Wypisana?

Nie wiem, co będzie dalej. Chyba jestem wypisana.

Żaden temat nie jest mocno we mnie, albo ja nie jestem gotowa pisać na dany temat, np. o filmie dokumentalnym Sekielskiego. Tylko parę słów.

To, że instytucja, jaką jest kościół katolicki zawiodła niejednego wiernego, to wielu z nas poczuło szereg lat temu, a za tym przyszedł trend opowiedzenia się  za określeniem – „Jestem wierzący, ale niepraktykujący”.

Kapłani, jako ludzie wysokiej moralności -tak przynajmniej powinno być,  zawiedli życiem prywatnym. A to ukrywaną rozwiązłością, wystawnym życiem, bogactwem, szeptami o molestowaniu, pedofilii.. . Po obejrzeniu „Kleru” nasze rozczarowanie kapłanami ugruntowało się. Ale prawdziwy ból i wielki smutek zagościł po obejrzeniu „Tylko nie mów nikomu” Tomasza Sekielskiego.

Może nie byłam przygotowana na taki dokument, no bo film fabularny to inna inszość. Można dodać, wyostrzyć, ubarwić, przerysować, czy podkolorować. A tu widzimy ofiary, które stanęły oko w oko z oprawcami. A nawet takich, co przyznają się do winy.

Pedofilia także w polskim kościele! Wielu domyślało się, podejrzewało, coś tam słyszało. Obejrzało „Kler” i zasmuciło, zaniemówiło, no bo jak tu teraz poradzić sobie z tą wiedzą?  Jak chodzić do takiego kościoła? No jak? Powiecie do Boga, nie do księży. No tak, ale z Bogiem mogę spotkać się  w lesie na spacerze i w szkole na przerwie i w zaciszu swego pokoju, czy jadąc tramwajem do pracy. Mogę.

Kiedy ja tak bardzo lubię przychodzić do świątyni świętej Barbary. Czuję z nią więź. Łączy nas imię. I wierzę, że nie było mi dane ot tak sobie. Ona wzięła mnie w opiekę. A swoją drogą tak bardzo żal mi jej, oddała życie za wiarę chrześcijańską. A co, my ludzie z tą wiarą porobiliśmy. Panie mój, jak Ty na to patrzysz?

Z drugiej strony pomyślałam, przecież nie wrzucisz wszystkich do jednego worka. Zdajemy sobie sprawę, że są ludzie i ludziska, duchowni i DUCHOWNI. Ale ten dokument jednak dobił. Tak po ludzku zrobiło mi się żal tych ludzi, którzy przeszli piekło będąc dzieckiem. Piekło bezbronnej istocie zgotowane przez sługę bożego!! Łatwiej nam te baby księży wybaczyć, i próbujemy tłumaczyć  -„To tylko człowiek i ten cały celibat nie jest mądrym rozwiązaniem..”. Ale dziecko krzywdzić!? Straszne i obrzydliwe zarazem, jak mocno człowiekiem rządzą żądze, że serce i sumienie gubi.

Może przyjdzie nam wierzyć w Boga, nie przypisując go do żadnej religii? Takie tam moje małe myślenie. Już nie wiem co myśleć, potrząsnęło mną.

Powiecie, co ten ślimak tu robi? To istota żywa szukająca miejsca. Może w szeregu..

 

Reklamy

Słowa Ewangelii, a kazanie

Sobota wieczór. Prosto z pracy.

Usiadłam  zmęczona na ławeczce w kruchcie kościoła mojej imienniczki. Lubię do niej przychodzić. Jakoś czuję, że jest „po mojej stronie” i zawsze pomaga. Ubolewam tylko nad jednym. Nad kazaniami tu głoszonymi. Jestem z tych ludzi, co żyją już trochę lat, ale nadal bardzo pragną wiedzieć więcej, potrzebują słów tłumaczących, często trudne w swoim przekazie słowa ewangelii.

Kiedy to straszą, że kamień na kamieniu nie ostanie, że należy wyciąć w pień, zgładzić, spalić na proch.. Siedzę taka przestraszona lub najeżona i myślę – „Bóg nie jest taki okrutny, niemiłosierny, niemożliwe”.

I właśnie na mszy jest czas przełożenia słów Jezusa z danej przypowieści na nasz obecny grunt. I co słyszysz? Albo oderwany od ewangelii polityczny bełkot,  czytanie stękającym tonem, bez właściwej interpunkcji, kazań- notatek, w poblakłym kajecie. Nie przystających do dzisiejszego człowieka, który potrzebuje docenienia jego starań. Pomocy, wiary w jego możliwości i takiej ludzkiej troski o jego duszę, a nie krzyku „Kiedy się nawrócisz”!

Chyba problem ze mną polega na tym, że ja z tej pracy taka umęczona fizycznie, biegnę wręcz, aby zdążyć na czas i posłuchać, jaka dzisiaj będzie ewangelia i jak naświetli ją ksiądz. Na czas jej czytania kamienieję, aby nie przeoczyć żadnego słowa, nie uronić, żadnej wypowiedzianej myśli. I zanim ksiądz zacznie kazanie, czyli objaśnianie słów Boga, w mojej głowie i sercu przelatuje wiele myśli, jak to będzie przełożone z biblijnego języka na realia życia.

No i masz ci los. Na mównicę znowu wychodzi staruszek nad staruszki, otwiera pożółkłe karteluszki i zaczyna stękanie nieczytanych już rok notatek. Słuchać tego trudno, a co dopiero czuć zgodę na jego interpretację. Nie mam na to siły. Chcę chodzić do św. Barbary, ale ten proboszcz wykończy mnie. Chyba jednak nie doczekam się innego duchownego, który głosić będzie kazania. W dzisiejszych czasach, dobie łatwego dostępu do wszelakiej wiedzy, także do streszczeń i objaśnień słowa Bożego, mógłby ten człowiek postarać się, poszukać, poszperać, jechać na jakieś przygotowania do głoszenia kazań, odświeżyć swoje możliwości w tym względzie. On sam lepiej poczułby się, tak pewniej, nie mówiąc o korzyściach wiernych słuchaczy. Przecież to wielka odpowiedzialność wyjść przed tych zebranych i objaśniać słowa Jezusa.  Przepraszam was, ale kipi we mnie rozgoryczenie. A kazanie wysłuchane w sobotę wieczorem dobiło mnie. Była czytana przypowieść o drzewie figowym, co już siedem lat nie wydało owoców i gospodarz rozkazał wyciąć, bo nie ma pożytku. Opiekuńczy ogrodnik uprosił jeszcze rok, oferując wzmożoną troskę nad tym drzewkiem. Na tym kończą się słowa z Ewangelii św. Łukasza. Nie wiem, czy drzewo dostało ostatnią szansę.

Historia o „Nieurodzajnym figowcu” Łk 13,1-9 wzywa słuchaczy do nawrócenia. Do przemiany swojego życia. I teraz jeśli jesteśmy skupieni, następuję nasze spojrzenie i przemyślenie siebie w świetle słowa Bożego.

Jeśli mam coś „za skórą”, coś przygniata moje sumienie, to z lękiem, albo przeciwnie –  „stawianiem się okoniem” przychodzi mi zastanawianie się, jak to słowo odnosi się do mojego życia? Ciężko jest obiektywnie przyjrzeć się sobie samemu i swojemu życiu. Chciałoby się powiedzieć – „Ja! Nie mam się z czego nawracać, nie czynię  niczego niestosownego, a już broń Boże złego”.

I tu bez groźby, bez karcenia księdza paluszkiem mogłaby nastąpić wymowna chwila milczenia, zastanowienia. Czas bym zatrzymał się i przypatrzył wszystkiemu, co mnie otacza, bym zastanowił się, jakim jestem człowiekiem? Jakie są owoce mojego życia?  Po to jest dzisiejsza przypowieść. Ma obudzić sumienie i chęć powrotu na dobrą drogę.

Wrócę do kazania. Najpierw kilka zdań sloganów nic nie wnoszących, a następnie, została nam przeczytana notatka, opowiadanie, jak to pewne małżeństwo wybrało się na dwutygodniowy urlop. I mąż obiecał sobie, że przez  ten czas będzie dobry, serdeczny i uprzejmy dla żony. No i starał się: nie krzyczał, nie przeklinał, nie denerwował (cytuję dokładnie opowiadanie księdza). Po dwóch tygodniach, w noc przed wyjazdem, żona rozpłakała się. Mąż nie wie, co myśleć. Przecież byłem dla niej dobry, starałem się, zmieniłem, a ona smutna. Więc pyta – „Co się stało kochanie”? Na co żona chlipiąc mówi

-„Czy ty wiesz coś, o czym ja nie wiem”? Jestem chora? Może lekarz spotkał się z tobą i powiedział, że moje dni są policzone, dlatego jesteś taki czuły, opiekuńczy, kochający”?

Zobaczcie, jakie to straszne. Mąż, żona na co dzień powinni być czuli, troskliwi. A my upatrujemy  podstępu, jak nasz bliźni życzliwym jest, a mąż kochającym. I to było smutnym, w tym starym chyba z czasów komunizmu kazaniu. Wiem, że ksiądz przytoczył tę historię, bo zawierała postanowienie zmiany, nawrócenia męża z byle jakiego na dobrego.. .

Ja będąc duchownym, stanęłabym przed ludźmi i powiedziała

Kochani jesteście tu ze mną,  w tym miejscu. A mogliście leżeć na kanapie z pilotem. Jest sobota wieczór, niejeden z was prosto po pracy, nie wrócił zjeść, usiąść spokojnie, tylko przybiegł pokłonić się Panu, wyciszyć, naładować ducha, jak baterię i posłuchać słowa Bożego. A ono dzisiaj upomina nas – Zatrzymajcie się, zastanówcie, czy nie idziecie złą ścieżką?! Nie będę groził palcem, ani grzmiał na was z założeniem, że coś źle robicie, bo zapewne każdy z Was stara się, jak może. Nikt przecież nie chce żyć źle, być złym. Ale jeśli możecie coś zmienić na lepsze, udoskonalić swoje relacje z bliźnimi, zróbcie to, nie czekajcie. Życie jest krótkie. Już czas. Jezus prosi o wydawanie owoców waszego dobra. Wiem, że zmiany nie przychodzą nam łatwo, że boimy się ich. Zadomowiliśmy się w pewien sposób w naszej bylejakości, ale może dziś jest ten czas. Czas waszej odwagi. Nawrócenia z tej obranej, a przecież ciążącej Wam drogi. Bóg jest cierpliwy. On czeka. Na Twoją decyzję też. Pomyśl dziecko, co chcesz zmienić? Ja jestem z Tobą.

Czy to nie byłoby budującym i łatwiejszym w przełknięciu słów o zmianie. W pewien sposób zachęcającym do uczciwego przyjrzenia się sobie i naszym owocom dobra. Czy są, jakie, ile.. ? I samemu podjęcia tej decyzji. Nakazami krzykiem  nigdy za wiele nie zdziałamy. Człowiek lubi czuć, że ma wpływ na swoje życie. Tak bez nacisku, straszenia zagładą. Nie jestem teologiem, ale tego opowiadania o chłopie, co na 2 tygodnie zmienił się i był taki jaki powinien zawsze być dla żony nie przytaczałabym.

Nie wiem, skąd wziąć pieniądze na studia teologiczne. Ale zaczynam myśleć, że Bóg jest lepszy, niż ksiądz głosi nam. A swoją drogą, czy nie można trochę pożyć na tym świecie, nie czyniąc zła, ale i dobra innym też nie za wiele. Pomyśleć o sobie. Czy nie mogą istnieć takie jednostki, co nie dawały siebie samego w ofierze na tacy drugiemu, ale też i nie wyrządzały krzywdy?? Stały, rosły z boku w cichości i spokoju. Nie wychylając się, ani w prawo ani lewo. Były może za mocno dla siebie, ale nigdy nie umiały skomunikować się z tym światem. Czy trzeba je wyciąć w pień? Czy wszyscy musimy być tacy płodni w dobre uczynki, nie wystarczy żyć nie krzywdząc..? Pewnie niejeden z Was powie, że takie myślenie zahacza o herezję. Cóż teologia mi się kłania. Póki co, zmykam do łóżka. Dobranoc wierni czytacze.

„Przysięgałaś przed Bogiem!”

Poruszę dziś temat, którego nie sądziłam, że powinnam, a raczej, że mam potrzebę. Ale moja znajoma, też mama trójki dzieci, przeżywa natłok myśli i chce wiedzieć, jak ja to zrobiłam. Jak udało się odejść, kiedy odpowiadałam za trójeczkę Okruszków.

– „Przysięgałaś przed Bogiem!!!”.

Takie słowa usłyszała kobieta, kiedy poprosiła męża o rozwód.

Nie namawiam nikogo do rozwodu. Przeżyłam go i wiem, co to jest. Choć może nie do końca, bo mój był łagodny, bez szarpania. Sama napisałam wniosek, swoimi słowami opisałam nasze małżeństwo, na końcu prosząc o potwierdzenie urzędowe, tego, co i tak już ma miejsce. Wyprowadziłam się rok wcześniej, mieliśmy rozdzielność majątkową i nie sypialiśmy razem od 12 lat. Ja zrzekłam się wszystkiego, bo przecież weszłam do jego mieszkania po babci. Wzięłam tylko meble ze swojego pokoju (kupiłam je z nagrody dyrektorskiej). Nie byliśmy bogaci, nie było czego dzielić. Do sądu przed rozprawą złożyłam też oświadczenie, że zrzekam się alimentów na dzieci (11, 15, 18 lat), argumentując, że to dobry człowiek, i jak będzie na coś potrzeba pomocy finansowej,  to na pewno wesprze, jak będzie miał. Sąd i tak zasądził, motywując, że chodzi o dobro dzieci. Zapytał, ile potrzebuję na utrzymanie dzieci. Kuląc się, że muszę jakąś kwotę podać, wyszeptałam 200 zł. Na co sąd zwrócił się do protokolanta; -„Proszę zaprotokołować: każdego do 10 dnia miesiąca, należy uiścić na konto Barbary… po 200 zł na każde z trójki dzieci”. Szybciutko podniosłam dwa paluszki, jak grzeczne dziecko w klasie,  wstałam i wyjąkałam, że chodziło mi o 200 zł na całą trójkę dzieci. Sąd zmierzył mnie tylko demonicznym wzrokiem. Zamilkłam. Ale było po mojemu. Wychodząc z przytłaczającego gmachu, zatrzymaliśmy się na chwilę, przytuliliśmy. On życzył mi uwagi na siebie, a ja przeprosiłam i potwierdziłam, że nie chcę alimentów. Jak będę w biedzie poproszę.

Chciałam rozwodu, bo miałam nadzieję! Nadzieję na lepsze jutro, którego przecież już niewiele zostało.  Gdybym nie poznała dobrego człowieka, (hm zastanawiające, kolejnego dobrego człowieka i nic) nie ruszyłabym się z trójką dzieci. Nie miałam swojego dachu nad głową, a pensja nauczyciela na niewiele  zdałaby się. Gdybym wynajęła pokoik, to gdzie z trójką takich dużych dzieci weszłabym? A jeszcze, jakby ojciec dzieci uparł się, to odebrano by mi dwoje dzieci, a najmłodsze zostawiono na pocieszenie, bo finansowo niewydolna. Chcę Wam tylko powiedzieć, że oparłam się o drugiego mężczyznę, dlatego chojraczka podała o rozwód.

Rozwód to trudna decyzja. Do końca nie wiesz, jak to wpłynie na dzieci. Nieraz, jak coś nie wyjdzie, albo ułoży się inaczej, myślisz to przeze mnie, bo zachciało mi się rozwodu. Dziecko ucieknie Ci do „lepszego” kraju, myślisz przeze mnie, inaczej byłoby gdy ojciec był na miejscu. Nie zechce podjąć studiów, myślisz przeze mnie, byłoby inaczej. Może  pochopnie podejmie decyzję o rzuceniu szkoły, młodym, pochopnym wyjściu za mąż.., myślisz przeze mnie. Jeśli jesteś wrażliwą osobą, twój czyn będzie Cię gnębił latami, a sumienie skrobało serce codziennie, że zachciało Ci się miłości. Teraz po latach mogę powiedzieć, że mi, mój czyn wyszedł na dobre, choć nadal nie mam męskiej miłości. Cieszę się istnieniem w spokoju i bezpieczeństwie. Czasami potrzeba nam nie tyle drugiego męża, żony, co własnego „M”.

 To była właściwa decyzja, ale tylko ja wiem, ile mnie to wszystko kosztowało.

Nie możesz już wytrzymać w małżeństwie i masz dość noszenia okularów przeciwsłonecznych zwłaszcza zimą. I tych szeptów w sklepie „ciekawe, o którą szafę tym razem uderzyła się”? Kobiety, czy mężczyźni bici w związkach nie opowiadają o tym, nie żalą się. Księdzu na spowiedzi przyznają się i proszą o radę.

Jeden ksiądz powie, – „Musisz nieść swój krzyż”. No ładna mi ewangeliczna rada! „Mówienie katowanej kobiecie, że ślubowała wierność i dlatego nie wolno jej opuścić męża kata, jest parodią religii” (ks.A.Boniecki). A ja powiem i doda, że „Bóg tak Ciebie ukochał, że z miłości zsyła Ci takie cierpienie”, jest podwójną parodią. Nawet Jezusowi pomagano nieść krzyż. Szymon dźwigał z nim, a św.Weronika pomagała, ocierając twarz. Znam rodzinę, gdzie matka z małymi dziećmi ucieka z domu na noc, kiedy mąż wraca spity. To człowiek agresywny, zwłaszcza, jak wpije. Bije ją i dzieci. Uznanie takiej sytuacji za normalną, to kapitulacja wobec zła!

” Nie każde zło, jakie nas spotyka jest krzyżem, którego niesienie zalecił Jezus. To przyzwolenie jest udziałem w złu” (ks. A.Boniecki).  Kościół na szczęście, przy twardym podejściu do nierozerwalności więzów małżeńskich dopuszcza separację. Może – „nie opuszczę cię..” znaczy: – „nie wezmę nikogo innego na twoje miejsce”?

Na koniec powiedziałabym tak: dziewczyny i chłopaki, nie pozwólcie niszczyć swojego życia. Ono jest jedno, bezcenne. Troszczcie się także o siebie.

Nie chodzi tylko o przemoc fizyczną, o strach, lęk, pijaństwo, ale i przemoc psychologiczną, mniej zauważalną. Ciężko jest mieć obok siebie człowieka, na którym nie można polegać i który codziennie wgniata cię butem w ziemię, jak wesz. Czujesz się upodlonym, zgnębionym. Niczym! A przecież jesteś dzieckiem Boga. Walcz o małżeństwo ile się da, dopóki widzisz sens lub odpuść i przestań bić głową w ścianę.

 

Urodzona w pantoflach i żakiecie? Pójdę boso..

Witajcie, dziś wróciłam ze smażenia brzuszka, boczków, plecków.., czyli urlopu u Madziarów. Było „git”, jak lubi mawiać Marta. To prawda, było wesoło i słonecznie. Odpoczęłam i jutro zaczynam od masażu sportowego, czyli na mocno bez relaksów.

Do wyjazdu jeszcze wrócę polecając to i owo w Egerze. Dziś chcę donieść Wam o uczuciu niezwykłym, które mnie dotknęło tam i nie będzie tu mowy o węgierskim przystojniaku, o nie!

Jak wiecie 10 lat temu rozwiodłam się, można by rzec sprzedałam duszę diabłu, aby być z mężem mym obecnym. Ubrałam błękitną sukienkę i poszłam ostatni raz wyspowiadać się z grzechów całego mojego życia. Pamiętam każdy szczegół z tej spowiedzi (tę sukienkę też), to był dla mnie ważny moment. Miałam świadomość, że coś się kończy i być może zapłacę za tę decyzję, szukania miłości w drugim związku. Do tej pory potrzebowałam spowiedzi i nigdy nie była ona przykrym obowiązkiem, tylko przywilejem, który miałam. Teraz wiedziałam, że już nigdy nie będzie mi wolno przyjąć komunii, a spowiedź bez mocnego postanowienia poprawy nie będzie się liczyć. I raczej będzie pogadaniem sobie dla pogadania, skoro nie opuszczę drugiego nieuświęconego związku. Więc powiedziałam sobie, że za wszelką cenę nie pójdę na samo dno, nie zaprzepaszczę duszy do końca. Będę starała się z całej mocy nie popełniać grzechów. Nigdy przez te 10 lat nie pozwoliłam sobie opuścić mszy świętej. I kiedy wiedziałam, że nie zdążę w niedzielę do kościoła, chodziłam w sobotę wieczorem.

A teraz wyjazd na urlop. Już myślę, czy uda mi się pomodlić nawet po madziarsku, grunt, żeby być na mszy.  Jak tylko przywitała nas gospodyni pensjonatu i wytłumaczyła, jak tu działać, gdzie co jest, ja od razu chwytam się za krzyżyk na szyi i pytam o kościół. Wyszła na ganek pokazała kierunek, gdzie znajdę bazylikę i nawet poinformowała o godzinie porannej mszy. Myślę, -” jestem uratowana”.

Rano po śniadaniu sama brykam do tej bazyliki myśląc, czy ją łatwo znajdę. Już w połowie drogi i  nagle – ukłucie w serce. Jestem nieodpowiednio ubrana! Ostatnio dzień w dzień te 32 stopniowe upały wprowadziły z automatu zwyczaj zakładania krótkich spodenek i pożegnania długich dżinsów.  Miałam na sobie białą bawełniana koszulkę z krótkim rękawem i granatowe, naprawdę kuse spodenki, na nogach sandałki. Od tej pory droga na mszę strachem ogarnięta cała, a po mnie widać było wielkie przejęcie. Nie zdążę wrócić przebrać się. I co ze mną będzie? Nie umiem Wam powiedzieć, jak bardzo przestraszyłam się. Powiedziałam cichutko – „Boże pomóż mi, ja muszę dostać się na mszę”.

Czułam lęk, że teraz przegram. Co ja zrobię?!  Trudno uklęknę za drzwiami i nie odejdę. Już to wiem.

Widzę kopułę świątyni, na ramieniu mam wielką torbę, coś w stylu plażowej, płóciennej, okrywam nogi z przodu i wchodzę bocznym wejściem. Szybciutko przysiadam w ostatniej ławce i przez chwilę nasłuchuję, czy ktoś zbliża się do mnie lub puka w ramię. Udało się!! Jestem w Domu Bożym i nikt nie wyrzucił źle ubranej. Jakaż wdzięczność ogarnęła całe moje ciało, że ludzie pozwolili mi zostać.

Po mszy szybciutko wychodzę, zanim ruszą wszyscy. Idę do głównych wrót i widzę wielkie plakaty z zakazami przekroczenia progu, jeśli mamy odkryte kolana, plecy, ramiona i stąpamy w klapkach, czy japonkach. W drodze powrotnej myślę „Boże mój, czy Tobie zależy na moim przyjściu w szatach, które my, ludzie uważamy na słuszne, czy raczej wolałbyś z ogromem mego pragnienia bycia z Tobą, kiedy ja w ławce, a Ty ukryty w tabernakulum.  Podejrzewam Boże, że Tobie wszystko jedno, czy będę w sukience z odkrytymi ramionami, długim, krótkim swetrze, czy w szpilkach, czółenkach, pantoflach, japonkach, a nawet boso. Kiedy ostatecznie stanę u Twych wrót będę boso. Naga, jaką mnie Panie stworzyłeś. Tylko uczynki, one będą się liczyć. Ty nie spytasz mnie „Basiu, gdzie masz żakiecik i spódnicę po kostki”, tylko – „Basiu, czy kochałaś”? Tylko to, czy kochałaś ludzi będzie się liczyć. Miłość!!

Wiem, nie żyję na bezludnej wyspie i muszę liczyć się z grupą, w której przyszło mi żyć, z obyczajami i kulturą. I nie chodzi mi o to, że mamy na golasa chodzić do świątyni, tylko, aby do wszystkiego przykładać miarę miłości. To Bóg oceni, kto z nas godny znaleźć się w świątyni i nie strój będzie wyznacznikiem. Garnitur, szpilki i szmizjerka nic nie pomogą Bogu, tylko nam. Powiedzcie mi, w czym ubliżają Bogu zgięte kolana w klapkach japonkach? A w sercu pokora i wdzięczność, że kolejną niedzielę mogę pokłonić się memu Bogu. W krótkich spodenkach, z gołymi kolanami na zimnej posadzce kościoła klęczy i w cichości serca przeprasza.., dziękuje.

” W progi Boże w godnym ubiorze”. To słowa z plakatu Akcji Katolickiej informującej odnośnie odpowiedniego ubioru w świątyni. Czytamy; kościelny „dress code”, to ubiór elegancki, skromny i schludny. Rozumiem, każda sytuacja i miejsce wymagają od członków społeczeństwa takich, a nie innych fatałaszków. I kościół, opera, szkoła czy biuro i pogrzeb i ślub, ale bez miłości, to i wiara stanie się fanatyzmem.

Życzę wam kochani, abyście zawsze weszli do Domu Bożego, kiedy macie taką potrzebę i aby nikt wyjątkowo okuty w kajdany „co wypada, a co nie”, nie stanął na waszej drodze do Boga.

PS  Może nie potrzebnie piszę o tym, może nie mam racji. Nie sądziłam, że zagrożenie uczestniczenia w niedzielnej mszy św. wywoła aż tak wielki lęk. Chyba boję się, że jak pozwolę sobie i w tym na luz, prędzej pójdę na dno, zaprzepaszczę się.  Zazdroszczę wam możliwości spowiedzi, a tym samym odpuszczenia grzechów. Dobranoc. Położę się odpocząć, bo jutro kolejny dzień i..

To nie łatwe. Ksiądz Twardowski „Dłużej niż na zawsze”.

To był niezwykle dobrotliwy człowiek, poeta liryki religijnej. Teksty napisane często na miarę dziecka, zawierają wielka mądrość życiową i cieszą się niesłabnącą popularnością.  W jego wierszach,  prozie odnajdziemy prosty, zwięzły język,  formułujący zacne myśli i czyste patrzenie. To ten maksymalnie prosty i oszczędny język, tak ujmuje czytelników. Kochał przyrodę, zwierzęta. Tak pięknie pisał o wierności psa,  posłuszeństwie ptaków i niewierzących drzewach, a miłość postrzegał wciąż za dużą, aby ją całą widzieć.

Miłość

„Kochamy albo za dużo, albo za mało, nigdy w sam raz”. ” Gdy miłość zdenerwujesz, każdy grzech jest ciężki”. Zastanowiłam się dłużej.  Innym razem zwróciłam uwagę na jedno z wielu zdań o wierze.

Wiara 

„Wierzyć – to znaczy nawet się nie pytać, jak długo jeszcze mamy iść po ciemku”. „Wierzyć, to znaczy ufać kiedy cudów nie ma”.

Moja koleżanka, osoba wierząca, praktykująca, singielka i zarazem mama uroczej córeczki,  często odwiedza panią z czarnym kotem i rzędem świec, aby usłyszeć, co tarot jej szykuje na najbliższą przyszłość. Mówię jej, – dziecko zaufaj Bogu, nie martw się kiedy i czy przyjdzie miłość do mężczyzny. Żyj spokojnie, a ON wie, czego Ci potrzeba. Zaufaj mu! Bogu. Jesteś w jego rękach. Jeśli liczymy tylko na siebie jesteśmy stale zmartwieni. Przecież wierzysz w Boga, licz  na niego. Ale ona niecierpliwa  i nie do końca identyfikuje się z moimi słowami.

Dla mnie największym problemem są  słowa księdza Jana o cierpieniu.

Cierpienie

Ksiądz Twardowski pisze, ” Jeśli kochamy kogoś i cierpimy dla niego, to krzyż wcale nie jest taki ciężki. Widzi się miłość, a nie ciężar krzyża”. Zaraz nasunął się przykład, kobiety cierpiącej z powodu alkoholizmu swojego kochanego męża, jak długo będzie widziała w tym dar? W książce pt. „Dłużej niż na zawsze” znajduję takie zdanie, ” Jeżeli kochamy kogoś i cierpimy dla niego, to krzyż wcale nie jest taki ciężki”. Trudno mi  zobaczyć łaskę Boga, kiedy zsyła nam krzyże i cierpienia. A ludzki ból przeszywa na wskroś i krzyczy rozpaczą.  Powiedz matce, która straciła dziecko, że w życiu wszystko jest po coś, ten krzyż też. Myśli może tak jest, ale ja tego nie chcę.

Może za mało we mnie pokory. Kiedyś byłam zdecydowanie bardziej pokorna, nawet nie śmiałam zastanawiać się nad chrześcijańskimi maksymami, czy dogmatami. Po prostu przyjmowałam je. Boże a teraz zastanawiam się, ileż okrucieństwa (na ludzką miarę i rozum) było w stosunku do Abrahama, który miał złożyć z umiłowanego syna Izaaka ofiarę. Czy w imię dobra można czynić zło? Nadgorliwość nie jest cnotą, ona zaślepia nas?  Jedyne wytłumaczenie widzę w tym, iż pewnie Bóg wiedział, że może pozwolić sobie na takie żądanie, bo Abraham je wypełni, a Najwyższy powstrzyma dłoń z nożem. Bóg to wiedział, a Abraham nie. Nie wiedział na ile go stać dla miłości Boga. Ale czy nie może to być prostsze? Konieczne było wystawianie go na próbę? Jednak jestem za malutka na to.

Opiszę Wam zdarzenie, tylko z kotkiem, ale jakże również bolesne. Była zima, późnym wieczorem po pracy zmierzałam do samochodu. Dochodzę do rozstaju dróg i myśl w ułamek sekundy – „idź tym razem w lewo, tam nie ma świątecznego zgiełku”. To, co zobaczyłam, czego przyszło mi doświadczyć, było takim bólem, a zginął można powiedzieć, tylko kotek pod kołami czyjegoś samochodu. Jego ból umierania, tryskająca krew dokoła i  podskoki w górę z opadaniem, w wielkim szale i szoku umierania było przerażające. Pobiegłam na ulicę z uniesioną ręką, zabrałam go. Wyciszył lejące się przez ręce ciałko w agonii, w momencie objęcia go. Zaniosłam na trawę opodal, głaskałam i płakałam. Odszedł. Wiem, że są gorsze rzeczy na tym świeci. Długo nie umiałam mówić o tym. Po jakimś czasie opowiedziałam córeczce. A dziś piszę Wam. Godzenie się na cierpienie jest trudne. A wartość z niego płynąca, najczęściej niechciana przez człowieka. Boimy się cierpienia i kiedy Jan Twardowski pisał z takim przekonaniem i pewnością, że to łaska, z automatu stawałam okoniem, bo jakoś nie mieściło się w głowie i sercu. Jezus też bał się cierpienia i prosił o zabranie tego kielicha goryczy.., jeśli to możliwe, a co dopiero człowiek. Ale skoro ksiądz Jan o tym pisał i wierzył, to co mi maleńkiej wątpić. Tak po prostu jest, bo musi w tym być jakiś sens.

Nadzieja

 „Ufający Bogu, to ktoś więcej niż optymista. Nadzieja, to jest czas”. Jeśli człowiek coś robi – ma czas, ma jeszcze nadzieję”. „Nadzieja –  to czas bez pożegnań”. Póki jest nadzieja, to i  szansa, wiara że będzie lepiej, że jeszcze będzie dobrze. Nadzieja patrzy przez różowe okulary i cierpliwie czeka. Mówi się, że człowiek ufny, łatwowierny, cierpliwy dłużej ma nadzieję, nie traci jej. Czekamy na zmianę w naszym życiu, na ukończenie, spełnienie, na odnowę, na poznanie, znalezienie, na powrót.. Brak nadziei spowoduje zwrócenie się całkowite ku sobie  z jednocześnie mocnym odczuciem własnej słabości.

Potrafił reanimować uśmiech na twarzach tych, co czekali na radę i pocieszenie. Wciąż wracam do jego tekstów i ponawiam próby zrozumienia tego, co niepojęte!

PS Nie pisałam długo, bo miałam córeńkę ze stolicy. Cieszyłyśmy się naszym czasem, razem.

„Na czyje siły, na czyj rozum obliczone jest życie”. Ból po stracie

Maria Dąbrowska pisała,

„Na czyje siły, na czyj rozum obliczone jest życie”? („Noce i dnie” – tom III).

Dziś uczestniczyłam w ogromnie smutnej uroczystości Pożegnaniu i  ostatniej drodze, Mateusza. Nie znałam go osobiście. Usłyszałam od męża, że ich absolwent nie żyje. I wraz z uczniami, wychowawcą.., jedzie na pogrzeb. Pierwsza myśl, chcę tam być. Towarzyszyć mężowi i nie chodziło mi o opiekę nad nim, tylko pożegnać tego chłopca.

Nie ma takich słów, które w tej chwili ulżyłyby cierpiącemu. Tu będzie potrzebny czas.  Czas nie leczy wszystkiego, ale wraz z jego upływem, nowymi doświadczeniami w pewien sposób może zdystansować od bolesnego wydarzenia. Nigdy już nie będzie jak dawniej. Jednemu potrzeba 15 lat, drugiemu kilku. Tylko on może  uśmierzyć piekący, palący ból, rozpacz zamienić  w smutek i ciszę. A stargane, zorane serce uspokoić.

Pamiętam, ogrom bólu naszej całej rodziny po stracie taty. Wszyscy pogrążyliśmy się w rozpaczy. Po miesiącu, czy dwóch po pogrzebie, odwiedziła nas babcia, mama taty. Starała się pomóc w tych ciężkich chwilach. Opowiadała o tacie, jakim był dzieckiem. Pewnego wieczoru siedziała przy uchylonych drzwiczkach pieca i grzała kolana, ja na kuckach przy jej stołeczku, oparłam głowę. Pogłaskała i spokojnie powiedziała,” Nie płacz Basiu, tata nie chciałby, abyś tak rozpaczała, bądź dzielna, on patrzy na Ciebie”. To zdanie, a właściwie zadanie, zapamiętałam. Ono choć trochę pomogło mi. Niedawno będąc na terapii, usłyszałam, że już wtedy świat, bliscy narzucili mi rolę,  robienia czegoś, czego ty nie umiałaś, nie rozumiałaś. Jak przekuć cierpienie, płacz w spokój.  Dziecko potrzebowało  wykrzyczeć swój ból, ale nie, bo tata nie chciałby tego.  Babcia chciała dobrze, psychologiem nie była. I na ten czas, choć trochę pomogła. Wzięłam  świat na ramiona. I dźwigałam długo. Takich sytuacji było tysiące. I tak kształtujemy człowieka wtłaczamy go w ramy i pewne role do spełnienia. Nie o tym chciałam pisać, za daleko odeszłam.

Psycholog może pomóc, ustalić granice cierpienia, ale nie każdy potrzebuje takiej pomocy. Cierpiący człowiek na początku analizuje pewne rzeczy i stale pamięta o nieobecności tej osoby. Oby przyszedł taki czas, że wspomnienia nie będą paliły. A ciągły ból ustąpi miejsca wyciszeniu i na nowo wzbudzi zainteresowanie życiem. Aż odbudujemy to, co runęło. Życie!

Strata dziecka, największa tragedia na tej ziemi. Współczuję.. Podeszłam, przytuliłam i obiecałam modlitwę taką, jak potrafię o zelżenie bólu jej matczynego serca.

Nie napiszę wiele, bo trudno. Mateusz był zdolnym, skromnym, życzliwym człowiekiem. Pomagał mamie po śmierci taty. Podziwiałam przemowę jego kolegi, który stwierdził, że najgorsze jest to, iż już nigdy nie porozmawiają. Zostanie w pamięci i sercach najbliższych.

„.. jak się pani boi grzechu, to..”

To wpis z serii wspomnień z mojego dzieciństwa, a raczej początków zaistnienia. Moja kochana mama miała tę samą przypadłość, co ja, albo odwrotnie; ja po niej mam, częste bóle głowy. Napięciowy ból głowy, tak orzekł mój lekarz, a mama nie usłyszała nic o swoim bólu od lekarza, bo i u niego nie była. Jak bolało, brała tabletkę „z krzyżykiem”. Były takie dawno dawno temu. Cóż opychała się nimi, bo i głowa często bolała z przeżyć, a mama, jak ja osoba wrażliwa, wszystko przeżywająca, nawet większe zakupy w mieście, gościnę w domu, niewyspanie, czy załatwianie spraw przed obliczem strasznych urzędników.  Zaznaczam, to dawne czasy, teraz niemiły urzędnik  dinozaurem. Zwłaszcza w Słupsku, gdzie w ratuszu sami współczujący ludzie pracują, życzliwość, empatia,kultura..  na pierwszym miejscu . Ja nie żartuję, sama tego doświadczyłam ostatnio. Jednak, co prezydent, to prezydent! Mają wyjątkowego. Wychował sobie dobrą kadrę. Brawo panie prezydencie Biedroń.

I tak to mamie głowa nie dawała zapomnieć o sobie. Zapasy tabletek w kiosku topniały, bo mamcia kupowała namiętnie. Popsuła sobie nerki, ledwo ja uratowali. Wycięli jedną, bo podobno zgniła, a drugiej kawałeczek. Chudziutka, jak patyczek, przeżyła, wróciła do domu, gdzie mąż i synek (mój brat) czekali na nią.

Mama młoda kobieta, szybko zregenerowała siły i poczęli razem z moim tatą oczywiście, małą Basię. Tata biegał z radości, głaskał po brzuszku i mówił do maleństwa „Moja Bajeczko”. I tak to na tym świecie pojawiłam się ja, wymarzona dziewczynka taty i mamy też, -Bajeczka! Choć mama trochę w strachu była, bo jak tu donosić ciążę, urodzić dziecko, kiedy u niej jedna nerka tylko. Przed opuszczeniem szpitala, po operacji, lekarze przestrzegali przed takim szaleństwem, jak ciąża! I zanim mama udała się do domu wykład niejeden zrobili. Hm, na próżno, dla mojego szczęścia, bo inaczej nie stąpałabym tu po ziemi. A ja się tak z tego cieszę, doceniam życie. Wkrótce udała się na pierwsze badanie i dostała reprymendę, kiedy zrozumieli, że ten wyczuwalny duży guz to mała istotka zaproszona na ten świat. Stoi za drzwiami i czeka pozwolenia spokojnego rozwijania.

  I mama mi je dała. Nacisnęła klamkę i powiedziała w myślach i sercu, „chodź mała Basiu”!!  To jest miłość.

Choć niejeden zgani, bo w domu czekał 1,5 roczny synek. Widzicie ja to jest, przyzwolenie na aborcję wtedy było, a i tak każdy umiał podjąć swoją decyzję. Lekarze krzyczeli, że nie przeżyje, że to lekkomyślność, aż sam ordynator stanął w drzwiach gabinetu i ze srogą miną oznajmił co należy zrobić. Na co mama ze spuszczoną głową, cicho rzekła –  „Nie mogę, boję się grzechu”. Trzasnął drzwiami, a przedtem wykrzyczał słowa,  „jak się pani boi grzech, to niech pani umiera”! Mama zapamiętała i przekazała mi je, kiedy miałam 16 lat. Zmarł wtedy mój tata i jakoś wydoroślałam, może na tyle, że mama poruszyła ze mną ten temat.

Cóż, na pewno bała się też umierania, ale nie umiałaby dalej żyć z takim grzechem, więc zaryzykowała. Urodziłam się siłami natury; zdrowa i podobno bardzo grzeczna, pogodna dziewczynka. Przesypiałam całe noce. Umiałam godzinami leżeć sama w łóżeczku i bawić się swoimi stopkami, rączkami. A za rok urodziła się moja siostrzyczka, kochana Aneczka.  Mama bohaterka! Żyje do dziś, cieszy się zdrowiem, tylko trochę pamięć szwankuje, ale ma prawo coś szwankować w tyk wieku. A nasza Aneczka, zajmuje się mamą najlepiej jak potrafi. Opiekuje się, jak małym dzieckiem.  I powtarza mamie, że jest jej Skarbem. To jest starość. Kto z nas, tak będzie miał? Mieszkają sobie razem i jeszcze z kotem Tadzikiem, coby mamie nie było smutno, jak Ania wychodzi do pracy. My wszystkie jesteśmy kociary. Mama ma piękną starość, bezpieczną u swojego dziecka. Pełną miłości. Całe życie ciężko pracowała i kiedy tata zmarł miała tylko 42 lata. Poradziła sobie z trójka dzieci. Choć wiem, że nie było jej łatwo. Nigdy nie wyszła ponownie za mąż.

Jest wyjątkowo dobrym, skromnym człowiekiem, zawsze spiesząca z pomocą. To dzięki niej mogłam wrócić do pracy w szkole, kiedy mama przyjechała ze Słupska do nas, aby pomóc przy mojej trójeczce kochanych dzieciaczków. Rodzina!! Wielka Wartość!!

Nieraz myślę – „jak to dobrze, że mama dała mi życie”!  Potrafię cieszyć się nim. Zachwyca mnie tak wiele, upatruje piękna w najmniejszych sprawach.  Życie, to dar bezcenny! Ja ten dar przekazałam dalej, mojej  Miłości, kochanej trójce dzieci. 

Jestem szczęśliwa. Dziękuję Mamuś!