Smalczyk dla Marka

Mam drugi dzień z rzędu wolny. Rozkoszuje się spokojem. Wczoraj miałam cały dzień młodszą córeczkę. Wpadła z Hiszpanii na ostatni egzamin i poleciała na kolejne pół roku w świat. Dziś w domu tylko ja i kot. Byłam nad morzem, poćwiczyłam qi gong. Teraz gotuję i bawię się w kuchni. Pomyślałam, że co wrzucam przepis kulinarny na bloga, to pewien Marek nie ma jak z niego skorzystać. Więc dzisiaj specjalny ukłon w jego stronę. Jest taki Marek. Mężczyzna bloger, trzeźwo i życzliwie patrzący na świat. Mieszka sobie z ukochaną żoną Lusią w Ekwadorze i opisuje nam uroki  tego egzotycznego dla nas  miejsca. Zwłaszcza Cuenki (miasto na południu), miejsca, gdzie codziennie stąpają jego nogi i pobliskie cudne tereny. Tak urokliwe, że dech zapiera. I on nam to wszystko pokazuje. Chętnie odwiedzamy się wzajemnie na naszych blogach. Polecam!

http://widzianezekwadoru.wordpress.com/

Choć ja często nie nadążam za nim, bo on „codziennikiem” jest, a ja tak mniej więcej raz w tygodniu wrzucam wpis. Ten że to Marek nie może skorzystać z moich przepisów kulinarnych, bo najczęściej są mięsnymi daniami, a on wszelkimi sposobami stara się nie zjadać zwierząt. Podziwiam go za to. Styl Ajurwedy stał się mu bliskim. Dba o rozwój duchowy i zdrowe holistyczne całościowe podejście do siebie. Dziś dla Marka i oczywiście dla was wszystkich serwuje przepis na smalec z fasoli, ale z cudownym dodatkiem, ze skwarkami, niemięsnymi oczywiście.

Składniki:

1 puszka białej fasoli gotowanej na parze,1 jabłko, 1 cebula, 1 ząbek czosnku, 1 łyżka sosu sojowego, 1 łyżeczka miodu, 1 łyżeczka wędzonej papryki, 1 gałązka rozmarynu, 2 goździki i 2 ziarenka ziela angielskiego, 3 łyżeczki oliwy, 1/2 łyżeczki mielonego pieprzu, szczypta soli, a na skwarki 100 gram białek kaszy gryczanej.

Wykonanie

Kaszę skrapiamy łyżeczką oliwy i mieszamy z połową łyżeczki wędzonej papryki. Przekładamy na blachę wyłożoną pergaminem i pieczemy w 180 stopniach C. przez 10 minut.

Białą fasole miksujemy ze szczyptą soli i łyżeczką oliwy na gładką pastę.

Na patelni podsmażamy posiekana w kostkę cebulę, jabłko, rozmaryn i przyprawy.Po około  5 minutach dodajemy sos sojowy i miód. Przesmażamy jeszcze około 3 minuty.

Do pasty z fasoli dodajemy podsmażone na patelni składniki, mieszamy. Wierzch posypujemy skwarkami z kaszy gryczanej.

Dobry chrupiący chlebek smarujemy wegetariańskim smalcem i na wierzch aż się prosi plaster ogórka kiszonego.  Właśnie zajadam. Hm.. niczego sobie.  Kochani wolnych dni Wam życzę, mało ich mamy. Odpoczynku!

” Ach, że też człowiek widzi, jak wiele przemija,

Zanim sam nie przeminie! „

Jean Paul

Kiełbaski owijane boczkiem, z pastą orzechową

Zauważyłam, że kiedy jestem szczęśliwa lepiej mi się gotuje. Kuchnia znowu mnie bawi.

Tak wyglądają te pyszne przekąski. To takie małe jedzonko między tym, a tamtym. A to pasta orientalna o smaku orzechów. Już podaję, jak wykonać to smarowidło. Składniki:

po 2 czubate łyżki masła orzechowego lub pasty (w Lidlu można kupić), sosu sojowego, oleju, 2 ząbki czosnku rozgniecione w prasce, 2 łyżki posiekanej natki kolendry, 2 łyżeczki płatków chilli i pół szklanki wody. Wszystkie produkty wrzucamy, wlewamy do małego garnka, mieszamy i przesmażamy około 5 minut. Wykorzystujemy jako dodatek do mięs, wędlin, serów i sosów. Ja uatrakcyjniłam moje kiełbaski w boczusiu.  Każdy cieniutki plaster boczku wędzonego suto smarowałam pastą, zanim owinęłam w taką kołderkę malutkie cieniutkie kiełbaski (te kupiłam w Lidlu). Tu na zdjęciu skromnie smarowałam boczek pastą i to źle, bo nie wyczuwało się orientalnego smaku. A tak naprawdę, to można te kiełbaski w sam boczek zawinąć i dobrze podsmażyć i też będą pyszne.

A kiełbaski? Mogą być frankfurterki, cieniutkie śląskie lub każde inne, które lubicie. I raz chcielibyście je posmakować w chrupiącym boczku, w tle orzechów.

Taką przekąskę między innymi przygotowałam na jedno ze spotkań z Alanem. Wróciliśmy z nad morza. Tym razem spacerowaliśmy po plaży Stogi. Spieszyliśmy się do spa na masaż. W brzuchu trochę pusto, chwyciliśmy małe co nieco do zjedzenia. Te kiełbaski na zimno smakowały wybornie!             

Pewnie i Wy tak macie, że niektóre jedzenie, ich smak, czy perfumy i ich zapach kojarzymy z jakimś okresem naszego życia, z człowiekiem, czy sytuacją.  Tym kiełbaskom też nadałam wspomnienie. Ekscytujących chwil z mężczyzną, który zamieszkał w moim sercu.  Życzę Wam wielu ciekawych zdarzeń i radości z gotowania. Zbierajcie miłe wspomnienia do koszyczka przeżyć.

„Połykanie chmur” – Pierożki won ton

Podam Wam mój przepis, skomponowany z wielu podpatrzonych. Ale Wy możecie stworzyć własny lub poszukać innego w internecie, jak najdzie chętka na takie pierożki.

Składniki na ciasto są podobne jak w naszych pierogach, tylko dłużej się wyrabia. Wielokrotne wałkowanie zyskuje bardzo zwartą, a zarazem delikatną strukturę. Nie bez powodu won ton można przetłumaczyć, jako „połykanie chmur”. Do mąki, gorącej wody i soli dodałam jeszcze jajka. Pierożki możecie też zrobić z klasycznego ciasta, trzeba je tylko dość cienko rozwałkować. W całym daniu najważniejszy jest farsz. Najczęściej jest to mielona wieprzowina, krewetki, kurczak. Gotowane na parze, czy wrzątku lub głębokim oleju. Te gotowane na parze i we wrzątku, podane w rosole można nazwać połykaniem chmur, bo te smażone w głębokim oleju nie są aż tak delikatne. I koniecznie potrzebują sosu w miseczce obok, aby je maczać, zwilżać.

Składniki

  • filet z kurczaka (pokrojony w paseczki, kosteczkę lub cienkie płatki – preferuję kosteczkę), może też być mielone.
  • 1 szalotka
  • 2 cm imbiru
  • 2 łyżki sosu sojowego
  • 1 płaska łyżka cukru trzcinowego, zwykły też może być
  • 1 łyżka oleju sezamowego, jeśli nie macie może być oliwa, czy olej jaki posiadacie i może łyżeczka ziaren sezamu
  • 1 łyżka octu ryżowego lub winnego (lub soku z cytryny)
  • garść posiekanego szczypiorku kolendry lub pietruszki
  • 2 ząbki czosnku
  • papryczka chili
  • 3 cm pora, białej części (opcjonalnie)
  • 3 pieczarki (też opcjonalne, ja miałam, to dałam)
  • ciasto: mąka około pół kilograma, gorąca woda, 2 jaja i sól do smaku.

Farsz  Drobno posiekaj mięso z kurczaka, skrop octem, olejem, sosem sojowym. Dodaj łyżeczkę ziaren sezamu, chilli, natkę kolendry, szalotkę, pieczarki, por, wszystko drobniutko pokrojone. Zetrzyj imbir na tarce. Przeciśnij przez praskę czosnek. Posyp cukrem. Wszystko wymieszaj.  Odstaw do lodówki, na minimum 30 minut. Nadzienie jest gotowe.

Ciasto  Wsyp mąkę do dużej miski. Zrób w środku wgłębienie i wbij do niego dwa jajka. Powoli mieszaj mąkę z jajkami. Stopniowo dodawaj wodę. Cały czas mieszaj. Dolej tyle wody ile może wchłonąć mąka. Co to oznacza? W cieście nie ma już fragmentów suchej mąki, związała ją woda, jest zwarte, dobrze się zlepia, ale nie jest mokre.

Zagniataj ciasto na stolnicy, aż zrobi się w miarę gładkie (zacznie przypominać plastelinę). Włóż ciasto z powrotem do miski, przykryj folią aluminiową i odstaw na 10 minut. Wyciągnij ciasto na stolnicę. Powinno być wilgotne (mimo że jest w nim mało wody) i znowu ugniataj przez kilka minut. Włóż ciasto do miski, przykryj folią i odstaw na 30 minut. Po 30 minutach ponownie zagnieć ciasto. Następnie rozwałkuj je na płat grubości 2 mm. Posyp wierzch ciasta mąką i złóż na trzy części – mniej więcej tak jak składa się koszulę. Przykryj folią i włóż do lodówki na godzinę.

Po wyciągnięciu z lodówki ciasto będzie już bardzo elastyczne. Rozwałkuj je na bardzo cieniutkie płaty, potnij na kwadraty ok 5 cm na 5 cm, tak by zjeść je jednym kęsem. Przygotuj kubek zimnej wody i pędzel. Nakładaj farsz na środek kwadratów, zwilż brzegi ciasta i lep po przekątnej na trójkąciki. Możesz też nadać im formę naszych uszek. Ja tak zrobiłam i zjadłam polane sosem sojowym. A wieczorem po pracy odgrzałam je w gorącym rosole pachnącym kolendrą.  Pycha.  Tylko, że ja już wolny człowiek, to i czasu więcej.

Gotuj won tony jak zwykłe pierogi – wrzuć do osolonego wrzątku (nie przesól wody, bo farsz jest słony). Od momentu wypłynięcia pierożków na wierzch należy je gotować jeszcze 2 minuty. Jeśli masz naczynie do gotowania na parze – możesz w nim ugotować won tony, przy czym warto dno sitka wyłożyć wcześniej papierem do pieczenia i zrobić w nim dziurki, aby przedostawała się para. Gotujemy około 5 minut.

Rosół  Aby przysposobić nasz polski, dobry rosół bardziej na modłę Azja Food, dodaj do gotowego rosołu olej sezamowy, łyżkę sosu sojowego, łyżkę sosu rybnego (jak nie lubisz, nie wlewaj), ocet winny lub ryżowy i posiekaną papryczkę chili i natkę kolendry.

Zalej gotowane pierożki gorącym bulionem. Posyp szczypiorkiem. Smacznego. Znowu bawi mnie gotowanie. Chyba nie będę gruba, nigdy nie byłam.

PS Dodam jedną małą radę. Jak nie macie czasu i weny na zabawę w pierogi , to zróbcie tylko to nadzienie, ono jest pyszne, takie azjatycki i dodajcie je do ugotowanego makaronu, wymieszajcie i zajadajcie. Też dobre rozwiązanie.

.

Wyjątkowa gruzińska sakiewka – chinkali

Nie macie pojęcia, ile radości sprawiło mi wykonanie  swoich chinkali. Nie sądziłam, że to możliwe, że uzyskam ten tajemniczo wciągający smak. Jest!! Jest!! Odkąd jadłam je pierwszy raz w Stacji Food Hall we Wrzeszczu będąc z przyjaciółką Martą oczarowałam się tym daniem i czymś jeszcze. Pokochałam zieloną kolendrę. I to mnie też mocno zadziwiło. Słyszeliście zapewne, że ludzie dzielą się na tych, co uwielbiają  natkę kolendry i na tych, co jej nienawidzą. Smak jej jest, jak z apteki, że tak ujmę lekarstwowy, medyczny.Bardzo nie lubiłam go i kiedy poczułam pod zębem liść kolendry psuło całą potrawę. Kiedy nagryzłam sakiewkę, czyli tego pierożka, wypłynął pyszny rosołek z zapachem kolendry i to mi od razu bardzo posmakowało.Myślałam wówczas, jak to możliwe czuję kolendrę, a smakuje mi. To danie stało się  moim wybornym jedzeniem. Często idąc z Martą w to miejsce, brałam chinkali i zajadałam z wielkim apetytem. Podziwiając gruziński kunszt kulinarny. Ona najczęściej sushi.Byłam tak zachwycona tym jedzeniem, że zapragnęłam, aby i Erlend zjadł to ze mną. Było cudownie zajadając razem, trzymając w paluszkach, a rosołek spływał po brodzie. Tylko samemu, albo z Waszą już znaną, kochaną Miłością można to jeść. Nie na pierwszej, napuszonej, oficjalnej randce.  Ostatnio naszła mnie myśl, a może możliwym to jest posiąść umiejętność zrobienia sobie tego cudu. Poczytałam i wybrałam ten przepis, który najbardziej do mnie przemawiał. Dodać do mięsa zimnej wody, a nie rosołu. Zaraz wszystko wytłumaczę. Ale nadal jestem szczęśliwa i pod wrażeniem. Tego, że nauczyłam się je robić sama, że smakują tak samo dobrze, albo i lepiej i tego, że pokochałam natkę kolendry!!!Sugerowałam się przepisem Jakuba Kuronia. Ale lekko zmieniłam. On do mięsa dodaje zimnej wody, nie rosołu, jak większość i to wydało się logiczne. Przecież z surowego mięsa i przypraw powstanie rosołek . Podam Wam dokładnie, jak i z czego to zrobiłam.

Składniki:

  • po 50 dag mięsa mielonego wołowego i wieprzowego
  • 3 szalotki
  • 2 ząbki czosnku
  • po pół pęczka natki pietruszki i obowiązkowo kolendry (zamówiłam w moim warzywniaku)
  • 1,5 do 2 szklanek zimnej wody sól, pieprz świeżo utarty w moździerzu (nie żałować go)

Myję mięso i kroję na mniejsze kawałki, mielę w maszynce. Do masy mięsnej dodaję zimnej wody, aż się wchłonie, ale nie mieszam za długo. Następnie startą na tarce szalotkę i czosnek przeciśnięty przez praskę, sól, pieprz, można szczyptę chili (ja dałam), drobno pokrojoną natkę kolendry, a pietruszki opcjonalnie (ja dałam). Dłonią wymieszałam masę.

Jeśli chcecie tę prace podzielić na dwie tury, dziś farsz, a jutro ciasto i sklejanie sakiewek, to do masy mięsnej nie dodawać od razu wody. Wlać następnego dnia. Odstawić do lodówki na noc. O poranku pełni sił robimy ciasto takie, jak na pierogi: mąka, gorąca woda, sól i ze 3 łyżki oleju. Wyrabiamy i dzielimy na 3-4 części. Każdą rozwałkować trochę grubiej, niż na zwykłe pierogi, tak na 3 milimetry. Wykrawać koła najlepiej miską o średnicy ok 12 cm z ostrymi rantami. Nakładać sutą łyżkę farszu, tylko nie zapomnijcie  wlać tę wodę i wymieszać. Ona jest podstawą do rosołku pachnącego kolendrą. Zwijać w kształt sakiewki. Ja najpierw sklejałam bok do boku i po przekątnej (pokazane na zdjęciu). Ściągałam węzełek, uchwyt do trzymania sakiewki. Do garnka z gotującą się wodą wkładałam po 4 sakiewki trzymadełkiem do góry i gotowałam ok. 12 minut od zagotowania. Wykładałam łyżka cedzakową i zaraz po ostudzeniu i lekkim oprószeniu odrobiną pieprzu i chili, zajadałam. Można polać masełkiem.  Chwyt za trzymadełko, nagryzienie pierożka i wypicie rosołku, następnie zajadanie całości bez trzymadełka.

Nie macie pojęcia, jakim był mój zachwyt, jak zrozumiałam, że uzyskałam ten sam smak. Gdyby ktoś nie lubił natki kolendry i nie chciał przekonać się do niej, to proponuje użyć tylko naszej polskiej natki pietruszki.  Z tej masy wyszło 18 porządnych sakiewek. Smacznego kochani. Może znajdziecie czas na zrobienie tej pyszności.

Karkówka w cebuli- coś dla ciała. I pewna myśl dla ducha

Tak naprawdę lubię gotować, bo mam wrodzony dryg po tacie. Kupiłam kawałek ładnej, chudej karkówki, coby ją upiec w cebuli, bo Roma się domaga. To fajna dziewczyna. Prowadzi bloga i zawsze stara się komentować ogarniając temat z każdej strony. Rozumie mnie i radzi z optymizmem.  Mamy kontakt prywatny, a poznałyśmy się tu na przestrzeni blogowej. Spotykamy w Sopocie lub Gdańsku i budujemy relację. I właśnie na jednej takiej budowie rzekłam jej o mojej karkóweczce z cebulką, na co oczy Romuś zapaliły się i od tej pory domaga się owego przepisu. A ponieważ do  córeczki mej przyjeżdża urodziwy Holender, to myślę okej przywitam chłopa (mają mnie odwiedzić) żurkiem, pierogami, mięsiwem.. Lubię gotować, tylko ostatnie lata nie mam komu, dlatego moja kuchnia pod zdechłym Azorkiem jest. Może i wam przyda się sprawdzony sposób na karkówkę pieczoną. Można ja upiec w jednym dużym kawałku, ale ja preferuję w grubych plastrach. Mam taką porządną ciężką, że prawie mnie przewraca brytfannę żeliwną z pokrywą i w niej pichcę to cudo.

KARKÓWKA W CEBULI

Po kolei: idę do” dobrej pani”, tak ją nazywam, bo życzliwa i z pietyzmem wybiera mięsko, jakoby sobie do własnej kuchni. Kupuję około 1 kg., do tego już do innej dobrej pani po 6 cebul i już bieżę do domu piec, bo ta inna inszość zawsze jest: sól, pieprz, cukier, olej, woda i opcjonalnie chilli.

Kroję karkówkę na plastry grubości ok.1 cm, lekko rozbijam, solę, pieprzę, oprószam płatkami chili  (chili w proszku też może być, ja używam płatków, bo mam ich zapas na kilogramy). Obsmażam z obu stron, na patelni z chlustem oleju. Na dno brytfanny rozkładam 2 pokrojone w krążki cebule. Tę cebulkę posypuję moją ulubioną przyprawą do gyrosa lub posypką do mięs madziarską ( jaką macie, jaką lubicie, bez też może być). Można szczyptę kolendry, kuminu rzymskiego, kto lubi. Układam plastry mięsiwa, podlewam szklanką wody. Nakładam pokrywę i piekę ok.50 min. w 180 stopniach C. Na olej po smażeniu karkówki rozkładam 4 cebule pokrojone w piórka , lekko solę i smażę na małym ogniu. Posypuję łyżką cukru i dalej podsmażam. Rozkładam na mięsiwo podpieczone już przez 50 min, leżące na kocyku z cebuli. I teraz karkówka z obu stron w cebulce jest. Tylko ta z góry wcześniej podsmażana i karmelizowana z cukrem.  No pycha. Pod pokrywą zapiekam jeszcze ok.10 min.

Gotowe, palce lizać! Mała rada, jeśli za mało wody do podduszenia, to dodajcie i chlust oliwy, czy łyżkę masełka. Mi w tym czarodziejskim naczyniu wychodzi ze  szklanką wody i może łyżką masełka (jak mam świeże, teraz miałam). Pod koniec pieczenia oprószam świeżym tymiankiem lub rozmarynem, ale to już detal, można i bez tych ziół.

Zajadamy z ziemniaczkiem, a może w bułeczce, czy tylko z dodatkiem surówek. Smacznego kochani!! Radujcie się i gotowaniem, to jedna z pociech i wspólnym zajadaniem.

A teraz szczere wyznanie z lękiem w brzuszku.

Przyznam się Wam do myśli, jaka mnie nawiedziła. Dziś zdałam sobie z tego sprawę.

Mam wolny dzień, tylko na jedno „Niebo” pojechałam do pracy (dodatkowo). Wróciłam z zakupami. Swobodny luz bluz, łażę po domu w samych figach, po peelingu, depilacji, nasmarowana balsamami. Pichcę tę karkówkę podśpiewując sobie. Ćwiczę przy otwartym oknie i dźwięku ulewy. Jestem szczęśliwa.

Klikam do was i nagle – dziwne- słyszę otwieranie drzwi. Pan domu powrócił ? Tak wcześnie z pracy? Tak!! Zasiadł do komputerowej roboty.  A ja tak bardzo, bardzo lubię być sama w domu!!! Co to mi za wolny dzień, jak nie urzęduję sama. Może to dla Was dziwne. Nie powiem- lubię tego człowieka, bo nie wyrządza mi krzywdy. Jest kulturalny, jak ja to mówię, słoma z butów mu nie wystaje, nie jest wulgarny, agresywny czy zarozumiały. Po prostu dobry człowiek. Ale ja zupełnie nie mam potrzeby przebywania obok niego. Zupełnie! Byłam zawiedziona moim wolnym dniem. On zawsze po pracy jedzie na działkę i wraca po 20 tej. I to mi pasuje. Wieczorami zmęczeni pozamykamy się w swoich pokojach i żyjemy nie wadząc nawzajem.

Nie wiem, czy wiecie co czuję? Problemem, jeśli to tak można ująć jest moja lubość braku stałego kontaktu z drugim człowiekiem.  Ja w domu chcę siebie i kota. Wiem samolub powiecie, egoista, dziwak.. i nie wiem co jeszcze, ale tak mam, taka jestem. Właściwie to jedynie Marta mnie odwiedza i lubię z nią wyjścia. W ogóle coraz bardziej ją rozumiem i staję po jej stronie, jak słyszę ewidentną niesprawiedliwość wymierzoną w jej stronę.

Wracam do sedna, do mojej myśli, która przeraziła mnie. 

-„Boże ja za 10 lat będę nieszczęśliwa. Pan domu będzie przesiadywał na emeryturze. Już nie będzie mojej swobody w domu. Wychodzenia na masaże też się skończą, bo stara będę bez sił. Skończę się, jako masażystka, a to przecież dla mnie ekscytacja życiem. I nigdy przedtem, pracując w szkole nie miałam możliwości dorobienia. O nadgodziny zawsze było trudno, nie wpadały pieniążki między wypłatami. Teraz nie jetem bogata, ale nareszcie nie bieduję. Skończę się, jako kobieta i nie będę skakać po łóżkach w hotelach, patrząc w ich piękne oczy pełne pożądania i tulić czułe dłonie. Nie będę miała siły na biegi nad morzem, treningi.  Już nie pobrykam, jak sarenka przez las ku wielkiej wodzie. Kijki mi zostaną, ale czy ja wrócę do domu, bo w rodzinie króluje demencja starcza. Będziemy siedzieli, jak te stare grzyby narzekając na bolące kolana. I ciągle razem. Ja zwariuję. Ja tego nie chcę.

Moja córka czyta to teraz, bo jest u mnie. I od razu protestuje, mówi – „Mamuś nastanie nowa era. To się będzie powoli zmieniać w Tobie. Libido spadnie i nie będzie ci się chciało skakać po łóżkach w hotelach. Zaczniesz zwiedzać świat, jeździć na wycieczki, uczyć się obcych języków. Nauczymy Cię niemieckiego, będziesz szwargolić i pojedziesz do Dietera. Albo angielskiego i zamieszkasz z Erlendem w chatce na północy Norwegii, a może wylądujesz z Jonem, który nie będzie chciał żyć bez Ciebie w depresyjnej Islandii. A może otworzysz gabinet terapii reiki i cieszyć się będziesz z pomagania innym, a to nie wymaga siły fizycznej, tylko duchowej, której masz nieograniczone pokłady.

Wszystko przed Tobą, tylko inne, nowe. Nie bój się!  Nie zostaniesz żywcem wyrwana z takiego świata, jaki teraz masz, tylko życie wraz ze zmianami w Tobie przyniesie nowe pociechy. A czy będziesz szczęśliwa, zależeć będzie od twojego podejścia”.

To jest Mój Cud!! dziecko- przyjaciel! Tego Wam życzę.

Konstancjo, jesteś najlepszą istotą na świecie. Dziękuję Ci za to, jakim człowiekiem jesteś. Za to, że zawsze masz słowa pocieszenia i one trafiają do mnie. Za Twoje rady. Za troskę i zrozumienie.

„Zawijanki szparagowe”

Uparłam się na eksperymenty ze szparagami. I mam kolejne danie tzw.obiadokolację, bo jak wracam z pracy, to chyba taki to właśnie czas. Dawno po obiedzie, a do kolacji rzut beretem.

Kupiłam pęczek zielonych, cienkich – chyba to ważne szparagów i paczkę chudego cienko pokrojonego boczku wędzonego. A i bagietkę.

Leciutko odcięłam końcówki z dołu, tylko aby odświeżyć. Pogotowałam ok. 8 min w lekko osolonej i osłodzonej wodzie. Odcedziłam. Wyjęłam boczek wędzony pokrojony w bardzo cieniutkie plasterki i trzy szparagi owijałam w dwa plastry boczku. Pięknie owinięte, jak kokony smażyłam krótko na rozgrzanym oleju. Takie chrupiące, rumiane wyłożyłam na talerz, udekorowałam mojej roboty kremem balsamicznym (trzymam go w lodówce), posypałam świeżym tymiankiem. Można zamiast  chudym boczkiem owijać nasze smukłe, jak baletnica szparagi,  szynką szwarcwaldzką i to w środku z dodatkiem paseczka żółtego sera. Ja dałam boczek, bo taki chudziutki udało mi się kupić w Biedronce i bez sera (za duża rozpusta). Moje danie było proste, szybkie w wykonaniu i smaczne. Podałam z chrupiącą bagietką przesmarowaną  masełkiem czosnkowym (takowe też trzymam w lodówce). Nie chciało mi się odpalać piekarnika, to zapiekałam w tosterze. Też super pyszne, chrupiące wyszły.

I Wam polecam to danie.

Siedzę, klikam, a pupa boli, za mocno opaliłam ją, dziś nad morzem. Dorwałam się do słonka, jak miś do miodu. I trzy dni z rzędu od 10 do 12 (no dziś zdecydowanie dłużej) przypiekałam się wkuwając wiedzę z reiki. W połowie czerwca zacznę realizować swoje marzenie szkoleniowe – mistrz reiki. Idę spać, wystawie pupcie na kołdrę. Myślę, że kotu nie będzie przeszkadzać.  A co tam świecić nie będzie, przecie rumiana, jak lico płochej dzieweczki, nie bielusieńka.  Dobranoc Kochani!

Przyjemne podtrzymywanie życia

Fleksitarianizm, to coś dla wielu z nas. Trudno zrezygnować całkowicie z niejedzenia mięsa. Próbujemy, próbujemy idzie całkiem dobrze i  łamiemy się, bo wielka chrapka nachodzi nas; na kabanosa, czy solidny rosół. Życie przyniosło rozwiązanie, nowy trend. Ten cały fleksi.., to ukłon w moją stronę, bo ja do tych małojadków mięsnych należę.    Okazać się też  może, łagodną kładką do naszego przyszłego wege.

Na pewno trzeba jeść, aby żyć. Tak, jak pić, oddychać. Chyba samym światłem słonecznym i praną nie nachapiemy się (bretarianizm). No i jedzenie to przyjemność, nie ma co z niego rezygnować.  Z tym jedzeniem to ostatnio ambaras. Wszyscy biją na alarm, nie jedz tego, tamtego. Jedz to i tamto koniecznie.

Ja zawsze byłam niejadkiem. Nie lubiłam wielu potraw i tak mi zostało, choć jadłospis powiększyłam co nieco.  Łatwo mnie wyżywić, bo mało i skromnie, ale czy zdrowo, to dyskutowalibyście.  Piszę do was tego posta, bo niedawno dowiedziałam się kim jestem, jako zjadacz, że zaistniało określenie na takich, co nie zrezygnowali całkowicie z mięsa, ale zdecydowanie je pomniejszyli, na rzecz warzyw, owoców. Jestem fleksitarianką.  Czy z tą ładną nazwą, czy bez, jem mięsko od czasu do czasu. Kiedy ciałko me zawoła:

– „Baska, myśliwkę bym zjadło, jałowcowej plasterek, kabanosika kawałeczek”! Wsunę, ale tylko kawałeczek, bo żołądek chyba miniatura.

Już wszyscy wiemy, że mięso na talerzu nie służy naszej planecie. Czytamy  statystki i włos się jeży. Do wytworzenia np. 30 dag. pszenicy (cobym makaron swój zrobiła) potrzeba nam 390 litrów wody, a do 30 dag. wołowiny na stek 4650 litrów. A czy ja naprawdę potrzebuję codziennie, czy co drugi dzień wcinać mięso? Nie! Często słyszę, jak koleżanki mówią, iż nie mają ochoty na schabowego, wolą zjeść pieczarki, ziemniaczki opiekane, czy makaron z twarożkiem i  truskawkami, albo pycha pierożki z kapustą i grzybkiem leśnym.

Jakby zostawić  całą filozofie ochrony Ziemi i etyczne problemy pożerania zwierząt, to my sami, nasze ciała czują, że nastąpił przesyt spożywania mięsiwa. Ja tak mam od jakiegoś czasu, co nie znaczy, że nie skusi mnie  raz na pół roku skrzydełko z KFC, czy kebab, nieopodal mojej pracy, przyciągający zapachami. Ale to sporadyczne.

Mamy XXI wiek, większą wiedzę o tym, co wokół nas, o zmianach w przyrodzie. Większą świadomość ochrony i pomocy planecie, aby jeszcze posłużyła następnym pokoleniom.

Do jedzenia wege przystosowały się restauracje, stołówki pracownicze, uczelnie, szpitale, abyśmy mieli wybór. Najpierw portugalscy parlamentarzyści przyjęli ustawę o obowiązkowych daniach bezmięsnych w publicznych miejscach zajadania. A dyskusję podjęło wiele państw; Anglia, Niemcy, Japonia, Argentyna.  Kucharze prześcigają się w tworzeniu przepisów na dania smaczne, bez użycia mięsa. Tylko chęci dzielą nas abyśmy byli zdrowsi, a planeta o ździebko dłużej służyła.

Do trendu na redukcję spożycia mięsa, dołączyło wielu z nas.  W rodzinach  dobry przykład częściej dają młodzi, świadomi i zaangażowani. Nam starszym pokoleniom, co na boczku, golonce i żeberkach wyrosła, a i na galarecie z nóżek wieprzowych chyba trudniej, no i tak jak ja zostajemy fleksitarianami. 

Teraz jak nic prosi się pokazanie jadła bez mięska, takiego, co dobrze wygląda, jest proste w zrobieniu i smaczne na języku. Mam takie danie dziś w piekarniku.

„Ślimaczki ze szpinakiem i pieczarką”

Już spieszę podzielić się z Wami. Razu pewnego, jak to oszczędna gospodyni napotykam piękne malutkie pieczarki i cena tak przystępna, aż żal nie kupić. Biorę. Kładę w  kuchni i leżą. Leżakują tak pierwszy, drugi i w końcu na trzeci dzień, myślę trudno,  kupiłaś oszczędnie to wykorzystaj zróbże coś z nich. Smażę na patelni pokrojone pieczarki wraz z 1 cebulką i ząbkiem czosnku. Do tego wrzucam garść liści szpinaku, też pokrojone. Plątał się taki niezużyty do końca z poprzedniego dania. To wykorzystałam je. Solę i przesmażam. Lekko posypuje gałką muszkatołową.  Tak przygotowanym nadzieniem posmarowałam płat ciasta francuskiego (kupiłam w Biedronce). I zwinęłam w rulon, pokroiłam na plastry ok. 2 cm. Wyszło 14 sztuk zwijanych po krótszym boku, czyli grubaski wyszły. Ułożyłam na blasze na papierze do pieczenia, tak na leżąco, bo nadzienia dużo było i ciężkie w sumie te ślimaki. Do nagrzanego piekarnika, piekłam kwadrans, do 20 minut i można było zajadać na ciepło lub zimno. Ja zabieram je do koleżanki.

Mamy tam babskie spotkanie na grillu, a że karkówki,  czy kurczaka nie chcę jeść, to ślimaczki zabiorę, niezdrową zimną colę, bo piwa nie piję. A, i dobry humor, ten mnie nie opuszcza. Będę kierowcą, co zawiezie i odwiezie, bo niepijąca. Trzymajcie kciuki, abym wiedziała gdzie je odwieźć. A i jeszcze nie pojechać pod prąd.  Hi hi.