Nieźle namieszane. Twórczy bałagan – Brownie

Miałam zamilknąć i nie pisać już o kuchennych wariacjach, ale koleżanki poprosiły o wrzucenie przepis na ciasto, zwane „Sanepid”.

Cóż robić, muszę się przyznać, jak to nieźle namieszałam. Szef poinformował nas pracownice, że za 3 dni możemy spodziewać się odwiedzin zapewne miłego pracownika sanepidu. Zaraz zaczęłyśmy myśleć, czy wszystko u nas w porządku, co ulepszyć, co zmienić, poprawić. Każda już miała jakieś doświadczenie z takimi paniami, więc starała się na swój sposób. Jedna pamiętała to, druga tamto, a ja, że nawet filiżanki kawy nie wypiła, dopóki protokół nie był gotowy.

Salon błyszczy, już nie wiem co poprawić. Najważniejsze aktualne badania lekarskie mamy i narzędzia sterylizowane, bo autoklaw zakupiony u nas od samego początku ! I przychodzi poranek tego ważnego dnia. Drepczę po śniadanko i oprócz ciepłych bułeczek wpada mi w oko Brownie, ciasto w proszku. Mam jeszcze 2 godziny do wyjazdu do pracy. W jednej sekundzie świta pomysł – „Nasza pani „niuchacz”kawę wypiję po wszystkim, to i może kawałek ciasta chętnie chapsnie”? No bo przecież trochę czasu jej to zajmie, a swoją drogą – „Gość w dom, Bóg w dom”. Jakikolwiek by ten gość nie był. Taki krokodyl z sanepidu też. Kupuję gotową mieszankę pierwszy raz w życiu. Nigdy nie piekłam  ciasta z torebki. W pewien sposób było to dziewicze pieczenie.

No i biegnę do domu, wpadam do kuchni. Forma silikonowa przygotowana, piekarnik nagrzany i zaczynam czytanie przepisu, co z czym połączyć. Na początku każą rozpuścić margarynę (masło biorę) i ostudzić, będzie potrzebne do polewy na sam koniec. W pudełku znajduję dwie torebki. Mała, biały kolor i duża srebrna. Ale, co czym jest nie wiem, na kartonie pisze, że zawiera 2 torebki: z ciastem i z polewą. Otwieram je. Obie zawierają kakaowy proszek. Z lodówki wyjmuję 3 jaja. Chlup do miski, do tego 3/4 szk. oleju i jedna z tych torebeczek, ta z ciastem. Tak myślę, skoro większa.  Mieszam 4 minuty, jak każą, przelewam do formy i wstawiam do piekarnika, bo polewę w mniejszej torebce mam wymieszać z masłem  i polać pod koniec pieczenia. Ujmuję tę torebkę, a tam małymi literkami napisane – „ciasto”. O matko, wymieszałam czekoladową polewę!!  I co teraz, chyba bez wkładu zwanego ciastem nie uda się, no bo ni mąki, ni spulchniacza tam nie ma.Wyjmuję z piekarnika, bo dopiero co włożyłam i trudno namieszam, przecież nie wyrzucę. Coś zawsze wyjdzie z tego. Biorę miskę wsypuję proszek, zwany ciastem, wlewam chlust mleka, oleju, 1 jajo  i miksuję. Tę masę dolewam do istniejącej już w formie polewy. Delikatnie mieszam je. Wstawiam na pół godziny, bo tak pisali. Teraz mam nakłuć widelcem i powinnam polać polewą, której nie mam. Więc do tego rozpuszczonego masła wrzucam dobrą gorzką czekoladę, 2 łyżki miodu, mieszam i polewam ciasto. Piekę jeszcze ok.10 minut. Przekładam ciasto  do pudełka plastikowego. Na studzenie nie było już czasu. Próbuję kawałeczek. O matko, co za wilgotna czekoladowa pycha napełniła moją buzię! Boskie, myślę. Oby, nie zmieniło się, jak dowiozę.

    I wiecie co? Sanepid wypisał nam bardo dobrą opinie, bez zasługi mego namieszanego ciasta. Protokół bez uwag, bo to solidnie urządzony salon. A kawę i ciasteczko zwane odtąd- „Sanepid”, wzięła do ust przed pożegnaniem się. Podziękowała i poszła. Swoją drogą żaden krokodyl z niej, miła pani. Może są takie, kiedy wszystko jest po ich myśli.

Dziewczyny rzuciły się na mnie z prośbą o przepis na cud – ciasto czekoladowe. No naprawdę nigdy nie widziałam takiego zaangażowania w chwaleniu mnie. Rozpływały się w zachwytach. Nawet jedna z nich, która nigdy nie piecze, bo mówi, że szkoda czasu i kupuje gotowe w cukierni, tym razem poprosiła -„Basiu, dasz mi przepis? Tylko proszę napisz go najjaśniej jak się da, bo w pieczeniu niekumata jestem kompletnie”.  Najjaśniej! No ładnie!

Może i wy kupcie sobie ciasto Delecty Brownie (za 5 zł).  Do tego musicie mieć 4 jaja, 3/4 szklanki oleju, 1/3 masła lub Kasi. Ja już kupiłam kolejne i tym razem upiekę nie myląc torebek ciasta i polewy. Zobaczymy, które lepsze. Moje namieszane, czy ich rozsądnie ułożone. Czasem bałagan jest twórczy.

Miłego dnia kochani, ja biegnę masować. Dziś i jutro całkowicie zapakowany czas masażami. W piątki i soboty wracam nosem po ziemi. Cóż, przynajmniej czuję się potrzebna.

Reklamy

Pasztet z żurawiną

Sprawcie go sobie koniecznie na święta, oczywiście jak czas pozwoli. Ostatnio dużo piszą o szkodliwości nawet  kilku plasterków dziennie wędliny wędzonej, szyneczki „kupnej”. Choróbsko prawie gotowe na późniejsze lata. To może warto pokusić się o zrobienie swojego „wkładu” do kanapek. To wersja chudego pasztetu, bez boczku, słoniny, z mniejszą ilością wątróbki. Ja nie jestem fanem pasztetów, ale czasem chętnie zjem kawałeczek, tylko swojego wyrobu i nietłustego, nie za mocno wątróbkowego. Może i Wam posmakuje.

                                

Składniki: 80 dag karkówki, 1 kg udek z kurczaka lub indyka, 30 dag mięsa świeżego mielonego np. z łopatki, 50 dag wątróbki drobiowej, pół pora biała część, 1 cebula, marchew 1 duża, 10 dag żurawiny suszonej, garstka suszu grzybowego, 4 jaja, przyprawy: po łyżeczce soli, pieprzu zielonego w ziarnkach, kuminu rzymskiego niemielonego, płatków chili, pół łyżeczki gałki muszkatołowej.

Tylko karkówkę kroję na mniejsze kawałki i rumienie na oleju. To samo robię z udkami i wątróbką. Mięso (bez wątróbki) zalewam gorącą wodą, dodaję marchew, por, cebulę, sole i gotuję. Po ugotowaniu i ostudzeniu mielę przez maszynkę do mięsa, wraz z cebulą, marchewką i porem oraz wątróbką. Z udek zdejmuję skórę i odrzucam kości. Do masy dodaję te 30 dag mięsa świeżego z łopatki, 4 żółtka, grzybki suszone zgniecione w dłoni, żurawinę i przyprawy. Mieszam starannie. Na koniec ubijam białka i delikatnie łączę z całością. Dwie foremki keksówki (już mam wypróbowane i plastry są wtedy mniejsze, bardziej zachęcające dla mnie do jedzenia). Smaruje masłem i posypuję bułeczką tartą. Wykładam masę, a wierzch lubię obłożyć krążkami cebuli czosnkowej ( ale nie koniecznie). Nakrywam folią i piekę. Najpierw  ok.kwadransa w temperaturze 200 stopni, a następnie około 50 minut w 180 stopniach. Pod koniec pieczenia zdejmuje folię, aby zrumienił się na wierzchu. Ostudzony wykładam z formy, kroję sute plastry i zajadam (pół!). Polecam tym, którzy nie przepadają za pasztetówkami, ten pasztet jest bardziej zwarty niż mazisty, a zarazem delikatny. I ten przebijający się zapach kuminu, no pycha! Kto nie lubi tej przyprawy, oczywiście niech nie sypie. A jeszcze wspomnę o chili, ja jestem fanką płatków tej ostrej przyprawy i mam jej kilogramowe woreczki, dlatego prawie wszędzie dodaję, wy nie musicie, tam jest żurawina, a ona zachęca do łagodnego smaku.  Tylko Baśka wścieklica chce pikantności.  Powodzenia w tworzeniu swego pasztetu. Możecie zrobić go tylko z mięsa drobiowego z wątróbką drobiową, dla tych, co nie jedzą wieprzowiny.

Wróciłam. Było apetycznie!!

Obiecuję, następnym wpisem nie będzie przepis kulinarny.

Masełko czosnkowe. Gotowanie.., z fajnym facetem

Ach ta Basia, jak nie smalec, to masełko. Chce nas za tuczyć? Nie. Wszystkiego w życiu próbujmy z umiarem. Wiem, że czosnek ma specyficzny zapach i objadanie się nim przed pracą, czy spotkaniem nie jest wskazane, ale w masełku, gdzie często też mamy natkę pietruszki jest zdecydowanie lżejszym kalibrem. Czasami macie dość tych samych śniadań, kolacji. A to płatki, jajecznica, czy wędlina. Wtedy z pomocą przyjdzie masełko czosnkowe i pachnący, dojrzały pomidorek. Cóż więcej trzeba. No może gorącej herbatki z cytryną imbirem i miodem. To było dziś moje pożywienie o poranku. Ale równie dobrze można masełko wykorzystać do przygotowania późnego obiadu, czy kolacji. Ugotować kilka ziemniaczków w mundurkach. Takie gorące obierać kolejno ze skórki, przekrawać na pół lub łódeczki i smarować masełkiem. Ono jest słone, to ziemniaka można już nie solić. I od razu zajadać z apetytem. Sprawdza się także jako dodatek do pure. Tłukąc ugotowane ziemniaczki warto dodać po 2 łyżki śmietany i naszego masła ziołowego.

Jak robię masełko czosnkowe? Prosto. Wcześniej wyjmuję kostkę masła z lodówki, przekładam do miseczki i kiedy zmięknie solę, dodaję przeciśnięte 2-3 ząbki czosnku, ugniatam widelcem i gotowe. Przekładam do zamykanego pojemniczka.

Możecie dodać np.natkę pietruszki, czy drobniutko pokrojony koperek, może świeży tymianek, płatki chili.. . Stwórzcie swoje ulubione masło. Ja lubię podstawową wersję.

Można je wykorzystywać w tworzeniu potraw, np.idealnie pasuje do usmażonej ryby. Na taką gorącą, jeszcze na patelni kładziemy kawałek naszego masełka. Rybka nabierze charakteru. Chrupiący dorsz przesiąknięty czosneczkiem w maślanej pierzynce. No pycha!!

Jeszcze na mnie nie krzyczycie, że wpadłam w wir pichcenia, a gdzie Baśka w pończoszkach? Póki co szykuję się na spotkanie, na którym mamy coś wspólnie ugotować. Chyba to będzie kurczak w sosie sojowym z ananasem i makaronem ryżowym. Co Wy na to? Na to menu? Dziwne, ale jednak można spotkać całkiem fajnego faceta. To był ten czas, kiedy za dnia wrzuciłam post, o tym, że jeszcze chciałabym zaznać wspólnego pichcenia z ciekawym facetem. A wieczorem kończąc nasze pierwsze spotkanie umawiamy się na wspólne gotowanie. I to była jego propozycja. Myślę, o matko, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki! Mówisz i masz. Myślisz, piszesz o tym, a wieczorem zapowiedź spełnienia. Aż strach pomarzyć, bo może się spełnić. Napiszę, jak nam wyszło, to wspólne gotowanie. A mężczyzna, no cóż słuchałam go z zainteresowaniem. A myślałam , że wyginęli i tacy luzem nie chodzą. A ten jest i chodzi!! Świat jednak potrafi mile zaskoczyć. No nie rozpędzajmy się.. Obiecuję, dam znać, samą mnie to ciekawi. Może zmienię zdanie o męskiej linii. 

Kochani, wiecie czego Wam życzę? Aby i Was tak mile i w ekspresowym tempie zaskakiwało życie, a marzenia spełniają za pstryknięciem palców. Trzeba uważać, jakie kiełkują w głowie, sercu, czy na pewno tego pragniesz? Marzenia mogą się zdezaktualizować. To, co było młodzieńczym pragnieniem, nie koniecznie jest w życiu dojrzałym.

Jedno z moich spełni się wkrótce, napiszę jak smakowało.

Domowy smalczyk. Smakować życie..

Gotowanie, mam chyba we krwi. Ono mnie po prostu raduje.

Smalczyk domowej roboty, czasem warto sobie sprawić, jeśli jecie wieprzowinę (wegetarianie z fasoli, tłuszczu koksowego, cebulki). Ja najbardziej lubię zwykły ze słoninki bez boczku i innych dodatków. Podam wam przepis na ten podstawowy, a każdy doda, co będzie chciał. Może jabłuszka (w kosteczkę, najlepiej renety lub antonówki, dodaje się na sam koniec, już po cebulce) boczek wędzony ( jak zeszkli się i trochę wytopi słonina) cebulkę, płatki chili, z przypraw najczęściej majeranek.

Jak nie chcę napracować się i od razu zrobić zapas z 5-6 słoików smalcu, tylko 1-2, to kupuję kawałek słoninki, tak ok pół kilograma (na taką ilość 1 duża cebula, gdyby ktoś chciał). Myję słoninę, wycieram ręcznikiem papierowym i wkładam do woreczka foliowego i do zamrażalnika, tak na przynajmniej godzinkę, aby stężała, zmarzła. Wtedy łatwiej kroi się, nie „ślimaczy”  w dłoniach.. Kładę na deskę, biorę porządny, ostry nóż, kroję na kilka mniejszych kawałków, bo z wielkiego, z całości, jest trudno. Każdy kawałek na plastry, a plaster wzdłuż np. na trzy części, paseczki i teraz w kosteczkę. Ja kroję w drobną, bo nie lubię wielkich skwarków. Robimy to według własnego upodobania. Teraz wrzucam do garnka i smażę. Najpierw na średnim ogniu, mieszam i po pewnym czasie, jak już każdy skwarek zeszklił się, zmniejszam płomień, nich wytapia się powoli i spokojnie, od czasu do czasu mieszając. Nie solę, nie pieprzę. Ładnie wytopiony, zdejmuję z ognia, wsypuję sutą szczyptę majeranku i przelewam do wyparzonych słoiczków. Zakręcam i odstawiam do wystudzenia, schłodzenia. Jak wlejecie gorący, zassie i trzyma długo, nie psuje się. Po odkręceniu przechowuję w lodówce. Stężeje i jest gotowy do smarowania pajdy dobrego chlebka. Ostatnio odkryłam chleb gryczany z dodatkiem cebuli, pasuje mi do smalczyku idealnie. Do tego nieodzownym jest ogórek kiszony, czy pasta chili adżika lub po prostu tylko posypany grubą solą.

Jeśli chcecie smalec z cebulką, należy uważać, bo temperatura gorącego tłuszczu różni  się od zimnej soczystej cebuli i jeśli wrzucicie do mocno nagrzanego tłuszczu zacznie bulgotać, pienić się i wypłynie z garnka. Trzeba zmniejszyć gaz lub na chwilę zdjąć garnek z ognia i wtedy powoli wrzucić cebulkę pokrojoną w kosteczkę.

Smacznego, kochani! Czasem i na smalec możemy sobie pozwolić. Jadam wszystko, co lubię, boczek smażony też, ale mało, malutko. I to chyba jest kluczem. Ta ilość, aby nie tyć i nie zapchać żył tłuszczem. Nie umiem dojeść całego jajka, całego wafelka w czekoladzie, czy całego pączka. Wygląda na to, że dozuję przyjemność jakim jest jedzenie. To tylko tak wygląda, a prawda jest taka, że mam malutki żołądek i nie mogę więcej zjeść. Poza tym jedzenie, to dla mnie najczęściej celebra i radość. Rzadko w pośpiechu połykam kanapkę (chyba, że w pracy, kiedy goni masaż za masażem). Jak nie mam tego co mi smakuje, nie jem wcale, no chyba, że głód przyciśnie, to Baśka zjada, jak pies trawę, ściągając zębami. Zdecydowanie wolę rozkoszować się jedzeniem. Np, jak wygląda zjedzenie jednej z moich ulubionych słodkości – ptasiego mleczka, Wedel w gorzkiej czekoladzie? Biorę kosteczkę, ogryzam dookoła z pysznej twardej czekolady, kładę waniliową kostkę na język, ogrzewam w ustach, przyciskam językiem do podniebienia i pozwalam sobie na przyjemność sycenia kubeczków smakowych. Powoli rozpływająca rozkosz słodyczy napełnia mnie. Jedzenie, to jedna z pociech tego świata. Do tego też potrzeba finezji. Można zjeść, pokochać się.., byle jak lub z wszechogarniającą radością, smakując tych przyjemności!! W pośpiechu, bez zaangażowania, jak to kiedyś pisał jeden z blogerów, starszy pan, że tęskni za zwyczajnym, jak za dawnych lat przeleceniem dziewczyny w krzakach, a nie w ładnym pokoju hotelowym. Ja obie przyjemności lubię w ładnej oprawie. Dla mnie ma to ogromne znaczenie. Wszystko lepiej mi smakuje: i miłowanie i jedzenie, jak robimy to oboje z zaangażowaniem, finezją, staraniem, pietyzmem, a nie na odczepnego, na „odwal”, albo, aby tylko czym prędzej zaspokoić głód seksu, czy żołądka. Bardzo lubię jedzonko ładnie podane, nie kopa na talerzu wszystkiego. Posprzątane miejsce w którym mam jeść. Sposób jedzenia, nie na jaskiniowca: czyli, mocno pochylona i łapczywie zmiatająca z talerza, wiosłująca łyżką, bez unoszenia głowy z nad jadła.  Jeszcze nie daj co zupa ociekająca po brodzie. Choć paluszkami, bez użycia sztućców, jak najbardziej można. Bardzo lubię tak zajadać pizzę, czy frytki lub szarpać kawałeczki bagietki i maczać w oliwie. Paluszkami podane do ust smakuje mi bardziej, to tak, jak wypić zimną colę ze szklanej buteleczki, wolę niż ze szklanki.

Przyznam się, że chciałabym jeszcze doświadczyć wspólnego posiłku z fajnym mężczyzną, który robi to z finezją. Gdzie wspólne gotowanie, a zwłaszcza jedzenie byłoby poezją.  Kuszące, może nie tak, jak seks, ale..  (pewnie wyśmiejecie mnie, ale dla mnie ma to urok, chciałabym i tego zaznać).

Smakować życie.. nadal mam na to ochotę. Chyba to wszystko przez Meszuge. Ten człowiek ma coś w sobie. Odczułam go, jak wyrocznię..  Arti tak, to przez Ciebie. Tak ładnie byłam pogodzona, że piękne rzeczy są, ale już nie dla mnie. I nie było mi z tego powodu smutno, no bo co stawiać się, kiedy widzę 10 metrową ścianę wody, no nie do pokonania, to nawet myśleć nie ma o czym.  Aż tu piszesz.., piszesz.. takie rzeczy.  I może zacznę wdrapywać się na tę ścianę.., może.  Chcę, ale  niebylejakości, tylko warte wspinaczki… Czego i Wam kochani życzę, wspinajcie się po swoje szczęście.

Zjednają niejedno serce – naleśniki. Smartfonowe maluchy.

Dziś z okazji dwusetnego wpisu mego, chcę uraczyć Was moimi ulubionymi naleśnikami na słodko. Są wyjątkowe. Podobne do Crepes Suzette. Ciasto naleśnikowe do jednych i drugich, to samo. Najlepiej smakują świeżo usmażone.

    

Ciasto na naleśniki, ok 8 sztuk:

1,5  szklanka mąki, 3 jajka, po 1 szklance zimnego mleka pełnego i  zimnej wody, 2/3 szklanki  świeżo wyciśniętego soku z pomarańczy lub mandarynki, cukier wanilinowy, 3 łyżki stopionego masła i 1/4 łyżeczki soli.

Wymieszać mikserem lub rózgą kuchenną: jajka z mlekiem ,wodą, sokiem i cukrem wanilinowym oraz masłem. Dodać mąkę i ponownie zmiksować. Odstawić na minimum pół godziny do lodówki. Usmażyć cienkie naleśniki. Odłożyć na bok, jak ostygną, złożyć na 4 części w tzw.chusteczkę. Z tej ilości masy wyjdzie ok 8 naleśników.

Pierwsza pyszność, podpalana lub nie

Przygotuj:

4 łyżki cukru, 2-3 pomarańcze lub 1 pomarańcza (na skórkę i sok) i kilka ok 3-4 mandarynek, kieliszek likieru mandarynkowego lub pomarańczowego, 4 łyżki masła

Na patelnie wsypać 4 łyżki cukru, karmelizować, jak pojawi się syrop dodać 2 łyżki masła i skórka z 1-2 otartych pomarańczy, oraz sok z jednej. Przesmażamy i układamy w to nasze naleśnikowe chusteczki. Podsmażamy chwilę z obu stron. I wykładamy lub podpalamy .Dla chcących-  wlewamy kieliszek likieru np. mandarynkowego, czy pomarańczowego. Zwiększamy płomień, a jak już mocno paruje, flambirujemy, czyli podpalamy nasz alkohol, uważając aby nie spalić sobie grzywki.. ( ja nie przepadam za płonącymi naleśnikami, pewnie dlatego, że nie lubię alkoholu). Naleśniki odkładamy na talerz, a do sosu dodajemy pozostałe 2 łyżki masła cząstki z kilku mandarynek lub fileciki pomarańczy (ja wolę mandarynki). Krótko przesmażamy i takie gorące cząstki układamy na naleśnikach. Pycha!

Druga pyszność, z mascarpone.

Przygotuj:

Serek mascarpone, kilka mandarynek, garść orzechów włoskich, łyżkę cukru pudru

Mam też drugą pychę, podobną, ale inną.  Naleśniki smażę tak samo. Na nadzienie przygotowuję garść orzechów włoskich grubo pokruszonych, 4-5 mandarynek i serek mascarpone. Na patelnię sypie grubo pokruszone orzechy, prażę chwilę, dodaję mandarynki w cząstkach, a niektóre pokrojone, przesmażam krótko i dodaję serek. Kto potrzebuje słodyczy, to łyżkę cukru pudru na koniec razem z serkiem lub zamiast mascarpone użyć serka wanilinowego homogenizowanego (Ja używam mascarpone i nie dodaje cukru). Minuta, dwie, trzy i wyłączam ogień. Tym gorącym nadzieniem przekładam naleśniki i składam na 4 części, dekoruje kleksem nadzienia i listkiem mięty, jak mam na parapecie.

Dziecko i tablet

Kochani, kiedy ja byłam młodą mamą, nie było problemu uzależnienia się dzieci od tabletów. Wy natomiast, młodzi rodzice już możecie mieć ten problem. Trzeba podejść do tego mądrze i konsekwentnie. Wszystko jest dla ludzi, rozwój techniki też, hi hi. Przy dzieciaczkach szczególnie musimy uważać, aby  dzieciństwo niosło harmonijny rozwój, a nie tylko umiejętność w jednym kierunku – tabletowego speca, maluszka. Cóż, trzeba i to jakoś usankcjonować w naszym domu. Nie bardzo znam się na tym, więc nie będę się mądrować, ale jako nauczyciel maluchów wiem jedno, one muszą być sprawne na każdym polu. Manualnym, grafomotorycznym, fizycznym także. Widziałam, ja moje dzieci w klasie chłonęły łatwo każdą wiedzę. Mózg człowieka najintensywniej kształtuje się w pierwszych latach życia. Zadbajmy, aby nasza pociecha nie tylko sprawnie pokonywała coraz wyższe poziomy w grach komputerowych, ale i powisiała na trzepaku, znała zasady podchodów i wskazania, gdzie północ bez użycia elektronicznego wspomagacza, tylko za pomocą cienia. Czyli radzenia sobie w warunkach bez dostępu do internetu i cudów techniki. Dziecko powinno mieć możliwość poznawania świata wszystkimi zmysłami. Im więcej bodźców do niego dociera, tym mózg lepiej rozwija się.

Rodzic ustali  zasady korzystania z urządzeń mobilnych.

  • Maluchy do 2 lat nie korzystają, a starsze z mądrym dozowaniem..
  • Warto towarzyszyć dziecku, kiedy ono korzysta z tableta.
  • Nie pozwalać mu zasypiać w objęciach smartfona zamiast w uścisku mamy, taty, którzy przed snem czytali dziecku książeczkę.
  • Używanie urządzenia nie może być nagrodą, a jego brak, karą. To podnosi w oczach dziecka atrakcyjność tych sprzętów.
  • Na pewno nie należy uczyć korzystania z nocniczka i karmić dziecka- niejadka omamiając smartfonem.
  • Starajmy się nie wysługiwać laptopem, komórką, kiedy mamy coś do zrobienia, a maluch nam przeszkadza.

Dajmy mu masę solną, niech bawi się w piekarza i ulepi mamie rogaliki, ćwicząc rączki, wprawiając paluszki do  pisania, rysowania. A może wyklejanie serduszka dla taty z kuleczek bibuły. Maluszek rwie kawałki, paluszkami formuje kuleczki i nakleja. Świetne ćwiczenie motoryki małej.  A może wystrugać lub kupić kilka pałeczek drewnianych i bawić się z dzieckiem w orkiestrę, dyrygenta, ćwicząc słuch i rytm. „Puszczać” muzykę i wystukiwać rytm. Rodzic dyryguje pokazując, gdzie stukamy. Przed sobą za sobą, nad głową, pod jednym kolankiem unosząc nóżkę, to samo pod drugim kolankiem, przed brzuszkiem, przy lewym uchu, przy prawym.. Możemy podzielić domowników na instrumenty, np.tata skrzypce-„dylu-dylu”, mama flet – „fiju-fiju”, braciszek trąbka -„tata tata”, a siostra dyrygent. Stoi w środku wskazuje batutą na orkiestrę, poszczególnych członków, a oni śpiewają swoje sylaby na melodię „Wlazł kotek”. I zmiana dyrygenta. 

A skoro już tablet, bo też dla ludzi,  może warto zainstalować  na urządzeniu program ochrony rodzicielskiej, aby maluch przypadkowo nie trafił na strony z pornografią. Wyszukując program dla dziecka korzystaj z katalogu Best App, (to podpowiedź mojego przyjaciela informatyka), aby przekonać się, czy dany program nie zawiera nieodpowiednich treści. Dziecko, to Skarb. Kochajmy i dbajmy o nie.

Pamiętam moją setkę, wtedy zastanawiałam się, czy dotrwam do dwusetki, a dziś myślę, że do 300 będę z Wami.  Teraz nakrzyczcie na mnie, że ostatnio zrobiłam się wściekłą kucharką i nic tylko pichcę. No ileż można, przydałby się jakowy erotyk, przepis na rozgrzanie łóżka, nie kuchenki. Czekam na wenę. A tu bez dobrego „materiału” ani rusz.

Dziękuję, że byliście ze mną i moimi myślami w tych dwustu wpisach.

Torcik bezowy. Już nie wznoszę..

Nie każdy lubi bezę i nie każdemu chce się suszyć bezowe placki, woli kupić. I rozumiem go całkowicie, zwłaszcza jeśli ma sprawdzoną cukiernię. Trzeba się wspomagać, nie zawsze wszystko robić samej.

Gdyby jednak naszła Was wena na pieczenie polecam właśnie tę bezę z gotowym kremem w proszku, dla leniwych, ale mocniej zachęcam do; ubicia jednego pojemnika śmietany kremówki 30% ze Śnieżką i serkiem macarpone, a jak kupicie 36%, to ubije się bez Śnieżki. Beza jest słodka, więc krem może być bez neutralny.  A owoce, jakie chcecie i lubicie. Mogą być ananasy z puszki i świeże, kuleczki granatu, czy truskawki, maliny, porzeczki.. , jak jest na nie pora. Ze świeżymi owocami będzie mniej trwały niż z tymi pasteryzowanymi z puszki, ale to ciasto chyba i tak nie będzie stało dniami, bo za pyszne. W sumie łatwe do zrobienia, tylko czasu wymaga suszenie bezy. Krem śmietankowy można modyfikować. Wystarczy, że dodacie ździebko rozpuszczonej kawy i będzie kawowy, lub czekolady gorzkiej i mamy czekoladowy, z orzechami zostanie kremem orzechowym. Ja najczęściej zostawiam biały

                          

TORCIK BEZOWY

Składniki bezy:

5-6 białek, 1,5 szklanki drobnego cukru, szczypta soli i łyżeczka soku z cytryny.

Składniki kremu i udekorowania:

Duże opakowanie śmietany kremówki 330 gram, Śnieżka w proszku, 1 serek mascarpone 250 gram, dowolne owoce.

Wykonanie:

Białka ze szczyptą soli ubij na sztywno, powoli dodawaj cukier i miksuj. Teraz łyżeczkę soku z cytryny. Przygotuj dwie blachy, na nich ułóż krążki z papieru do pieczenia, średnica ok 16 cm. Ja nie mam 2 blach to biorę spód z rozpinanej tortownicy (prostokątny) na niej układam papier do pieczenia i kładę ją na kratkę, drugi taki sam kawałek papiery kładę na mojej jedynej blasze, na tym wykładam bezę. Ładnie rozsmarujecie łyżką. Należy piec ok kwadransa w temperaturze 150 stopni, najlepiej z termoobiegiem. Teraz zmniejsz temperaturę do 120 stopni i piecz ok 2,5 godziny przy lekko uchylonych drzwiczkach (w drzwiczki wkładam drewniana łyżkę lub zwinięty kłębuszek ściereczki 

  • Śmietankę w wysokim naczyniu ubijaj  kilka minut, dodaj Śnieżkę, jak nie chce stanąć i dalej miksuj. Teraz po łyżce dodawaj serek, ciągle ubijając, ale na niskich obrotach. Gotowe. Kremem przełóż blaty. Udekoruj owocami.

 Czasem można sobie pozwolić na przyjemność pieczenia, krzątania się po domu bez pośpiechu. Ja miewam takie dni i wtedy jestem szczęśliwa. Właśnie beza wysuszyła się, krem gotowy. Wrócę z pracy złożę w całość i do lodówki, a jutro Okruszek z Warszawy będzie zajadał ze mną, a przedtem „Ciasteczkowy potwór” w przerwie od tapetowania. Dobrze, że „Potwór” jest wielki, choć drabinkę mam, jak by co. Ale, gdzie ja nie sięgnę, on dojdzie.

Tak chciałabym, aby los pozwolił mi nacieszyć się tym spokojem, który osiągnęłam. Co było do ogarnięcia, ogarnęłam. Co do zapięcia, zapięłam. Już nie oczekuję, nie spinam, nie żądam, nie pragnę.. .  Żyję!! Los przyniósł mi tak wiele. Czuję się tak mocno poszarpana, że każde chwile spokojnego przypatrywania się życiu bez oczekiwań, cieszy. W dojrzałym wieku dostaje od życia więcej niespodzianek i milszych, niż za młodu. Dobrze, że przeżyłam tę młodość.  Teraz chcę „tylko” lub „aż” – czasu na spokojne cieszenie się życiem w zdrowiu, z moimi dziećmi i kotkiem. Już nie wzniosę żadnej wielkiej budowli.

                               

Dopisuje kilka zdań. Już po tapetowaniu. „Ciasteczko”, to mistrz, dobry przyjaciel i wesoły facet. Choć mi do śmiechu nie było, bo przeziębiłam się i to mocno. Ale bez fajnych chwil z uśmiechem nie obyło się. Kiedy Robi stojąc na drabinie poważnie mówi, cobym obciągała na dole. Wybuch śmiechu, on i ja usłyszeliśmy, jak to dwuznacznie zabrzmiało. Szybko dodał – „Tapetę, Baśka”! 

                               

Dziękuję, Robi!!

Wątróbka w lekkiej panierce. Kocia miłość – Kleoś

Z wątróbką najczęściej jesteśmy na bakier. Dla tych, co nie stronią od niej i lubią z cebulką, mam jeszcze jeden może do wypróbowania, przepis.

Wzięłam pół kilograma drobiowej wątróbki, umyłam, powycinałam żyłki, błonki. W miseczce przygotowałam panierkę, wymieszałam: po 3 czubate łyżki mąki kukurydzianej i ziaren słonecznika, 1 łyżka drobnych płatków chili, szczypta soli – panierka dobra dla bezglutenowców. Na patelni rozgrzałam olej, ułożyłam wątróbkę obtoczoną w panierce. Usmażyłam z obu stron. Na talerz wyłożyłam ulubioną surówkę (tu też pasuje kiszony ogórek),  kawałek chrupiącej bagietki, teraz kilka wątróbek i kolacja gotowa. Smacznego kochani!

                     

Wątróbka nie kojarzy się z niczym zdrowym i wartościowym, odkłada się w niej byle co, to i owo. Czasem można sobie na nią pozwolić, bo jest też źródłem dobrego, tego i owego. Najczęściej znienawidzone przez nas w dzieciństwie danie. Z siostrzyczką byłyśmy niejadkami, ale wątróbkę w rosole lubiłyśmy i zostało nam to do dziś. Może warto przekonać się do niej, ci którzy raczej jej nie lubią. Przyrządzić, tak, aby nam smakowała.  Wątróbka drobiowa chroni przed anemią. To doskonałe źródło żelaza (20 razy więcej ma niż pierś z kurczaka) i wysokojakościowego białka.  Dobrze wpływa na nasze oczy, wzrok. To potężna dawka pakietu witamin z grupy B. Wspiera układ nerwowy, odpornościowy. Kto nie ma ochoty, niech się nie męczy. W następnym liście wyślę Wam przepis na moje ulubione naleśniki. Może naleśnika wolicie.

A teraz kilka zdań o miłości do zwierzaczka.

                                

      KOCIA MIŁOŚĆ. KLEOŚ

Boję się, że za mocno miłuję, Kleofasa.

Do dobrego przyzwyczajamy się szybko i z biegiem lat uważamy, że tak ma być i będzie zawsze. Nawet do dobrego, zdrowego, wesołego kotka też. To żywa istota i w pewien sposób zapełnia samotność. Od lat rozpływałam się w zachwytach, jakie komunikatywne zwierzę, wyjątkowo czułe i miłe. Jednak nie doceniałam tego, co mam. To była sobota, wracam z pracy. Nie wita mnie, nie kręci pod nogami, nie ociera, nie woła jeść.., a zawsze tak robił. Zajęłam się sobą. Mijają godziny. Robię się niespokojna, brakuje mi go. Bardzo. Schylam się pod łóżko, tam ma swoje „leżonko” z kożuszka. Leży, ledwo łepek uniósł. Jest, ale dlaczego nie chce wyjść. Upiekłam kurczaka, wsuwam się głęboko pod łóżko z kawałkiem pieczystego. Proszę, namawiam, kuszę. Nic. Przestraszyłam się, że chory, a może postanowił umrzeć. Strach obleciał mnie nie na żarty.

Zaglądam do internetu, ile żyją balijskie kotki. Dzwonię pogadać z jedną córką, z drugą. No ale, co one mogą. Mówią, że jak na kota 13 lat to dużo. On nigdy nie chorował. Nie wychodził z domu. Był dla dzieci. One w świat, to kotunio i ja zbrataliśmy się mocniej niż węzłem małżeńskim. Wiem, myślicie, żem pomylona z samotności.To tylko kot. Ale mój kochany zwierzaczek. Mamy swoje rytuały, nieodzownie takie same od lat. To nietypowy kot, on nie chadza swoimi drogami, tylko za mną i do mnie. Nigdy nie zostawia mnie samej, jak kładę się na łóżko, nawet w dzień na chwilę. Wskakuje, patrzy, jak leżę. Jeśli na plecach zawsze podchodzi od strony piersi, wchodzi przednimi łapkami, pomruczy chwilę, zastyga i „powala” grzbietem, karczkiem wraz z opadającym łepkiem na moją twarz, tak że mój nos jest w jego futerku. I zaczyna się koncert mruczenia.

Jeśli na boku leżę, koniecznie idzie od strony twarzy, mruczy ociera łepkiem, czółkiem o moją twarz. Bodzie noskiem, gdzie się tylko da. Pakuje pyszczek, wąsy łaskoczą mnie , całuje czule jego główkę i szepczę mu – „dziękuje że jesteś”. Kiedy boli mnie głowa, chyba to wyczuwa i kładzie na czubku otulając  i nigdy nie pozwala mi zapłakać. Leżę na łóżku coś mnie boli w sercu, jakieś zdarzenie, załkam, zapłaczę, a on od razu zrywa się i chce ząbkami delikatnie, ale podgryźć. Jeszcze nigdy nie udało mi się przy nim na dobre rozpłakać. Goni mnie z tym płaczem.

Zawsze byłam kocią mamą. Tak mnie nazywano w dzieciństwie.

Wieczorem wyszedł na chwilę, zjadł trochę i pierwszy raz miauknął tego dnia. Te koty tak nietypowo urzekająco miauczą, dają prawdziwe koncerty. Wypił wody i przyszedł do mnie ale tylko na chwilę, przytulił się i poszedł. Nad ranem o piątej wskoczył do mnie pomruczał, po ocierał główką i poszedł. Po śniadaniu musiała jechać do pracy. Zaniepokojona przez cały dzień myślałam co z nim, jak się czuje? Nie macie pojęcia, ile radości sprawił mi Kleoś, kiedy zobaczyłam go pełnego energii.  Wita w drzwiach, prowadzi do kuchni, skąd biorę karmę. Ociera o nogi, unosi łepek. Oczka ma wielkie otwarte, piękne. Koncert miałków daje. Żyje, dobrze się miewa, a w nocy nie odstąpił na krok zasypiał wtulony i przytulony. Mój nos w jego karczku.

Potrzebuje tego zwierzaczka. Ja go po prostu potrzebuję.