Urodzona w pantoflach i żakiecie? Pójdę boso..

Witajcie, dziś wróciłam ze smażenia brzuszka, boczków, plecków.., czyli urlopu u Madziarów. Było „git”, jak lubi mawiać Marta. To prawda, było wesoło i słonecznie. Odpoczęłam i jutro zaczynam od masażu sportowego, czyli na mocno bez relaksów.

Do wyjazdu jeszcze wrócę polecając to i owo w Egerze. Dziś chcę donieść Wam o uczuciu niezwykłym, które mnie dotknęło tam i nie będzie tu mowy o węgierskim przystojniaku, o nie!

Jak wiecie 10 lat temu rozwiodłam się, można by rzec sprzedałam duszę diabłu, aby być z mężem mym obecnym. Ubrałam błękitną sukienkę i poszłam ostatni raz wyspowiadać się z grzechów całego mojego życia. Pamiętam każdy szczegół z tej spowiedzi (tę sukienkę też), to był dla mnie ważny moment. Miałam świadomość, że coś się kończy i być może zapłacę za tę decyzję, szukania miłości w drugim związku. Do tej pory potrzebowałam spowiedzi i nigdy nie była ona przykrym obowiązkiem, tylko przywilejem, który miałam. Teraz wiedziałam, że już nigdy nie będzie mi wolno przyjąć komunii, a spowiedź bez mocnego postanowienia poprawy nie będzie się liczyć. I raczej będzie pogadaniem sobie dla pogadania, skoro nie opuszczę drugiego nieuświęconego związku. Więc powiedziałam sobie, że za wszelką cenę nie pójdę na samo dno, nie zaprzepaszczę duszy do końca. Będę starała się z całej mocy nie popełniać grzechów. Nigdy przez te 10 lat nie pozwoliłam sobie opuścić mszy świętej. I kiedy wiedziałam, że nie zdążę w niedzielę do kościoła, chodziłam w sobotę wieczorem.

A teraz wyjazd na urlop. Już myślę, czy uda mi się pomodlić nawet po madziarsku, grunt, żeby być na mszy.  Jak tylko przywitała nas gospodyni pensjonatu i wytłumaczyła, jak tu działać, gdzie co jest, ja od razu chwytam się za krzyżyk na szyi i pytam o kościół. Wyszła na ganek pokazała kierunek, gdzie znajdę bazylikę i nawet poinformowała o godzinie porannej mszy. Myślę, -” jestem uratowana”.

Rano po śniadaniu sama brykam do tej bazyliki myśląc, czy ją łatwo znajdę. Już w połowie drogi i  nagle – ukłucie w serce. Jestem nieodpowiednio ubrana! Ostatnio dzień w dzień te 32 stopniowe upały wprowadziły z automatu zwyczaj zakładania krótkich spodenek i pożegnania długich dżinsów.  Miałam na sobie białą bawełniana koszulkę z krótkim rękawem i granatowe, naprawdę kuse spodenki, na nogach sandałki. Od tej pory droga na mszę strachem ogarnięta cała, a po mnie widać było wielkie przejęcie. Nie zdążę wrócić przebrać się. I co ze mną będzie? Nie umiem Wam powiedzieć, jak bardzo przestraszyłam się. Powiedziałam cichutko – „Boże pomóż mi, ja muszę dostać się na mszę”.

Czułam lęk, że teraz przegram. Co ja zrobię?!  Trudno uklęknę za drzwiami i nie odejdę. Już to wiem.

Widzę kopułę świątyni, na ramieniu mam wielką torbę, coś w stylu plażowej, płóciennej, okrywam nogi z przodu i wchodzę bocznym wejściem. Szybciutko przysiadam w ostatniej ławce i przez chwilę nasłuchuję, czy ktoś zbliża się do mnie lub puka w ramię. Udało się!! Jestem w Domu Bożym i nikt nie wyrzucił źle ubranej. Jakaż wdzięczność ogarnęła całe moje ciało, że ludzie pozwolili mi zostać.

Po mszy szybciutko wychodzę, zanim ruszą wszyscy. Idę do głównych wrót i widzę wielkie plakaty z zakazami przekroczenia progu, jeśli mamy odkryte kolana, plecy, ramiona i stąpamy w klapkach, czy japonkach. W drodze powrotnej myślę „Boże mój, czy Tobie zależy na moim przyjściu w szatach, które my, ludzie uważamy na słuszne, czy raczej wolałbyś z ogromem mego pragnienia bycia z Tobą, kiedy ja w ławce, a Ty ukryty w tabernakulum.  Podejrzewam Boże, że Tobie wszystko jedno, czy będę w sukience z odkrytymi ramionami, długim, krótkim swetrze, czy w szpilkach, czółenkach, pantoflach, japonkach, a nawet boso. Kiedy ostatecznie stanę u Twych wrót będę boso. Naga, jaką mnie Panie stworzyłeś. Tylko uczynki, one będą się liczyć. Ty nie spytasz mnie „Basiu, gdzie masz żakiecik i spódnicę po kostki”, tylko – „Basiu, czy kochałaś”? Tylko to, czy kochałaś ludzi będzie się liczyć. Miłość!!

Wiem, nie żyję na bezludnej wyspie i muszę liczyć się z grupą, w której przyszło mi żyć, z obyczajami i kulturą. I nie chodzi mi o to, że mamy na golasa chodzić do świątyni, tylko, aby do wszystkiego przykładać miarę miłości. To Bóg oceni, kto z nas godny znaleźć się w świątyni i nie strój będzie wyznacznikiem. Garnitur, szpilki i szmizjerka nic nie pomogą Bogu, tylko nam. Powiedzcie mi, w czym ubliżają Bogu zgięte kolana w klapkach japonkach? A w sercu pokora i wdzięczność, że kolejną niedzielę mogę pokłonić się memu Bogu. W krótkich spodenkach, z gołymi kolanami na zimnej posadzce kościoła klęczy i w cichości serca przeprasza.., dziękuje.

” W progi Boże w godnym ubiorze”. To słowa z plakatu Akcji Katolickiej informującej odnośnie odpowiedniego ubioru w świątyni. Czytamy; kościelny „dress code”, to ubiór elegancki, skromny i schludny. Rozumiem, każda sytuacja i miejsce wymagają od członków społeczeństwa takich, a nie innych fatałaszków. I kościół, opera, szkoła czy biuro i pogrzeb i ślub, ale bez miłości, to i wiara stanie się fanatyzmem.

Życzę wam kochani, abyście zawsze weszli do Domu Bożego, kiedy macie taką potrzebę i aby nikt wyjątkowo okuty w kajdany „co wypada, a co nie”, nie stanął na waszej drodze do Boga.

PS  Może nie potrzebnie piszę o tym, może nie mam racji. Nie sądziłam, że zagrożenie uczestniczenia w niedzielnej mszy św. wywoła aż tak wielki lęk. Chyba boję się, że jak pozwolę sobie i w tym na luz, prędzej pójdę na dno, zaprzepaszczę się.  Zazdroszczę wam możliwości spowiedzi, a tym samym odpuszczenia grzechów. Dobranoc. Położę się odpocząć, bo jutro kolejny dzień i..

Reklamy

To nie łatwe. Ksiądz Twardowski „Dłużej niż na zawsze”.

To był niezwykle dobrotliwy człowiek, poeta liryki religijnej. Teksty napisane często na miarę dziecka, zawierają wielka mądrość życiową i cieszą się niesłabnącą popularnością.  W jego wierszach,  prozie odnajdziemy prosty, zwięzły język,  formułujący zacne myśli i czyste patrzenie. To ten maksymalnie prosty i oszczędny język, tak ujmuje czytelników. Kochał przyrodę, zwierzęta. Tak pięknie pisał o wierności psa,  posłuszeństwie ptaków i niewierzących drzewach, a miłość postrzegał wciąż za dużą, aby ją całą widzieć.

Miłość

„Kochamy albo za dużo, albo za mało, nigdy w sam raz”. ” Gdy miłość zdenerwujesz, każdy grzech jest ciężki”. Zastanowiłam się dłużej.  Innym razem zwróciłam uwagę na jedno z wielu zdań o wierze.

Wiara 

„Wierzyć – to znaczy nawet się nie pytać, jak długo jeszcze mamy iść po ciemku”. „Wierzyć, to znaczy ufać kiedy cudów nie ma”.

Moja koleżanka, osoba wierząca, praktykująca, singielka i zarazem mama uroczej córeczki,  często odwiedza panią z czarnym kotem i rzędem świec, aby usłyszeć, co tarot jej szykuje na najbliższą przyszłość. Mówię jej, – dziecko zaufaj Bogu, nie martw się kiedy i czy przyjdzie miłość do mężczyzny. Żyj spokojnie, a ON wie, czego Ci potrzeba. Zaufaj mu! Bogu. Jesteś w jego rękach. Jeśli liczymy tylko na siebie jesteśmy stale zmartwieni. Przecież wierzysz w Boga, licz  na niego. Ale ona niecierpliwa  i nie do końca identyfikuje się z moimi słowami.

Dla mnie największym problemem są  słowa księdza Jana o cierpieniu.

Cierpienie

Ksiądz Twardowski pisze, ” Jeśli kochamy kogoś i cierpimy dla niego, to krzyż wcale nie jest taki ciężki. Widzi się miłość, a nie ciężar krzyża”. Zaraz nasunął się przykład, kobiety cierpiącej z powodu alkoholizmu swojego kochanego męża, jak długo będzie widziała w tym dar? W książce pt. „Dłużej niż na zawsze” znajduję takie zdanie, ” Jeżeli kochamy kogoś i cierpimy dla niego, to krzyż wcale nie jest taki ciężki”. Trudno mi  zobaczyć łaskę Boga, kiedy zsyła nam krzyże i cierpienia. A ludzki ból przeszywa na wskroś i krzyczy rozpaczą.  Powiedz matce, która straciła dziecko, że w życiu wszystko jest po coś, ten krzyż też. Myśli może tak jest, ale ja tego nie chcę.

Może za mało we mnie pokory. Kiedyś byłam zdecydowanie bardziej pokorna, nawet nie śmiałam zastanawiać się nad chrześcijańskimi maksymami, czy dogmatami. Po prostu przyjmowałam je. Boże a teraz zastanawiam się, ileż okrucieństwa (na ludzką miarę i rozum) było w stosunku do Abrahama, który miał złożyć z umiłowanego syna Izaaka ofiarę. Czy w imię dobra można czynić zło? Nadgorliwość nie jest cnotą, ona zaślepia nas?  Jedyne wytłumaczenie widzę w tym, iż pewnie Bóg wiedział, że może pozwolić sobie na takie żądanie, bo Abraham je wypełni, a Najwyższy powstrzyma dłoń z nożem. Bóg to wiedział, a Abraham nie. Nie wiedział na ile go stać dla miłości Boga. Ale czy nie może to być prostsze? Konieczne było wystawianie go na próbę? Jednak jestem za malutka na to.

Opiszę Wam zdarzenie, tylko z kotkiem, ale jakże również bolesne. Była zima, późnym wieczorem po pracy zmierzałam do samochodu. Dochodzę do rozstaju dróg i myśl w ułamek sekundy – „idź tym razem w lewo, tam nie ma świątecznego zgiełku”. To, co zobaczyłam, czego przyszło mi doświadczyć, było takim bólem, a zginął można powiedzieć, tylko kotek pod kołami czyjegoś samochodu. Jego ból umierania, tryskająca krew dokoła i  podskoki w górę z opadaniem, w wielkim szale i szoku umierania było przerażające. Pobiegłam na ulicę z uniesioną ręką, zabrałam go. Wyciszył lejące się przez ręce ciałko w agonii, w momencie objęcia go. Zaniosłam na trawę opodal, głaskałam i płakałam. Odszedł. Wiem, że są gorsze rzeczy na tym świeci. Długo nie umiałam mówić o tym. Po jakimś czasie opowiedziałam córeczce. A dziś piszę Wam. Godzenie się na cierpienie jest trudne. A wartość z niego płynąca, najczęściej niechciana przez człowieka. Boimy się cierpienia i kiedy Jan Twardowski pisał z takim przekonaniem i pewnością, że to łaska, z automatu stawałam okoniem, bo jakoś nie mieściło się w głowie i sercu. Jezus też bał się cierpienia i prosił o zabranie tego kielicha goryczy.., jeśli to możliwe, a co dopiero człowiek. Ale skoro ksiądz Jan o tym pisał i wierzył, to co mi maleńkiej wątpić. Tak po prostu jest, bo musi w tym być jakiś sens.

Nadzieja

 „Ufający Bogu, to ktoś więcej niż optymista. Nadzieja, to jest czas”. Jeśli człowiek coś robi – ma czas, ma jeszcze nadzieję”. „Nadzieja –  to czas bez pożegnań”. Póki jest nadzieja, to i  szansa, wiara że będzie lepiej, że jeszcze będzie dobrze. Nadzieja patrzy przez różowe okulary i cierpliwie czeka. Mówi się, że człowiek ufny, łatwowierny, cierpliwy dłużej ma nadzieję, nie traci jej. Czekamy na zmianę w naszym życiu, na ukończenie, spełnienie, na odnowę, na poznanie, znalezienie, na powrót.. Brak nadziei spowoduje zwrócenie się całkowite ku sobie  z jednocześnie mocnym odczuciem własnej słabości.

Potrafił reanimować uśmiech na twarzach tych, co czekali na radę i pocieszenie. Wciąż wracam do jego tekstów i ponawiam próby zrozumienia tego, co niepojęte!

PS Nie pisałam długo, bo miałam córeńkę ze stolicy. Cieszyłyśmy się naszym czasem, razem.

„Na czyje siły, na czyj rozum obliczone jest życie”. Ból po stracie

Maria Dąbrowska pisała,

„Na czyje siły, na czyj rozum obliczone jest życie”? („Noce i dnie” – tom III).

Dziś uczestniczyłam w ogromnie smutnej uroczystości Pożegnaniu i  ostatniej drodze, Mateusza. Nie znałam go osobiście. Usłyszałam od męża, że ich absolwent nie żyje. I wraz z uczniami, wychowawcą.., jedzie na pogrzeb. Pierwsza myśl, chcę tam być. Towarzyszyć mężowi i nie chodziło mi o opiekę nad nim, tylko pożegnać tego chłopca.

Nie ma takich słów, które w tej chwili ulżyłyby cierpiącemu. Tu będzie potrzebny czas.  Czas nie leczy wszystkiego, ale wraz z jego upływem, nowymi doświadczeniami w pewien sposób może zdystansować od bolesnego wydarzenia. Nigdy już nie będzie jak dawniej. Jednemu potrzeba 15 lat, drugiemu kilku. Tylko on może  uśmierzyć piekący, palący ból, rozpacz zamienić  w smutek i ciszę. A stargane, zorane serce uspokoić.

Pamiętam, ogrom bólu naszej całej rodziny po stracie taty. Wszyscy pogrążyliśmy się w rozpaczy. Po miesiącu, czy dwóch po pogrzebie, odwiedziła nas babcia, mama taty. Starała się pomóc w tych ciężkich chwilach. Opowiadała o tacie, jakim był dzieckiem. Pewnego wieczoru siedziała przy uchylonych drzwiczkach pieca i grzała kolana, ja na kuckach przy jej stołeczku, oparłam głowę. Pogłaskała i spokojnie powiedziała,” Nie płacz Basiu, tata nie chciałby, abyś tak rozpaczała, bądź dzielna, on patrzy na Ciebie”. To zdanie, a właściwie zadanie, zapamiętałam. Ono choć trochę pomogło mi. Niedawno będąc na terapii, usłyszałam, że już wtedy świat, bliscy narzucili mi rolę,  robienia czegoś, czego ty nie umiałaś, nie rozumiałaś. Jak przekuć cierpienie, płacz w spokój.  Dziecko potrzebowało  wykrzyczeć swój ból, ale nie, bo tata nie chciałby tego.  Babcia chciała dobrze, psychologiem nie była. I na ten czas, choć trochę pomogła. Wzięłam  świat na ramiona. I dźwigałam długo. Takich sytuacji było tysiące. I tak kształtujemy człowieka wtłaczamy go w ramy i pewne role do spełnienia. Nie o tym chciałam pisać, za daleko odeszłam.

Psycholog może pomóc, ustalić granice cierpienia, ale nie każdy potrzebuje takiej pomocy. Cierpiący człowiek na początku analizuje pewne rzeczy i stale pamięta o nieobecności tej osoby. Oby przyszedł taki czas, że wspomnienia nie będą paliły. A ciągły ból ustąpi miejsca wyciszeniu i na nowo wzbudzi zainteresowanie życiem. Aż odbudujemy to, co runęło. Życie!

Strata dziecka, największa tragedia na tej ziemi. Współczuję.. Podeszłam, przytuliłam i obiecałam modlitwę taką, jak potrafię o zelżenie bólu jej matczynego serca.

Nie napiszę wiele, bo trudno. Mateusz był zdolnym, skromnym, życzliwym człowiekiem. Pomagał mamie po śmierci taty. Podziwiałam przemowę jego kolegi, który stwierdził, że najgorsze jest to, iż już nigdy nie porozmawiają. Zostanie w pamięci i sercach najbliższych.

„.. jak się pani boi grzechu, to..”

To wpis z serii wspomnień z mojego dzieciństwa, a raczej początków zaistnienia. Moja kochana mama miała tę samą przypadłość, co ja, albo odwrotnie; ja po niej mam, częste bóle głowy. Napięciowy ból głowy, tak orzekł mój lekarz, a mama nie usłyszała nic o swoim bólu od lekarza, bo i u niego nie była. Jak bolało, brała tabletkę „z krzyżykiem”. Były takie dawno dawno temu. Cóż opychała się nimi, bo i głowa często bolała z przeżyć, a mama, jak ja osoba wrażliwa, wszystko przeżywająca, nawet większe zakupy w mieście, gościnę w domu, niewyspanie, czy załatwianie spraw przed obliczem strasznych urzędników.  Zaznaczam, to dawne czasy, teraz niemiły urzędnik  dinozaurem. Zwłaszcza w Słupsku, gdzie w ratuszu sami współczujący ludzie pracują, życzliwość, empatia,kultura..  na pierwszym miejscu . Ja nie żartuję, sama tego doświadczyłam ostatnio. Jednak, co prezydent, to prezydent! Mają wyjątkowego. Wychował sobie dobrą kadrę. Brawo panie prezydencie Biedroń.

I tak to mamie głowa nie dawała zapomnieć o sobie. Zapasy tabletek w kiosku topniały, bo mamcia kupowała namiętnie. Popsuła sobie nerki, ledwo ja uratowali. Wycięli jedną, bo podobno zgniła, a drugiej kawałeczek. Chudziutka, jak patyczek, przeżyła, wróciła do domu, gdzie mąż i synek (mój brat) czekali na nią.

Mama młoda kobieta, szybko zregenerowała siły i poczęli razem z moim tatą oczywiście, małą Basię. Tata biegał z radości, głaskał po brzuszku i mówił do maleństwa „Moja Bajeczko”. I tak to na tym świecie pojawiłam się ja, wymarzona dziewczynka taty i mamy też, -Bajeczka! Choć mama trochę w strachu była, bo jak tu donosić ciążę, urodzić dziecko, kiedy u niej jedna nerka tylko. Przed opuszczeniem szpitala, po operacji, lekarze przestrzegali przed takim szaleństwem, jak ciąża! I zanim mama udała się do domu wykład niejeden zrobili. Hm, na próżno, dla mojego szczęścia, bo inaczej nie stąpałabym tu po ziemi. A ja się tak z tego cieszę, doceniam życie. Wkrótce udała się na pierwsze badanie i dostała reprymendę, kiedy zrozumieli, że ten wyczuwalny duży guz to mała istotka zaproszona na ten świat. Stoi za drzwiami i czeka pozwolenia spokojnego rozwijania.

  I mama mi je dała. Nacisnęła klamkę i powiedziała w myślach i sercu, „chodź mała Basiu”!!  To jest miłość.

Choć niejeden zgani, bo w domu czekał 1,5 roczny synek. Widzicie ja to jest, przyzwolenie na aborcję wtedy było, a i tak każdy umiał podjąć swoją decyzję. Lekarze krzyczeli, że nie przeżyje, że to lekkomyślność, aż sam ordynator stanął w drzwiach gabinetu i ze srogą miną oznajmił co należy zrobić. Na co mama ze spuszczoną głową, cicho rzekła –  „Nie mogę, boję się grzechu”. Trzasnął drzwiami, a przedtem wykrzyczał słowa,  „jak się pani boi grzech, to niech pani umiera”! Mama zapamiętała i przekazała mi je, kiedy miałam 16 lat. Zmarł wtedy mój tata i jakoś wydoroślałam, może na tyle, że mama poruszyła ze mną ten temat.

Cóż, na pewno bała się też umierania, ale nie umiałaby dalej żyć z takim grzechem, więc zaryzykowała. Urodziłam się siłami natury; zdrowa i podobno bardzo grzeczna, pogodna dziewczynka. Przesypiałam całe noce. Umiałam godzinami leżeć sama w łóżeczku i bawić się swoimi stopkami, rączkami. A za rok urodziła się moja siostrzyczka, kochana Aneczka.  Mama bohaterka! Żyje do dziś, cieszy się zdrowiem, tylko trochę pamięć szwankuje, ale ma prawo coś szwankować w tyk wieku. A nasza Aneczka, zajmuje się mamą najlepiej jak potrafi. Opiekuje się, jak małym dzieckiem.  I powtarza mamie, że jest jej Skarbem. To jest starość. Kto z nas, tak będzie miał? Mieszkają sobie razem i jeszcze z kotem Tadzikiem, coby mamie nie było smutno, jak Ania wychodzi do pracy. My wszystkie jesteśmy kociary. Mama ma piękną starość, bezpieczną u swojego dziecka. Pełną miłości. Całe życie ciężko pracowała i kiedy tata zmarł miała tylko 42 lata. Poradziła sobie z trójka dzieci. Choć wiem, że nie było jej łatwo. Nigdy nie wyszła ponownie za mąż.

Jest wyjątkowo dobrym, skromnym człowiekiem, zawsze spiesząca z pomocą. To dzięki niej mogłam wrócić do pracy w szkole, kiedy mama przyjechała ze Słupska do nas, aby pomóc przy mojej trójeczce kochanych dzieciaczków. Rodzina!! Wielka Wartość!!

Nieraz myślę – „jak to dobrze, że mama dała mi życie”!  Potrafię cieszyć się nim. Zachwyca mnie tak wiele, upatruje piękna w najmniejszych sprawach.  Życie, to dar bezcenny! Ja ten dar przekazałam dalej, mojej  Miłości, kochanej trójce dzieci. 

Jestem szczęśliwa. Dziękuję Mamuś!

„.. i znasz wszystkie moje drogi..”

Jutro sobota, piękna pogoda, pewnie nogi poniosą Was na zielone łąki.., mnie na Starówkę, do stołu masaż. Zostawiam wam na ten dzień tylko kilka słów mojego ulubionego psalmu. Był czas, kiedy stał się moją modlitwą. Psalm 139.

Jeden z najbardziej znanych i lubianych, to Psalm 23 o „Dobrym pasterzu” i łąkach zielonych. Rzeczywiście jest piękny, wlewający otuchę w serce człowieka. Wiele lat temu moją duszę zajął i owładnął Psalm 139 „Bóg wszystko przenika”. To refleksja nad wszechmocą i wszechobecnością Bożą. Ty znasz mnie najlepiej i nadal kochasz. To Bóg, a człowiek, zastanawiałam się. Jak jest z miłością ludzką. Często, jako rodzice poznajemy czyny naszych dzieci i zostajemy, trwamy. Może pouczamy, może nie jesteśmy szczęśliwi, ale zostajemy z naszą miłością. Może być i tak, że odchodzimy, nie chcemy znać, nic wiedzieć, wydziedziczamy z naszego serca. Pewnie druga opcja zdarza się rzadziej, ale jest możliwa. Natomiast w związkach, partnerstwie, zdecydowanie trudniej. Poznamy wszystkie myśli, wszystkie drogi, jego, jej i różnie się zachowujemy. Trwamy pomimo, choć z bólem i próbą przebaczenia lub czyścimy serce.  

Lubię mieć poczucie maleńkiego trybiku, ale ważnego, dla Niego ważnego. Zacytuje słowa mojego ulubionego przekładu.

Psalm 139 „Bóg wszystko przenika”

Panie, przenikasz i znasz mnie. Ty wiesz, kiedy siadam i wstaję.

Z daleka przenikasz moje zmysły, widzisz moje działanie i mój spoczynek i wszystkie moje drogi są Ci znane.

Choć jeszcze nie ma słowa na języku: ty Panie, już znasz je w całości. Ty ogarniasz mnie zewsząd i kładziesz na mnie swą rękę.

A może bardziej podpasuje Wam ten przekład;

Przenikasz i znasz mnie, Panie.. Z daleka spostrzegasz moje myśli .. i znasz wszystkie moje drogi..  Ty ze wszystkich stron mnie ogarniasz i kładziesz na mnie swą rękę. Oczy twoje widziały moje czyny. I wszystkie spisane są w Twojej księdze. Dni przeznaczone dla mnie..

Jeszcze wróci Baśka szalona, teraz może trochę spokoju i ładnych słów na długie wiosenne wędrówki w słonku. Życzę Wam odpoczynku.

 

Sposób na dentystę! Uduchowić go?

Zawsze miałam marne zęby i musiałam więcej o nie dbać. Wizyta za wizytą. Tu borowanko, tam borowanko, piaskowanie, kanały, szyjki odkryte, och! A jestem wytrzymała na ból, a może raczej staram się i to bardzo. I karna! Jak trzeba, to trzeba! Łzy płyną zewnętrznymi kącikami oczu, pośladki spięte, twarde, że orzechy rozbijać można, zastygła w bólu trwam. I tak leżąc na fotelu dentystycznym wiele lat temu znalazłam sposób, jak pomóc sobie i przekuć cierpienie, w sens.

Zawsze z przerażeniem  i skręcającym bólem przyjmowałam wiadomość, że komuś  zmarło dziecko. To jest niewyobrażalna tragedia i  tylko tego bałam się i boję. Nic gorszego nie może spotkać człowieka. Wierzę w pomoc dusz, które poszły w zaświaty, ich opiekę tu nad nami. Więc modlę się za ich pokój, a zwłaszcza za zelżenie bólu ich rodziców, aby choć trochę było im łatwiej przeżywać dzień za dniem. Może mają rozliczne zajęcia, głowa zaprzątnięta i tylko od czasu do czasu, na chwilę pozwolą sobie wrócić do ich tragedii. Gorzej o północy i poranku; ciało budzi się, a wraz z nim świadomość i ten ból, który spala żywcem. Jakże ja im współczuję. Boże, jak bardzo współczuję. Biegnąc  raniutko do pracy, zaczynałam się modlić. Najpierw za młodych, ich rodziców, a później za struszków naszych bliskich sercu, lub mało znanych.

Na którejś wizycie, leżąc tak na tym fotelu i patrząc w sufit, kiedy miła pani doktor dłubie mi haczykiem w zębach, myślę o tych dzieciach, ich rodzicach, rodzeństwu. Gdyby można było płacić za zelżenie ich bólu, brałabym dodatkową pracę na ten cel.

A teraz mogę tylko ofiarować swój ból za nich. Im mocnej boli, tym większa ofiara, bo dawać takie sobie cosik, to marnie wygląda. Jak łzy płyną z oczu, ja mocniej wczuwam się w ból tych rodziców. I czymże wówczas jest moje maleńkie chwilowe cierpienie? Niczym!! Naprawdę niczym. Czuję całą sobą ogrom ich bólu i marność teraz mojego. To naprawdę pomaga.

Wczoraj byłam na tym fotelu i jutro też idę, bo niedokończone szlifowanie odkrytych szyjek. Byłam spytana o znieczulenie, ale dawno już go nie miałam i jakoś przeżywałam, to i dziś przeżyję, a przynajmniej nie pozbędę się okazji pomyślenia o nich mocniej. Powiecie, że to trąca o świadome zadawanie sobie bólu, kiedy można było go nie czuć. Odpowiem nie, bo to nie jest zadawanie sobie bólu dla bólu, tylko danie coś z siebie innym. Może naciągane ktoś pomyśli, ale dla mnie ma sens. Poczuć, że życie to nie tylko miód z mlekiem gładko płynący. Może niejeden pomyśli, „i po co dorzucać sobie cierpienia, jak można go uniknąć”.  I może ma rację. Nie wiem, czy moja metoda jest dla Was? Ja przytaczam ją po to, aby pokazać taką stronę podejścia do bólu i wykucia z tego czegoś dobrego. Zawsze czułam ich pomoc, nawet jak tonęłam one podawały mi pomocną dłoń.  Moje duszyczki, nigdy ich nie opuszczę i wierzę, że i one mnie. Zapytacie, skąd wiem, że tę właśnie duszyczkę mam wziąć pod lupę i do swego serca?  Nie umiem tego wytłumaczyć, ale wraz ze złą wieścią idzie taki ból.  On mnie nagarnia, przenika do szpiku i zostaje w każdej komórce, choć nigdy tej osoby nie widziałam. Najbardziej, najmocniej jest ze mną młody, bo 16 letni Marcin Z.

Dla tych, którzy boją się czegoś, wiedzą że będą cierpieć, może jest to rada, ofiarować swój ból za coś, za kogoś. Każdy może mieć swoją intencję. Ja martwię się nie tyle o te młode duszyczki, bo one już hasają po łąkach nieba, co o ból rodziców. A przecież dla takiego dziecka, tu, czy  tam w zaświatach musi to być ważne, że ktoś prawdziwie czuje  ból  mamy, taty, brata, siostry i prosi Boga o pomoc dla nich, ulżenie im, choć na chwilę. Wiem, że są mi za to wdzięczne.  Powiecie skąd wiesz? Czuję tak i widzę namacalne znaki, pomoc.
M
am swoje duszyczki, takie od lat,  które przychodziły do mnie z biegiem czasu. Najpierw były; Karolina i Marta, później doszedł Marcin i wkrótce Kuba i tak kolejno następne istotki wybierały mnie. Jakoś tak w jednej chwili, słysząc o ich tragedii,  czułam, jak ona obejmuje mnie całą i już zostaje. Myślę, że to one mnie wybrały, nie ja ich. Towarzyszą mi od około 10 lat.  Tylko jedyną było mi dane poznać osobiście, Karolinę.
Karolina! (chyba 21 lat) Była dziewczyną bratanka mojego drugiego męża. Miała małego synka. Jako 19 latka postanowiła urodzić dzieciątko. Dała życie, choć na pewno nie było jej łatwo. Teraz zaocznie zdawała maturę. Ambitna, solidna dziewczyna, o pięknych czarnych oczach, spokojnie patrzących. To ona z czwórki osób w samochodzie zginęła, wracali z Andrzejek. Kierowca był pijany.

Marta! ( ok.25 lat). Była dziewczyna starszego syna Romualda. Widziałam ją tylko na zdjęciach. Bardzo urodziwa. Zawzięła się i za drugim podejściem dostała na studia, administrację. W kilka dni poczuła się źle, podejrzewali zapalenie opon mózgowych. Szpital, leczenie, lepsze samopoczucie i w dniu wypisu zmarła. Boże ileż cierpienia, odchodzi ich jedyna córka, a świat stał otworem przed nią.

 Marcin Ziajkowski! 16 latek, zginął przygnieciony żelazną konstrukcją w opuszczonej hali „Blaszanki”.  Poszli całą paczką poskakać w opuszczonym miejscu. Mój Hubert znał go, kolega, mieszkał ulicę dalej. Młodsze dziecko tych państwa. Z okien widziałam palące się znicze, w miejscu, gdzie zmarł, kiedy koledzy wynieśli go spod prętów. Ojciec szalał z rozpaczy.

 Kuba Chamerski! (ok.28 lat) syn nauczycieli. Nie znałam tego chłopca, tylko czasem słyszałam o jego kłopotach małych lub większych i wtedy modliłam się, aby odnalazł miejsce dobre dla siebie na tym świecie, a gwiazdka pomyślności i jemu niech w końcu zaświeci. Rozbił się na drzewie, przez prawie tydzień leżał w kostnicy, aż powiadomiono rodziców o tej tragedii (nie wiem dlaczego tak późno). To było ich jedyne dziecko. Ojciec tak wielu sytuacji żałuje, że tego nie powiedział, nie przytulił, czy że tamto powiedział.., zrobił. A teraz za późno. Współczuję.

Młody, 17 letni chłopiec, który zamarzł w górach. Wyszedł  za dnia na wędrówkę, pogoda raptownie zmieniła się i nie mógł odnaleźć drogi powrotnej. Usłyszałam o tym w wiadomościach i skręciło z bólu. Jego szamotanina i strach. Został. Nie znalazł drogi do życia.

„Szczęśliwy” 19 latek, bo jechał z kolegami na swoją studniówkę. Wypadek samochodowy i już po szczęściu. Miała być radość i życie otworem!! Całe piękne  przed nim. Te słowa doleciały do mnie z radia. Pamiętam, jak ścierpłam i zastygłam. To był czas, kiedy moja Konstancja była świeżo po studniówce. Zapamiętałam go i jest już ze mną ..

Sylwia Kalsztein ! (35 parę lat), mądra chemiczka, zdolna, długo starała się o swoje dzieciątko. Urodziła! Szczęście.. na krótko. Pękł tętniak, zmarła. Jedyne dziecko naszej byłej pani wicedyrektor. Ledwo  wyszła z jednej tragedii, zmarł jej kochany mąż, a teraz Córeczka. Jak żyć!

Emilka Bartkowska ! (28 lat), drogo zapłaciła za miłość do gór. Dowiedziałam się z paseczka u dołu ekranu telewizora. Później okazało się, że to córka nauczycielki, ale nie z mojej szkoły. Nietuzinkowa, artystyczna dusza. Tak i teraz o jej duszę mi chodzi, a jeszcze bardziej o mamę. Poznałam ją na spotkaniach pedagogów,  miła, skromna. To było jej jedyne, kochane, wymarzone, wyczekane dziecko. Kochana Emilka, czasu nie miała w tym życiu, pasje tak. Żal, jak każdego młodego istnienia, ale jeszcze bardziej rodziców. Muszą z tą tragedią żyć. Jak?

To były najukochańsze dzieci, czyjaś siostra i brat, wnuczka, wnuk.

Wiem smutny temat, ale takie też jest życie. A mój blog, to więcej niż spowiedź. Na spowiedzi powiesz np., ” miałem grzeszne myśli” i nie zagłębiasz się w detale, a ja w swoich listach chcę, choć spodziewam się, że różnie może być odebrane. Zależy mi jednak, aby był szczery i poruszał także tematy kontrowersyjne, innym razem wesołe do posiusiania, czy z nutą zadumy, do refleksji, smutku.

Darujcie mi jeśli kogoś zasmuciłam, to nie było moim zamiarem. Już kiedyś chciałam Wam o tej metodzie przekuwania bólu w wartość napisać, ale się zawstydziłam,  pomyślałam, że zbyt osobiste, moje, w pewien sposób intymne. Odważyłam się, bo może to komuś pozwoli popatrzeć inaczej na niejedno; ból, wiarę, uduchowienie, więź, tragedię, swoje cierpienie.. . Spodziewam się, że niejeden popuka się w głowę i powie, „och Basia, Baśka, po co komplikować, jak boli to znieczulić i tyle”, albo „uparłaś się na więź z duszyczkami, a jeśli ich nie ma”? Zrozumiem  całkowicie taki punkt widzenia, on też ma sens. Ja chciała wtajemniczyć Was w mój.

Bez moich duszyczek, byłabym jakaś wybrakowana.

Z nimi wymyśliłam swój sposób na dentystę. Może także teraz Twój!

Dziedzictwo, którego nie zatrze czas

Wczoraj był wpis o radowaniu się życiem, dziś dla równowagi temat refleksyjny. Coś do zadumy i chwilowego zamyślenia, może tak między tym a tamtym, a może popijając gorzką kawę zastanowimy się –  „Jakim zostanę w pamięci”? „Ile dobrego będzie można o mnie powiedzieć”?

Jak wiecie lubię zatrzymać autko na Grobli, czy Świętej Barbary (jest między innymi patronką dobrej śmierci) i moje butki tupią w kierunku salonu, mijając kościół mojej imienniczki. Najczęściej zachodzę tam na chwilę. Lubię zimny zapach murów kruchty i ten spokój, słychać bicie serca i czujesz, żeś z Nim oko w oko i przez to może lepiej słyszy, co mówisz w myślach. Są takie dni, kiedy nie czuję się godna przekroczenia progu świątyni. Jak to zrobić, skoro z tyłu głowy chodzą myśli grzeszne, a w planach masz czas radowania swego ciała i jesteś przed lub po. No ni jak stanąć przed obliczem, kiedy pył grzechu jeszcze nie opadł.

To był czwartek, żadne myśli grzeszne, nie nachodziły mnie, więc śmiało wstąpiłam do mojego miejsca próśb i podziękowań. A tu pogrzeb. Postałam chwilę, bo ktoś tak pięknie przemawiał, że przykuło to moją uwagę, a czasu trochę miałam.  Zdumiewające, ile można dowiedzieć się o człowieku, na jego pogrzebie. Musiała to być wyjątkowa osoba, mowa była tak szczera, zwyczajna, złożona z prostych zdań, mówiąca nie tyle o zasługach, co o przymiotach duszy i ciała tej, która żegnała ten padół ziemski. Wspominano sytuacje domowe, zdarzenia osobiste jej przyjaciół, w których widać, że wiele osób pamięta dobre uczynki, słowa.. .  Medale i odznaczenia nie wchodziły w grę, tylko małe, a znaczące i ciężkie gatunkowo dla danej osoby, czyny tej na katafalku. A gwoździem programu stała się mała dziewczynka, która powiedziała dwa zadania, że babcia smażyła najlepsze naleśniki i miała ładne czerwone szminki.

Hm, jakie zostawić dziedzictwo, którego nie zatrze czas, myślałam biegnąc do salonu. Biegłam, bo trochę mi zeszło wśród żałobników. Biedna ze mnie dziewczyna, to majątku nie zostawię na zbożny cel. Fundacji nie ufunduję i nagród dla najzdolniejszych też nie. Muszę zdać się na pamięć ludzką i te moje uczynki dla maluczkich. Chyba moje dzieci, siostrzyczka kochana, brat i te istotki, dla których byłam drugą mamą, kochaną panią („jest pani najlepsza w całej galaktyce”, słowa z jednej z laurek z 1996 r.) przemówią za mną w moim imieniu. To w ich pamięci zostanę.

Pogrzeby sprawiają, że zaczynamy robić bilans własnego życia.  Zastanawiamy się dokąd wiedzie nas ta podróż, w jakim kierunku zmierzamy i co po sobie zostawimy, kiedy dobiegnie końca. Dziedzictwo, którego nie zatrze czas, będzie trwało w sercach innych ludzi.