mężczyzny. Żyj spokojnie, a ON wie, czego Ci potrzeba. Zaufaj mu! Bogu. Jesteś w jego rękach. Jeśli liczymy tylko na siebie jesteśmy stale zmartwieni. Przecież wierzysz w Boga, licz  na niego. Ale ona niecierpliwa  i nie do końca identyfikuje się z moimi słowami.

Dla mnie największym problemem są  słowa księdza Jana o cierpieniu.

Cierpienie

Ksiądz Twardowski pisze, ” Jeśli kochamy kogoś i cierpimy dla niego, to krzyż wcale nie jest taki ciężki. Widzi się miłość, a nie ciężar krzyża”. Zaraz nasunął się przykład, kobiety cierpiącej z powodu alkoholizmu swojego kochanego męża, jak długo będzie widziała w tym dar? W książce pt. „Dłużej niż na zawsze” znajduję takie zdanie, ” Jeżeli kochamy kogoś i cierpimy dla niego, to krzyż wcale nie jest taki ciężki”. Trudno mi  zobaczyć łaskę Boga, kiedy zsyła nam krzyże i cierpienia. A ludzki ból przeszywa na wskroś i krzyczy rozpaczą.  Powiedz matce, która straciła dziecko, że w życiu wszystko jest po coś, ten krzyż też. Myśli może tak jest, ale ja tego nie chcę.

Może za mało we mnie pokory. Kiedyś byłam zdecydowanie bardziej pokorna, nawet nie śmiałam zastanawiać się nad chrześcijańskimi maksymami, czy dogmatami. Po prostu przyjmowałam je. Boże a teraz zastanawiam się, ileż okrucieństwa (na ludzką miarę i rozum) było w stosunku do Abrahama, który miał złożyć z umiłowanego syna Izaaka ofiarę. Czy w imię dobra można czynić zło? Nadgorliwość nie jest cnotą, ona zaślepia nas?  Jedyne wytłumaczenie widzę w tym, iż pewnie Bóg wiedział, że może pozwolić sobie na takie żądanie, bo Abraham je wypełni, a Najwyższy powstrzyma dłoń z nożem. Bóg to wiedział, a Abraham nie. Nie wiedział na ile go stać dla miłości Boga. Ale czy nie może to być prostsze? Konieczne było wystawianie go na próbę? Jednak jestem za malutka na to.

Opiszę Wam zdarzenie, tylko z kotkiem, ale jakże również bolesne. Była zima, późnym wieczorem po pracy zmierzałam do samochodu. Dochodzę do rozstaju dróg i myśl w ułamek sekundy – „idź tym razem w lewo, tam nie ma świątecznego zgiełku”. To, co zobaczyłam, czego przyszło mi doświadczyć, było takim bólem, a zginął można powiedzieć, tylko kotek pod kołami czyjegoś samochodu. Jego ból umierania, tryskająca krew dokoła i  podskoki w górę z opadaniem, w wielkim szale i szoku umierania było przerażające. Pobiegłam na ulicę z uniesioną ręką, zabrałam go. Wyciszył lejące się przez ręce ciałko w agonii, w momencie objęcia go. Zaniosłam na trawę opodal, głaskałam i płakałam. Odszedł. Wiem, że są gorsze rzeczy na tym świeci. Długo nie umiałam mówić o tym. Po jakimś czasie opowiedziałam córeczce. A dziś piszę Wam. Godzenie się na cierpienie jest trudne. A wartość z niego płynąca, najczęściej niechciana przez człowieka. Boimy się cierpienia i kiedy Jan Twardowski pisał z takim przekonaniem i pewnością, że to łaska, z automatu stawałam okoniem, bo jakoś nie mieściło się w głowie i sercu. Jezus też bał się cierpienia i prosił o zabranie tego kielicha goryczy.., jeśli to możliwe, a co dopiero człowiek. Ale skoro ksiądz Jan o tym pisał i wierzył, to co mi maleńkiej wątpić. Tak po prostu jest, bo musi w tym być jakiś sens.

Nadzieja

 „Ufający Bogu, to ktoś więcej niż optymista. Nadzieja, to jest czas”. Jeśli człowiek coś robi – ma czas, ma jeszcze nadzieję”. „Nadzieja –  to czas bez pożegnań”. Póki jest nadzieja, to i  szansa, wiara że będzie lepiej, że jeszcze będzie dobrze. Nadzieja patrzy przez różowe okulary i cierpliwie czeka. Mówi się, że człowiek ufny, łatwowierny, cierpliwy dłużej ma nadzieję, nie traci jej. Czekamy na zmianę w naszym życiu, na ukończenie, spełnienie, na odnowę, na poznanie, znalezienie, na powrót.. Brak nadziei spowoduje zwrócenie się całkowite ku sobie  z jednocześnie mocnym odczuciem własnej słabości.

Potrafił reanimować uśmiech na twarzach tych, co czekali na radę i pocieszenie. Wciąż wracam do jego tekstów i ponawiam próby zrozumienia tego, co niepojęte!

PS Nie pisałam długo, bo miałam córeńkę ze stolicy. Cieszyłyśmy się naszym czasem, razem.

„Na czyje siły, na czyj rozum obliczone jest życie”. Ból po stracie

Maria Dąbrowska pisała,

„Na czyje siły, na czyj rozum obliczone jest życie”? („Noce i dnie” – tom III).

Dziś uczestniczyłam w ogromnie smutnej uroczystości Pożegnaniu i  ostatniej drodze, Mateusza. Nie znałam go osobiście. Usłyszałam od męża, że ich absolwent nie żyje. I wraz z uczniami, wychowawcą.., jedzie na pogrzeb. Pierwsza myśl, chcę tam być. Towarzyszyć mężowi i nie chodziło mi o opiekę nad nim, tylko pożegnać tego chłopca.

Nie ma takich słów, które w tej chwili ulżyłyby cierpiącemu. Tu będzie potrzebny czas.  Czas nie leczy wszystkiego, ale wraz z jego upływem, nowymi doświadczeniami w pewien sposób może zdystansować od bolesnego wydarzenia. Nigdy już nie będzie jak dawniej. Jednemu potrzeba 15 lat, drugiemu kilku. Tylko on może  uśmierzyć piekący, palący ból, rozpacz zamienić  w smutek i ciszę. A stargane, zorane serce uspokoić.

Pamiętam, ogrom bólu naszej całej rodziny po stracie taty. Wszyscy pogrążyliśmy się w rozpaczy. Po miesiącu, czy dwóch po pogrzebie, odwiedziła nas babcia, mama taty. Starała się pomóc w tych ciężkich chwilach. Opowiadała o tacie, jakim był dzieckiem. Pewnego wieczoru siedziała przy uchylonych drzwiczkach pieca i grzała kolana, ja na kuckach przy jej stołeczku, oparłam głowę. Pogłaskała i spokojnie powiedziała,” Nie płacz Basiu, tata nie chciałby, abyś tak rozpaczała, bądź dzielna, on patrzy na Ciebie”. To zdanie, a właściwie zadanie, zapamiętałam. Ono choć trochę pomogło mi. Niedawno będąc na terapii, usłyszałam, że już wtedy świat, bliscy narzucili mi rolę,  robienia czegoś, czego ty nie umiałaś, nie rozumiałaś. Jak przekuć cierpienie, płacz w spokój.  Dziecko potrzebowało  wykrzyczeć swój ból, ale nie, bo tata nie chciałby tego.  Babcia chciała dobrze, psychologiem nie była. I na ten czas, choć trochę pomogła. Wzięłam  świat na ramiona. I dźwigałam długo. Takich sytuacji było tysiące. I tak kształtujemy człowieka wtłaczamy go w ramy i pewne role do spełnienia. Nie o tym chciałam pisać, za daleko odeszłam.

Psycholog może pomóc, ustalić granice cierpienia, ale nie każdy potrzebuje takiej pomocy. Cierpiący człowiek na początku analizuje pewne rzeczy i stale pamięta o nieobecności tej osoby. Oby przyszedł taki czas, że wspomnienia nie będą paliły. A ciągły ból ustąpi miejsca wyciszeniu i na nowo wzbudzi zainteresowanie życiem. Aż odbudujemy to, co runęło. Życie!

Strata dziecka, największa tragedia na tej ziemi. Współczuję.. Podeszłam, przytuliłam i obiecałam modlitwę taką, jak potrafię o zelżenie bólu jej matczynego serca.

Nie napiszę wiele, bo trudno. Mateusz był zdolnym, skromnym, życzliwym człowiekiem. Pomagał mamie po śmierci taty. Podziwiałam przemowę jego kolegi, który stwierdził, że najgorsze jest to, iż już nigdy nie porozmawiają. Zostanie w pamięci i sercach najbliższych.