Gomashio – japońska sól sezamowa

Wszyscy przestrzegają – „.. biały proszek, sól i cukier, to biała śmierć..”. Ale przydałby się lekko posolić to i tamto, dosmaczyć, np ziemniaczki pure. Może i Wy polubicie tę przyprawę. Dziś polecam hit kulinarny – sól gomashio, znana i stosowana od lat w Japonii i innych krajach azjatyckich. Goma, to japońskie słowo oznaczające sezam.

„Główną zaletą gomashio jest ograniczenie spożycia soli nadając jednocześnie unikalny smak potrawom – w gotowych mieszankach przyprawowych sól jest w przeważającej ich części oraz wzbogacane są glutaminianem sodu. Ograniczenie soli w diecie przede wszystkim zmniejsza ryzyko nadciśnienia oraz obrzęków i gromadzenia się nadmiaru wody w organizmie (uczucie ciężkości, opuchlizna)”.

Zrób swoją, inną sól

1. Przygotuj 10 łyżeczek nasion sezamu i 1 łyżeczkę soli himalajskiej różowej, grubszej lub miałkiej, jaką masz.2. Rozgrzej patelnię bez tłuszczu i umieść na niej sól. Tylko chwilę podpraż.
3. Sól przesyp do moździerza i porządnie utrzyj na proszek (lub mniej solidnie, jak wolisz). Zmieloną sól przesyp do osobnego naczynia.
4. Na tej samej patelni umieść sezam. Ziarna praż przez parę minut, aż zyskają złoty kolor. Pamiętaj, by często potrząsać patelnią, lub mieszać łopatką, aby nie spalić ziarenek, bo wtedy staną się gorzkie i zniszczeniu ulegną niektóre cenne związki.
5. Ziarna sezamu umieść w moździerzu i porządnie utrzyj. Niektórzy ucierają wszystkie nasionka, a niektórzy mniej więcej połowę , to  zależy od tego jakiej konsystencji sól chcesz uzyskać. Nie masz moździerza, może być młynek do kawy, czy blender.
6. Połącz sezam z solą, wymieszaj.
7. Gotowe gomashio przesyp do suchego słoika, pojemnika i zakręć. Sól sezamową powinno się przechowywać w lodówce. Najlepiej spożyć ją w ciągu dwóch tygodni.

Ja używam białego sezamu, ale nieoczyszczonego, on ma taki trochę piaskowy kolor i różową sól himalajską, jak nie macie takiej to kłodawska lub każda inna. A sezam może być także czarny (ja nie robiłam z takiego jeszcze). Dla zmiany smaczku i wartości, możesz do sezamu dorzucić parę łyżeczek siemienia lnianego.  Jedni prażąc rozdzielają sól od sezamu, bo sól wymaga krótszego prażenia, inni wszystko razem. Przyznam się, że ja najczęściej sypie razem i sól i sezam, bo tej soli jest tyle, co kot napłakał i tylko grzebię po tej patelni drewnianą łopatką w tych okruszkach.  Zawsze używam soli himalajskiej z prostej przyczyny, bo to ona właśnie jest zalecana, a ja mam do niej stały dostęp w pobliskim sklepiku, ale może być inna, np. sól kłodawska, ma wysoką zawartość  magnezu, manganu, żelaza, cynku, miedzi, wapnia, potasu, selenu, jodu.

Gomashio to wspaniały zamiennik „czystej” soli, który nie tylko doprawia. Możesz ją stosować do dosolenia kanapek i różnych potraw. Ja uwielbiam posypać po wierzchu ugotowany (bez soli) makaron i polać oliwą z czosnkiem. Znakomity do sałatek, zup, sosów, majonezu własnej roboty, panierek, ziemniaczków.. .

Z tej ilości składników wychodzi mały słoiczek, taki po koncentracie pomidorowym. Uwierzcie mi raz zrobicie gomashio i już stale będziecie wracać do niego.

Prosty, chrupiący chlebuś

Najprostszy chleb na drożdżach
  • pół kg. mąki pszennej chlebowej (typ 650) lub uniwersalnej
  • półtorej szklanki ciepłej wody
  • 2,5 łyżeczki suszonych  drożdży
  • 2,5 łyżeczki soli
No i jak się za to zabrać. Wyjątkowo prosta sprawa, mówię Wam, już łatwiej z robotą chlebka nie ma.
  1. Wymieszaj w dużej misce wodę z drożdżami

  2. Zacznij dodawać mąkę i sól, miksuj, aż uzyskasz jednolitą konsystencję ciasta (tu nie potrzeba pracy rąk)

  3. Przykryj miskę folią spożywczą i odstaw do wyrośnięcia na ok. 2 godziny. Po tym czasie możesz zacząć wyrabiać lub wstawić ciasto do lodówki na noc. Ja najczęściej wstawiam ciasto na noc, (bo zarabiam wieczorem) następnego dnia o poranku piekę chrupiący chlebuś. Czasami robię podwójną porcję ciasta i wówczas zostawiam w lodówce i za 2 -3 dni piekę następny bochenek.

  4. Połóż ciasto na podsypanym mąką blacie

  5. Rozciągnij i zwiń krawędzie ciasta do środka, formując kulę.

  6. Nagrzej piekarnik do 230 stopni.

  7. Przenieś chlebek na papier do pieczenia posypany mąką i zrób na wierzchu chleba nacięcie (ciekawe jest nacięcie dookoła przez pół bochenka, widać na zdjęciu).

  8. Posyp mąką i wstaw do piekarnika. Na dole umieść naczynie (ja daję drugą blachę) wypełnione ok. 3 szklankami wody.

  9. Piecz ok.40 minut, aż skórka będzie złoto-brązowa. Ja podglądam przy pomocy drewnianej łopatki  na spód chleba. Ma być twardy upieczony, nie jasny – koloru ciasta z przed pieczenia.

    Smacznego, ale jak ostygnie trochę. Ja łasuch, kroiłam gorący. Na usprawiedliwienie mam to, że przyjechała  Konstancja i chciałam ją obdarować. Była oczarowana jego chrupkością. Kochani to jest najprostsza wersja, ale możecie wzbogacić, dorzucając siemienia lnianego, czy pestek dyni, słonecznika.. Piec na okrągło, nie chce się nam,   poza tym przytylibyśmy zajadając wciąż cieplutki, chrupiący chlebek, bo takiego można zjeść więcej i smakuje z niewielkim dodatkiem, np. świeżym masłem i szczypiorem z ogródka. Ale może czasami zróbcie sobie święto pieczenia chleba.

Pizza z serowymi brzegami

Każdy ma swoją ulubioną i sposób jej wykonania. Ja też. Ten, kto mnie zna wie, że z pizzy najbardziej lubię gorące brzegi bez nadzienia, a jeszcze jak są z serem, no pycha! Nie przepadam za bogatym w składniki wnętrzem. Jestem skromna :-))) i lubię typu Margarita. Wystarczy mi dobre ciasto, pyszny sos pomidorowy i ser. Może skorzystacie z mojego przepisu lub wybierzecie elementy Wam pasujące. Ciasto jest wyśmienite. A sos prosty, pyszny.

Do miski wsypuję 50 dag mąki tortowej, typu 450, półtorej łyżeczki soli, dodaję łyżkę oliwy (koniecznie). W szklance mieszam 1/4 szklanki  ciepłej wody z 2,5 łyżeczki drożdży suszonych, łyżką cukru i tyle samo mąki. Po wymieszaniu od razu przelewam do miski z mąką, dodaję szklankę ciepłej wody i mieszam ręką, wyrabiam ciasto leciutko podsypując mąką. Taką kulkę ciasta po wierzchu głaszczę mokrą dłonią i miskę nakrywam ściereczką. Odstawiam do ciepłego miejsca (lekko ogrzany piekarnik) na godzinę do dwóch, jak drożdże słabo pracują. Ja najczęściej odstawiam na godzinę. Dzielę ciasto na 2 kulki. Z tej ilości ciasta wyjdą 2 cienkie pizze lub jedna duża na całą blachę piekarnika. Tym razem zrobiłam dużą i grubszą na brzegach. Abym miała dużo tego, co lubię. Rozwałkowałam podsypując (koniecznie) kaszą manną. Na brzegach pizzy dookoła ułożyłam wałek ze startego żółtego, łagodnego sera i owinęłam brzegiem ciasta do środka pizzy. Środek posmarowałam sosem pomidorowym 

Mój sos: pewnie taki, jak Wasz lub bardzo podobny. Na patelnie wlewam chlust oleju, 2 pokrojone byle jak cebule i 3 duże ząbki czosnku, solę i trochę podsmażam. Dosypuję łyżeczkę cukru, 3 łyżki octu winnego, 3/4 szklanki wody i słoiczek koncentratu pomidorowego. Przesmażam i na koniec dodaję łyżkę masła. Blenduję. Posypuje ziołami do pizzy i gotowe.

Na posmarowane sosem ciasto układam poszarpaną mozzarellę około 30 dag (kupuję w kawałku, nie w kulkach), jeszcze startego żółtego sera. Na wierzch niedużo parmezanu i do pieca na 220 stopni na około 12-15 minut. Do farszu można dorzucić pomidorki, oliwki, cebulę.., ale ja nie lubię mokrego bogatego w składniki nadzienia. One zagłuszają mi smak pizzy, że tak się wyrażę.

Życzę Wam radości z robienia i zajadania pizzy. Alan pisał mi, że robi pizzę i tak mi się zachciało, stąd i Wy macie, ale tylko przepis, choć bardzo dobry. Smacznego. A teraz trochę o mojej zmianie w głowie.

Od około 2 tygodni wracają do mnie te same zaskakujące myśli. Dobrze mi w domu!! Żyć bez pośpiechu i zgiełku świata. Nie chcę wracać na etat do pracy. Już się nie boję życia bez mnóstwa osób wokół mnie.  Zmuszona (koronawirusem) do bycia w domu z dala od masaży i ludzi zobaczyłam, że to też ma sens. Kilka dni temu byłam z córkami na prześlicznej plaży w Orłowie, spacerowałam i myślałam, jaki świat jest piękny. Dlaczego nie korzystam ze spokojnego życia. Urodziłam i wychowałam troje dzieci. Pracowałam w szkole z maluszkami 35 lat. Może już mogę mieć czas, na plaże, na gotowanie, na ćwiczenia, na długie przytulanie kotka Kleofasa, na wolontariat w hospicjum, na wyjazdy z Alanem, kiedy nam pasuje, bez proszenia się o wolne.

Życie jest takie kruche (kilka dni temu trafiła do szpitala z udarem mózgu moja prawie o 10 lat młodsza koleżanka) chyba nie chcę do końca masować. Umierając nie pomyślę, że za mało pracowałam. Ale mogę pomyśleć, że szkoda, iż do końca pracowałam, że nie pozwoliłam sobie na luksus wstawania, o której chcę, poobiednich drzemek, cieszenia się drobiazgami zwykłego dnia. Mam już emeryturę, wprawdzie niepełną jeszcze, ale jakaś jest.  Nie umrę z głodu. A do MaBe mogę wpadać dorobić, pomóc przy dziwniejszych masażach (reiki, tantra, indyjski moimi stopami i autorski „Niebo”, „Piekło”). Julia kończy studia, pójdzie do pracy. Może to dobry czas na zmianę u mnie.

Co o tym sądzicie? Czy to dziecinna zachciewajka, nieprzemyślana decyzja, nie do wyobrażenia sobie, przy tak energicznej Basi? Nie dam rady i szybko znudzę się, pożałuję wycofania z życia zawodowego? Nie wiem, na 100%, ale piszę Wam, co czuję.

Chlebek

Dla mnie ten chlebek jest dobry, ale już mój Koncik (Konstancja) to rozpływa się w zachwytach jaka to pyszność. Zacytuje jej słowa o tym domowym chlebku: – ” Kochana, ten chleb jest taki dobry, że ja nie mogę przestać go jeść. Już zjadłam prawie połowę tego, co wzięłam od Ciebie. Ha ha, takie to jest dobre. Ten stosunek (hi hi) miękkości tego miąższu do grubości i chrupkości skórki, to jest cud. Ale nie rób go za często, bo wtedy na pewno będziemy grube”.

Przygotuj składniki: 1,5 szklanki ciepłej wody, 1 czubata łyżka cukru, 1 czubata łyżeczka drożdży suchych, 2 czubate łyżki mąki. Roztrzep „rózgą” i odstaw na kwadrans. Teraz dodaj:2 łyżki oleju najlepiej słonecznikowego, 2 łyżeczki soli i pół kg.mąki pszennej. Wymieszaj i odstaw do wyrośnięcia (to będzie rzadkie ciasto) na 1 godzinę.

Ciasto wyrosło, ale nadal jest rzadkie. Jeszcze raz wymieszaj podsypując mąką. Mam żaroodporną szklana miskę 20 cm na 8 cm wysokości (może być i garnek). Smaruję smalcem lub masłem, obsypuję mąką. Dno jeszcze wyścielam pergaminem i wtedy smaruję jeszcze raz. Przekładam rzadkie ciasto do miski. „Głaszczę” kilka razy wilgotną dłonią. Odstawiam na 30 min. do trochę nagrzanego piekarnika, niech rośnie. Ja już podrósł jeszcze raz spryskuję chlebek wodą i nacinam wierzch 3 – 4 kreskami, ostrym nożem. Dopiero teraz piekę. Piekę w 180 C przez około 55 minut. 

Zanim dziś upiekę kolejny chlebek, coś trzeba zjeść na śniadanko.Poszłam do piekarni kupić małą bułeczkę. Ale nie kupiłam. W piekarni, ani przed piekarnią nie było nikogo. Tylko, że ja przyszłam o niedobrej godzinie, bo 11, a wtedy obsługują tylko ludzi 65 lat i więcej. Ekspedientka wyprosiła mnie ze sklepu i z uśmiechem zaprosiła po 12 godzinie. Myślę okej zjem batonika na śniadanie. I zabrałam się za pieczenie kolejnego chlebka. Tylko do tego dorzucę ziarna słonecznika, a skórkę suto posypię sezamem. Mniam, będę gruba!!! Ale córeczka uspokoiła mnie mówiąc, że mamusia, jak tyje to w ciekawych miejscach. Hi hi, „ciekawe miejsca”. Ciekawe jakie to?

Oto druga wersja, zaraz napiszę,co zmieniłam. Do ciasta dodałam 3/4 szklanki ziaren słonecznika. Po odstawieniu do wyrośnięcia podsypałam jeszcze z 15 dag. mąki i wtedy dłonią dałam radę wyrobić ciasto. Nadal było lekkie, rzadkie, ale nie lejące (jak w pierwszej wersji). Przełożyłam do mojej szklanej miski, wysmarowanej domowym smalcem i osypanej mąką (pamiętajcie brzegi miski też). Zrosiłam wodą, posypałam suto sezamem, nacięłam kreski na wierzchu. Nakryłam szklanym dnem z tortownicy, bo takie mam i piekłam przez ok 20 minut, dopóki już wierzch chleba nie „pukał” w szkło. Zdjęłam i dalej piekłam bez przykrycia. Przysięgam, chyba w życiu nie jadłam tak chrupiącego chleba jak ten z sezamem. Polecam serdecznie. Ogromnie żałuję, że nie mieszkacie blisko mnie. Piekłabym Wam codziennie taki chlebuś. Dziękuję, że jesteście!! 

Smalczyk dla Marka

Mam drugi dzień z rzędu wolny. Rozkoszuje się spokojem. Wczoraj miałam cały dzień młodszą córeczkę. Wpadła z Hiszpanii na ostatni egzamin i poleciała na kolejne pół roku w świat. Dziś w domu tylko ja i kot. Byłam nad morzem, poćwiczyłam qi gong. Teraz gotuję i bawię się w kuchni. Pomyślałam, że co wrzucam przepis kulinarny na bloga, to pewien Marek nie ma jak z niego skorzystać. Więc dzisiaj specjalny ukłon w jego stronę. Jest taki Marek. Mężczyzna bloger, trzeźwo i życzliwie patrzący na świat. Mieszka sobie z ukochaną żoną Lusią w Ekwadorze i opisuje nam uroki  tego egzotycznego dla nas  miejsca. Zwłaszcza Cuenki (miasto na południu), miejsca, gdzie codziennie stąpają jego nogi i pobliskie cudne tereny. Tak urokliwe, że dech zapiera. I on nam to wszystko pokazuje. Chętnie odwiedzamy się wzajemnie na naszych blogach. Polecam!

http://widzianezekwadoru.wordpress.com/

Choć ja często nie nadążam za nim, bo on „codziennikiem” jest, a ja tak mniej więcej raz w tygodniu wrzucam wpis. Ten że to Marek nie może skorzystać z moich przepisów kulinarnych, bo najczęściej są mięsnymi daniami, a on wszelkimi sposobami stara się nie zjadać zwierząt. Podziwiam go za to. Styl Ajurwedy stał się mu bliskim. Dba o rozwój duchowy i zdrowe holistyczne całościowe podejście do siebie. Dziś dla Marka i oczywiście dla was wszystkich serwuje przepis na smalec z fasoli, ale z cudownym dodatkiem, ze skwarkami, niemięsnymi oczywiście.

Składniki:

1 puszka białej fasoli gotowanej na parze,1 jabłko, 1 cebula, 1 ząbek czosnku, 1 łyżka sosu sojowego, 1 łyżeczka miodu, 1 łyżeczka wędzonej papryki, 1 gałązka rozmarynu, 2 goździki i 2 ziarenka ziela angielskiego, 3 łyżeczki oliwy, 1/2 łyżeczki mielonego pieprzu, szczypta soli, a na skwarki 100 gram białek kaszy gryczanej.

Wykonanie

Kaszę skrapiamy łyżeczką oliwy i mieszamy z połową łyżeczki wędzonej papryki. Przekładamy na blachę wyłożoną pergaminem i pieczemy w 180 stopniach C. przez 10 minut.

Białą fasole miksujemy ze szczyptą soli i łyżeczką oliwy na gładką pastę.

Na patelni podsmażamy posiekana w kostkę cebulę, jabłko, rozmaryn i przyprawy.Po około  5 minutach dodajemy sos sojowy i miód. Przesmażamy jeszcze około 3 minuty.

Do pasty z fasoli dodajemy podsmażone na patelni składniki, mieszamy. Wierzch posypujemy skwarkami z kaszy gryczanej.

Dobry chrupiący chlebek smarujemy wegetariańskim smalcem i na wierzch aż się prosi plaster ogórka kiszonego.  Właśnie zajadam. Hm.. niczego sobie.  Kochani wolnych dni Wam życzę, mało ich mamy. Odpoczynku!

” Ach, że też człowiek widzi, jak wiele przemija,

Zanim sam nie przeminie! „

Jean Paul

Kiełbaski owijane boczkiem, z pastą orzechową

Zauważyłam, że kiedy jestem szczęśliwa lepiej mi się gotuje. Kuchnia znowu mnie bawi.

Tak wyglądają te pyszne przekąski. To takie małe jedzonko między tym, a tamtym. A to pasta orientalna o smaku orzechów. Już podaję, jak wykonać to smarowidło. Składniki:

po 2 czubate łyżki masła orzechowego lub pasty (w Lidlu można kupić), sosu sojowego, oleju, 2 ząbki czosnku rozgniecione w prasce, 2 łyżki posiekanej natki kolendry, 2 łyżeczki płatków chilli i pół szklanki wody. Wszystkie produkty wrzucamy, wlewamy do małego garnka, mieszamy i przesmażamy około 5 minut. Wykorzystujemy jako dodatek do mięs, wędlin, serów i sosów. Ja uatrakcyjniłam moje kiełbaski w boczusiu.  Każdy cieniutki plaster boczku wędzonego suto smarowałam pastą, zanim owinęłam w taką kołderkę malutkie cieniutkie kiełbaski (te kupiłam w Lidlu). Tu na zdjęciu skromnie smarowałam boczek pastą i to źle, bo nie wyczuwało się orientalnego smaku. A tak naprawdę, to można te kiełbaski w sam boczek zawinąć i dobrze podsmażyć i też będą pyszne.

A kiełbaski? Mogą być frankfurterki, cieniutkie śląskie lub każde inne, które lubicie. I raz chcielibyście je posmakować w chrupiącym boczku, w tle orzechów.

Taką przekąskę między innymi przygotowałam na jedno ze spotkań z Alanem. Wróciliśmy z nad morza. Tym razem spacerowaliśmy po plaży Stogi. Spieszyliśmy się do spa na masaż. W brzuchu trochę pusto, chwyciliśmy małe co nieco do zjedzenia. Te kiełbaski na zimno smakowały wybornie!

Pewnie i Wy tak macie, że niektóre jedzenie, ich smak, czy perfumy i ich zapach kojarzymy z jakimś okresem naszego życia, z człowiekiem, czy sytuacją.  Tym kiełbaskom też nadałam wspomnienie. Ekscytujących chwil z mężczyzną, który zamieszkał w moim sercu.  Życzę Wam wielu ciekawych zdarzeń i radości z gotowania. Zbierajcie miłe wspomnienia do koszyczka przeżyć.

„Połykanie chmur” – Pierożki won ton

Podam Wam mój przepis, skomponowany z wielu podpatrzonych. Ale Wy możecie stworzyć własny lub poszukać innego w internecie, jak najdzie chętka na takie pierożki.

Składniki na ciasto są podobne jak w naszych pierogach, tylko dłużej się wyrabia. Wielokrotne wałkowanie zyskuje bardzo zwartą, a zarazem delikatną strukturę. Nie bez powodu won ton można przetłumaczyć, jako „połykanie chmur”. Do mąki, gorącej wody i soli dodałam jeszcze jajka. Pierożki możecie też zrobić z klasycznego ciasta, trzeba je tylko dość cienko rozwałkować. W całym daniu najważniejszy jest farsz. Najczęściej jest to mielona wieprzowina, krewetki, kurczak. Gotowane na parze, czy wrzątku lub głębokim oleju. Te gotowane na parze i we wrzątku, podane w rosole można nazwać połykaniem chmur, bo te smażone w głębokim oleju nie są aż tak delikatne. I koniecznie potrzebują sosu w miseczce obok, aby je maczać, zwilżać.

Składniki

  • filet z kurczaka (pokrojony w paseczki, kosteczkę lub cienkie płatki – preferuję kosteczkę), może też być mielone.
  • 1 szalotka
  • 2 cm imbiru
  • 2 łyżki sosu sojowego
  • 1 płaska łyżka cukru trzcinowego, zwykły też może być
  • 1 łyżka oleju sezamowego, jeśli nie macie może być oliwa, czy olej jaki posiadacie i może łyżeczka ziaren sezamu
  • 1 łyżka octu ryżowego lub winnego (lub soku z cytryny)
  • garść posiekanego szczypiorku kolendry lub pietruszki
  • 2 ząbki czosnku
  • papryczka chili
  • 3 cm pora, białej części (opcjonalnie)
  • 3 pieczarki (też opcjonalne, ja miałam, to dałam)
  • ciasto: mąka około pół kilograma, gorąca woda, 2 jaja i sól do smaku.

Farsz  Drobno posiekaj mięso z kurczaka, skrop octem, olejem, sosem sojowym. Dodaj łyżeczkę ziaren sezamu, chilli, natkę kolendry, szalotkę, pieczarki, por, wszystko drobniutko pokrojone. Zetrzyj imbir na tarce. Przeciśnij przez praskę czosnek. Posyp cukrem. Wszystko wymieszaj.  Odstaw do lodówki, na minimum 30 minut. Nadzienie jest gotowe.

Ciasto  Wsyp mąkę do dużej miski. Zrób w środku wgłębienie i wbij do niego dwa jajka. Powoli mieszaj mąkę z jajkami. Stopniowo dodawaj wodę. Cały czas mieszaj. Dolej tyle wody ile może wchłonąć mąka. Co to oznacza? W cieście nie ma już fragmentów suchej mąki, związała ją woda, jest zwarte, dobrze się zlepia, ale nie jest mokre.

Zagniataj ciasto na stolnicy, aż zrobi się w miarę gładkie (zacznie przypominać plastelinę). Włóż ciasto z powrotem do miski, przykryj folią aluminiową i odstaw na 10 minut. Wyciągnij ciasto na stolnicę. Powinno być wilgotne (mimo że jest w nim mało wody) i znowu ugniataj przez kilka minut. Włóż ciasto do miski, przykryj folią i odstaw na 30 minut. Po 30 minutach ponownie zagnieć ciasto. Następnie rozwałkuj je na płat grubości 2 mm. Posyp wierzch ciasta mąką i złóż na trzy części – mniej więcej tak jak składa się koszulę. Przykryj folią i włóż do lodówki na godzinę.

Po wyciągnięciu z lodówki ciasto będzie już bardzo elastyczne. Rozwałkuj je na bardzo cieniutkie płaty, potnij na kwadraty ok 5 cm na 5 cm, tak by zjeść je jednym kęsem. Przygotuj kubek zimnej wody i pędzel. Nakładaj farsz na środek kwadratów, zwilż brzegi ciasta i lep po przekątnej na trójkąciki. Możesz też nadać im formę naszych uszek. Ja tak zrobiłam i zjadłam polane sosem sojowym. A wieczorem po pracy odgrzałam je w gorącym rosole pachnącym kolendrą.  Pycha.  Tylko, że ja już wolny człowiek, to i czasu więcej.

Gotuj won tony jak zwykłe pierogi – wrzuć do osolonego wrzątku (nie przesól wody, bo farsz jest słony). Od momentu wypłynięcia pierożków na wierzch należy je gotować jeszcze 2 minuty. Jeśli masz naczynie do gotowania na parze – możesz w nim ugotować won tony, przy czym warto dno sitka wyłożyć wcześniej papierem do pieczenia i zrobić w nim dziurki, aby przedostawała się para. Gotujemy około 5 minut.

Rosół  Aby przysposobić nasz polski, dobry rosół bardziej na modłę Azja Food, dodaj do gotowego rosołu olej sezamowy, łyżkę sosu sojowego, łyżkę sosu rybnego (jak nie lubisz, nie wlewaj), ocet winny lub ryżowy i posiekaną papryczkę chili i natkę kolendry.

Zalej gotowane pierożki gorącym bulionem. Posyp szczypiorkiem. Smacznego. Znowu bawi mnie gotowanie. Chyba nie będę gruba, nigdy nie byłam.

PS Dodam jedną małą radę. Jak nie macie czasu i weny na zabawę w pierogi , to zróbcie tylko to nadzienie, ono jest pyszne, takie azjatycki i dodajcie je do ugotowanego makaronu, wymieszajcie i zajadajcie. Też dobre rozwiązanie.

.

Wyjątkowa gruzińska sakiewka – chinkali

Nie macie pojęcia, ile radości sprawiło mi wykonanie  swoich chinkali. Nie sądziłam, że to możliwe, że uzyskam ten tajemniczo wciągający smak. Jest!! Jest!! Odkąd jadłam je pierwszy raz w Stacji Food Hall we Wrzeszczu będąc z przyjaciółką Martą oczarowałam się tym daniem i czymś jeszcze. Pokochałam zieloną kolendrę. I to mnie też mocno zadziwiło. Słyszeliście zapewne, że ludzie dzielą się na tych, co uwielbiają  natkę kolendry i na tych, co jej nienawidzą. Smak jej jest, jak z apteki, że tak ujmę lekarstwowy, medyczny.Bardzo nie lubiłam go i kiedy poczułam pod zębem liść kolendry psuło całą potrawę. Kiedy nagryzłam sakiewkę, czyli tego pierożka, wypłynął pyszny rosołek z zapachem kolendry i to mi od razu bardzo posmakowało.Myślałam wówczas, jak to możliwe czuję kolendrę, a smakuje mi. To danie stało się  moim wybornym jedzeniem. Często idąc z Martą w to miejsce, brałam chinkali i zajadałam z wielkim apetytem. Podziwiając gruziński kunszt kulinarny. Ona najczęściej sushi.Byłam tak zachwycona tym jedzeniem, że zapragnęłam, aby i Erlend zjadł to ze mną. Było cudownie zajadając razem, trzymając w paluszkach, a rosołek spływał po brodzie. Tylko samemu, albo z Waszą już znaną, kochaną Miłością można to jeść. Nie na pierwszej, napuszonej, oficjalnej randce.  Ostatnio naszła mnie myśl, a może możliwym to jest posiąść umiejętność zrobienia sobie tego cudu. Poczytałam i wybrałam ten przepis, który najbardziej do mnie przemawiał. Dodać do mięsa zimnej wody, a nie rosołu. Zaraz wszystko wytłumaczę. Ale nadal jestem szczęśliwa i pod wrażeniem. Tego, że nauczyłam się je robić sama, że smakują tak samo dobrze, albo i lepiej i tego, że pokochałam natkę kolendry!!! Sugerowałam się przepisem Jakuba Kuronia. Ale lekko zmieniłam. On do mięsa dodaje zimnej wody, nie rosołu, jak większość i to wydało się logiczne. Przecież z surowego mięsa i przypraw powstanie rosołek . Podam Wam dokładnie, jak i z czego to zrobiłam.

Składniki:

  • po 50 dag mięsa mielonego wołowego i wieprzowego
  • 3 szalotki
  • 2 ząbki czosnku
  • po pół pęczka natki pietruszki i obowiązkowo kolendry (zamówiłam w moim warzywniaku)
  • 1,5 do 2 szklanek zimnej wody sól, pieprz świeżo utarty w moździerzu (nie żałować go)

Myję mięso i kroję na mniejsze kawałki, mielę w maszynce. Do masy mięsnej dodaję zimnej wody, aż się wchłonie, ale nie mieszam za długo. Następnie startą na tarce szalotkę i czosnek przeciśnięty przez praskę, sól, pieprz, można szczyptę chili (ja dałam), drobno pokrojoną natkę kolendry, a pietruszki opcjonalnie (ja dałam). Dłonią wymieszałam masę.

Jeśli chcecie tę prace podzielić na dwie tury, dziś farsz, a jutro ciasto i sklejanie sakiewek, to do masy mięsnej nie dodawać od razu wody. Wlać następnego dnia. Odstawić do lodówki na noc. O poranku pełni sił robimy ciasto takie, jak na pierogi: mąka, gorąca woda, sól i ze 3 łyżki oleju. Wyrabiamy i dzielimy na 3-4 części. Każdą rozwałkować trochę grubiej, niż na zwykłe pierogi, tak na 3 milimetry. Wykrawać koła najlepiej miską o średnicy ok 12 cm z ostrymi rantami. Nakładać sutą łyżkę farszu, tylko nie zapomnijcie  wlać tę wodę i wymieszać. Ona jest podstawą do rosołku pachnącego kolendrą. Zwijać w kształt sakiewki. Ja najpierw sklejałam bok do boku i po przekątnej (pokazane na zdjęciu). Ściągałam węzełek, uchwyt do trzymania sakiewki. Do garnka z gotującą się wodą wkładałam po 4 sakiewki trzymadełkiem do góry i gotowałam ok. 12 minut od zagotowania. Wykładałam łyżka cedzakową i zaraz po ostudzeniu i lekkim oprószeniu odrobiną pieprzu i chili, zajadałam. Można polać masełkiem.  Chwyt za trzymadełko, nagryzienie pierożka i wypicie rosołku, następnie zajadanie całości bez trzymadełka.

Nie macie pojęcia, jakim był mój zachwyt, jak zrozumiałam, że uzyskałam ten sam smak. Gdyby ktoś nie lubił natki kolendry i nie chciał przekonać się do niej, to proponuje użyć tylko naszej polskiej natki pietruszki.  Z tej masy wyszło 18 porządnych sakiewek. Smacznego kochani. Może znajdziecie czas na zrobienie tej pyszności.

Karkówka w cebuli- coś dla ciała. I pewna myśl dla ducha

Tak naprawdę lubię gotować, bo mam wrodzony dryg po tacie. Kupiłam kawałek ładnej, chudej karkówki, coby ją upiec w cebuli, bo Roma się domaga. To fajna dziewczyna. Prowadzi bloga i zawsze stara się komentować ogarniając temat z każdej strony. Rozumie mnie i radzi z optymizmem.  Mamy kontakt prywatny, a poznałyśmy się tu na przestrzeni blogowej. Spotykamy w Sopocie lub Gdańsku i budujemy relację. I właśnie na jednej takiej budowie rzekłam jej o mojej karkóweczce z cebulką, na co oczy Romuś zapaliły się i od tej pory domaga się owego przepisu. A ponieważ do  córeczki mej przyjeżdża urodziwy Holender, to myślę okej przywitam chłopa (mają mnie odwiedzić) żurkiem, pierogami, mięsiwem.. Lubię gotować, tylko ostatnie lata nie mam komu, dlatego moja kuchnia pod zdechłym Azorkiem jest. Może i wam przyda się sprawdzony sposób na karkówkę pieczoną. Można ja upiec w jednym dużym kawałku, ale ja preferuję w grubych plastrach. Mam taką porządną ciężką, że prawie mnie przewraca brytfannę żeliwną z pokrywą i w niej pichcę to cudo.

KARKÓWKA W CEBULI

 

Po kolei: idę do” dobrej pani”, tak ją nazywam, bo życzliwa i z pietyzmem wybiera mięsko, jakoby sobie do własnej kuchni. Kupuję około 1 kg., do tego już do innej dobrej pani po 6 cebul i już bieżę do domu piec, bo ta inna inszość zawsze jest: sól, pieprz, cukier, olej, woda i opcjonalnie chilli.

Kroję karkówkę na plastry grubości ok.1 cm, lekko rozbijam, solę, pieprzę, oprószam płatkami chili  (chili w proszku też może być, ja używam płatków, bo mam ich zapas na kilogramy). Obsmażam z obu stron, na patelni z chlustem oleju. Na dno brytfanny rozkładam 2 pokrojone w krążki cebule. Tę cebulkę posypuję moją ulubioną przyprawą do gyrosa lub posypką do mięs madziarską ( jaką macie, jaką lubicie, bez też może być). Można szczyptę kolendry, kuminu rzymskiego, kto lubi. Układam plastry mięsiwa, podlewam szklanką wody. Nakładam pokrywę i piekę ok.50 min. w 180 stopniach C. Na olej po smażeniu karkówki rozkładam 4 cebule pokrojone w piórka , lekko solę i smażę na małym ogniu. Posypuję łyżką cukru i dalej podsmażam. Rozkładam na mięsiwo podpieczone już przez 50 min, leżące na kocyku z cebuli. I teraz karkówka z obu stron w cebulce jest. Tylko ta z góry wcześniej podsmażana i karmelizowana z cukrem.  No pycha. Pod pokrywą zapiekam jeszcze ok.10 min.

Gotowe, palce lizać! Mała rada, jeśli za mało wody do podduszenia, to dodajcie i chlust oliwy, czy łyżkę masełka. Mi w tym czarodziejskim naczyniu wychodzi ze  szklanką wody i może łyżką masełka (jak mam świeże, teraz miałam). Pod koniec pieczenia oprószam świeżym tymiankiem lub rozmarynem, ale to już detal, można i bez tych ziół.

Zajadamy z ziemniaczkiem, a może w bułeczce, czy tylko z dodatkiem surówek. Smacznego kochani!! Radujcie się i gotowaniem, to jedna z pociech i wspólnym zajadaniem.

A teraz szczere wyznanie z lękiem w brzuszku.

Przyznam się Wam do myśli, jaka mnie nawiedziła. Dziś zdałam sobie z tego sprawę.

Mam wolny dzień, tylko na jedno „Niebo” pojechałam do pracy (dodatkowo). Wróciłam z zakupami. Swobodny luz bluz, łażę po domu w samych figach, po peelingu, depilacji, nasmarowana balsamami. Pichcę tę karkówkę podśpiewując sobie. Ćwiczę przy otwartym oknie i dźwięku ulewy. Jestem szczęśliwa.

Klikam do was i nagle – dziwne- słyszę otwieranie drzwi. Pan domu powrócił ? Tak wcześnie z pracy? Tak!! Zasiadł do komputerowej roboty.  A ja tak bardzo, bardzo lubię być sama w domu!!! Co to mi za wolny dzień, jak nie urzęduję sama. Może to dla Was dziwne. Nie powiem- lubię tego człowieka, bo nie wyrządza mi krzywdy. Jest kulturalny, jak ja to mówię, słoma z butów mu nie wystaje, nie jest wulgarny, agresywny czy zarozumiały. Po prostu dobry człowiek. Ale ja zupełnie nie mam potrzeby przebywania obok niego. Zupełnie! Byłam zawiedziona moim wolnym dniem. On zawsze po pracy jedzie na działkę i wraca po 20 tej. I to mi pasuje. Wieczorami zmęczeni pozamykamy się w swoich pokojach i żyjemy nie wadząc nawzajem.

Nie wiem, czy wiecie co czuję? Problemem, jeśli to tak można ująć jest moja lubość braku stałego kontaktu z drugim człowiekiem.  Ja w domu chcę siebie i kota. Wiem samolub powiecie, egoista, dziwak.. i nie wiem co jeszcze, ale tak mam, taka jestem. Właściwie to jedynie Marta mnie odwiedza i lubię z nią wyjścia. W ogóle coraz bardziej ją rozumiem i staję po jej stronie, jak słyszę ewidentną niesprawiedliwość wymierzoną w jej stronę.

Wracam do sedna, do mojej myśli, która przeraziła mnie. 

-„Boże ja za 10 lat będę nieszczęśliwa. Pan domu będzie przesiadywał na emeryturze. Już nie będzie mojej swobody w domu. Wychodzenia na masaże też się skończą, bo stara będę bez sił. Skończę się, jako masażystka, a to przecież dla mnie ekscytacja życiem. I nigdy przedtem, pracując w szkole nie miałam możliwości dorobienia. O nadgodziny zawsze było trudno, nie wpadały pieniążki między wypłatami. Teraz nie jetem bogata, ale nareszcie nie bieduję. Skończę się, jako kobieta i nie będę skakać po łóżkach w hotelach, patrząc w ich piękne oczy pełne pożądania i tulić czułe dłonie. Nie będę miała siły na biegi nad morzem, treningi.  Już nie pobrykam, jak sarenka przez las ku wielkiej wodzie. Kijki mi zostaną, ale czy ja wrócę do domu, bo w rodzinie króluje demencja starcza. Będziemy siedzieli, jak te stare grzyby narzekając na bolące kolana. I ciągle razem. Ja zwariuję. Ja tego nie chcę.

Moja córka czyta to teraz, bo jest u mnie. I od razu protestuje, mówi – „Mamuś nastanie nowa era. To się będzie powoli zmieniać w Tobie. Libido spadnie i nie będzie ci się chciało skakać po łóżkach w hotelach. Zaczniesz zwiedzać świat, jeździć na wycieczki, uczyć się obcych języków. Nauczymy Cię niemieckiego, będziesz szwargolić i pojedziesz do Dietera. Albo angielskiego i zamieszkasz z Erlendem w chatce na północy Norwegii, a może wylądujesz z Jonem, który nie będzie chciał żyć bez Ciebie w depresyjnej Islandii. A może otworzysz gabinet terapii reiki i cieszyć się będziesz z pomagania innym, a to nie wymaga siły fizycznej, tylko duchowej, której masz nieograniczone pokłady.

Wszystko przed Tobą, tylko inne, nowe. Nie bój się!  Nie zostaniesz żywcem wyrwana z takiego świata, jaki teraz masz, tylko życie wraz ze zmianami w Tobie przyniesie nowe pociechy. A czy będziesz szczęśliwa, zależeć będzie od twojego podejścia”.

To jest Mój Cud!! dziecko- przyjaciel! Tego Wam życzę.

Konstancjo, jesteś najlepszą istotą na świecie. Dziękuję Ci za to, jakim człowiekiem jesteś. Za to, że zawsze masz słowa pocieszenia i one trafiają do mnie. Za Twoje rady. Za troskę i zrozumienie.

„Zawijanki szparagowe”

Uparłam się na eksperymenty ze szparagami. I mam kolejne danie tzw.obiadokolację, bo jak wracam z pracy, to chyba taki to właśnie czas. Dawno po obiedzie, a do kolacji rzut beretem.

Kupiłam pęczek zielonych, cienkich – chyba to ważne szparagów i paczkę chudego cienko pokrojonego boczku wędzonego. A i bagietkę.

Leciutko odcięłam końcówki z dołu, tylko aby odświeżyć. Pogotowałam ok. 8 min w lekko osolonej i osłodzonej wodzie. Odcedziłam. Wyjęłam boczek wędzony pokrojony w bardzo cieniutkie plasterki i trzy szparagi owijałam w dwa plastry boczku. Pięknie owinięte, jak kokony smażyłam krótko na rozgrzanym oleju. Takie chrupiące, rumiane wyłożyłam na talerz, udekorowałam mojej roboty kremem balsamicznym (trzymam go w lodówce), posypałam świeżym tymiankiem. Można zamiast  chudym boczkiem owijać nasze smukłe, jak baletnica szparagi,  szynką szwarcwaldzką i to w środku z dodatkiem paseczka żółtego sera. Ja dałam boczek, bo taki chudziutki udało mi się kupić w Biedronce i bez sera (za duża rozpusta). Moje danie było proste, szybkie w wykonaniu i smaczne. Podałam z chrupiącą bagietką przesmarowaną  masełkiem czosnkowym (takowe też trzymam w lodówce). Nie chciało mi się odpalać piekarnika, to zapiekałam w tosterze. Też super pyszne, chrupiące wyszły.

I Wam polecam to danie.

Siedzę, klikam, a pupa boli, za mocno opaliłam ją, dziś nad morzem. Dorwałam się do słonka, jak miś do miodu. I trzy dni z rzędu od 10 do 12 (no dziś zdecydowanie dłużej) przypiekałam się wkuwając wiedzę z reiki. W połowie czerwca zacznę realizować swoje marzenie szkoleniowe – mistrz reiki. Idę spać, wystawie pupcie na kołdrę. Myślę, że kotu nie będzie przeszkadzać.  A co tam świecić nie będzie, przecie rumiana, jak lico płochej dzieweczki, nie bielusieńka.  Dobranoc Kochani!