Sposób na dentystę! Uduchowić go?

Zawsze miałam marne zęby i musiałam więcej o nie dbać. Wizyta za wizytą. Tu borowanko, tam borowanko, piaskowanie, kanały, szyjki odkryte, och! A jestem wytrzymała na ból, a może raczej staram się i to bardzo. I karna! Jak trzeba, to trzeba! Łzy płyną zewnętrznymi kącikami oczu, pośladki spięte, twarde, że orzechy rozbijać można, zastygła w bólu trwam. I tak leżąc na fotelu dentystycznym wiele lat temu znalazłam sposób, jak pomóc sobie i przekuć cierpienie, w sens.

Zawsze z przerażeniem  i skręcającym bólem przyjmowałam wiadomość, że komuś  zmarło dziecko. To jest niewyobrażalna tragedia i  tylko tego bałam się i boję. Nic gorszego nie może spotkać człowieka. Wierzę w pomoc dusz, które poszły w zaświaty, ich opiekę tu nad nami. Więc modlę się za ich pokój, a zwłaszcza za zelżenie bólu ich rodziców, aby choć trochę było im łatwiej przeżywać dzień za dniem. Może mają rozliczne zajęcia, głowa zaprzątnięta i tylko od czasu do czasu, na chwilę pozwolą sobie wrócić do ich tragedii. Gorzej o północy i poranku; ciało budzi się, a wraz z nim świadomość i ten ból, który spala żywcem. Jakże ja im współczuję. Boże, jak bardzo współczuję. Biegnąc  raniutko do pracy, zaczynałam się modlić. Najpierw za młodych, ich rodziców, a później za struszków naszych bliskich sercu, lub mało znanych.

Na którejś wizycie, leżąc tak na tym fotelu i patrząc w sufit, kiedy miła pani doktor dłubie mi haczykiem w zębach, myślę o tych dzieciach, ich rodzicach, rodzeństwu. Gdyby można było płacić za zelżenie ich bólu, brałabym dodatkową pracę na ten cel.

A teraz mogę tylko ofiarować swój ból za nich. Im mocnej boli, tym większa ofiara, bo dawać takie sobie cosik, to marnie wygląda. Jak łzy płyną z oczu, ja mocniej wczuwam się w ból tych rodziców. I czymże wówczas jest moje maleńkie chwilowe cierpienie? Niczym!! Naprawdę niczym. Czuję całą sobą ogrom ich bólu i marność teraz mojego. To naprawdę pomaga.

Wczoraj byłam na tym fotelu i jutro też idę, bo niedokończone szlifowanie odkrytych szyjek. Byłam spytana o znieczulenie, ale dawno już go nie miałam i jakoś przeżywałam, to i dziś przeżyję, a przynajmniej nie pozbędę się okazji pomyślenia o nich mocniej. Powiecie, że to trąca o świadome zadawanie sobie bólu, kiedy można było go nie czuć. Odpowiem nie, bo to nie jest zadawanie sobie bólu dla bólu, tylko danie coś z siebie innym. Może naciągane ktoś pomyśli, ale dla mnie ma sens. Poczuć, że życie to nie tylko miód z mlekiem gładko płynący. Może niejeden pomyśli, „i po co dorzucać sobie cierpienia, jak można go uniknąć”.  I może ma rację. Nie wiem, czy moja metoda jest dla Was? Ja przytaczam ją po to, aby pokazać taką stronę podejścia do bólu i wykucia z tego czegoś dobrego. Zawsze czułam ich pomoc, nawet jak tonęłam one podawały mi pomocną dłoń.  Moje duszyczki, nigdy ich nie opuszczę i wierzę, że i one mnie. Zapytacie, skąd wiem, że tę właśnie duszyczkę mam wziąć pod lupę i do swego serca?  Nie umiem tego wytłumaczyć, ale wraz ze złą wieścią idzie taki ból.  On mnie nagarnia, przenika do szpiku i zostaje w każdej komórce, choć nigdy tej osoby nie widziałam. Najbardziej, najmocniej jest ze mną młody, bo 16 letni Marcin Z.

Dla tych, którzy boją się czegoś, wiedzą że będą cierpieć, może jest to rada, ofiarować swój ból za coś, za kogoś. Każdy może mieć swoją intencję. Ja martwię się nie tyle o te młode duszyczki, bo one już hasają po łąkach nieba, co o ból rodziców. A przecież dla takiego dziecka, tu, czy  tam w zaświatach musi to być ważne, że ktoś prawdziwie czuje  ból  mamy, taty, brata, siostry i prosi Boga o pomoc dla nich, ulżenie im, choć na chwilę. Wiem, że są mi za to wdzięczne.  Powiecie skąd wiesz? Czuję tak i widzę namacalne znaki, pomoc.
M
am swoje duszyczki, takie od lat,  które przychodziły do mnie z biegiem czasu. Najpierw były; Karolina i Marta, później doszedł Marcin i wkrótce Kuba i tak kolejno następne istotki wybierały mnie. Jakoś tak w jednej chwili, słysząc o ich tragedii,  czułam, jak ona obejmuje mnie całą i już zostaje. Myślę, że to one mnie wybrały, nie ja ich. Towarzyszą mi od około 10 lat.  Tylko jedyną było mi dane poznać osobiście, Karolinę.
Karolina! (chyba 21 lat) Była dziewczyną bratanka mojego drugiego męża. Miała małego synka. Jako 19 latka postanowiła urodzić dzieciątko. Dała życie, choć na pewno nie było jej łatwo. Teraz zaocznie zdawała maturę. Ambitna, solidna dziewczyna, o pięknych czarnych oczach, spokojnie patrzących. To ona z czwórki osób w samochodzie zginęła, wracali z Andrzejek. Kierowca był pijany.

Marta! ( ok.25 lat). Była dziewczyna starszego syna Romualda. Widziałam ją tylko na zdjęciach. Bardzo urodziwa. Zawzięła się i za drugim podejściem dostała na studia, administrację. W kilka dni poczuła się źle, podejrzewali zapalenie opon mózgowych. Szpital, leczenie, lepsze samopoczucie i w dniu wypisu zmarła. Boże ileż cierpienia, odchodzi ich jedyna córka, a świat stał otworem przed nią.

 Marcin Ziajkowski! 16 latek, zginął przygnieciony żelazną konstrukcją w opuszczonej hali „Blaszanki”.  Poszli całą paczką poskakać w opuszczonym miejscu. Mój Hubert znał go, kolega, mieszkał ulicę dalej. Młodsze dziecko tych państwa. Z okien widziałam palące się znicze, w miejscu, gdzie zmarł, kiedy koledzy wynieśli go spod prętów. Ojciec szalał z rozpaczy.

 Kuba Chamerski! (ok.28 lat) syn nauczycieli. Nie znałam tego chłopca, tylko czasem słyszałam o jego kłopotach małych lub większych i wtedy modliłam się, aby odnalazł miejsce dobre dla siebie na tym świecie, a gwiazdka pomyślności i jemu niech w końcu zaświeci. Rozbił się na drzewie, przez prawie tydzień leżał w kostnicy, aż powiadomiono rodziców o tej tragedii (nie wiem dlaczego tak późno). To było ich jedyne dziecko. Ojciec tak wielu sytuacji żałuje, że tego nie powiedział, nie przytulił, czy że tamto powiedział.., zrobił. A teraz za późno. Współczuję.

Młody, 17 letni chłopiec, który zamarzł w górach. Wyszedł  za dnia na wędrówkę, pogoda raptownie zmieniła się i nie mógł odnaleźć drogi powrotnej. Usłyszałam o tym w wiadomościach i skręciło z bólu. Jego szamotanina i strach. Został. Nie znalazł drogi do życia.

„Szczęśliwy” 19 latek, bo jechał z kolegami na swoją studniówkę. Wypadek samochodowy i już po szczęściu. Miała być radość i życie otworem!! Całe piękne  przed nim. Te słowa doleciały do mnie z radia. Pamiętam, jak ścierpłam i zastygłam. To był czas, kiedy moja Konstancja była świeżo po studniówce. Zapamiętałam go i jest już ze mną ..

Sylwia Kalsztein ! (35 parę lat), mądra chemiczka, zdolna, długo starała się o swoje dzieciątko. Urodziła! Szczęście.. na krótko. Pękł tętniak, zmarła. Jedyne dziecko naszej byłej pani wicedyrektor. Ledwo  wyszła z jednej tragedii, zmarł jej kochany mąż, a teraz Córeczka. Jak żyć!

Emilka Bartkowska ! (28 lat), drogo zapłaciła za miłość do gór. Dowiedziałam się z paseczka u dołu ekranu telewizora. Później okazało się, że to córka nauczycielki, ale nie z mojej szkoły. Nietuzinkowa, artystyczna dusza. Tak i teraz o jej duszę mi chodzi, a jeszcze bardziej o mamę. Poznałam ją na spotkaniach pedagogów,  miła, skromna. To było jej jedyne, kochane, wymarzone, wyczekane dziecko. Kochana Emilka, czasu nie miała w tym życiu, pasje tak. Żal, jak każdego młodego istnienia, ale jeszcze bardziej rodziców. Muszą z tą tragedią żyć. Jak?

To były najukochańsze dzieci, czyjaś siostra i brat, wnuczka, wnuk.

Wiem smutny temat, ale takie też jest życie. A mój blog, to więcej niż spowiedź. Na spowiedzi powiesz np., ” miałem grzeszne myśli” i nie zagłębiasz się w detale, a ja w swoich listach chcę, choć spodziewam się, że różnie może być odebrane. Zależy mi jednak, aby był szczery i poruszał także tematy kontrowersyjne, innym razem wesołe do posiusiania, czy z nutą zadumy, do refleksji, smutku.

Darujcie mi jeśli kogoś zasmuciłam, to nie było moim zamiarem. Już kiedyś chciałam Wam o tej metodzie przekuwania bólu w wartość napisać, ale się zawstydziłam,  pomyślałam, że zbyt osobiste, moje, w pewien sposób intymne. Odważyłam się, bo może to komuś pozwoli popatrzeć inaczej na niejedno; ból, wiarę, uduchowienie, więź, tragedię, swoje cierpienie.. . Spodziewam się, że niejeden popuka się w głowę i powie, „och Basia, Baśka, po co komplikować, jak boli to znieczulić i tyle”, albo „uparłaś się na więź z duszyczkami, a jeśli ich nie ma”? Zrozumiem  całkowicie taki punkt widzenia, on też ma sens. Ja chciała wtajemniczyć Was w mój.

Bez moich duszyczek, byłabym jakaś wybrakowana.

Z nimi wymyśliłam swój sposób na dentystę. Może także teraz Twój!

Dziedzictwo, którego nie zatrze czas

Wczoraj był wpis o radowaniu się życiem, dziś dla równowagi temat refleksyjny. Coś do zadumy i chwilowego zamyślenia, może tak między tym a tamtym, a może popijając gorzką kawę zastanowimy się –  „Jakim zostanę w pamięci”? „Ile dobrego będzie można o mnie powiedzieć”?

Jak wiecie lubię zatrzymać autko na Grobli, czy Świętej Barbary (jest między innymi patronką dobrej śmierci) i moje butki tupią w kierunku salonu, mijając kościół mojej imienniczki. Najczęściej zachodzę tam na chwilę. Lubię zimny zapach murów kruchty i ten spokój, słychać bicie serca i czujesz, żeś z Nim oko w oko i przez to może lepiej słyszy, co mówisz w myślach. Są takie dni, kiedy nie czuję się godna przekroczenia progu świątyni. Jak to zrobić, skoro z tyłu głowy chodzą myśli grzeszne, a w planach masz czas radowania swego ciała i jesteś przed lub po. No ni jak stanąć przed obliczem, kiedy pył grzechu jeszcze nie opadł.

To był czwartek, żadne myśli grzeszne, nie nachodziły mnie, więc śmiało wstąpiłam do mojego miejsca próśb i podziękowań. A tu pogrzeb. Postałam chwilę, bo ktoś tak pięknie przemawiał, że przykuło to moją uwagę, a czasu trochę miałam.  Zdumiewające, ile można dowiedzieć się o człowieku, na jego pogrzebie. Musiała to być wyjątkowa osoba, mowa była tak szczera, zwyczajna, złożona z prostych zdań, mówiąca nie tyle o zasługach, co o przymiotach duszy i ciała tej, która żegnała ten padół ziemski. Wspominano sytuacje domowe, zdarzenia osobiste jej przyjaciół, w których widać, że wiele osób pamięta dobre uczynki, słowa.. .  Medale i odznaczenia nie wchodziły w grę, tylko małe, a znaczące i ciężkie gatunkowo dla danej osoby, czyny tej na katafalku. A gwoździem programu stała się mała dziewczynka, która powiedziała dwa zadania, że babcia smażyła najlepsze naleśniki i miała ładne czerwone szminki.

Hm, jakie zostawić dziedzictwo, którego nie zatrze czas, myślałam biegnąc do salonu. Biegłam, bo trochę mi zeszło wśród żałobników. Biedna ze mnie dziewczyna, to majątku nie zostawię na zbożny cel. Fundacji nie ufunduję i nagród dla najzdolniejszych też nie. Muszę zdać się na pamięć ludzką i te moje uczynki dla maluczkich. Chyba moje dzieci, siostrzyczka kochana, brat i te istotki, dla których byłam drugą mamą, kochaną panią („jest pani najlepsza w całej galaktyce”, słowa z jednej z laurek z 1996 r.) przemówią za mną w moim imieniu. To w ich pamięci zostanę.

Pogrzeby sprawiają, że zaczynamy robić bilans własnego życia.  Zastanawiamy się dokąd wiedzie nas ta podróż, w jakim kierunku zmierzamy i co po sobie zostawimy, kiedy dobiegnie końca. Dziedzictwo, którego nie zatrze czas, będzie trwało w sercach innych ludzi.

Życie wspaniałym prezentem jest!

Czyż nie mieliście czasami takich myśli, „jak to dobrze, że urodziłem się. Istnieję i mam możliwość poznawania tego świata”.

Prawie każdy z Was ma kogoś w rodzinie, kto nie może począć dzieciątka lub donosić. Ostanie lata obfitują w problemy z ciążą. A my jesteśmy!! Myślimy z wdzięcznością o naszych rodzicach, że dali nam życie. Mamy czas na wędrowanie po  swojej drodze, tu na Ziemi. Na kazaniu słyszę, – ” do niczego w życiu zbytnio nie przywiązujcie się, ani tego co dobre, ani złe”.  Cóż trudne. Dobro pragniemy zatrzymać, jak najdłużej, jeśli nie wiecznie.

Dobra passa przychodzi i odchodzi, ale zła na szczęście  też! Z każdej sytuacji wyciągajmy wnioski dla siebie.  Jest takie stare powiedzenie, które pomaga ludziom przetrwać trudne chwile, zawirowania i rozpacz: „I to przeminie”. Wcześniej, czy później wszystko się zmienia. Te słowa piszę do tych, co w rozpaczy są. Pozwólcie się ponieść rzece, jaką jest życie. Zawsze wyniesie was na spokojniejsze wody. Bystry nurt nie trwa wiecznie. Do tych, co się wahają i nie mogą podjąć decyzji, podpowiedzią może będzie, że czasem trzeba poświęcić bezpieczeństwo, które daje Ci…, by zyskać coś lepszego.

  Z biegiem lat przekonamy się, że nie zawsze można uznać wszechświat za przyjazny, a i tak cieszymy się z zaproszenia na ucztę, zwaną Życiem!

Wśród najwspanialszych darów, jakie zesłał mi los, na pierwszym miejscu jest macierzyństwo. To prawdziwy cud!

Życie można przeżyć na dwa sposoby: albo tak, jakby nic nie było cudem, albo tak, jakby cudem było wszystko”. Patrzę na swoje życie i myślę, że mi dane było najpierw zdecydować się na pierwszy sposób, aby w wieku dojrzałym przejść na drugi, weselszy. Problem z cudami polega na tym, że nie zawsze potrafimy je dostrzec. Tajemnica tkwi w tym, aby w bałaganie zdarzeń znaleźć cud. Wiem, to trudne zadanie, zwłaszcza kiedy starasz się być poukładanym i nie mrużysz oczy, tylko szeroko trzymasz otwarte i w niczym nie pobłażasz. Podam przykład; walczysz z nadwagą, i ni w ząb nie wychodzi, ani na dłuższą, ani na krótszą metę. Czujesz cud? Nie! A to dlatego, że twoje myślenie jest takie, ” będę szczupła – będę seksowna”. Nie całkiem prawda, znam wiele koleżanek, które mają parę kilogramów  za dużo i są niezmiernie apetyczne. To ciałko jest do schrupania przez faceta, ale one tego nie czują, nie ubierają seksownej bielizny, bo chcą się zakrywać, nie odkrywać.

Przekłuj to na cud. Zaakceptuj siebie i dbaj o te kilogramy co masz, pielęgnuj ciało, ładnie ubieraj się, jak nie teraz to kiedy, maluj delikatnie, lub podkreślaj jedno mocno, np. (oczy), drugie wcale (usta). Zadbaj o czas na pasje. Rób coś dla siebie, zmuś rodzinę, aby zauważali Twoje potrzeby. Naucz ich swoim przykładem, ze oprócz obowiązków masz prawa.  A poczujesz, że życie to prezent, nie zawsze  opakowany w złoty papier, ale ten kolorowy nic nie  gorszy, tylko inny i niejeden woli kolory, niż opatrzone piękno  złota. Często nasze życie, ten prezent nie jest przewiązany jedwabną kokardą, ale i tak jest dobrym prezentem, bo my dbamy o  wnętrze.

Pomyśl, co tam wrzucisz?  Władzę, bogactwo, sławę, nagrody, medale, pracoholizm..  W ostatecznym rozrachunku, czy te rzeczy mają znaczenie? Czy było miejsce na miłość?  Pomyślcie za co chcielibyście być zapamiętani? Ja już myślałam. Za serce dla dzieci moich i nie moich. Rodząc się nic nie przynosimy na świat i nic nie możemy zabrać.

Kochani żyjmy tak, abyśmy w godzinie śmierci, nie odkryli, że nie żyliśmy!

 

” W ciemnej dolinie..”. Mój kochany Syn.

Kto z nas nie miał wrażenia, że błądzi w ciemnej dolinie? Nie mógł sobie z czymś, czy kimś poradzić. Próbował znaleźć rozwiązanie. Samotnie borykał z problemem, myślał o nim skoro świt i zasypiał z nim. W końcu zaczął poszukiwania rady wśród zaufanych osób. Jedni radzili to, inni przeciwnie. I nadal nie wiedziałeś, co zrobić. A może uciec się do Boga i ona modlitwa pomoże. Niezależnie, czy wierzysz, czy nie. Coś trzeba robić, czegoś się chwycić. I znajdujesz pomoc, dostajesz myśl, która jest kluczem i początkiem domina zdarzeń do szczęśliwego końca. A może błądzisz dalej w swojej ciemnej dolinie.

 Pytacie teraz, o czym mowa Basiu w tym wpisie, do czego dążysz? Chcę napisać o tym, jak czasami niewiele trzeba, aby wyjść z impasu. Wystarczy przełamać się wyciągnąć dłoń.. . Chcę się z Wami podzielić historią, która spędzała sen z powiek, leżała kamieniem na sercu i tępiła radość życia. A tak niewiele trzeba było, aby płakać ze szczęścia!

 Jestem osobą naznaczoną, tak myślałam wiele razy, przez całe moje dorosłe życie. Pomyślicie, co to za naznaczenie? Opieka. Opieka Boga, Siły Wyższej. Zawsze, nawet w najtrudniejszych chwilach czułam, że nie jestem sama! Nigdy mnie nie zostawił. Nigdy, choć były momenty w moim życiu, że nie zasługiwałam, aby trwać przy mnie. I nie wiem, czy to nasza wiara i w związku z tym taka, a nie inna interpretacja, tego co później nastąpiło? Czy po prostu nasza siła i mądrość, nasze działanie bez podpowiedzi. Ja stawiam na opiekę boską.

Wszelkie żale, dylematy, rozterki, lęki, wątpliwości, nadzieje i burzliwe porywy zostawiam Jemu. Klęczę w kruchcie, pod drzwiami. Prosząc!

Psalm 23 „Pan jest mym pasterzem, niczego mi nie braknie”, jest łatwy do zapamiętania i zawsze przynosi pociechę. Lubię psalmy. Łatwo sobie wyobrazić zbłąkaną i  przerażoną owcę na wzgórzu. A ile razy Ty się tak czułeś,  nie wiedząc co zrobić? Zagubiony.. i nawet, kiedy śmiałeś się, Twój problem stał za Tobą i ciągle było źle. Czułeś bezsilność, bo w którą stronę iść, aby bardziej nie zbłądzić? Nie oddalić się. Jesteś w rozpaczy, depresji, zwątpieniu.. . Często nie pozwalasz sobie pomóc. Bo Twój ból jest tylko Twoim.

 

Nie mam gotowej rady, opowiem Ci, co ja uczyniłam z moim kamieniem na sercu. Mój syn, pierworodne dziecko, wkrótce po rozwodzie swoich rodziców i  ukończeniu technikum wyjechał do Danii. Nie mając tam nikogo bliskiego, do wszystkiego  doszedł sam, cierpiąc niejedno. Podziwiam go. W obcym kraju.. . Jest tam do dziś. Dzwonił czasami, ale nie za często, za to długo prowadził rozmowy.  Z trójki moich dzieci, właśnie z nim, z synem nie zawsze potrafiłam rozmawiać. Nigdy nie wiedziałam, czym i co może go zdenerwować. Kilka miesięcy temu rozstaliśmy się w gniewie, po takiej rozmowie. Jak zwykle spłakałam się.. . Mijały dni, tygodnie i miesiące. Początek był trudny, później wyciszenie, aby przeszło w tęsknotę.

Z myślą, co u niego otwierałam i zamykałam oczy.

Ta niewiedza, czy jest zdrowy, czy zakochał się, a może nadal ubolewa z samotności, czy ma pracę, i co jeść.. .Chciałam to wiedzieć, ale bałam się rozmowy z nim. Tak łatwo zapala się,  choć później szybko żałuje, ale co powiedział, jest i  brzmi w głowie.

Codziennie ćwiczę jazdę, podjeżdżam w dobre miejsce do parkowania (z dala, ale nie płatne) i ulicą św. Barbary maszeruję co nieco pomasować tych, co chcą. Mijam kościół mojej imienniczki, wstępuję na chwilę i w ciszy wilgotnej kruchty modlę się swoimi słowami. Ostatnio już mocno przybita tą sytuacją miedzy mną a dzieckiem, proszę usilnie matkę Jezusa o opiekę nad moim synem, mówiąc- ” Ty, jako matka martwiłaś się tu na Ziemi o swoje dziecko, zaopiekuj się teraz moim, tam na obczyźnie. I pomóż nam”. Następnego dnia, nie mając tego w planach, przed wyjściem z domu siadam i jakby mi coś kazało, w jednej chwili piszę maila, sms z kilkoma zdaniami do Syna, aby nie gniewał się i co u niego?Poszło!

Z bijącym sercem jadę, wstępuję do znajomej kruchty i nadal szepczę do tej wyjątkowej matki słowa trwogi.  Co chwilę zaglądam w telefonik i nic. Nie ma ani słowa. Myśli różne wędrują po głowie, okraszone niepokojem w sercu. I jest!! Dostaję po kilku godzinach najpiękniejsze słowa, jakie matka może przeczytać od swojego dziecka. Przepraszając wyznaje, że tęsknił i kocha Cię, nazywając najlepsza mamusią. Choć byłam w pracy płakałam, płakałam ze szczęścia. Nie nad klientem, bo biedaczysko nie wiedziałby, czym mnie tak zasmucił.

Jakby mi darowano więcej, niż mogę unieść i pomieścić w sercu. Moje dzieci i ich dobro, jest największym szczęściem, pewnie jak dla każdej mamy.

Wystarczyło tak niewiele, aby świat stał się najpiękniejszy. Kiedy czytam słowa G. Garcia Marquez, ” Być może dla świata jesteś tylko człowiekiem, ale dla niektórych ludzi jesteś całym światem”,  zawsze myślę o moich dzieciach. One są  światem. Dobrze mieć dzieci. Decydujcie się na nie, nie bójcie się.

Placuszki z kurczakiem w roli głównej. „Miałem wspaniałe życie”. Wolontariat w Hospicjum

Podam dwa przepisy na małe co nieco z kurczakiem, ale to tymi, pierwszymi placuszkami zachwyciła się nasza miła komentatorka.

O smutkach tego świata też trzeba umieć mówić. I jak już zauważyliście, nie podaję suchych przepisów kulinarnych, tylko po; albo zabawy z dziećmi, ich przykłady, propozycje, albo temat do przemyślenia. Rzucam hasło, trochę przekazuje swoich myśli, a resztę zostawiam Wam, kochani czytelnicy. Nie powinno być tematów tabu, tylko dlatego, że trudne, kontrowersyjne. Dziś temat do refleksji, rozważań, jak żyć. Ale najpierw coś dla ciała. Jedzonko!!

Placuszki ryżowo-mięsne

Składniki:

  • 2 szklanki ryżu,
  • 2 połówki piersi z kurczaka
  • 2 szklanki mleka
  • 2 łyżki miodu
  • 4 jajka
  • 1/2 strąka świeżej papryczki chili
  • oregano (najlepiej świeże)
  • tłuszcz do głębokiego smażenia
  • sól

Wykonanie

Mleko zagotować z 2 szklankami posolonej wody, wsypać ryż i ugotować. Mięso pokroić na 16 kostek. Chili i oregano umyć, bardzo drobno posiekać, wymieszać z miodem. Teraz wymieszać tę pastę z pokrojonym mięsem, przykryć i wstawić do lodówki. Niech się marynuje. Ryż utrzeć z 2 jajami. Z powstałej masy uformować 16 placuszków. Na środku każdego położyć kostkę mięsa, owinąć bokami placuszka i uformować niedużą kulkę, otoczyć w roztrzepanym jajku. Smażyć na głębokim oleju.

Podawać gorące z sosem żurawinowym, czy czosnkowym (też smakują ciekawie), w razie braku sosu, rozmieszać łyżkę majonezu z przyprawą Vegetą i położyć kleksik obok. A sos czosnkowy robię bardzo prosto – 4 łyżki jogurtu greckiego łącze z 2 łyżkami  majonezu i 2-3 ząbkami czosnku wyciśniętymi przez praskę, solę i gotowe (jak masz i lubisz możesz wkroić kilka gałązek natki pietruszki lub koperku). A można się pokusić o zrobienie sosu pomarańczowo-jabłkowego.

Placki drobiowe nr 2

Składniki: pół kg. piersi z kurczaka, 2 łyżki mąki, 2 jaja, 2 łyżki majonezu, 2 łyżki przyprawy uniwersalnej, !5 dag. sera żółtego, 1 ząbek czosnku, pęczek szczypiorku, olej do smażenia.

Wykonanie

Umyte mięso pokroić w drobną kostkę, ser zetrzeć na małych oczkach, szczypior drobno pokroić. Połączyć razem, dodać mąkę, majonez i czosnek przeciśnięty przez praskę.. Wbić jaja, doprawić do smaku, wymieszać. Smażyć z obu stron na rozgrzanym oleju.

Smacznego! Jutro, jak rano wyjdę, wrócę późno, oj późno, więc nie usmażę tych placuszków, aby wam zaprezentować. Nadrobię te braki w najbliższych dniach.

I jak już usmażymy, pojemy, może wymienimy z bliskimi nasze poglądy na temat:

” Tak żyć, aby niczego nie żałować”.

Zastanówcie się, może nad regułą, zasadą, czyli jak? Jak żyć? Uczciwie, odważnie i … Zachowawczo, statecznie, czy z raczej z fantazją, luzem nie krzywdząc, czy czasem iść po trupach.. ? Niejeden powie „uczciwie”. I to wystarczy?  Pomyślcie, podyskutujcie, może z waszą latoroślą, co oni, młodzi myślą?

Kiedy poznałam mojego przyszłego, drugiego męża nie miałam dla niego zbyt wiele czasu. Byłam wolontariuszką medyczną w Hospicjum ks. E. Dutkiewicza w Gdańsku. Ukończyłam kurs medyczny, aby dowiedzieć się, jak najlepiej pomóc cierpiącym tam ludziom. Wchodziłam na oddział 1-2 razy w tygodniu. Pamiętam w pierwszym roku tylko w soboty, miałam wole od pracy zawodowej, więc mogłam poświęcić ten czas. Już o 8 rano przekraczałam bramę ładnego, zadbanego ogrodu, wchodziłam najpierw do kaplicy św. Baranka, cicha,  kameralna, oświetlona kolorowymi światełkami witraży. W kolejnym roku, każda środa, bo wcześnie kończyłam lekcje i sobota były dla pacjentów. Czułam wielką potrzebę bycia z ludźmi, którzy żegnają ten świat. Sama chciałabym odchodząc czuć dłoń człowieka, nie koniecznie bliskiego, z rodziny, tylko kogoś, kto pomoże przejść. To był motyw, przyczyna, dlaczego? Nie było łatwo, za każdym razem idąc krętymi schodami do chorych, umierających, towarzyszyło mi skupienie i lęk, jak dzisiaj będzie? To były dobre lata. Z biegiem tygodni, miesięcy czułam się, jak u siebie, tylko nadal przejmujący  lęk ogarniał, kiedy miałam pomagać na oddziale dziecięcym. Wychodząc nie mogłam jeść, nie rozmawiałam, musiałam okrzepnąć, aby wrócić do  tego tętniącego życiem świata.

Tam poznałam pana Krzysztofa.  Był moim pierwszym pacjentem, któremu miałam zmienić pościel, z nim w łóżku. Udało się bez problemu (dobrze nauczyli na kursie). Zapamiętałam tego pacjenta bo, po pierwsze był tam stosunkowo długo, a to rzadko się  zdarzało i ogromnie pozytywnie przejmował mnie jego optymizm. Był pogodzony z losem i powtarzał słowa, które wryły się w moja pamięć. „Miałem wspaniałe życie”. Nawet z maską tlenową starał się mówić i słyszałam, „Nikt nie miał lepszego życia niż ja”. To wspaniale móc wypowiedzieć, to zdanie na łóżku śmierci. Potrafić spojrzeć wstecz na swoje życie i być za nie wdzięcznym. Niczego nie żałować. Niczego sobie nie wyrzucać. Nie czuć palącego bólu, że nie zrobiłem TEGO, czy zrobiłem TO! Nie zastanawiać się, co by było, gdyby.

Teraz od wielu lat jestem wolontariuszem akcyjnym i każdego roku z uczniami, pracownikami szkoły bierzemy udział w różnych akcjach, np. „Pola Nadziei”. Kiedyś moja klasa wygrała konkurs „Pociąg marzeń”, a pracowaliśmy przy tym; ja, mój Okruszek i cała klasa Okruszków. Z komina lokomotywy wylatywały gwiazdki z ręcznie wypisanymi marzeniami dzieci. Każde dostało po plecaku, czapeczce.. Tam też je zabieram, nie tylko do filharmonii, bo jestem zapaleńcem muzyki poważnej,  ale Hospicjum, to też życie.