Pycha zupa, czyli czosnkowa na boczku. Nalewka „Na zdrowie”

Wy to się ze mną macie, same apetyczne historie serwuję, jak nie masaż ociekający ciepłem, bliskością, to boczuś z grzanką w rozpływającym się serku. Ja po prostu jestem apetyczną dziewczyną i moje kubeczki smakowe otwarte są i w sercu i ustach. Ta zupa posmakuje tym, co lubią kremy, zupy przecierane, zmiksowane i tym co lubią dobrze wysmażony boczuś.

Składniki zupy czosnkowej z boczkiem: 30 dag w kawałku boczku wędzonego, włoszczyzna, 2 ziemniaki (opcjonalnie, ja daję), 6- 8 dużych ząbków czosnku, mała garstka suszonych grzybów (opcjonalnie, ja daję), łyżka oliwy, ostra papryka, 20 dag żółtego sera, np.salami, 4 kromki chleba tostowego lub inne pieczywo, sól, pieprz.

Do garnka wlewam ok. 2 litrów wody, wrzucam boczek, włoszczyznę, grzyby, ziemniaki pokrojone w ćwiartki, sól, pieprz. I gotuje do miękkości, około pół godziny. Wyjmuję boczek na deskę, a warzywa miksuję. Obieram czosnek, całe ząbki podsmażam ok 2 minut, na oliwie z dodatkiem szczypty ostrej papryki. Dodaje do zupy, miksuję. Na tym oleju podsmażam na chrupko boczek pokrojony w paseczki. Tosty posypuje startym serem, podpiekam w piekarniku. Serowe grzanki wkładam do miseczek zalewam zupą i posypuje skwarkami boczku. Można tosta położyć obok na talerzyku i zajadać zupkę pogryzając tostem.

Kolejna czosnkowa będzie bez wkładki mięsnej, dla wegetarian.

Warto też pokusić się o zrobienie swojej nalewki na zdrowie. W roli głównej; czosnek i wódka.

Nie macie pojęcia z czym wracałam do domu. Kilka dni temu dostałam 2 butelki wódki od młodego, uroczego klienta z Kosowa, a właściwie ze Szwecji, bo tam zamieszkał. Po masażu ucałował w policzek i poprosił, abym przyjęła wódkę Żubrówkę, cała butelka, a połowa upitej dużej Absolut Vodka. Z takim zakłopotaniem to robił, że od razu zmiękczył moje serce. Cóż butelki grzechotały w mojej torebce, a ja śmiałam się pod nosem, że ta, co nigdy nie pije  alkoholu dostała niezły zapas. Tłumaczył, że zaraz wylatuje samolotem i ma tylko bagaż podręczny. Co będę chłopu mówiła, że taki dziwak ze mnie i nie absolutnie Absolut nie wchodzi w grę, Żubrówka zresztą też. Myślę, będzie nalewka z czosnkiem. W zwalczaniu infekcji, a także poprawianiu odporności nie ma sobie równych. Tak twierdzi moja sąsiadka staruszka. Podam Wam jej przepis, może i u Was plącze się zbędna butelka, a przeziębienia często dają we znaki.

Nalewka z czosnkiem:

Zalewamy 2 główki rozdrobnionego czosnku 0,5 l wódki, (użyję Absolut). Miksturę trzymamy 10 dni w temperaturze pokojowej, od czasu do czasu wstrząsając. Cedzimy przez drobne sitko, cieniutko wyłożone gazą.. Przechowujemy w lodówce. Pijemy 2-3 razy dziennie po 10-20 kropli rozpuszczonych w 1/4 szklance wody, gdy tylko pojawią się objawy przeziębienia. W celu podniesienia odporności lekarstwo stosuje się przez trzy miesiące i po kilkutygodniowej przerwie ponawia kurację. Ja się nie przeziębiam i całe szczęście, bo inaczej rozpiłabym się!! Zrobię dla córki (całkiem dorosłej), ona często łapie infekcje. A z tym odliczaniem kropelek nie martwcie się, tak ok 2 łyżeczek na 1/4 szklanki wody.

Życie pięknym jest, piszę sobie do Was o wszystkim i cieszę się. Dobranoc, śpijcie spokojnie.

Pogotowie smaku, czyli kostka warzywna

No i mam! Stworzyłam sobie „kostkę” warzywną, ale w słoiku. Pyszna do zup i sosów. Taki polepszacz smaku, na bazie warzyw, ziół, przypraw. Na razie bez rosołu z kury. Następna w kolejce do opracowania czeka kostka rosołowa i grzybowa. Póki co, polecam warzywną pastę, bo taka to konsystencja. Możecie modyfikować ją według własnego smaku.

Składniki:

6-8 liści laurowych bez grubego nerwu w środku (obrywam boki), po 1 łyżeczce czarnego i zielonego pieprzu, ziela angielskiego, rozmarynu, tymianku, kurkumy, czerwonej czubricy, po dwie łyżeczki lubczyku i płatków chili. A imbiru 1/2 łyżeczki. Oliwy lub oleju 6-8 łyżek, 4 ząbki czosnku, 2 średnie cebule, biała część pora, tak z 15 cm, pół selera, 6 marchewek, 1 pietruszka większa, 4 łodygi selera naciowego, puszka pomidorów bez skóry, dużą garść suszonych grzybów leśnych, 3/4 szklanki wody, 7 łyżek soli (tyle dała ja – to minimalna ilość, na taką porcję warzyw powinno być 10 łyżek, tym bardziej, że nie pasteryzujemy).

Przygotowanie:

Suszone zioła, przyprawy i sól mielemy w malakserze. Dodajemy olej, czosnek, cebulę, miksujemy do konsystencji pesto.Warzywa rozdrabniamy na tarce lub nożem dodajemy do garnka z pesto, oraz zgniecione w dłoniach grzybki leśne. Podlewamy wodą, miksujemy. Nie musi być dokładnie rozdrobnione, bo po ugotowaniu ponownie zmiksujemy masę. Stawiamy garnek na płytkę ochronną na palniku z gazem.  Inaczej masa szybko przywrze. Oj, trzeba bardzo uważać, bo lubi się przypalać. A z metalową nakładką na palnik, to wielkie ułatwienie. Zakupiłam taki metalowy krążek w sklepie z „przydasiami”.

Utrzymujemy nieduży ogień i mieszamy od czasu do czasu.  Gotujemy ok 45-60 minut. Gotową masę jeszcze raz miksujemy. Pastę przekładamy do wyparzonych słoiczków, gorącą zakręcamy i studzimy. Po otwarciu przechowujemy w lodówce. Można część zamrozić w foremkach do mafinek, następnie wyjąć, po porcjować po kilka w woreczki.  Z tej ilości składników wychodzą 3 słoiczki dżemowe i 2 mniejsze po koncentracie.

Bawcie się modyfikujcie po swojemu. Może bez pomidorów lub bez jakiejś przyprawy, a może dorzućcie inną swoją ulubioną.

A może ciepła kanapka na kolację?

Robię to danie, kiedy od kilku dni zostaje mi w chlebaku bułka parska, czy wrocławska, kajzerki, czy bagietka niedojedzona.  Równie dobrze można tym daniem uraczyć domowników, kiedy nie było czasu przygotować, czegoś ciekawszego na obiadek. Kroję krążki bułki, a jak jest to bagietka, to w kawałki, bo kromeczki byłby za maciupkie. Zabieram się za przygotowanie farszu, czyli nasze obłożenie pieczywa. Podaję składniki w proporcjach na moją miarę, zwiększcie, jak macie więcej osób do obdzielenia.

Biorę ok. 4 średnie pieczarki,  odcinam nóżki, obieram ze skórki, kroję w drobną kostkę, wrzucam do miski. Kilka plastrów szynki (jaką mam lub bez niej, też pycha)  pokrojonej w kostkę lub paski.  Do tego dodaję jedną cebulę w kostkę, jednego średniego surowego ziemniaka startego na średnich oczkach i z 5 dag wiórków żółtego sera. Wbijam jedno jajo, solę pieprzę. Mieszam całość i nakładam na krążki bułki lub kawałki bagietki. Na patelnię teflonową lub inną dobrą, która nie przywiera, bo farsz się rozleci, wlewam chlust oleju i na rozgrzany kładę kanapki stroną z farszem do dołu. Smażąc ok 2-3 minut przyciskając drewnianą łopatką do patelni  ( lub piąstką swoją). Umiejętnie przekładam na  talerz. Jak się nie spieszę, to piekę na blasze w piekarniku. Dekoruję np. półplasterkami awokado, kiełkami, szczypiorkiem, pomidorkami.. lub ostrym sosem chili, czy ketchupem. W zależności, co mam w lodówce i na co przyszła ochota. Polecam Waszej uwadze. To coś w rodzaju kanapkowej pizzerki.

Pieczarki panierowane. Witaminki dla dojrzałej

Obiecałam Niewidce,http://niewidka.wordpress.com/ super dziewczynie z kącika blogerów, że wrzucę przepis na coś bez mięska i to jest moje ulubione danie wegetariańskie.

Gwarantuję Wam, to bardzo smaczne i pożywne jedzonko. Po prostu – prosta pycha! Tanie i szybkie do wykonania. Polecam serdecznie nie tylko tym, co mięsa nie tykają. Każdemu! A Ci, co znają to danie, wiedzą dlaczego tak namawiam. Najlepsze są świeżo usmażone, takie chrupiące, a jednocześnie bardzo soczyste w środku.

Kupuję około 30 małych pieczarek. Duże też są dobre, ale mniejsze lepsze, a zwłaszcza „zamknięte”, to ważne. Obieram ze skórki, łatwo schodzi. I odcinam „nóżki”. W jednej miseczce roztrzepuję dwa jajka, solę, a do drugiej sypię trochę bułki tartej. Na patelnię wlewam suty chlust oleju. Na rozgrzany układam otoczone w całości pieczarki najpierw w jajku, później w bułce. Smażę po kilka minut z jednej i drugiej strony, na średnim ogniu. Przekładam na talerz, do tego trochę sosu zimnego, jaki lubicie, np.słodko-pikantny chilli.  Można z pieczonym ziemniaczkiem, ale same też smakuję wybornie. Smacznego!

W poprzednim wpisie pisałam Wam o mojej niewierze w suplementy diety i nadal uważam, że to „ściema”, a przynajmniej w zdecydowanej większości.  Napiszę po kolei, co się wydarzyło w związku z tym. Na paznokciu wskazującego palca pojawiła się maleńka półmilimetrowa plamka. Kosmetyczki cap mnie pod swoje czujne oko. Oglądają z prawa, lewa i polecenie jasne dają- „Idź do dermatologa”. Tak dla spokoju maszeruję. Chłop najlepszy od skóry jakiego znam w Gdańsku, o imieniu nietypowym dla męskiego rodu – Mario. Chyba pod dermatoskop, czy co takiego palec mój włożył. Bada, bada. I każe obserwować, czy plamka przesuwa się, czy nie, bo nie umiałam tego ze strachu na 100% orzec. Coby wizyta płatna za krótką nie była, daje mi złote rady. Mówi, jakoś tak mniej więcej: – „Pesel nasz (bo on w moim wieku) zobowiązuje do staranniejszego dbania o siebie, droga pani”. Widać, że szczupła, wysportowana, ale D3 dla kości stale już teraz potrzebne i skórze trzeba pomóc witaminką A+E, do tego trochę magnezu i cynku. Trzy specyfiki zapisuje. Jakoś w ustach najlepszego dermatologa przekonująco to brzmiało. Wierzę mu, bo 8 lat temu, uratował mnie chłopina, inaczej zniszczyłabym do cna portfel i ze zdrowiem nie wiem, jakby było. Po wielu wydeptanych ścieżkach z różnymi orzeczeniami, a właściwie żadnymi, tylko raczej z ciekawym kręceniem głową, jednego drugiego lekarza,  że może to, może tamto..  . Każdy przepisywał inne najdroższe maści i nic z tego nie wychodziło. A on – dr Mario Kazimierz Smętek poznał się od razu, pogroził palcem, że za młodu spalało się na frytkę, to i zrogowacenie słoneczne mnie spotkało. Mroził tu i tam, najczęściej twarz, dekolt. I tak żyjemy sobie na NFZ, widzimy  dwa razy do roku na dokładnych oględzinach. Ale tym razem z tą tajemniczą kropeczką poleciałam do niego prywatnie, nie czekałam. Plamka w niedługim czasie ruszyła się i będę póki co żyła w zdrowiu.

A czuję się, jak kwitnący kwiatek na wiosnę i nie dziwię się tej plamce, że schodzi i nic złego nie robi. A te przepisane cudeńka dla dojrzałej kobiety zakupiłam z zamiarem łykania, jak doktor kazali. I z Wami, dojrzałymi kobitkami dzielę się moją tajemnicą podtrzymania kondycji. Panowie, jak macie zapał, no i ten stary pesel, to też łykajcie. Nie wiem, co ze mną będzie, bo ja i bez tego czuję się jak młody bóg, no, czy tam bogini.

  Dziś robiłyśmy sobie fotki w salonie, dla odświeżenia strony internetowej, bo personel lekko zmienił się przez te dwa lata istnienia tego miejsca. Oto zdrowy wizerunek dojrzałej kobiety i lista witaminek. Postanawiam też nieco zdrowiej żywić się i nawet poeksperymentuję z własną kostką rosołową. Ucieszy się mój ulubieniec, że łatwo mnie nakłonić do „zmądrzenia”, to jego bfcb, http://wczorajszefotografie.wordpress.com/ i blogerki  Romy zasługa. Przeczytałam skład kostki i o matko, włos mi się zjeżył.  Zajrzyjcie do niego to prawdziwy, najprawdziwszy pasjonata!!. Opracuje kilka i dam Wam znać. Oczywiście bogini wisieć na drążku nie przestaje, morsuje i taniec żurawia (Qi gong) z przystojniakiem spod drzewa codziennie o poranku uprawia. Radości życia zasyłam Wam, kochani. Niech każdemu z was dobrze będzie! A specyfiki bierzcie lub nie bierzcie. Na pewno zajadajcie witaminki w naturze.

  • Vigantol do końca swoich dni będziesz kropiła na kromeczkę chlebka z masełkiem (wit. ta rozpuszcza się w tłuszczu)  witaminkę D3 – 8 kropli,
  • Vitaminum A+E Medana (2500IU + 200 mg), 1 x 1, przez 3 miesiące, przerwa i powrót.
  •  Calcenato, przez miesiąc 1 x 1 tabletkę w innym czasie łykaną niż pozostałe tabletki, a przez drugi i trzeci miesiąc po pół tabletki. Przerwa tak ok miesiąca i powrót.

 

Niesolidny, szybki żurek Basi

Trudno nazwać go tradycyjnym żurkiem. Ta zupa tylko leżała koło żurku.  Jest z mięsnymi pulpecikami, jajkiem i leśnym grzybkiem. Taki cosik a la żurek, biały barszczyk. Nie podam Wam przepisu najlepszej kucharki, bo nie mam. W tym wydaniu żurku można mnie „zjechać” za kwasek cytrynowy, za zupę w proszku.., ale postanowiłam go tu jednak wrzucić, bo odkąd poznała go moja siostra chwali sobie i często robi. Może i Wam podpasuje.

Do garnka wlewam wodę, tak ze trzy litry, solę, wrzucam kilka ziarenek pieprzu, ziela i listków. Wyjmuję z torebki garstkę suszonych grzybków leśnych i tak bez „nocnego moczenia „(fajnie zabrzmiało) wrzucam do wody. Gotuję. Obieram 1 marchewkę, 2-3 ziemniaki, kroję w kostkę i wrzucam do już pięknie pachnącej zupki. Jeszcze ząbek czosnku, jak mam i cebulkę małą. Kawałek selera i pora, (bez też wyjdzie smaczny), po ugotowaniu usuwam z zupy. Nie lubię jak rozgotowany por plącze się po zupie. W tym samym czasie wyjmuję z lodówki solidną garść, no tak do 30 dag mięsa mielonego. Ja lubię indycze, dosmaczam ziołami, kapką oleju i formuję małe pulpeciki. Wrzucam do garnka razem z pokrojonym kabanosem. Czasem taki plącze się po lodówce, albo inna wędlinka, ale niedużo. A może być i bez, przecież mamy pożywne jajko i mięsny pulpecik. Zupa spokojnie gotuje się pod przykryciem, a ja osobno wkładam do gotowania 2-3 jaja, które obrane i pokrojone w cząstki, na końcu, czyli po ugotowaniu się zupy, znajdą się w garnku. Teraz w pół szklanki zimnej wody rozpuszczam i dokładnie mieszam po pół torebki żurku i białego barszczu w proszku. Wlewam do garnka. Gotuję, na koniec 2 łyżki śmietany, warto ją zahartować w kilku łyżkach zupy i dodać do całości. I przyszła pora na ćwiartki jaj, większą szczyptę majeranku i mniejszą kwasku cytrynowego lub soku cytrynu. Gotowe. Wszystko zajmuje mi ok pół godziny. Wczoraj wróciłam ok 21, byłam trochę głodna, ale wszystko, co w lodówce, nie chciało wejść ni w oczy, ni w żołądek mój. Potrzebowałam małej miseczki czegoś świeżo zrobionego. A w lodówce z ziołami i kapką oleju czekała garść mielonego  mięsa z indyka. Ugotowałam mój żurek w pół godziny i spokojnie pożywiłam się miseczką zupki. Było dobre.

Kiedyś, jak byłam młoda i gotowałam dla całej rodziny, nieraz kusiłam się o samodzielne wykonanie zakwasu na żurek. Teraz kuchnia już nie zajmuje tak mojego serca. Kilka lat temu, jedyny domownik obok mnie oznajmił przepraszając, cobym się nie gniewała, ale gotować będzie sobie sam, bo na mojej diecie nigdy nie schudnie, a on silnej woli za grosz nie ma. Na początku było dziwnie, teraz przyzwyczaiłam się i nawet mi wygodnie. Półki w lodówce podzielone, nie ma stresu używając mało dietetycznych składników do wykonania moich potraw. No i widzicie w związku, to i taki czas przychodzi. Chyba jestem na finiszu wszystkiego. Dla chętnych, co dbają o zdrowie swoje i członków rodziny szybciutko podam przepis na swój, nie kupny zakwas.

Można przygotować go tradycyjnie, czekając ok 5-6 dni lub przyspieszyć jego fermentację, dodając  łyżkę soku z kiszonych ogórków. Tym sposobem dostarczasz kwasu mlekowego, który szybciej się namnaża.

• 5 łyżek mąki żytniej 2000
• 2-3 szklanki wody
• 4 ząbki czosnku
• 3 listki laurowe
• 5 ziaren ziela angielskiego

1. Do słoika wsypuję mąkę, dodaję wodę i przekrojone na pół ząbki czosnku.
2. Mieszam dokładnie, wrzucam listki i ziele. Słoik przykrywam lnianą ściereczką i pozostawiam w kuchni przez kilka dni.
3. Jeśli chcę przyśpieszyć fermentację dodaję łyżkę zakwasu na chleb (jak mam) lub łyżkę soku z kiszonych ogórków (ten zawsze mam).
4. Zakwas mieszam codziennie. Gdy pachnie i smakuje kwaskowo to znak, że jest już gotowy (po ok 3-5 dniach). Zakwas przelewam do butelki i trzymam w lodówce.

Jak dacie taki zakwas na żurek, nie musicie tych zupek w proszku i kwasku dodawać. I wówczas będzie to SOLIDNY żurek. Radujcie się w kuchni, póki jest na to czas.

 

 

Mój hamburger

Rzadko jadam wołowinę.  Ale ostatnio posmakowały mi moje hamburgery, takie po basinemu.

Kupuję pół kg wołowiny mielonej. Do moździerza wsypuję po łyżeczce: kolendry w ziarenkach, kminu rzymskiego, pieprzu i ucieram niesolidnie. Wsypuję do mięsa, solę i jeszcze trochę płatków chili, jedno małe jajko. Dobrze wymieszam. Zwilżonymi zimną wodą dłońmi formuję kotleciki płaskie. Delikatnie, tak bez przyciskania  otaczam w mące pszennej lub kukurydzianej, kto nie toleruje glutenu (można i bez mąki) i smażę na rozgrzanej patelni w oleju. Dorzucam do niej pokrojoną w piórka lub byle jak cebulę, płatki chili, ząbek czosnku i smażę pod przykryciem na małym ogniu, obracam, podsmażam i dolewam z pół szklanki wody, pół łyżeczki cukru i tak duszę na średnim ogniu, aż się zredukuje płyn do gęstości sosu, z pięknie skarmelizowaną cebulką. 

Wykładam na bułkę, do kompanii dodaję liść sałaty lodowej, rukoli jak mam. Kawałek mojej papryki marynowanej z chili, plaster ogórka korniszona lub kiszonego, czy świeżego i obowiązkowo cebulkę czosnkową, tę białą lub szalotkę. Ja lubię krążek, dwa świeżej. Może być pomidorek. Jeszcze sutą łezkę majonezu, ketchupu lub sosu chili na słodko. A jak musztarda, to ta z ziarenkami gorczycy francuska.

Otwieram paszczę, zajadam i popijam zimną colą z plastrem cytryny.  Baśka najedzona. Na mniej głodną Basie zamiast buły biorę kromkę ciemnego chleba (i to mi się częściej zdarza), takiego ekstra z ziarenkami, co to na kromki się kupuje. A w wersji „rozpusta” podaję mego hamburgera z frytkami w stylu belgijki, ale smażone z ziemniaka i Basi rączkami robione.

Jak zgrzeszyć, objadać się i powiększać boczki, to wiedzieć z kim. W tym wypadku z hamburgerem. Jak spadać, to z wysokiego konia. Smażę jednego kotleta względnie dwa, jak dla  córci, a resztę mrożę i wykładam, kiedy najdzie mnie hamburgerowa chętka.  Wczoraj jadłam moczone w gorącej herbacie suchary, bo nic mi nie smakowało, wszystko było niedobre. Miewam takie dni. A później łup hamburgera z majonezem na talerz! W tej właśnie chwili zjadam resztki sucharów. Co to za dobre, proste jedzenie! Hamburgera smażyłam córci mej, kochanej.

Zanim zacznie się biesiada – sałatka z brokuła

Sałatka z brokuła i fety, posypana słonecznikiem koniecznie świeżo uprażonym, to doskonałe rozwiązanie na kolację przy świecach, na przystawkę na imprezie, czy lekkie danie do pracy. Zawsze coś innego, niż chleb z serem. Dla mnie najważniejsze w tej sałatce jest posypanie prażonym słonecznikiem zaraz przed podaniem na stół. Całość może być zrobiona trochę wcześniej i leżakować w lodówce, ale bez ziarenek, bo jak namokną, zmiękną, nie mają już tego uroczego chrupkiego pod ząb!
Sałatka z brokuła i fety
1 duży brokuł
1 opakowanie sera feta 
1/2 szklanki ziaren słonecznika
sos:
4 łyżki jogurtu naturalnego
2 łyżki majonezu
szczypta soli
szczypta pieprzu
1-2 ząbki czosnku
  •  Brokuły obrać, podzielić na drobne różyczki i ugotować al, dente w osolonej i lekko osłodzone wodzie – ma być chrupki, lekko twardawy.
  • Zabieramy się za sosik. Czosnek obieramy i przeciskamy przez praskę. Następnie dodajemy majonez oraz jogurt. Wszystko mieszamy dokładnie i doprawiamy solą., pieprzem
  • Ser feta kroimy na małe kosteczki.
  • Słonecznik prażymy kilka minut na suchej patelni. Musimy uważać by nie przypalić.
  • Sałatkę układamy warstwami: brokuł, feta, sos i prażony słonecznik.
  • Tak samo układamy 2 warstwę. Można też na dużym półmisku jedną warstwę ułożyć. Odstawić na ok.5 minut, by smaki się „przegryzły”. I  przed samym podaniem posypać prażonym słonecznikiem. Ja tak robię No, pycha!

U mnie już po spotkaniu rodzinnym. Narobiłam frykasów, a wiecie co gości najbardziej zachwyciło i usłyszałam wow, jak na stoły zajeżdżały pierogi ruskie. Och!

Maleńki temat pod rozwagę. Dziś  moje myślenie strapiło mnie trochę. I możecie pogrozić mi palcem za to. Wysiadam z yariski, włos mój świeżo umyty, lśniący płomieniem, tupią zgrabne buciki rozmiar 33, czarna skórzana kurteczka, butelkowy, czyli zgniłozielony kolor torebki, czarny berecik z błyszczącymi oczkami, ciemnozielona przylegająca sukienka z przerzuconym szarym szalem. Czuję się zadbana, dobrze i wygodnie ubrana, spryskana kilkoma kroplami, dziś Calvin Klein. Energicznie tupię bucikami na obcasach, a tu drogę przecina mi przystojny, jak piorun mężczyzna. Krótki jasnoszary płaszczyk, rudobrązowy szal, rdzawego koloru spodnie, brązowe lekko podpalane, czyli cieniowane butki, w dłoni brązowa, skórzana aktówka. Powiało pięknymi klasycznymi perfumami. Raczej nie oglądam się za mężczyznami, ale ten tak mnie ujął dbałością o wygląd, że odruchowo za pięknem pociągnęłam wzrokiem. I w tej samej sekundzie z pewnym smutkiem przeleciała myśl, czy to jest gej? Zawstydziłam się tego. Dlaczego tak pomyślałam. Kiedyś, to znaczy za króla ćwieczka i mojej młodości,  w sklepach niewiele było. I kupić lub dostać w prezencie dżinsy z pewexu graniczyło, no może nie z cudem, ale wielką radością, chyba nie specjalnie zwracałam uwagę na dbałość o image mężczyzn. Dziś, kiedy jest tyle możliwości, tylko chcieć, uważam, że to często ich lenistwo. Oni wzrokowcy lubią oglądać się za wystrojoną kobitką, a sami w rozciągniętym po kolana swetrze.. .  Smuci mnie to. Oczywiście nie wszyscy, nie można generalizować. Żałuję tylko, że moje doświadczenia w ich dbałości są tak marne, że jak już zobaczę pana nie młodzieniaszka, i zadbanego to myślę , że gej, bo oni zawsze dbają o wygląd.