Przyjemne podtrzymywanie życia

Fleksitarianizm, to coś dla wielu z nas. Trudno zrezygnować całkowicie z niejedzenia mięsa. Próbujemy, próbujemy idzie całkiem dobrze i  łamiemy się, bo wielka chrapka nachodzi nas; na kabanosa, czy solidny rosół. Życie przyniosło rozwiązanie, nowy trend. Ten cały fleksi.., to ukłon w moją stronę, bo ja do tych małojadków mięsnych należę.    Okazać się też  może, łagodną kładką do naszego przyszłego wege.

Na pewno trzeba jeść, aby żyć. Tak, jak pić, oddychać. Chyba samym światłem słonecznym i praną nie nachapiemy się (bretarianizm). No i jedzenie to przyjemność, nie ma co z niego rezygnować.  Z tym jedzeniem to ostatnio ambaras. Wszyscy biją na alarm, nie jedz tego, tamtego. Jedz to i tamto koniecznie.

Ja zawsze byłam niejadkiem. Nie lubiłam wielu potraw i tak mi zostało, choć jadłospis powiększyłam co nieco.  Łatwo mnie wyżywić, bo mało i skromnie, ale czy zdrowo, to dyskutowalibyście.  Piszę do was tego posta, bo niedawno dowiedziałam się kim jestem, jako zjadacz, że zaistniało określenie na takich, co nie zrezygnowali całkowicie z mięsa, ale zdecydowanie je pomniejszyli, na rzecz warzyw, owoców. Jestem fleksitarianką.  Czy z tą ładną nazwą, czy bez, jem mięsko od czasu do czasu. Kiedy ciałko me zawoła:

– „Baska, myśliwkę bym zjadło, jałowcowej plasterek, kabanosika kawałeczek”! Wsunę, ale tylko kawałeczek, bo żołądek chyba miniatura.

Już wszyscy wiemy, że mięso na talerzu nie służy naszej planecie. Czytamy  statystki i włos się jeży. Do wytworzenia np. 30 dag. pszenicy (cobym makaron swój zrobiła) potrzeba nam 390 litrów wody, a do 30 dag. wołowiny na stek 4650 litrów. A czy ja naprawdę potrzebuję codziennie, czy co drugi dzień wcinać mięso? Nie! Często słyszę, jak koleżanki mówią, iż nie mają ochoty na schabowego, wolą zjeść pieczarki, ziemniaczki opiekane, czy makaron z twarożkiem i  truskawkami, albo pycha pierożki z kapustą i grzybkiem leśnym.

Jakby zostawić  całą filozofie ochrony Ziemi i etyczne problemy pożerania zwierząt, to my sami, nasze ciała czują, że nastąpił przesyt spożywania mięsiwa. Ja tak mam od jakiegoś czasu, co nie znaczy, że nie skusi mnie  raz na pół roku skrzydełko z KFC, czy kebab, nieopodal mojej pracy, przyciągający zapachami. Ale to sporadyczne.

Mamy XXI wiek, większą wiedzę o tym, co wokół nas, o zmianach w przyrodzie. Większą świadomość ochrony i pomocy planecie, aby jeszcze posłużyła następnym pokoleniom.

Do jedzenia wege przystosowały się restauracje, stołówki pracownicze, uczelnie, szpitale, abyśmy mieli wybór. Najpierw portugalscy parlamentarzyści przyjęli ustawę o obowiązkowych daniach bezmięsnych w publicznych miejscach zajadania. A dyskusję podjęło wiele państw; Anglia, Niemcy, Japonia, Argentyna.  Kucharze prześcigają się w tworzeniu przepisów na dania smaczne, bez użycia mięsa. Tylko chęci dzielą nas abyśmy byli zdrowsi, a planeta o ździebko dłużej służyła.

Do trendu na redukcję spożycia mięsa, dołączyło wielu z nas.  W rodzinach  dobry przykład częściej dają młodzi, świadomi i zaangażowani. Nam starszym pokoleniom, co na boczku, golonce i żeberkach wyrosła, a i na galarecie z nóżek wieprzowych chyba trudniej, no i tak jak ja zostajemy fleksitarianami. 

Teraz jak nic prosi się pokazanie jadła bez mięska, takiego, co dobrze wygląda, jest proste w zrobieniu i smaczne na języku. Mam takie danie dziś w piekarniku.

„Ślimaczki ze szpinakiem i pieczarką”

Już spieszę podzielić się z Wami. Razu pewnego, jak to oszczędna gospodyni napotykam piękne malutkie pieczarki i cena tak przystępna, aż żal nie kupić. Biorę. Kładę w  kuchni i leżą. Leżakują tak pierwszy, drugi i w końcu na trzeci dzień, myślę trudno,  kupiłaś oszczędnie to wykorzystaj zróbże coś z nich. Smażę na patelni pokrojone pieczarki wraz z 1 cebulką i ząbkiem czosnku. Do tego wrzucam garść liści szpinaku, też pokrojone. Plątał się taki niezużyty do końca z poprzedniego dania. To wykorzystałam je. Solę i przesmażam. Lekko posypuje gałką muszkatołową.  Tak przygotowanym nadzieniem posmarowałam płat ciasta francuskiego (kupiłam w Biedronce). I zwinęłam w rulon, pokroiłam na plastry ok. 2 cm. Wyszło 14 sztuk zwijanych po krótszym boku, czyli grubaski wyszły. Ułożyłam na blasze na papierze do pieczenia, tak na leżąco, bo nadzienia dużo było i ciężkie w sumie te ślimaki. Do nagrzanego piekarnika, piekłam kwadrans, do 20 minut i można było zajadać na ciepło lub zimno. Ja zabieram je do koleżanki.

Mamy tam babskie spotkanie na grillu, a że karkówki,  czy kurczaka nie chcę jeść, to ślimaczki zabiorę, niezdrową zimną colę, bo piwa nie piję. A, i dobry humor, ten mnie nie opuszcza. Będę kierowcą, co zawiezie i odwiezie, bo niepijąca. Trzymajcie kciuki, abym wiedziała gdzie je odwieźć. A i jeszcze nie pojechać pod prąd.  Hi hi. 

Reklamy

Kolacja we dwoje

Czasami zdarza się nam święto. Nasze święto. Czy to będąc w związku małżeńskim, partnerskim, świeżym związku, czy zasiedziałym, a może pierwsze spotkanie, czy takie raz na miesiąc, bo mieszkacie daleko od siebie. Zawsze warto wtedy postarać się. Przygotować.

Teraz kiedy ludzie wpadają w wir randek za pomocą portali, tym bardziej warto uzmysłowić sobie, czego ona/ on oczekuje ode mnie i co chcemy ofiarować sobie na takich spotkaniach. Zapewne w nowym związku ważne są także rozmowy, próba poznawania siebie nawzajem, a w tych starych układach, może małżeństwach od lat, pragniemy ekscytacji i złamania rutyny.

Wchodzisz do mieszkania, czy pokoju hotelowego i widzisz, świeże kwiaty w wazonie. Na stole, jeśli nie przygotowana kolacja, to chociaż wino, schłodzona cola, czy herbatka zaparzona. Panowie podpowiem Wam, że serce kobiety niezwykle jednają płatki róż. Wystarczy z jednej rozsypać na pościeli. Oczywiście jesteście starannie ogoleni, a z ust waszych nie wydobywa się smród piwa, czy wódki. Jeśli ona to poczuje, to najczęściej jest już „pozamiatane”.  Natomiast chcemy poczuć, że to dla obojga ważna chwila.

Nastrojowa muzyka, płomyki świec i czekoladki. Co jeszcze, to zapewne inwencja niejednemu podpowie. Może perfumy, majteczki lub dobra książka, płyta, wizyta w hotelowym spa. Wszystko zależy jakie to spotkanie. Może wasza rocznica, może próba przeprosin, czyli wyciągnięcia dłoni na pojednanie. 

Temat ten przyszedł mi do głowy, na podstawie opowieści koleżanki, która próbuje w gąszczu samotnych, znaleźć kogoś odpowiedniego dla siebie. Raz opowiadała, jak mężczyzna przyjął ją na umówionym spotkaniu w swoim mieszkaniu, otwierając drzwi w samych kusych majtkach, a bałagan z rozrzuconymi skarpetami, skotłoszoną pościelą i nim śmierdzącym potem z pod pach zniechęcił do czegokolwiek.

Nasza blogerka, Jola, a dokładnie jej przepis był moją inspiracją w tworzeniu trochę innego dania. Na kolacje we dwoje. @kulinarnyblogsamanthy .

  Na podstawie jej ostatniego przepisu – DZIĘKUJĘ JOLU, zrobiłam fajne danie,  zmodyfikowane tym, co miałam w domu. Wprawdzie nie postawiłam na kolację we dwoje, bo takiej nie miałam. Za to zaniosłam mojej ulubionej pani krawcowej. Ta kobieta ma złote ręce. Wszystko poprawi, naprawi.  Pracownia krawiecka „Iga” ul. T. Kościuszki w Gdańsku.  Teraz przyjęła do naprawy moją znoszoną czarną haleczkę, z którą jeszcze żal mi się było rozstać i nową kurteczkę w kwiaty, która po prostu za dużą jest. Wy możecie upichcić tego kurczaka ze szparagami i orzechami na Wasze święto, kolację we dwoje.

„Kurczak ze szparagami i orzechami tudzież”

Zawsze marnie wychodzi mi gotowanie szparagów. Chyba byle jakie trafiam, bo najczęściej łykowate. Wtedy wspieram się gotowymi, takimi w słoiczku, już ugotowanymi, np. firmy Rolnik. Ale załóżmy, że same to zrobimy. Odcinamy końcówki, bo mogą być trochę zdrewniałe i gotujemy al dente w osolonej i lekko posłodzonej wodzie, zwłaszcza jak mamy zielone szparagi (ja wole białe). Odcedzamy  i zalewamy zimną wodą, ponownie odcedzamy. I tym razem znowu wyszły marne, ugryźć nie było jak, bo otoczka łykowata, a środek miękki do wysysania, no ale kto chce na randce coś wysysać!! Na pewno nie szparagi. Z szafki wyciągnęłam Rolnika, najczęściej takiego trzymam, a nóż się przyda.

Na patelnie wlewam chlust oleju i wrzucam pokrojonego w kostkę podwójnego fileta z piersi kurczaka. Solę, posypuję przyprawą gruzińską. Takową przywiozła mi córka z autostopa po Gruzji i szczyptą szafranu  (też stamtąd). Dajcie swoją ulubioną, jaką macie. Pokroiłam jeszcze 2 ząbki czosnku. I wrzuciłam po garści orzechów włoskich i nerkowca. Przesmażyłam. Dodałam  300 ml śmietany 18%, kto chce nich zaszaleje z 30 tką! Jeszcze natkę pietruszki drobno pokrojoną i  gałązkę rozmarynu (nie za dużo, bo zdominuje smak). Przesmażyłam krótko.

Osobno ugotowałam makaron, ja dałam taki wyglądający, jak ziarenka z dojrzałego ogórka, ale to obojętne, jaki lubicie lub macie w domu.  A możecie zrobić  swój własny. Na 2 szklanki mąki (35 dag) daje 4 jaja i szczyptę soli. Ugotowany makaron i szparagi wrzucam do mięska w sosie, mieszam delikatnie. Na talerzu posypuję startym żółtym serem (lub parmezanem, jak wolicie).

Smacznego kochani. Bez tej ukochanej osoby smakuje równie dobrze, no zgoda, trochę mniej. Ja ugotowałam też dla córeczki kochanej mojej. Jutro zawiozę jej do pracy. Spokojnej nocy życzę.

 

Maślankowy chlebek

CHLEBEK NA MAŚLANCE
Składniki 
50 dag pszennej mąki
3 dag świeżych drożdży
2 szklanki maślanki w temperaturze pokojowej (to ważne)
6 łyżek ciepłej wody
1 płaska łyżka cukru
1 płaska łyżeczka soli
papier do pieczenia
Wykonanie
  • Przygotowuję zaczyn: do miseczki kruszę drożdże i dodaję wodę oraz cukier, dokładnie mieszam.
  • Mąkę przesiewam i wsypuję do miski, dodaję sól, zaczyn i maślankę.
  • Mieszam mikserem (bo nie mam robota) na najniższych obrotach  przez 2-3 minuty, aż masa będzie jednolita – wyjdzie Wam dość płynna i właśnie taka ma być.
  • Miskę nakrywam ściereczką i odstawiam w ciepłe miejsce na 30 minut do wyrośnięcia.
  • Keksówkę, a raczej „chlebówkę”, mam taką na chlebek, 30 na 14 cm wykładam papierem do pieczenia, a żeby lepiej trzymał się całej foremki, smaruje ją tu i ówdzie ździebkiem jakiegoś tłuszczu.
  • Wyrośniętą masę mieszam krótko i intensywnie, by pozbyć się nadmiaru bąbelków.
  • Masę przekładam do formy, wyrównuję wierzch, przykrywam ściereczką i odstawiam do ponownego wyrośnięcia na 15 minut.
  • Piekarnik rozgrzewam do 220 stopni.
  • Wyrośnięty chleb wstawiam do nagrzanego piekarnika i w tej temperaturze piekę 10 minut. Następnie zmniejszam temperaturę do 200 stopni i piekę 40-45 minut, aż skórka będzie pięknie przyrumieniona.
  • Wyjmuję z piekarnika, wykładam z formy i odstawiam do wystudzenia – najlepiej na metalowej kratce.

I przechodzę do konsumpcji (hmm, co za słowo!).

Do takiego świeżego, ciepłego chlebusia najbardziej pasuje mi świeże masełko. Jak mam smaka to polewam jeszcze miodem. I może plaster dobrego twarogu. A jak najdzie mnie wytrawny smak, to smaruję tę kromeczkę masełkiem czosnkowym. I dzisiaj tak właśnie było. Teraz zionę czosnkiem, ale jaka najedzona! Chlebek następnego dnia nadal jest wilgotny i znakomity w smaku.

Polecam serdecznie, bo łatwym do zrobienia chlebkiem jest! Zawsze się udaje.

Trochę przypomina tostowy, bo jasny, ale o niebo lepszy. Jego nie musicie zapiekać w kolejnych dniach, jak tostowego. Ten jest powiedziałabym jeszcze lepszy dnia następnego. Ale powiem Wam, że taki ciepły z lekko rozpływającym się masełkiem czosnkowym z natką pietruszki smakował mi znakomicie. Aż żal psuć go jakąś wędliną. Palce lizać. Biegnę zęby wyszorować, bo jutro masuję! Smacznego życzy Wam nadal wesoła Basia.

Dzisiaj spacerowałam po plaży. Trajlowałam, świergotałam, a chłop pięknie słuchał. Później trochę przewiani wiatrem od morza zasiedliśmy z przyjacielem u „Derkacza” na naleśniki z czekoladą i inną rozpustę. Kocham samotność, ale fajnie jest czasami spotkać się z kimś. I takich miłych spotkań Wam życzę!

Kotleciki jajeczne Pauliny i tatar Baśki

Pewna blogerka, Paulinka, http://emlodamama.wordpress.com/ znalazła mnie, zostawiła komentarz, przy którymś wpisie, więc wiadomo ja z automatu odwdzięczam się i zaglądam do niej. I tak powoli poznaję kogoś nowego, jego spojrzenie na świat, przeżycia, myśli. Mnie, fankę gotowania przykuły przepisy kulinarne. Tam właśnie znalazłam przepis na te kotleciki jajeczne. Dawno takich nie robiłam, więc zaraz zabrałam się. Dorzuciłam tylko szczyptę drobnych płatków chili (wiecie, że prawie wszędzie je dodaję) i oprócz szczypiorku natkę pietruszki, bo rośnie u mnie taka dorodna na oknie. Fajnie jest zrobić coś na stół, czego dawno nie robiliśmy, np. fasolka po bretońsku, placki ziemniaczane, gołąbki, pyzy, krokiety, barszczyk z uszkami, sajgonki.. .

Kotlety jajeczne (przepis od Paulinki)

„Składniki

  • 6 jajek
  • bułka tarta – 3 łyżki
  • szczypiorek
  • pieprz, sól

Przygotowanie

5 jajek gotujemy na twardo, obieramy i rozgniatamy drobno widelcem”. Ja użyłam kratki metalowej do szatkowania warzyw w kosteczkę. „Dodajemy surowe jajko, posiekany szczypiorek, 3 łyżki bułki tartej i doprawiamy”. Ja jeszcze drobno pokrojoną natkę pietruszki i szczyptę płatków chili wrzuciłam. „Dokładnie mieszamy i formujemy kotleciki mocno dociskając masę. Obtaczamy w bułce tartej i smażymy z obu stron na złocisty kolor”.

Z tej ilości składników wychodzi 6 zgrabnych, pękatych kotlecików. Jeśli macie więcej ludzi do obdarowania, należy podwoić ilość masy, czy tylko trochę zwiększyć. A zajadamy je z czym lubimy, ja z pieczywem „wsunęłam” pierwszy w domu, taki prosto z patelni, a do pracy zabrałam tylko z warzywami.

Dziękuje Paulinko za inspirację.

A teraz coś Baśkowego. Wiecie, że nigdy nie próbowałam czerniny, węgorza, sarniny, dzika, czy tatara z wołowiny. Jakoś wzdrygałam się na samą myśl. W szkole nasłuchałam się o włośnicy, co w gałce oka lubi się zagnieździć. Mieszkając nad jeziorem napatrzyłam się na wijące węgorze, jak jakoweś węże, a jeszcze chodziła opowieść, że w stawach nieopodal wyłowiono pełno tłustych węgorzy z łba końskiego. Jak on się tam znalazł nie wiem. A czernina to już horror. To upuszczanie krwi, wykańczanie powolne zwierzęcia, bo zachciało się człekowi zupy z krwi, brrr. Małe Basie boja się. Może to hipokryzja, ale nie przekonujcie mnie, bo ja już tyyyle lat żyję bez tego jedzenia, to może i żywota dokończę bez czerniny. A pewnie nie smakowałaby mi zupełnie, bo ja raczej z tych, co muszą powoli oswajać, przekonywać do nowych smaków.  Np. pomidory zaczęłam jeść dopiero w wieku 30 lat. Za to po latach polubiłam tatara, ale ze śledzika. Dziś Wam przedstawię mój przepis.

Tatar ze śledzika z kremem balsamicznym

Przepis na krem balsamiczny podawałam we wcześniejszych wpisach (luty 2018). Szybciutko przypomnę go, bo idzie sezon truskawkowy, a one z tym kremem idealną parę tworzą. Naprawdę szczerze Wam polecam zrobienie takiego kremu i przetrzymywanie w buteleczce po soku, czy słoiczku, w lodówce. Pasuje do warzyw nowalijek, wszystkich sałat, wędlin, jajek.. .

Krem balsamiczny

Przygotuj ocet balsamiczny, cukier i mąkę ziemniaczaną.

Będzie nam potrzebna 1 szklanka octu balsamicznego. Do rondelka wlej z tego 2/3 szklanki octu balsamicznego, podgrzej aż zacznie bulgotać i wsyp 1/2 szklanki cukru. Gotuj aż płyn zmniejszy objętość ok. 1/3 . Teraz pozostawioną 1/3 szklanki octu wymieszaj z  1 łyżką mąki, koniecznie ziemniaczanej i wlej do rondelka z syropem octowym. Starannie wymieszaj. Zagotuj. Gotowe! Zamiast cukru możesz użyć miodu lub pół na pół. Dla mnie jest to jeden z cudów smakowych. Szczerze polecam Waszej uwadze.

Ten tatar doskonale smakuje i bez tego sosu, więc jak masz po prostu ochotę na śledzia, a nie masz czasu na robienie kremu, wykonaj bez tego dodatku.

Tatar ze śledzia

Przygotuj: 4 filety śledzika typu Matias, 2-3 ogórki konserwowe, średnią cebulkę cukrową (białą), garść koperku,  2 łyżki oleju, 1 łyżeczkę soku z cytryny, 1 strąk chili lub szczypta suszonych płatków, łyżka miodu, suta łyżka musztardy francuskiej z całymi ziarenkami gorczycy, pieprz grubo zmielony.

Filety myję, osuszam, kroję ostrym nożem na drobna kostkę, przekładam do miski. Drobniutko kroję ogórki konserwowe, cebulę, chili, koperek, dorzucam do śledzi. Wlewam: sok z cytryny, olej – ja daję rzepakowy, możecie oliwę, ale nie intensywną w zapachu, miód, ja ostatnio używam sosnowego – prawdziwego cudu w smaku miodu, ale może być każdy inny. Dodaję musztardę, koniecznie tę z całymi ziarenkami. Dosmaczam pieprzem i mieszam całość. Przekładam do metalowej obręczy (ring), aby nadać temu ładny kształt lub jak nie mam to do płytkiej miseczki i przerzucam starannie na talerz. Dekoruję świeżą truskawką i sosem balsamicznym. Można inaczej według swojego uznania.

Bardzo lubię apetycznie, ładnie podane dania. Moi panowie, jeden doceniał to ten artyzm podania, a drugiemu całkiem obojętnym było, bardziej na ilość stawiał.  Ja lubię jeść na ładnym talerzu, w czystym, posprzątanym pomieszczeniu lub na łące przy ognisku, a przede wszystkim w miłym towarzystwie. Choć przyznam, że ostatnio latami jadam sama i też nie jest źle. Lubię gotować, więc raczej robię sobie „wkręcanie” kuchenne i nie zauważam, że zjadłam sama.

Jutro idę na urocze spotkanie, przygotuję marchewkę z imbirem w miodowej glazurze (niezwykłe, że tak pyszne danie wychodzi z marchewki) i te właśnie kotleciki jajeczne, bo przystojny Hiszpan, tak go nazywam jest wegetarianinem. Na deser do oblizywania paluszków upiekę piernik czekoladowy. To u tego mężczyzny byłam na parapetówce z moim sernikiem na zimno z owocami granatu i zjadaliśmy go paluszkami, bo w nowym miejscu jeszcze nie było sztućców. Fajne wspomnienie. Trzeba razem spędzać czas, aby mieć wspomnienia.

 

Zupa czosnkowa z pomidorami

Dziś, tak jak obiecałam wersja zupki czosnkowej dla tych, co mięsko omijają. I dobrze.

Czosnkowa z pomidorami

Składniki: 6-8 ząbków czosnku, pęczek włoszczyzny, kilka malutkich ziemniaczków (takie, co to nie wiadomo, co z nimi maluszkami zrobić), dwa duże dojrzałe pomidory, dwie cebule, chlust oleju, 2 łyżki masła 1 łyżka mąki ( opcjonalnie do zasmażki; mąka i masło), listek laurowy, majeranek, sól, pieprz.

Wykonanie: włoszczyznę umyć, pokroić na paseczki. Tylko pora w cienkie plasterki.  Posiekać obie cebule.  W garnku rozgrzać olej, wrzucić warzywa razem z cebulą i małymi, obranymi ziemniaczkami. Dusić ok 10 minut na małym ogniu. Dodaj sparzone, obrane ze skórki pomidory, posiekane w większą kostkę. Wlać ok. 6 szklanek gorącej wody, posolić, popieprzyć, wrzucić listek laurowy, majeranek i gotować, aż warzywa będą miękkie. Wtedy dodać przeciśnięty przez praskę  czosnek. Pogotować minutkę i gotowe. Można zrobić zasmażkę z 2 czubatych łyżek masła i łyżeczki- dwóch mąki. Podsmażyć, aż poczujecie zapach podsmażonej mąki. Wlać na patelnię trochę zupy rozmieszać i przerzucić do garnka, zagotować. Smacznego! Bez zasmażki też pyszna, a mniej kaloryczna. Spróbujcie, jaką wolicie. Ja nie patrzę na kalorie, więc z dobrze podsmażoną zasmażką robię. Podawać z bagietką, czy innym pieczywem.

Czas do łóżka. O Elenie, pierwszej kobiecie u mnie na tantrze napiszę, ale muszę ździebko więcej czasu wygospodarować. Dobranoc. Odpoczywajcie.

Pycha zupa, czyli czosnkowa na boczku. Nalewka „Na zdrowie”

Wy to się ze mną macie, same apetyczne historie serwuję, jak nie masaż ociekający ciepłem, bliskością, to boczuś z grzanką w rozpływającym się serku. Ja po prostu jestem apetyczną dziewczyną i moje kubeczki smakowe otwarte są i w sercu i ustach. Ta zupa posmakuje tym, co lubią kremy, zupy przecierane, zmiksowane i tym co lubią dobrze wysmażony boczuś.

Składniki zupy czosnkowej z boczkiem: 30 dag w kawałku boczku wędzonego, włoszczyzna, 2 ziemniaki (opcjonalnie, ja daję), 6- 8 dużych ząbków czosnku, mała garstka suszonych grzybów (opcjonalnie, ja daję), łyżka oliwy, ostra papryka, 20 dag żółtego sera, np.salami, 4 kromki chleba tostowego lub inne pieczywo, sól, pieprz.

Do garnka wlewam ok. 2 litrów wody, wrzucam boczek, włoszczyznę, grzyby, ziemniaki pokrojone w ćwiartki, sól, pieprz. I gotuje do miękkości, około pół godziny. Wyjmuję boczek na deskę, a warzywa miksuję. Obieram czosnek, całe ząbki podsmażam ok 2 minut, na oliwie z dodatkiem szczypty ostrej papryki. Dodaje do zupy, miksuję. Na tym oleju podsmażam na chrupko boczek pokrojony w paseczki. Tosty posypuje startym serem, podpiekam w piekarniku. Serowe grzanki wkładam do miseczek zalewam zupą i posypuje skwarkami boczku. Można tosta położyć obok na talerzyku i zajadać zupkę pogryzając tostem.

Kolejna czosnkowa będzie bez wkładki mięsnej, dla wegetarian.

Warto też pokusić się o zrobienie swojej nalewki na zdrowie. W roli głównej; czosnek i wódka.

Nie macie pojęcia z czym wracałam do domu. Kilka dni temu dostałam 2 butelki wódki od młodego, uroczego klienta z Kosowa, a właściwie ze Szwecji, bo tam zamieszkał. Po masażu ucałował w policzek i poprosił, abym przyjęła wódkę Żubrówkę, cała butelka, a połowa upitej dużej Absolut Vodka. Z takim zakłopotaniem to robił, że od razu zmiękczył moje serce. Cóż butelki grzechotały w mojej torebce, a ja śmiałam się pod nosem, że ta, co nigdy nie pije  alkoholu dostała niezły zapas. Tłumaczył, że zaraz wylatuje samolotem i ma tylko bagaż podręczny. Co będę chłopu mówiła, że taki dziwak ze mnie i nie absolutnie Absolut nie wchodzi w grę, Żubrówka zresztą też. Myślę, będzie nalewka z czosnkiem. W zwalczaniu infekcji, a także poprawianiu odporności nie ma sobie równych. Tak twierdzi moja sąsiadka staruszka. Podam Wam jej przepis, może i u Was plącze się zbędna butelka, a przeziębienia często dają we znaki.

Nalewka z czosnkiem:

Zalewamy 2 główki rozdrobnionego czosnku 0,5 l wódki, (użyję Absolut). Miksturę trzymamy 10 dni w temperaturze pokojowej, od czasu do czasu wstrząsając. Cedzimy przez drobne sitko, cieniutko wyłożone gazą.. Przechowujemy w lodówce. Pijemy 2-3 razy dziennie po 10-20 kropli rozpuszczonych w 1/4 szklance wody, gdy tylko pojawią się objawy przeziębienia. W celu podniesienia odporności lekarstwo stosuje się przez trzy miesiące i po kilkutygodniowej przerwie ponawia kurację. Ja się nie przeziębiam i całe szczęście, bo inaczej rozpiłabym się!! Zrobię dla córki (całkiem dorosłej), ona często łapie infekcje. A z tym odliczaniem kropelek nie martwcie się, tak ok 2 łyżeczek na 1/4 szklanki wody.

Życie pięknym jest, piszę sobie do Was o wszystkim i cieszę się. Dobranoc, śpijcie spokojnie.

Pogotowie smaku, czyli kostka warzywna

No i mam! Stworzyłam sobie „kostkę” warzywną, ale w słoiku. Pyszna do zup i sosów. Taki polepszacz smaku, na bazie warzyw, ziół, przypraw. Na razie bez rosołu z kury. Następna w kolejce do opracowania czeka kostka rosołowa i grzybowa. Póki co, polecam warzywną pastę, bo taka to konsystencja. Możecie modyfikować ją według własnego smaku.

Składniki:

6-8 liści laurowych bez grubego nerwu w środku (obrywam boki), po 1 łyżeczce czarnego i zielonego pieprzu, ziela angielskiego, rozmarynu, tymianku, kurkumy, czerwonej czubricy, po dwie łyżeczki lubczyku i płatków chili. A imbiru 1/2 łyżeczki. Oliwy lub oleju 6-8 łyżek, 4 ząbki czosnku, 2 średnie cebule, biała część pora, tak z 15 cm, pół selera, 6 marchewek, 1 pietruszka większa, 4 łodygi selera naciowego, puszka pomidorów bez skóry, dużą garść suszonych grzybów leśnych, 3/4 szklanki wody, 7 łyżek soli (tyle dała ja – to minimalna ilość, na taką porcję warzyw powinno być 10 łyżek, tym bardziej, że nie pasteryzujemy).

Przygotowanie:

Suszone zioła, przyprawy i sól mielemy w malakserze. Dodajemy olej, czosnek, cebulę, miksujemy do konsystencji pesto.Warzywa rozdrabniamy na tarce lub nożem dodajemy do garnka z pesto, oraz zgniecione w dłoniach grzybki leśne. Podlewamy wodą, miksujemy. Nie musi być dokładnie rozdrobnione, bo po ugotowaniu ponownie zmiksujemy masę. Stawiamy garnek na płytkę ochronną na palniku z gazem.  Inaczej masa szybko przywrze. Oj, trzeba bardzo uważać, bo lubi się przypalać. A z metalową nakładką na palnik, to wielkie ułatwienie. Zakupiłam taki metalowy krążek w sklepie z „przydasiami”.

Utrzymujemy nieduży ogień i mieszamy od czasu do czasu.  Gotujemy ok 45-60 minut. Gotową masę jeszcze raz miksujemy. Pastę przekładamy do wyparzonych słoiczków, gorącą zakręcamy i studzimy. Po otwarciu przechowujemy w lodówce. Można część zamrozić w foremkach do mafinek, następnie wyjąć, po porcjować po kilka w woreczki.  Z tej ilości składników wychodzą 3 słoiczki dżemowe i 2 mniejsze po koncentracie.

Bawcie się modyfikujcie po swojemu. Może bez pomidorów lub bez jakiejś przyprawy, a może dorzućcie inną swoją ulubioną.