Zjednają niejedno serce – naleśniki. Smartfonowe maluchy.

Dziś z okazji dwusetnego wpisu mego, chcę uraczyć Was moimi ulubionymi naleśnikami na słodko. Są wyjątkowe. Podobne do Crepes Suzette. Ciasto naleśnikowe do jednych i drugich, to samo. Najlepiej smakują świeżo usmażone.

    

Ciasto na naleśniki, ok 8 sztuk:

1,5  szklanka mąki, 3 jajka, po 1 szklance zimnego mleka pełnego i  zimnej wody, 2/3 szklanki  świeżo wyciśniętego soku z pomarańczy lub mandarynki, cukier wanilinowy, 3 łyżki stopionego masła i 1/4 łyżeczki soli.

Wymieszać mikserem lub rózgą kuchenną: jajka z mlekiem ,wodą, sokiem i cukrem wanilinowym oraz masłem. Dodać mąkę i ponownie zmiksować. Odstawić na minimum pół godziny do lodówki. Usmażyć cienkie naleśniki. Odłożyć na bok, jak ostygną, złożyć na 4 części w tzw.chusteczkę. Z tej ilości masy wyjdzie ok 8 naleśników.

Pierwsza pyszność, podpalana lub nie

Przygotuj:

4 łyżki cukru, 2-3 pomarańcze lub 1 pomarańcza (na skórkę i sok) i kilka ok 3-4 mandarynek, kieliszek likieru mandarynkowego lub pomarańczowego, 4 łyżki masła

Na patelnie wsypać 4 łyżki cukru, karmelizować, jak pojawi się syrop dodać 2 łyżki masła i skórka z 1-2 otartych pomarańczy, oraz sok z jednej. Przesmażamy i układamy w to nasze naleśnikowe chusteczki. Podsmażamy chwilę z obu stron. I wykładamy lub podpalamy .Dla chcących-  wlewamy kieliszek likieru np. mandarynkowego, czy pomarańczowego. Zwiększamy płomień, a jak już mocno paruje, flambirujemy, czyli podpalamy nasz alkohol, uważając aby nie spalić sobie grzywki.. ( ja nie przepadam za płonącymi naleśnikami, pewnie dlatego, że nie lubię alkoholu). Naleśniki odkładamy na talerz, a do sosu dodajemy pozostałe 2 łyżki masła cząstki z kilku mandarynek lub fileciki pomarańczy (ja wolę mandarynki). Krótko przesmażamy i takie gorące cząstki układamy na naleśnikach. Pycha!

Druga pyszność, z mascarpone.

Przygotuj:

Serek mascarpone, kilka mandarynek, garść orzechów włoskich, łyżkę cukru pudru

Mam też drugą pychę, podobną, ale inną.  Naleśniki smażę tak samo. Na nadzienie przygotowuję garść orzechów włoskich grubo pokruszonych, 4-5 mandarynek i serek mascarpone. Na patelnię sypie grubo pokruszone orzechy, prażę chwilę, dodaję mandarynki w cząstkach, a niektóre pokrojone, przesmażam krótko i dodaję serek. Kto potrzebuje słodyczy, to łyżkę cukru pudru na koniec razem z serkiem lub zamiast mascarpone użyć serka wanilinowego homogenizowanego (Ja używam mascarpone i nie dodaje cukru). Minuta, dwie, trzy i wyłączam ogień. Tym gorącym nadzieniem przekładam naleśniki i składam na 4 części, dekoruje kleksem nadzienia i listkiem mięty, jak mam na parapecie.

Dziecko i tablet

Kochani, kiedy ja byłam młodą mamą, nie było problemu uzależnienia się dzieci od tabletów. Wy natomiast, młodzi rodzice już możecie mieć ten problem. Trzeba podejść do tego mądrze i konsekwentnie. Wszystko jest dla ludzi, rozwój techniki też, hi hi. Przy dzieciaczkach szczególnie musimy uważać, aby  dzieciństwo niosło harmonijny rozwój, a nie tylko umiejętność w jednym kierunku – tabletowego speca, maluszka. Cóż, trzeba i to jakoś usankcjonować w naszym domu. Nie bardzo znam się na tym, więc nie będę się mądrować, ale jako nauczyciel maluchów wiem jedno, one muszą być sprawne na każdym polu. Manualnym, grafomotorycznym, fizycznym także. Widziałam, ja moje dzieci w klasie chłonęły łatwo każdą wiedzę. Mózg człowieka najintensywniej kształtuje się w pierwszych latach życia. Zadbajmy, aby nasza pociecha nie tylko sprawnie pokonywała coraz wyższe poziomy w grach komputerowych, ale i powisiała na trzepaku, znała zasady podchodów i wskazania, gdzie północ bez użycia elektronicznego wspomagacza, tylko za pomocą cienia. Czyli radzenia sobie w warunkach bez dostępu do internetu i cudów techniki. Dziecko powinno mieć możliwość poznawania świata wszystkimi zmysłami. Im więcej bodźców do niego dociera, tym mózg lepiej rozwija się.

Rodzic ustali  zasady korzystania z urządzeń mobilnych.

  • Maluchy do 2 lat nie korzystają, a starsze z mądrym dozowaniem..
  • Warto towarzyszyć dziecku, kiedy ono korzysta z tableta.
  • Nie pozwalać mu zasypiać w objęciach smartfona zamiast w uścisku mamy, taty, którzy przed snem czytali dziecku książeczkę.
  • Używanie urządzenia nie może być nagrodą, a jego brak, karą. To podnosi w oczach dziecka atrakcyjność tych sprzętów.
  • Na pewno nie należy uczyć korzystania z nocniczka i karmić dziecka- niejadka omamiając smartfonem.
  • Starajmy się nie wysługiwać laptopem, komórką, kiedy mamy coś do zrobienia, a maluch nam przeszkadza.

Dajmy mu masę solną, niech bawi się w piekarza i ulepi mamie rogaliki, ćwicząc rączki, wprawiając paluszki do  pisania, rysowania. A może wyklejanie serduszka dla taty z kuleczek bibuły. Maluszek rwie kawałki, paluszkami formuje kuleczki i nakleja. Świetne ćwiczenie motoryki małej.  A może wystrugać lub kupić kilka pałeczek drewnianych i bawić się z dzieckiem w orkiestrę, dyrygenta, ćwicząc słuch i rytm. „Puszczać” muzykę i wystukiwać rytm. Rodzic dyryguje pokazując, gdzie stukamy. Przed sobą za sobą, nad głową, pod jednym kolankiem unosząc nóżkę, to samo pod drugim kolankiem, przed brzuszkiem, przy lewym uchu, przy prawym.. Możemy podzielić domowników na instrumenty, np.tata skrzypce-„dylu-dylu”, mama flet – „fiju-fiju”, braciszek trąbka -„tata tata”, a siostra dyrygent. Stoi w środku wskazuje batutą na orkiestrę, poszczególnych członków, a oni śpiewają swoje sylaby na melodię „Wlazł kotek”. I zmiana dyrygenta. 

A skoro już tablet, bo też dla ludzi,  może warto zainstalować  na urządzeniu program ochrony rodzicielskiej, aby maluch przypadkowo nie trafił na strony z pornografią. Wyszukując program dla dziecka korzystaj z katalogu Best App, (to podpowiedź mojego przyjaciela informatyka), aby przekonać się, czy dany program nie zawiera nieodpowiednich treści. Dziecko, to Skarb. Kochajmy i dbajmy o nie.

Pamiętam moją setkę, wtedy zastanawiałam się, czy dotrwam do dwusetki, a dziś myślę, że do 300 będę z Wami.  Teraz nakrzyczcie na mnie, że ostatnio zrobiłam się wściekłą kucharką i nic tylko pichcę. No ileż można, przydałby się jakowy erotyk, przepis na rozgrzanie łóżka, nie kuchenki. Czekam na wenę. A tu bez dobrego „materiału” ani rusz.

Dziękuję, że byliście ze mną i moimi myślami w tych dwustu wpisach.

Reklamy

Papryka w zalewie słodko kwaśnej. Nadopiekuńcza mama

Coś mnie wzięło na gotowanie. Powiem tak, za chwileczkę zdradzę Wam najlepszą zalewę do: pikli, papryki, dyni, patisonów, ogórków konserwowych, sałatek warzywnych, buraczków.. . Ona jest wyjątkowa. Ani nie za kwaśna, ani za słodka. Harmonijnie wyważona. Sprawdza się do warzyw, które chcemy zamarynować na zimę.  Dziś odwiedziła mnie moja koleżanka z pięciokilogramowym workiem słodkiej papryki. Kupiła na rynku, zabrała słoiki i razem robiłyśmy zaprawy. W ubiegłym roku częstowałam ją  papryką w zalewie octowo-miodowej, a ona zajadała z wielkim apetytem. Zachwalała ją i już wtedy postanowiłyśmy, że następnej jesieni razem zrobimy do spiżarek ten przysmak.  Może i Wam posmakuje. A marynata jest wyborna; kwaśna i słodka zarazem. Proporcje są wyjątkowo dobrze dobrane. Szczerze polecam!!

Zalewa do zapraw marynowanych:

5 litrów wody, pół litra octu, 3 szklanki cukru, 1/3 szklanki soli, 3 łyżki miodu.

Do każdego słoiczka wrzucam po kilka ziaren pieprzu, jałowca, ziela, gorczycy, ząbek czosnku, kawałeczek ostrej papryki i listek laurowy. Układam paprykę, umytą, bez środków i ziaren, pokrojoną na większe cząstki lub szersze paski. Kupuję jej 5 kg na tę ilość płynu. Zalewam, zakręcam i układam w dużym garnku (na dnie mała ściereczka, aby słój nie stykał się bezpośrednio z garnkiem). Zalewam ciepłą wodą, do 3/4  słoików, przykrywam pokrywą i od zagotowania, gotuję ok.8 minut. Zaraz wykładam (chcę, aby była twardsza, chrupiąca), nakrywam suchą ściereczką i tak do wystudzenia. Następnie do spiżarki na półeczkę i zajadam z apetytem zanim zacznie się zima.  Możecie zrobić na próbę z połowy porcji. Polecam.

Ostatnio dość często rozmawiam z synem. Od wielu lat mieszka za wodą. Tam układa swoje życie. Właśnie usłyszałam , że miał piękne dzieciństwo. Jedyne, co zrobi inaczej, będąc ojcem,  zastosuje więcej konsekwencji, wymagań, samodzielność od swojej pociechy. Rzeczywiście byłam bardzo nadopiekuńczą mamą. Chciałam ustrzec  przed najmniejszym trudem. Nie wiem, co pomogło w tym wszystkim, że cała trójka jest mimo to bardzo zaradna. I kiedy syn zaraz po maturze znalazł się za granicą musiał nagle radzić sobie ze wszystkim sam. Poradził sobie i to doskonale, ale tylko on wie, jakie to było zderzenie!

Teraz wiem i wtedy też, że powinnam była cierpliwie pozwalać im na próby i błędy, a nie wyręczać, bo zrobię szybciej i lepiej. Często zabierałam im szansę wykazania się i poczucia satysfakcji z pokonania przeszkody. A powinnam była towarzyszyć mojej kochanej Trójeczce w zdobywaniu nowych umiejętności. Może czytają mnie młode mamy, może wezmą sobie te myśli za swoje i zastosują.

  • Stwarzaj sytuacje, możliwości, aby maluch mógł się wykazać. A tym samym poczuć satysfakcję z osiągnięcia swego zamierzenia.
  • Bądź cierpliwa. Nie popędzaj maluszka, nie spiesz się wiecznie. To nie sprzyja nauce i korci ciebie w wyręczaniu, że szybciej i sprawniej zrobisz.
  • Nie przeszkadzaj.  Pokazuj, jak wykonać pewną czynność, ale gdy próbuje poradzić sobie samo – nie wtrącaj się.
  • Z wiekiem zwiększaj dystans, dając mu przestrzeń do rozwoju, twórczego rozwiązywania problemów. Czuwaj, ale jednak ufaj mu. Pozwól (w miarę rozsądku), nawet jak wiesz, że to się raczej nie uda.

Ja, Polak mądry po szkodzie. Choć szkód na szczęście ta moja nadopiekuńczość nie narobiła wiele. Czasem się udaje, a to pewnie w dużej mierze zależy od dziecka, genów. Moje córeczki radzą sobie doskonale. Starsza podróżuje sama, np. przedostatnio po Azji (3 miesiące), teraz Grecja, Turcja. Miłośniczka stopem do Barcelony i w niejedno miejsce w Europie. Młodsza, bardzo dzielna, zdecydowanie kroczy przez świat. Wie czego chce i zdobywa śmiało. Dzieci, to Wielki Dar! A, my rodzice, nie ustrzeżemy się od błędów. Każdy chce dobrze dla swojego dziecka.  Jestem ciekawa, czy oprócz nadopiekuńczości macie coś niefortunnego na swoim koncie z bycia rodzicem? Kto zechce podzieli się z nami, może coś podpowie nam. Miłego dnia, u mnie za oknem spokojne słonko (a szyby brudne, idę myć).

 

Nasze wyobrażenia o związku. „Mamusiu, co my teraz zrobimy”?

Temat, który poruszę siedział głęboko, na dnie serca w ciemnych zakamarkach. Taki nie do ruszenia. W tej chwili, w jednej sekundzie podjęłam się leciutko pokazania na świat, a to za sprawą Moniki z bloga „Polka Polce” i Pawła  z bloga „Zwykły tata” (polecam). Dość często komentuje ich posty i ostatnio było o mężczyznach. Jakimi bywają mężami, partnerami, ojcami.

Podejrzewam, że jeżeli nie każdy, to zdecydowana większość z nas chce dobrze dla swojego związku, rodziny. Mój pierwszy mąż także. Mamy różne wyobrażenia, jak powinno być u nas.  Mówimy, „w moim domu nie będzie disco polo, ogłupiających programów reality show, uroczystości dzieci zakrapianych alkoholem, oglądania filmideł typu „Kevin sam w domu”, bo wszyscy oglądają. Za to wprowadzimy miłość do czytania i muzyki poważnej,, itd. itd.. . Czegoś oczekujemy od życia i to dobrze. Teraz potrzebujemy współtwórcy naszych planów, czyli partnera: żony lub męża. Człowiek nawet mądry, solidny, dobry.. może swoim chceniem i wizją świata zepsuć wiele, jeśli nie idzie ona w parze z drugim i nie wybierze adekwatnych do materiału metod. Trzeba brać pod uwagę ukochaną/ukochanego i nie forsować na siłę swojego patrzenia na świat, uważając, ze mamy monopol na mądrość. Czasem pozwolić sobie na „luz w gaciach”.

Jeszcze raz powtórzę – ” Chcesz wejść w dobry związek, to najpierw odpowiedz sobie na pytanie – Dokąd zmierzam? A dopiero później – Kto tam ze mną pójdzie”? Poznajemy człowieka, podoba się nam fizycznie, w miarę dobrze rozmawia, czyli dość często rozumiemy się, a poruszane tematy czujemy podobnie. Przynajmniej nie diametralnie różnie, np. on uważa, że w wyborach politycznych należy brać udział i bezwolność obywatelska wraz z brakiem zainteresowań tym tematem jest niepatriotyczna i szkodliwa. Wy czujecie tak samo. Już pierwszy punkt zbieżny i kiełkuje myśl – „fajny jest, taki z mojej półeczki”. A to dopiero igła w stogu siana. W miarę upływu wspólnie spędzanego czasu, później zamieszkania na próbę, z każdym dniem, dziwnie kiełkuje z goła odmienna myśl – „On/Ona nie jest z mojej półeczki myślowej, jak to się stało, że jesteśmy tu razem. Co ja tu z nim/z nią robię”?  Idziemy w swoje strony. Każdy w inną. I mamy kolejnych singli. Świat usiany jest nimi. Za moich czasów, czyli za króla Ćwieczka, tak nie było. A niechby który chłopak, syn oświadczył, że zamieszka wspólnie z dziewczyną dla próby. Dostałby od mamy wałkiem po łbie, a dziewczę śmiertelnie obraził, za brak szacunku. Pobierali się i męczyli, w większości trwali latami, tak jak ja 19 wiosen i troje dzieci. Było potomstwo, czyli przyszłość narodu.

Nie oceniam, czy było dobrze, czy źle. Nie o to mi chodzi.Właśnie coś sobie uświadomiłam.  Zdałam  sprawę, że gdybym urodziła się 30 lat później, do dziś byłabym singielką, bez ” znaczącego epizodu zwanego mężatka” i może z jednym dzieciątkiem z wpadki. Choć i tego nie jestem pewna, bo zabezpieczona hormonalnie i nie tylko.

Przyszła pora na malutki obrazek rodzajowy z życia wzięty, coby lepiej zrozumieć mój przekaz słów do Was – „Powrót taty do domu”.

Pobrali się.  Ona nie kochała go, nawet nie specjalnie lubiła. Była w ciąży. On jak później powiedział, zobaczył w niej dobrego człowieka, z którego można ulepić właściwą, wartościową osobę. I lepił!! Bez pardonu twardo dłutem, młotem.. Bała się okropnie wstydu panny z dzieckiem. Już od kilku lat cała rodzina wbijała szpilę, że stara panna(27 lat), a powinna jako mężatka  rodzić dzieci, a nie tylko studia i czas przelatujący przez palce. Skromna, cicha, wstydliwa, życzliwa i naiwna.  Z domu bardzo religijnego myślała, że to grzech interesować się erotyką. Zielona gąska. Lekko bezwolna, spolegliwa. Taka mała ufna kózka z kompletnym brakiem wiary w siebie!!!  Mężczyzna wykształcony, zarozumiały, patrzący z wyższością na wszystkich głupców. Kto nie z nim, ten głupiec i nie warto zajmować sobie głowy. Nauczyła go tego mama. Jako mały chłopiec nasłuchał się śmiechów i wyzwisk, że kaleka, że kulas.. . Bronił się myślami, że to głupcy i nie warto zaprzątać sobie nimi głowy. Życie zrobiło go zimnym, a zwłaszcza twardym. No i mamy przypadkowe połączenie tych dwojga ludzi.

Trzecie dzieciątko, urocza dziewczynka miała wówczas około sześciu lat. To były same początki tasiemca filmowego „Klan”. Siedzą sobie z mamą na kanapie w taty pokoju, bo tam był telewizor. A oglądać wolno było tylko programy przyrodnicze  i historyczne. Teraz to rozumiem, mądry nakaz. Ale jednak nakaz. Teraz to ja nawet telewizora w domu nie mam, ale wtedy była to nieliczna  rozrywka, coś miłego w kieracie.  Tata z politechniki wracał bardzo późno i domownicy spokojnie jeszcze egzystowali. Rozsiadłyśmy się jak w kinie równiutko jedna obok drugiej na kanapie, a tu zgrzyt klucza w zamku. Serce zamarło, nogi zrobiły się z waty. Dziecko zastygło w bezdechu, a matka ze strachu nie mogła ruszyć się do pilota. Zostały przyłapane na czymś, czego w tym domu nie wolno było.  I tego  złamania zakazu nijak nie można wytłumaczyć. Bo jak usprawiedliwić marnowanie czasu na głupoty nic niewnoszące, jak „Klan”. Zawsze kazał podawać minimum 3-4 argumenty na swoja obronę.

Wszedł, a one jak kamienie bez życia.

Pierwsze odezwało się dziecko – „Mamusiu i co my teraz zrobimy”?

Padła spokojna (na ile tylko mogła) odpowiedź matki – „Zrobimy tatusiowi kolację”.

Nadal nie ruszają się. On milczy. Córeczka w płacz i dalej głośno mówi;

„Ale co my zrobimy, przecież oglądamy telewizję”.

Tak strasznie zrobiło mi się jej żal, że zbudziła się we mnie lwica, taka malutka, ale na tyle, aby wziąć dziecko za rączkę i wyprowadzić do kuchni. Chlipała przestraszona i zawstydzona sytuacją. Uklękłam, przytuliłam mocno mówiąc, że nie zrobiła niczego złego.

Wszystko to było chore. Powinnam była nie nastawiać telewizora, a Okruszek nie przyleciałby, nie usiadł wtulony w mamę. Naraziłam ją na nieprzyjemność, na strach. Wtedy nie zastanawiałam się nad tym. Chciałam po pracy poleniuchować siedząc bezczynnie gapiąc się na nowy, krótki półgodzinny filmik.

To jest tylko jeden z cieni mego życia małżeńskiego, rodzinnego. Nie wolno było czytać babskich głupich gazetek typu „Przyjaciółka”.. . Za to prenumerował żonie  „Świat nauki”,  „Wiedzę i Życie”, a dla osłody „Poradnik domowy”. Lubię go do dziś i często kupuję w kiosku. Słuchać byle jakiej muzyki z głupimi słowami,  za to uczęszczać do filharmonii na koncerty. Należało  przychodzić dobrze merytorycznie przygotowaną  do rozmowy używając prawidłowej polszczyzny i mieć kilka argumentów przemawiających na korzyść, gdy czegoś oczekiwałaś.  Zawsze bałam się iść na rozmowę. Jedzenie  bezwartościowych smakołyków i oglądanie programów telewizyjnych dla rozrywki, to był zapłon lontu bomby rodzinnej.

A przecież ten człowiek nie chciał źle, tylko miał swoje wyobrażenie związku i przekonanie, że ma monopol na mądrość, wiedzę i tak ma być jak on zarządzi. A zamordyzm jest najczęściej skuteczny. I może udałoby się to do końca bez rozstania, gdyby tylko kobieta taką kruchą, wrażliwą nie była, bardziej dzielną, tupiącą czasem nóżką. A tak za często poduszka mokrą była. Płakała i mówiła sobie – „Dlaczego nikt nie powiedział mi, że małżeństwo, to taki trud”? A że kobieta” przestraszone ciele mele” to i wychowywanie po swojemu udało się. Ulepić na nowo do ładnej powłoki cielesnej.

W sumie to za wiele jestem mu wdzięczna. Za miłość do muzyki poważnej, za przeczytanie wartościowych książek. Za stracenie wiary, że rodzimy się, aby być także szczęśliwymi ludźmi. Łatwiej mi wtedy było żyć, kiedy nie oczekiwałam, że spotka mnie coś miłego (a ostatnio spotyka bardzo często). Wykuł  swoje zdanie w mojej głowie – ” A kto ci powiedział, że masz być szczęśliwa”!? Dziękuję mu za to, że dał mi dach nad głową w najpiękniejszym mieście, Gdańsku. I najważniejsze – za dar, DZIECI!!!  To bardzo mądry człowiek, tylko wybrał złą metodę do tak wrażliwego materiału, jak ja. Uzyskał wiele, ale za jaką cenę. Wdziałam go wczoraj. Zdziwiło i mile zaskoczyło mnie samą – poczułam się mądrzejsza, a przynajmniej nie, jak zawsze głupsza. Stałam pewna siebie, elokwentnie, śmiało wypowiadająca się.. Zadbana, radosna, z mocą i energią. Już się nie boję.

Pomyślcie o sobie, czy z Wami łatwo mają bliscy, czy nikt nie boi się Was? Czy obraliście właściwą metodę dla uzyskania odpowiedniego celu? Dobranoc, zmykam do łóżeczka. Kleoś dawno je grzeje.

 

 

Metoda Dobrego Startu w profilaktyce niepowodzeń szkolnych

MDS – Metoda Dobrego Startu, była moją ulubioną metodą  wprowadzającą do nauki pisania, czytania i orientacji w przestrzeni. Łatwe wzory, np koło, fala, krzyżyk, linia pionowa, pozioma, kwadrat, wzory literopodobne, takie z zawijasami, laseczki spiralki, czy literki i cyferki. Dzieciaczki pod moją opieką koordynowały u siebie współpracę percepcji ruchowej, słuchowej i wzrokowej.

Prof. zw. dr hab. Marta Bogdanowicz opracowała tę metodę (na wzorach francuskich Le Bon Deport) w czasie bezpośredniej pracy z dziećmi.  I przekazała nauczycielom. Bardzo często dostawałam nagrodę dyrektora i za jedną z nich wybrałam się na trzystopniowy kurs nauki Metody Dobrego Startu. To były dobrze wydane pieniądze.

MDS to uczenie się wielozmysłowe: wzrokowo-słuchowo-ruchowe. Wykorzystujemy ruch zharmonizowany w czasie i przestrzeni nakładając do tego słowa prostej piosenki, czy wierszyka, nawet zdania.

Podam jeden z przykładów. Na moje zawołanie – „Spotkanie na dywanie”, zasiadamy w kole, nóżki w siadzie skrzyżnym, ja z pociechami witamy się, gestykulując przy tym. Na melodię „Panie Janie” .

Witaj Kasiu, witaj Kasiu,

jak się masz, jak się masz?

wszyscy cię witamy, wszyscy cię kochamy

bądź wśród nas, bądź wśród nas”!

Każdy czuje się powitany, zauważony. Teraz dzieciaczki witają tak samo swoją panią. Bardzo się z tego cieszą, ja zresztą też.

 Moje pociechy mają po 5, 6 lat, bo to „zerówka”, czyli oddział przedszkolny w szkole. Pięciolatek może już do niej chodzić, a sześciolatek ma obowiązek odbyć roczne przygotowanie przedszkolne w budynku szkoły najlepiej jego przyszłej, aby już jako „wiracha” poszedł do klas młodszych znając panie, dzieci, przestrzeń szkolną, obyczaje.. . A może zostać w przedszkolu, już mu znanym i iść później do szkoły ze swoją grupką dzieci.

Mówię moim maluszkom, że dziś poznamy nową literkę i będzie to „d”. Zaczyna się poszukiwanie (każdy w swojej główce) wyrazów, z tą głoską na początku. Dzieciaczki chętnie jeden przez drugiego podnoszą rączki, wymieniają zaskakująco wiele wyrazów. Czasem ktoś się pomyli; powiem wówczas –  „byłeś blisko, ale to nie ta głoska” i próbuję naprowadzić go. Udało się, – „brawo”! Chwalę za każdy dobry przykład, za próby, za staranie (chwalenia nigdy dość, to motywuje do działania), a całość grupy wraz ze mną głoskuje podany przez kolegę, koleżankę wyraz. Dzielimy ten wyraz na sylaby, wyklaskując je lub wytupując nóżką.

Literkę „d” chciałam, aby poznały na podstawie wyrazu „dom”, można „dynia”, bo to jesień i dynie brzuchate, pękate, dorodne. Ile przy tym zabawy w toczeniu dyni.   Siedząc w kręgu mamy różne możliwości poprowadzenia rozmowy, aby poćwiczyły sobie umiejętność mowy (nie wiedząc o tym, że to ćwiczą), np. opowiadają na temat: „mój dom”, „wymarzony dom”, „dom kosmity”, „domy ludzi z różnych stron świata”, czy „o domkach zwierząt”.

Pomocnymi będą tu ilustracje (bo wielu z nich to wzrokowcy, niekoniecznie słuchowcy). Wieszam na tablicy (mam taką korkową na kółkach, zrobił mi mąż, mówiłam, że dobry człowiek) ilustrację domu i podpis literkami drukowanymi  i pisanymi -„dom”.

Śpiewam im całą piosenkę (są krótkie) zwracając baczna uwagę na jej część, kawałeczek piosenki- „Mamy domek, Mały domek”. Teraz rozdaję  po 4 woreczki dla każdego dziecka (uszyte przez jedną z mam, w środku może być piasek, ja kupiłam na rynku owies). Są wykonane (każdy woreczek) w dwóch kolorach, np. po jednej stronie zielone, po drugiej żółte. Dzieci maja za zadanie ułożyć je przed sobą tak, aby pierwszy woreczek po lewej stronie miał kolor żółty na wierzchu, a pozostałe  trzy zielony. Tam gdzie żółty jest start, bo piszemy od lewej do prawej i tak będziemy wystukiwać rytm krótkiej śpiewanki. Jedno uderzenie w woreczek i jedna zaśpiewana sylaba. Stąd mamy 4 woreczki.  Zaśpiewanie „mamy domek”, to jedno przejście po woreczkach. Rączka do góry i górą cofamy na początek, czyli nad żółty woreczek (utrwalamy sposób pisania w liniach, w zeszycie, od lewej do prawej i kolejna linijka od lewej do prawej). Stukamy dalej: raz w woreczek i jedna sylaba, śpiewając cd – „mały domek”. Stukać można , np. całą dłonią  strona wewnętrzna, zewnętrzna, paluszkiem np. wskazującym mówiąc, że to dziobek ptaszka, piąstką, łokciem, a nawet na stojąco nóżką (przy tym często jest przewracanie i śmiech, miód na moje serce).

Teraz próbujemy wyodrębnić pierwszą głoskę w wyrazie „dom”, czyli „d”.  Na tej samej korkowej tablicy wieszam duży arkusz białej czystej kartki. Piszę wykorzystując całą przestrzeń papieru, niebieskim mazakiem, bo takim kolorem zaznaczamy spółgłoski-  literkę „d” pisaną. Zaznaczam kropeczką, gdzie jest jej początek, czyli start pisania, a obok rysuje strzałkę, w którym kierunku dalej piszemy. Pierwsza ja pociągam po wzorze śpiewając przy tym. I tak, po kolei każde dziecko (może to być zwykła tablica z kredą, wtedy używamy niebieskiego koloru). Kto nie chce, bo nie jest jeszcze gotowy, nie zmuszam. Sami sobie w swoim rytmie śpiewamy. Ale jedno obrysowanie literki to zaśpiewanie tych 4 sylab – „mamy domek” lub „mały domek”.

Przechodzimy do stoliczków i to samo robimy, ale pisząc na tacce z kaszą manną. Gumkowanie napisanej literki, to lekkie potrząsanie tacką. To się robi wesołe pisanie Miód na moje serce, bo szkoła ma się dziecku kojarzyć z dobrem, życzliwością, uśmiechem, fajnymi kolegami i kochaną, rozumiejącą panią, taką do której zawsze można podejść powiedzieć.., przytulić. Stres szkolny i tak jeszcze je dopadnie, bo długa droga przed nimi i różni ludzie na niej. Pamiętam siebie, jak bałam się szkoły i pani, która drewnianym piórnikiem biła po dłoniach każde dziecko, jak jedno coś przeskrobało. Bardzo zależało mi, aby poczuły te Okruszki, że jestem,jak ich druga mama. W szkole spędzają dużo swojego życia, powinno to być miejsce przyjazne im.

Opisałam Wam tylko część, element z MDS. To naprawdę cudowna metoda wspomagająca rozwój dziecka. Przeznaczona jest dla dzieci od 2 do 10 lat. Ma zastosowanie w profilaktyce niepowodzeń szkolnych.

Brakuje mi dzieci. Powinnam być z nimi. To moje życie. Dziś miałam dziwny sen. Śniło mi się, że urodziłam dzieciątko, synka. Nosiłam go na rękach tuląc zawiniątko, patrzyłam, że podobny do mnie, byłam szczęśliwa. Planowałam imię, koniecznie Ignaś, tak bardzo lubię stare imiona. Budzę się i dochodzi do mnie świadomość, że to był tylko sen, że nie mam dzieciątka. Byłam rozczarowana, smutna. Dziwne, kiedy byłam młodą mamą bałam się słowa ciąża (urodziłam troje najcudowniejszych dzieci). I zawsze budziłam z ulgą, że to był tylko sen. Teraz odwrotnie. Nie wiem, czy to cokolwiek znaczy? Wiem, że tęsknię za klasą, za grupą moich pociech. Żałuję, że strona finansowa zmusiła mnie do tego czynu, odejścia z zawodu. Najlepszego, jaki istnieje.

Takie moje wielkie miłowanie. Dziecko

Wchodzi do salonu, mała Sara, córeczka sąsiadki. Lubi do nas zaglądać. Fryzjerka Agusia często poczęstuje cukierkiem, zagada, uśmiechnie się. Tym razem trzymając w jednej dłoni miseczkę farby, a w drugiej pędzel, mówi, ” oj nie mogę cię ukochać”. Na co ja w jednej chwili podbiegam z socjalnego, łapę Myszkę w ręce, unoszę, przytulam i kołuję wokół nas. Czuję takie ciepło, taką błogość, jakbym kawałeczek nieba w dłoniach miała. Pomyślałam, ależ ja babcią kiedyś będę! Oj będę!! Rozpieszczę.. .  Jak to jeden z uczniów ościennej klasy powiedział do swojej mamy, ” Ta pani, to miłośniczka dzieci”. To był komplement. A doniosła mi go, jego mama, pani Ewa, nauczycielka plastyki. Tak jestem wielką MIŁOŚNICZKĄ dzieci. Te rączuszki ciepłe, malutkie, tak chętnie wsuwają się w moją dłoń. Te pachnące włoski, uszka i najlepsze wierne oczka!! Matko, dziecko to CUD, DAR Z NIEBA!! Trzeba je chronić, dbać i miłować ponad wszystko!

Lubię ten wierszyk, często uczyłam go moje maluszki. Może i Wam się spodoba i wykorzystacie go w zabawie z Waszą Pociechą.

” Tak jak mój kot”

Naszła mnie wielka ochota,

By naśladować mojego kota: 

Bo musicie wiedzieć, że moja kicię

Codziennie zaprząta staranne mycie:

Brzuszek, łapki, pyszczek myje.

Uszy, oczka oraz szyję.

I gdy wieczorem siedzę w wannie,

pamiętam, by umyć się starannie:

Brzuszek, ręce, buzię myję,

Uszy, oczka nawet szyję.

Sernik ze śmietanką, a bez masła. Momenty dla których..

Oto wcześniej obiecany przepis na serniczek, którym witałam w domu mojego najmłodszego studiującego w stolicy „Kurczaczka”.

Do głębokiego naczynia, ja mam taką ulubioną większą a raczej głębszą miskę, wrzuć kilogram twarożku na sernik z wiaderka, 3/4 szklanki cukru, 6 jajek, jedno duże opakowanie śmietanki kremówki, po 2 łyżki mąki ziemniaczanej i pszennej, cukier wanilinowy, takiż sam aromat lub śmietankowy.  Krótko wymieszaj, bo inaczej za mocno napowietrzysz i po upieczeniu opadnie. Wylej do prostokątnej  formy wysmarowanej masłem i wyłożonej herbatnikami. Ja daję czekoladowe (kupuje w Biedronce). Masa serowa będzie dość płynna, lejąca. Piecz w 175 stopniach około 45 minut, zależy od piekarnika twojego i  czy z nawiewem (ja takiego używam).  Po prostu nie spalcie go z wierzchu, tylko zarumieńcie. Teraz rozmieszajcie pół szklanki cukru pudru z małym opakowaniem śmietany 18 % i wylejcie na wierzch ciasta, rozsmarujcie. Pieczcie jeszcze ok.10 minut. Wyłączcie piekarnik, niech ciasto postoi kolejne 10 minut. Otwórzcie drzwiczki i zostawcie do ostudzenia. Smacznego!

PS to nie zapomnienie, nie dałam tu żadnego tłuszczu, ale za to duże op.śmietany kremówki, najlepiej 36 %, mi wyszło pyszne i z użyciem 30 %. Każdy kawałek udekorowałam listkami mięty, piękna rośnie w moim ogródeczku.

               

Piekłam ci ja to ciasto, cieszyłam się na przyjazd Okruszka i myślałam o momentach dla których warto żyć. Każdy ma swoje. Dla mnie piękne i ważne chwile to, kiedy usłyszę w telefonie pogodny głos, dzieci moich. To zwiastuje, że u nich wszystko w porządku, a jak u nich dobrze, to mamcia od razu szczęśliwa, aż chce się żyć! Naprawdę uroczymi momentami były dni, lata spędzone z grupą moich dzieciaczków w szkole. Ich śmiech i radość, kiedy robiliśmy na szkolnym holu zajęcia z latającym dywanem, czyli kocem. Najpierw pani ciągała na kocyku swoje Okruszki, potem one panią, a ja, jak królowa „przejeżdżając” machałam do uczniów starszych klas. Wiem zazdrościli nam zabawy i czystej radości z tego. Często dołączali się do naszych wygłupów. Każdy uśmiech małego, dużego dziecka to moment szczęścia mojego. Kolejnym momentem dla którego warto żyć, jest przytulanie mamy, kiedy ona pochylona, a nadal uśmiechnięta. Moja dobra, najkochańsza mama. Lubię budzić się i zasypiać spokojna, kiedy prosta droga moja. Wpadać nad morze i stać przed tym ogromem. Co Was zachwyca w życiu, które chwile są radością istnienia?

 

Coś ponadto. Programy autorskie dla Kurczątek.

Całe moje dorosłe życie uczyłam małe dzieciaczki.  Nastał dwutysięczny rok i coraz więcej mówiło się o nowościach w szkolnictwie.  W poszukiwaniu lepszych rozwiązań procesu kształcenia małego człowieczka zaczęliśmy pisać programy autorskie. Pani doktor M. Szczepańska na studiach podyplomowych nauczyła mnie wiele w tym względzie.  Jak uatrakcyjnić swoje zajęcia, wzbogacić, rozszerzyć o to, co ważne. Ujęła mnie ta możliwość, bo widziałam luki, które teraz mogłam wypełnić.

Pierwszym programem, który zaakceptowała dyrekcja szkoły i rada pedagogiczna była seria zajęć mająca na celu rozbudzenie zainteresowań Małą Ojczyzną. Miejscem, w którym te dzieci najczęściej urodziły się i wychowują. Każda miejscowość ma swoją historię, a w Gdańsku każdy zaułek, brama.., to moc ciekawostek. Łatwo zainteresować te małe pociechy swoim miastem, historią, ale metodami i słownictwem na ich miarę. I tak robiłam od zerówki do trzeciej klasy. Na końcu ewaluacja i radość, jak wielki sukces tych dzieciaczków ujrzałam. Na dniu babci podchodzą do mnie babcia z dziadkiem pewnego Łukaszka  i dziękują mi, za wiedzę, którą mu przekazałam, że znalazłam na to czas i chęci i zrobiłam w przystępny sposób, bo teraz oni korzystają i dowiadują się, pogłębiają  rozbudzoną ciekawość. Opowiadali mi, jak zabrali swego wnuka wraz z całą rodziną na Starówkę Gdańska. Plan był; pospacerować, zjeść obiad lody, a tu Łukasz zaczyna opowieści o każdym miejscu, pomniku, kamieniczce. A to szuka i pokazuje miejsce, z którego widać siedem pomników Neptuna, a to rodem Ferberów zachwyca i historią powstania zegara astronomicznego.

Legendy Gdańskie profesora Jerzego  Sampa to była podstawa, ale nigdy im ich nie czytałam, tylko opowiadałam z większym lub mniejszym wyciszeniem grozy, która jest tam wszechobecna. Później jeździliśmy na wycieczki w poszukiwaniu tych miejsc z legend, np.rzeźby  Pięknej Gdańskiej Madonny w farze mariackiej, czy  epitafium Konstantego Ferbera z legendy ” Szczęście w nieszczęściu”. Zaraz obok na najkrótszej uliczce Plebanii ich herb. Rzeźby bohaterskiego pieska z legendy „Prawdziwa przyjaźń”, czy zabawy i tańce z Panienką z Okienka. Miało to swój urok.

Kiedy moi uczniowie uczęszczali już do trzeciej klasy zabieraliśmy mini sztalugi, bloki i ołówki, rozsiadaliśmy się w słoneczny dzień na Długim Targu w okolicach Neptuna i zamienialiśmy w rysowników, grafików. Czuli się ważni, a prace małych plastyków wędrowały do Galerii Małego Artysty w naszej klasie i także ku radości rodziców mogliśmy podziwiać je. Piękne wspomnienie.

Wy rodzice, jeśli zauważycie, że wasze pociechy niewiele wiedzą o miejscu, w którym wychowują się, spróbujcie rozbudzić ich zainteresowania. Zacznijcie od wyjaśnienia nazwy ulicy, gdzie stoi wasz domek. Może poszukajcie, jak najwięcej się da, budynków z herbem miasta. Zabawcie w fotografa-artystę, niech dziecko ma możliwość pstrykania zdjęć urokliwym zakątkom. Później je wydrukujcie i umieśćcie na tablicy w pokoju  waszego Skarba, oczywiście zachwycając się przy tym i utrwalając nazwy miejsc z fotografii.

Często zatrważającym jest, jak mało wiemy o miejscu w którym przyszło nam osiąść. Mam przyjaciela, Miłosza. Wychował się na południu kraju. Do Gdańska przybył za miłością. Miłość do dziewczyny przebrzmiała, ale nowa rozgościła się na dobre, miłość i zainteresowanie miejscem, w którym przyszło mu żyć. Tu kupił mieszkanie, podjął pracę, cieszy się życiem i zgłębia historię miasta. Wie o nim więcej, niż niejeden zasiedziały mieszkaniec. Podziwiam!

Kolejne programy, to: – „Kształtowanie postaw moralnych z wykorzystaniem  literatury, sztuki”. W ruch szły robótki ręczne, pacynki, postać na paluszku, czy z wykorzystaniem starej rękawiczki, a może cudaczek- lizaczek na patyczku od szaszłyków, w ostateczności opaska na główkę z postacią, którą zagra maluch. Zaprezentowanie odpowiedniego tekstu, który utrwali zasadę moralną, np. szacunek i pomoc ludziom starszym. Dużo było przy tym radości.

Później zaniepokoił mnie strach, zwłaszcza chłopców przed skakanką.  Obserwowałam zajęcia moich szkolnych pociech, prowadzone przez specjalistę wuefistkę i widziałam ich nieporadność podczas używania skakanki, a wyścigi drużyn często opierały się na kozłowaniu piłki, skakaniu na skakance, czy czołganiu w tunelu. Dziewczynki chyba mają to we krwi, a przynajmniej większość z nich. Pomaga im wszechobecna guma w zabawie na podwórku. Są bardziej wyćwiczone w podskokach. Cóż było robić opracowałam program ” Żeby kózka nie skakała, to by smutne życie miała”. I skakaliśmy, bawiliśmy się przeróżnie przy użyciu tego prostego sprzętu sportowego. Miło było patrzeć, jak chłopcy nie tylko zaczęli sobie znakomicie radzić z tymi skokami, ale nawet do tyłu i na nogach skrzyżowanych. Byłam dumna z siebie i maluszków, kurczątek moich. Przestały bać się wuefu.

Kolejnym ważnym programem, był – ” Mały dżentelmen”. Czasami chłopcy mieli już dosyć bycia dżentelmenami i uprzejmości wobec dziewczyn. Chcieli stanąć w pierwszej parze i poprowadzić klasę do szatni. Robiliśmy taki dzień, ich radowania, tym ustawianiem się, a dziewczynki z wielką opieką i zaangażowaniem ustępowały swoich kolegom. Miło było na to patrzeć i na to, jak jedzą rybę dobierając odpowiednie sztućce, czy w dramie ćwicząc pierwszeństwo, rangę przedstawiając dwie osoby, np. koleżankę z klasy –  swojej babci.

Moją miłością z programów autorskich, oprócz pierwszego z nich, był ostatni „Klasyka dla Smyka – aktywne słuchanie muzyki poważnej”.  Przy użyciu kolorowych, zwiewnych chusteczek, czy drewnianych pałeczek tańczyliśmy w rytm hitów muzyki klasycznej.  Już na zawsze zapamiętają i to z dobrym skojarzeniem „Zimę z Czterech pór roku” Vivaldiego. Kiedy to tańczyły, taniec zmarzniętego wróbelka, czy zwiewny i powiewny taniec z chustkami tiulowymi do walców Straussa. Nie chodziło o zrobienie z nich melomanów, tylko danie im możliwości zapoznania się i z taką muzyką, nie tylko wszechobecnym Sławomirem i słowami (o zgrozo) jego utworów. Wiecie, jaką muzykę najczęściej słyszałam dzwoniąc do rodzica mojego ucznia? Tak, discopolo. Wszystko dobrze, nie będę dyskutowała o gustach i zwracała uwagi, co wnoszą słowa tychże utworów, ale skoro takie jest „czekadełko” w telefonie rodzica, to co leci na okrągło w ich domach?  Wszystko jest dla ludzi, ale.. . Skąd i kiedy te maluchy będą mogły poznać koncerty muzyki klasycznej z filharmonii. Uważałam, że to moje zadanie. I bawiliśmy się znakomicie. Dziewczynki często w przerwach biegły po chusteczki, zakładały na paluszki i prosiły o nastawienie Czajkowskiego, bo jak to określały „Muzyka ich porywa”. „Dziadek do orzechów” i  ” Jezioro łabędzie”, zawiera mnóstwo urokliwych hitów do potańcowania, jak baletnica.

To cudowne patrzeć, jak masz możliwość kształtowania tego małego, ufnego, dobrego człowieczka. Ta praca miała największą wartość. Czuję, że ta wcześniejsza emerytura, to krzywda i łamanie mnie. Ja już za nimi tęsknię. Przecież urodziłam się dla nich.