Seks i rozmowa – filary związku

Nie wiem, co mnie ta miłość naszła? Może wiosna idzie, Basi skowronki w głowie. Dziś chciałabym pomyśleć głośno przy Was, co jest filarem związku, na czym stoi ich dobre bycie razem? Co powinno im wychodzić (i nie myślę o rozporku, hi, hi), aby to był dobry związek. To nie są książkowe przemyślenia, ani wyczytane w gazetkach, czy romansidłach, tylko wniosek po zakończeniu mojego pierwszego małżeństwa i właściwie porażce drugiego. Patrzę na to z góry i analizuję; co zrobiłam źle, czego bałam się.. .

Teraz rozmawiałam z siostrą, przeczytałam jej szkic wpisu i doszłyśmy do wniosku, że trochę smutne, ale nie zawsze mam wesołe przykłady z życia i  może warto dla jednej jedynej osoby, której to pomoże, popracować nad tym wpisem, aby ona ratowała swój związek. Może choć jednemu panu podpowiem, naprowadzę i wracając z pracy wpadnie do kwiaciarni po tę jedną różyczkę (o niej będzie niżej).

Dobry związek oparty jest na dwóch filarach, mocnych nogach, które nie powinny kuleć. Na jednej kończynie związek nie będzie stał (ojej to mojemu chyba niewiele zostało)!

Dla mnie filarami związku jest seks i rozmowa. To musi wam wychodzić.

Miłowanie w łóżku, na krześle, czy przed lustrem, a może cieplutko, cichutko „na łyżeczkę”, pod kołderką.

Cudownie lubić ze sobą rozmawiać i mieć o czym.

W pierwszym małżeństwie moje filary leżały na łopatkach. Seks nie był po mojemu, a rozmowy bałam się. Jak chciałam o coś poprosić, mówił – ” przygotuj się przedstaw przynajmniej 4 argumenty, popierające twoją prośbę, a przemyślę”. Jakich argumentów użyć, żebym miała szansę, jakich słów, żeby było gramatycznie, stylistycznie? Zwracał uwagę przy ludziach na błędy  i poprawiał. Raz nie naprawił pralki, dopóki nie użyłam właściwych  nazw części, a nie „tamten wężyk”. Zawsze szłam z duszą na ramieniu, kiedy trzeba było porozmawiać. Stąd kochani wiem, że to ważne. A przecież rozmowa może być przyjemnością

Kiedyś leżąc karmiłam piersią małego synka, przysypiał przy piersi, więc smyrałam go po nosku, aby budził się i brał do roboty, a maluszek ziewał i smacznie przysypiał dalej (Boże, jaki to piękny czas,  najpiękniejszy!), podchodzi mąż i mówi, „lepiej byś książkę poczytała byłoby, o czym z Tobą w nocy porozmawiać”. Te słowa zostały we mnie do dziś.

Uważajcie co sobie powiecie, bo słowa ranią bardziej niż nóż.

Do pięt mu wtedy nie dorastałam, on był kimś i nadal jest. Ma ogromną wiedzę. Nasza podstawa nigdy nie stała, właściwie nie było jej. Myśleliśmy, że z czasem wypracujemy to. Było tylko gorzej. Ja wiem, że reszta też jest ważna, ale nie kluczowa. Na przykład wasze zainteresowania, upodobania, patrzenie na świat, wolny czas, zaufanie, które macie lub nie, bo ktoś nadwyrężył je, ale jak nie lubicie kochać się ze sobą i odzywać do siebie, to kicha, orka na ugorze.., kwestia czasu i ..

W drugim małżeństwie trzyma mnie rozmowa, czyli zdolność komunikacji. Może nie jest wysokich lotów z mojej strony, bo on też mądry, oj mądry, ale widzę, że to jedyne, co lubi ze mną czasami robić.

Nie rozmawiajcie ze sobą używając sarkazmu, ironii, gdzie pod ich płaszczykiem ukrywa się gniew, żal. Używajcie czasami zdrobnienia zwracając się do siebie. Otwartość w rozmowie to plus. I nie chodzi o to, aby prawdą wysmagać go po oczach. Aby wniosło tylko ból, bo i po co. Tylko łagodnie, ale szczerze porozmawiać. Wszystko, co robicie powinno mieć sens, rozmowa także. Dobrze byłoby, aby zbliżała, wyciszała i była przyjemnością.

Seks niewątpliwie zbliża. Buduje i podtrzymuje miłość, poczucie szczęśliwości.  Dobry seks w związku jest cudem. Namiętność, zaangażowanie, bliskość, pożądanie. I nie chodzi o to, abyście ciągle wyrażali uczucia wulkanem w łóżku, bo się wykończycie i to też może się przejeść, znudzić, a zwłaszcza zmęczyć obojga. Dotknięcie ramienia, pocałunek w policzek, ujęcie jej w pół, wtulenie noska w jej włosy.., buduje intensywność w związku, bliskość.

 

Jeśli na dotknięcie waszego ramienia sztywniejecie i nie macie równego oddechu, znaczy  wyczyszczona bliskość, o ile kiedyś istniała.  Przeszła w strach przed dotykiem. Nic już nie można zrobić (ja tak mam obecnie, stąd wiem).  To, co było, o ile w ogóle było spłynęło z brudnym śniegiem, którejś wiosny.

Piękne związki trwają, ponieważ ludzie starają się, dbają o nie. Mamy to co sobie wypracujemy. Choć bywa różnie. Zdarza się, że robiliśmy wiele, a jednak nie udało się.

We wspólny życiu cenimy te cechy partnera, które pozwalają nam czuć się bezpiecznie, być sobą i mieć poczucie, że jesteśmy wysłuchani i zrozumiani. Jak kogoś kochamy, chcemy spędzać z tą osobą czas.

Ta zwariowana rzecz, zwana miłością, niech Wam się przydarza.

Teraz coś dla panów, czego od Was oczekujemy – małe, a rosną w wielkie sprawy

Niech się męski ród nie obraża na mnie, ja chcę zrobić dobrze. Hmm, ładnie to zabrzmiało. Myślałam dobrze tymi podpowiedziami zrobić Wam!

  • Dajcie partnerce opowiedzieć o swoim problemie, nie przerywając jej dobrymi radami. Ona nie oczekuje natychmiastowych rozwiązań, tylko solidarności, pokaż, że jesteś po jej stronie.
  • Przytulaj ją dłużej, może pomasuj..
  • W kinie połóż dłoń na jej kolanie
  • Bierz ją w ramiona nie tylko przy zgaszonym świetle
  • Nie chełp się kiedy masz rację i obyś umiał przyznać się do błędu
  • Dbaj o siebie, używaj dezodorantu, DolceGabbana, czy czegoś tam takiego, co kobiety waszej nos przyciągnie i zacznie wąchać i całować waszą klatę, skracaj paznokcie, przycinaj włosy w nosie, nie rzucaj byle gdzie brudnych skarpetek
  • Piwo nie sprawdza się jako afrodyzjak, nie najadaj się śledzi, czosnku, kiedy planujesz siup do łóżka z nią i nie po to oczywiście, żeby chrapać
  • Nie nadużywaj alkoholu, nie tylko przed seksem, ogólnie w waszym życiu. On niszczy.
  • Zadbaj o atmosferę w sypialni, zapal kilka świeczek, kup czasami 1 różę i posyp tymi kilkoma płatkami łóżko, przyklej karteczkę samoprzylepkę na lustro z napisem „kocham moja żoneczkę”, coś w tym stylu, innym razem połóż taką karteczkę liścik miłosny pod kołderkę
  • Zadzwoń, przypomnij się jednym halo, czy smsem wyrażając troskę, zainteresowanie, czy pochwałę za minioną noc, a może poranek (ach, gdybym miała faceta!!)
  • Czasami ni z tego ni z owego, zabierz jej samochód do myjni i uzupełnij bak, a jadąc odebrać ja z imprezy babskiej, czy od lekarza wstaw w miejsce na kubek z napojem świeże truskawki, czereśnie
  • W łóżku najpierw zadbaj o jej przyjemność, mów wtedy czułe słówka i nawet, jak latek wam przybyło chwal za piękne ciało, za zniewalające krągłości i akuratne cycuszki, ona teraz właśnie wyjątkowo tego potrzebuje, jak była młoda, to i bez twoich słów widziała to
  • Zabierz ją czasem na koncert jaki lubi, czy balet i nie wyrzekaj, ofiaruj z serca.
  • Zaskocz ją, kiedy wrócisz wcześniej do domu i ugotuj coś, ale uwaga- nie zrujnuj kuchni. Bidulka na kolanach nasprząta się, i nie będzie jej się chciało ich do czego innego używać
  • Innym razem posprzątaj łazienkę czy sypialnię, zmień w kuwecie kota
  • Przytul kiedy płacze i pozwól wypłakać się jej w twoim bezpiecznym ciepełku, nie przyspieszaj jej wyciszenia, niech sobie ulży (w nocy może Tobie..)

Kobiety twierdzą, że gdyby im nie brakowało miłości, wam nie brakowałoby seksu!

Kobietki pora na Was. Panowie, też chcieliby czegoś od nas. Może powiecie robimy to i nawet więcej, dobrze!  Dla tej jednej jedynej piszę, co ma kłopot, a was może utwierdzę o dobrze obranym kierunku.

  • Przestańcie kłamać, proszą faceci. Cóż, my jesteśmy bardziej finezyjne, przez to  trochę niewielkich potrzebujemy do naszej gry, koronkowej roboty. No to może  trochę z nimi zelżyjmy
  • Mówcie, o co Wam chodzi, ale bez złośliwości, czyli „Wyłóżcie kawę na ławę, ale nie pochlapcie faceta wrzątkiem”
  • Wyrzućcie te straszne „cichy po domu” i zakładajcie coś domowego, ale bardziej uroczego
  • Nakładajcie mniej panierki, czyli makijażu i bądźcie bardziej sote
  • A może odwrotnie, te które pudrem nieskażone
  • Jeśli kochanego ciałka już 2 razy tyle przybyło, co w dniu ślubu, może poćwiczcie na drążku, jakim chcecie, ćwiczenia na jednym i drugim spalają kalorie, oj spalają
  • Nie zadawajcie pytań, na które nie chcecie poznać odpowiedzi, np. czy mój tyłeczek wygląda grubo w tych dżinsach
  • oczyśćcie trochę drogę pod prysznic z klamotów, bo tam chłop ledwo nogi rozstawia (hm, ciekawy widok musicie mieć, zazdroszczę). Wiem my potrzebujemy kilku odżywek, maseczek, scub, kremów, toników, demakijaży.., itd, itp
  • Nie męczcie go z kolorami, on ledwo podstawę obejmuje, nie może rozróżnić 66. Zostawcie mu do opanowania jedną szóstkę
  • Dajcie mu trochę czasu i nie dopytujcie się, jak go spożytkował i tak nam się nie spodoba
  • Pozwólcie mu czasem dłużej spędzać czas w garażu, on obejrzy mecz, pomajsterkuje, wypije 1 piwko i po beka sobie tam do woli
  • Idźcie z nim czasem na żużel, on z wami był na balecie
  • Poddawajcie się czasem i mówcie „Masz rację, kochanie” i nigdy nie wracajcie do tematu
  • Mniej mówcie, a więcej słuchajcie
  • Nie analizujcie uczuć zbyt często
  • Nigdy nie pytajcie o czym myśli. On ma wyjątkową umiejętność wyłączania umysłu
  • Powiedz – „kocham cię”, choć tak naprawdę zawalił i najchętniej zabiłabyś go
  • Ostatnie, bardzo ważne – po sześciu miesiącach słowa ulegają przedawnieniu i nie można się na nie powoływać w kłótni!

Oj, ten wpis zrobił się długi, może zmęczyć. Obiecuję następny będzie krótki, już wiem,o czym Wam napiszę. Mówiłam siostrze, uśmiała się zdrowo przed snem. Zdradzę Wam tylko, że będzie o testowaniu młynarza.

Reklamy

„Polacy nie gęsi, swój język mają”, ale dobrze znać angielski.

Jestem z tego, pokolenia, co całe życie uczyło się języka rosyjskiego, a teraz niewiele pagawarim, bo nieużywany był. Wszystko się zmienia, idzie do przodu, coraz więcej i częściej spotykamy się ze słówkami angielskimi. Chociażby „okay”, niejedna babcia już używa. Umiejętność porozumiewania się w tym języku staje się nieodzowna. Czujemy się, jak bez ręki nie wiedząc, jak pomóc pytani w nie ojczystym języku, o co ktoś nas prosi, czego potrzebuje. Czujemy zmieszanie z zawstydzeniem, a ile nieporozumień z tego wynika.

Któregoś dnia, a było to jeszcze w innym salonie niż Mabe, przychodzi Norweg, wysoki, jak to Wiking, w średnim wieku, potok słów w nie moim języku, a oni nawet staruszkowie dobrze operują angielskim. Rozumiem, że chce długi relaks, prowadzę do gabinetu masażu, rozwijam moją regułkę i jak pacierz mówię po angielsku, tyle ile umiem, co i jak założyć i położyć. „Proszę rozebrać się z wszystkich ubrań, założyć bieliznę jednorazową (stringi czarne dla mężczyzny), najpierw położyć na brzuszku  z głową w otworze i okryć ręcznikiem. Wracam za chwilę”.  Pokazuję mu te jednorazowe slipki do założenia, aby nie ubrudzić oliwką jego bielizny i by dobrze widoczne były mięśnie pośladkowe do wymasowania. Ten coś tłumaczy i tłumaczy. Patrzę mu w oczy i mówię „okay okay” myśląc, że chce zostać w swoich bokserkach. Ostatnio zdarzało się to dość często.  Wychodzę, czekam chwilkę i pukam,  pytając „ready”?  Słyszę przyzwolenie, wchodzę i .. Zatkało mnie. Norweg leży, jak mors na plaży; golusieńki i zadowolony, na dodatek nie okryty ręcznikiem. Moment, urywek zastanowienia; wchodzę uśmiechając się i myśląc, „tak to jest nie znać tego angielskiego”. Pewnie pytał, czy może zażyć masażu leżąc, jak go Bóg stworzył. A ja „okay, okay”. To mam, zgrabny tyłeczek na wierzchu.  Co mi tam, nie z taką sytuacją radziłam sobie, okrywam, co by chłop nie przeziębił się i masuje, masuję, aby poczuł magię  moich dłoni.  Moment obracania na plecy nie był żenujący, bo wyszeptałam do ucha, co by obrócił swoje cudne ciałko i ułożył się na pleckach. W ty celu uniosłam wielki czekoladowy ręcznik, przytrzymałam, aby nie widział moich oczu i ja jego klejnotów. Okryłam szczelnie i masowałam. Od tej pory narzuciłam sobie naukę kilku słówek dziennie. Ostatnio uśmiałam się sama z siebie, kiedy byłam zmuszona zapytać o nazwę hotelu. Myślę powiem, tak;  „My name is Basia, hotel name”? I dowiedziałam się.

Kiedyś moja córka gościła uroczego chłopaka z Belgii i mnie zostawiła na cały dzień do towarzystwa, ją praca wzywała. Oprowadziłam go po Gdańsku, aż nogi mocniej wbijały się w pupę. Poradziłam sobie z tymi słówkami, tylko nie wiedziałam, jak jest pomnik Trzech Krzyży. Pomnik wiadomo, trzy wiadomo, ale krzyże, jeden pan Bóg wie? Cóż pomogły paluszki. Skrzyżowałam je i policzyłam do trzech „one, two, three”. Powiedział „aaa, Lech Wałęsa”. A na koniec pozwoliłam mu popalić, bo wiedziałam, że w mocnym nałogu, a ja nie palę. Zaprowadziłam go w ustronne miejsce, wskazałam schodek co by spoczął i mówię „cigarette..”. Jego uśmiech szeroki i perlisty od ucha do ucha rozjaśnił połowę Gdańska. Opowiadał to wszystko Konie, jaką klawą mamę ma.

Kochani jestem zmęczona, wskakuje do łóżka, kotek już je grzeje. Aaa, angielski! Mogę dziś 1 słówko przyswoić? „naked no”!! nago nie!!  A i krzyże „crosses”. Zapamiętam. Dobranoc. Piszcie do mnie.

kilka słów o miłości

Miłość – to chyba oprócz finansów, najbardziej omawiane zjawisko na Ziemi. Mówimy o niej jakby była sławna, szukamy jej jakby zaginęła, piszemy, jakbyśmy znali się na niej. Depczemy ją, jakby była polną ścieżyną, orzemy jak hektary pól. Dla niej umieramy! I pragniemy jej, jakby była lodami w upalny dzień. Smakujemy, jak zemsty, czy ust pierwszej dziewczyny, drżymy na jej myśl, jakby była  krą z lodowca i czujemy czasem, jakby była wstydem. Wszyscy ją znają, nikt jej nie widział. Czy, aby na pewno. Same pocałunki, obściskiwanie jeszcze nie świadczą o miłości, ani piękne słówka szeptane czule, to też nie musi być miłość. Dźwiganie siatek z zakupami, czy to miłość, nie koniecznie. Może po prostu pomoc do wspólnego domu, jak u mnie. Trzymanie kobiety, mężczyzny za rękę, kiedyś obolały w szpitalu, to może być szacunek, przywiązanie, troska nie koniecznie miłość. A może i w szacunku i przywiązaniu i trosce, można znaleźć miłość? Może mamy do czynienia ze składowymi miłości? Za to łatwo znaleźć obrazek miłości matczynej, rodzicielskiej. A może ktoś powie, że to opieka?

Miłość przychodzi i odchodzi. Zawsze tak samo i zawsze inaczej. Najpierw przenosi góry, zatyka dech w piersiach, oblewa rumieńcem, blednie, szarzeje aby roztopić się jak brudny śnieg wiosną i znika. No i koniec, tak po prostu. Była miłość, nie ma miłości, A przecież była taka piękna! Doskonała, lśniąca niczym zbroja rycerza. A kończy pochłonięta przez ziemię. W szkołach tego nie uczą, nikt nie mówi o tym wielkim uczuciu, o zagrożeniach, tylko w poematach, że uskrzydla, uszlachetnia, czyli jest pięknem lub doprowadza do szaleństwa.

Ale bywa i tak, że miłość nie znika, lecz zostaje aż do śmierci. Nie swojej lecz człowieka. Nie odchodzi tylko zostaje, jakby ją nogi bolały. Wybryk natury, ale jest! Macie szansę. Kiedy spotkacie, nie zgubcie, pilnujcie, dbajcie.

Nie wiem, co mnie naszło z tą miłością. Może dlatego, że kochane, cudne dziewczę, moja córeczka, zadała mi pytanie, „mamo, jak myślisz, czy ja zostanę starą panną”? Poważnie zastanowiłam się, wzięłam pod rozwagę ostatnie zdarzenia z chłopakami,  jej charakter, temperament, oczekiwania, pragnienia i to, że nie umie jeszcze i nie chce mrużyć za mocno oczu, nie specjalnie ma szansę na trwały związek, a zwłaszcza na znalezienie swojego cudu. Mówię – „jest taka szansa”. Ona – „oj, mamo”! Cóż, bywa, że nasze wymagania i preferencje utrudniają odnalezienie Tego Jedynego. A takie rażenie, jak piorunem i mam miłość od pierwszego spojrzenia, rzadkość, oj rzadkość i najczęściej to nie miłość, tylko wzajemne spodobanie, fizyczność. Już po pierwszym spojrzeniu moje oczy kodują,”przystojniak, inteligentna twarz i jakie zniewalające spojrzenie”. A później zaczyna się randkowanie i nie za długo to trwa, bo słyszysz, on kocha muzykę disco polo (a ty uważasz, że muzyczkę skoczną jeszcze zdzierżę, ale te głupie słowa, typu majteczki w kropeczki, nie). Dalej; nienawidzi wszystkich o ciemniejszym kolorze skóry i zrzucałby z urwiska każdego kalekę, bo świat musi mieć dobre, mocne geny, a samotne matki z dziećmi nazywa zdzi… . Boże, choćby był jedyny na kuli ziemskiej nie dam rady. I tak powtórka z rozrywki wiele razy, dajesz szansę i buddyście i po zawodówce i profesorowi, młodszemu i dużo starszemu i mami synkowi i młodemu bogowi… . On jest, ten jeden wyjątkowy dla Ciebie, tylko zakopany, jak igła w stogu siana.

  Znam wiele młodych dziewczyn, są moimi koleżankami i mrużą oczy mocno, mocno, a po tym zaciskaniu powiek wychodzi  i tak plusowy rachunek. A są już w takim paskudnym wieku (zegar biologiczny tyka) i żadna nie chce za długo siedzieć, jako stara panna na ławce rezerwowych. Dla kobiety  lekko po 30-tce, wiek mówi, nie ma co czekać i przekopywać tej sterty siana za igłą, bierz łodyżkę, patyczek, źdźbło, skoro napatoczyło się w ręce. Czasu niewiele, my lekko zdesperowane, chcemy tulić maluszka w ramionach i malować ściany mieszkanka z kredytem na całe życie. Razem łatwiej, a niech tam wytrzymam niejedno jego dziwactwo wierząc, że się wyciszy, uspokoi. Daruję nawet i to, że nie chce drugiego dziecka i źle mówi o mojej rodzinie.. . Ale go kocham, tak sobie mówię, a zwłaszcza mamie, aby się nie martwiła a w duchu wierzę, że się zmieni, wydorośleje w swoich poglądach.

Chłopaki nie martwcie się, to nie o was. Ci którzy czytają, są cudowni i przez to dawno zajęci. Och! Odwrotność- z dziewczynami może być taka sama. Po prostu swój musi znaleźć swego.

Dla tych, co już wiele lat wypatrują na horyzoncie Mężczyzny Na Zawsze, Kobiety Na Zawsze, życzę oby nie znajdowali Na Chwilę!!

  A jakby pomyśleć tak; każdemu z nas ktoś został przeznaczony. Ktoś, kto nie pasowałby do nikogo innego. Tylko, jak na niego trafić? A może szukamy w niewłaściwych miejscach i jak przestaniemy szukać, sam nas znajdzie. Jak chcemy zjechać na sankach, nie idziemy tam, gdzie ładnie, tylko tam gdzie górka. Mądra, powiecie a sama nie znalazła i spoczęła na laurach. Ja mogę. Jak dożyjecie mojego wieku, też będziecie mogli iść na urlop od tego szukania. Poza tym, ja już mam słaby wzrok i igły na pewno nie znajdę, a źdźbło trawy już mnie nie interesuje, nie będzie mojej igły, nie będzie nic.

Kochani, każdemu z Was życzę zakochania i kochania, życie wtedy jest piękniejsze. Niezakochanemu nic się nie podoba, jest marudnym malkontentem. Wszystko widzi matowe i gasnące. Natomiast zakochany żyje czekaniem, na; dotyk, słowo, spojrzenie, na obecność. Czeka, wypatruje i drży. Dla tej osobliwej dolegliwości –  zakochania, człowiek może wszystko zapomnieć, zagłodzić się i nawet zwiędnąć Ale każda miłość powiększa serce o jeden rozmiar.

A może się mylę, bo specjalista ze mnie marny względem miłości.

„.. brakujące dwie stówki”

 Dziś chcę podzielić się z Wami historią o niespodziankach życia,  jak człowiek  potrafi mile zaskoczyć! Roar!!

Jak wiecie, na początku grudnia miałam stłuczkę. Była niegroźna, nawet mną nie zatrzęsło, nie szarpnęło, tylko usłyszałam zgrzyt łamanej blachy czy plastiku. Przestraszona,  zła na siebie, jak mogłam zahaczyć o ten zaparkowany samochód. Mijały właśnie trzy miesiące mojego bycia za kółkiem. Jeździłam do pracy i z powrotem, aby ćwiczyć. I od kilku dni zaczęłam mówić, że już tak bardzo, bardzo nie boję się samochodu. Na co moja mądra córeczka, „Oj, uważaj mamo, bo kiedy poczujemy się pewni za kółkiem, jesteśmy mniej ostrożni”. Miała rację.

Cóż, zdarzyło się, najważniejsze, że nikt nie ucierpiał. Załatwiłam z młodym właścicielem poszkodowanego samochodu wszystko, jak należy i pewnie w związku z tym przewrócę się na widok nowej stawki ubezpieczenia. Co tam ręce nadal mam sprawne ( i nie tylko ręce), zapracuję.  Nie mam AC, więc wzięłam się ostro i z kopyta do roboty, aby zdobyć te 3,5 tys. tak wyceniono moją naprawę. Już wiecie , że Klaus dobrze przysłużył się w tej akcji zarabiania i przyjechał specjalnie z Norwegii, oddał swoje ciało na klasyczne masaże. Jeszcze jeden, tym razem, urodziwy mężczyzna, o pięknych czarnych oczach, z sercem wszedł w ten mój projekt  „Odpracuj głupotę, tak ciężko, abyś poczuła w rękach, nogach ból”. Znał moje ręce w masażu (z salonu) i przyszedł prywatnie, pozwalając mi zapracować pieniądze, na zbożny cel. Jestem mu wdzięczna, że jak tylko usłyszał o mojej biedzie, natychmiast wyraził chęć pomocy. Ludzie potrafią mile zaskoczyć. To nie koniec niespodzianek. W zanadrzu mamy Wikinga Roar.

Mijają dni, czuję, że już mogę uznać się za ukaraną , ręce z bólu więdną. Ale wciąż brakuje kasy. Dorzucam do tej skarpety każdy napiwek, moje pół pensji, tyle wygospodarowałam, a i tak w ostatnim tygodniu po przeliczeniu banknotów brakuje 200 zł. do oczekiwanej sumy. Myślę trudno już nie zdobędę tej reszty. Ledwo na urządzenie świąt zostawiłam. Z tą myślą wychodzę do pracy. Masuję.. . Niedługo kończę pracę, a tu wchodzi niepozorny, skromnie ubrany mężczyzna. Wysoki, słusznej postury Wiking. Starszy, lekko pochylony, w okularkach z mocnymi szkłami. Przegląda ofertę i wybiera najtańszy masaż, klasyk, żadne mizianie na relaksie, pół godziny, za 80 zł. Prowadzę klienta, tłumaczę (po angielsku, znam te regułki), co i jak i do czego.  Jak położyć się na stole, gdzie nogi, a gdzie głowa, co i czym okryć, z czego się rozebrać, jak założyć jednorazowe stringi, gdzie front, bo tego najczęściej nie wiedzą. Zrobił biedak wielkie oczy , ale pokornie przytakuje.  Grzecznie, spokojnie wysłuchuje, a przy tym, tak ładnie patrzy na mnie. Z jednej strony, jak zbity pies ledwo unosząc oczy, a z drugiej, olśniony, jakby bogini stanęła przed nim. Wychodzę na chwilę, aby przygotował się i przed moim powrotnym wejściem do gabinetu masażu, pani z recepcji niepewnie pyta, „chyba zapłaci, jak pani myśli”? – „Nie wiem, mam nadzieję”. Wchodzę i widzę zrobił wszystko, co należało tylko okularów nie zdjął. Więc kucam przed nim, uśmiecham się i ujmuję okulary w dłonie, pozbywam go ich i odkładam. Zapamiętałam jego dygotanie, kiedy dotykałam ciała. Każdy mój dotyk był, jak rażenie prądem. Wymasowałam uczciwie, mocno i z czułością jednocześnie. Podziękowałam i wyszłam. Zawsze po masażu idę łyknąć duży haust wody. A pan Wiking, podszedł do recepcji zapłacił za masaż  te 80 zł i zapukał w uchylone drzwi pokoju socjalnego, obracam się, widzę te uśmiechnięte i pokorne oczy, podaje mi napiwek. Wiecie ile? Tak! Brakujące  200 zł. Niesamowite. Zatkało mnie. Moment zastanowienia, ale zmiękłam kiedy ujął moja spracowaną dłoń i ucałował (to nie podobne do Norwegów) podziękował. Miałam całość na toyotkę.

Wiecie, że tydzień temu (po 3 miesiącach) wrócił do Polski, do Gdańska i o poranku stawił się w salonie. Patrzył na mnie, jak w obrazek, tak się cieszył, jakby wrócił do dawno wyczekiwanej miłości, przy tym mówił i mówił, ale  Bóg jeden wie co. Mój angielski na poziomie Kali jeść, Kali pić.  Myślę może mi się oświadczał, a ja nawet nie wiem. Hi, hi! Powtórka położył się na  masaż w okularkach.  I nadal przeżywał każde moje opływowe sunięcie dłoni, a paluszki widocznie miały paralizatory. Paliczkami potraktowałam czworoboczny, a piąstki wsunęłam na kark.  Po masażu, przytrzymał moją dłoń, a zrobił to tak nieśmiało, że nie wydostałam się z jego leciutkiego uścisku. Patrzył, patrzył, ale był bez okularów, więc chyba nie mógł dojrzeć turkusu moich oczu. Próbował odszukać okulary nie wypuszczając zdobyczy.. No są na nosie, i ten jego szeroki szczery uśmiech, i zaraz spuszczone powieki. Onieśmielony oddaje dłoń właścicielce. Żegna się i szepcze co nieco. „Tomorrow..”, to wiem, myślę, będzie jutro. Nie omieszkał, za każdym razem o swoim rytuale dwóch stówek. I kiedy mówię „no, no”, on tak smutnie patrzy, no jak ten zbity, odtrącony pies.

Nie wiem, co go we mnie ujęło, czy moje niemechaniczne podejście do masażu, tylko ze skupieniem, uwagą i troską, zwłaszcza na każdej bliźnie (a trochę ich miał), czy moja akceptacja starszego, całkiem zwykłego mężczyzny, który już od wielu, wielu lat nie czuł przychylności kobiety, jej uśmiechu, cierpliwość, troski, choćby te okularki. Jak chciał z nimi włożyć głowę do otworu w stole? Mogłam poprosić, aby sam je zdjął. Dotknęła jego twarzy i  zrobiłam to. Wy wiecie dlaczego? On nie. Jak to jest Kali zdjąć glasses? Myślę, że dotknęłam jego ciała i poruszyłam serce, które mocno spało. Wróci na początku lata, zapytał nieśmiało, czy może. Dobrze, że znam nazwy pór roku po angielsku. Come back, I’m waiting.

Cóż, wystarczyło, że odważył się , zrobił krok w stronę salonu, a tam czekał na niego „maleńki cud”. Dla mnie zostanie uroczym, kilka lat starszym mężczyzną, który w masażu odkrył okruchy życia. Przygoda wcale nie musiała być spektakularna, ważne, że sprawiła nam obojgu radość. Doszukujmy się w ludziach tego, co najlepsze. Hm i już każdy ma na myśli jakąś zołzę, i jak doszukać się w niej dobra? Trudne. Zołzy, które znamy omijajmy i życzmy im  dobrze.

Substytut bliskości

Kochani czuję się w obowiązku napisać o tym, bo to dotyczy mnie, lecz absolutnie nie powinno by wzorem do naśladowania, dla młodych ludzi. Oni muszą, czy też powinni budować swoje życie, „jak należy”.

Ja w wielu listach do Was, z niekłamaną radością i zaangażowaniem opisuję obecny okres mojego życia, a przecież, nie jest sukcesem i nie zasługuje na pochwałę. Zachłysnęłam się nim, bo robię coś dla siebie, bez bojaźni, ładnie tłumacząc kontrowersyjne postępowanie. Ubierając w radość, a kluczem do tego jest nie krzywdzenie bliźniego, bo na bliskość pozwalam sobie z wolnymi mężczyznami . Jestem dojrzałą kobietą, żeby nie użyć słowa starą, która miała czas budowania, wicia gniazdka, nawet dwóch. Przegrana, złamana, zraniona do bólu, czyli można uznać skrzywdzona, boi się głębszych relacji. Nie ma już, chęci, wiary,  nadziei, że to udaje się. Boi się, jak ognia piekielnego kolejnego rozczarowania. I nie wymyśliła sobie tego znikąd, nie wzięła z filmów, nie przeczytała w gazetach tylko poznała na własnej skórze.

Ja już żyłam, tak jak Bóg przykazał w pierwszym małżeństwie. W drugim także, choć nie było uświęconym związkiem.  Urodziłam troje cudownych dzieciaczków, świeciłam przykładem żony, matki.. Później nie osiadłam i nie dryfowałam razem ze strachem z pierwszego związku, tylko znalazłam niewyobrażalną siłę do walki. Niestety sumienie oberwało bardzo. Pragnęłam, zaznać wszystkiego tego, co piękne, czego potrzebuje normalny człowiek, a czego nie  było mi dane doświadczyć. Mój pierwszy mąż był chyba złym nauczycielem, ganił za wszystko, moralizował i nigdy nie chwalił.  Zawsze pomimo starań czułaś się złą żoną, matką..  .

Z ogromną wiarą, wchodziłam w drugi związek, że tym razem musi się udać. Bez cienia wątpliwości, z wielką nadzieją mówiłam „Tak” w urzędzie stanu cywilnego. Wiedziałam, że nie ma innego wyjścia trzeba ponieść ten trud i wyszarpać życiu kolejny związek, aby mieć „prawdziwe” życie z miłością, czyli z tym, co ma sens. O akceptację takiej, jaka jestem walczyłam, nie tylko o seks (choć dla mnie wtedy był bardzo ważny, bo go nie miałam, a też chciałam zaznać). Nie chciałam luźnego podejście do życia. Przyświecała mi myśl, że kolejny związek będzie dobrem dla mnie, mojego przyszłego męża i w pewien sposób dla moich dzieci, przecież one były duże i widziały co się dzieje. Spaliłam wszystkie mosty, zaufałam i oddałam całą siebie.

Nawet duszą moją zapłaciłam, tak duszą. Taka przerażona przed pierwszą  mszą w nowej parafii, (kiedy zrobiłam ten haniebny czyn i odeszłam od męża)  podeszłam z pokorą i łzami w oczach, tłumacząc, co zrobiłam i co teraz? Mówiłam to, jakby szukając miłosierdzia u jezuity, księdza staruszka. On popatrzył z politowaniem i rzekł,  „cóż, od tej pory jesteś tylko naszym kibicem”. Stanęłam w kruchcie i tam byłam w każda niedzielę przez ostatnich 10 lat.

Ufna  wierzyłam, jak dziecko, że można mnie kochać, chcieć, pragnąć, potrzebować. Tylko ja i starsza córka wiemy, ile mnie to kosztowało, jak ogromnym trudem było. Zawalczyłam, o to nowe życie, porządny związek. I co? Pytam, co mam? Pobiegłam, nie za tym, co nazywało się miłość.. . Nie umiem czytać uczuć. Za dużo było pragnienia normalności!! Mam, co mam. „Nic”, nie mogę powiedzieć, bo nadal mijając się w drzwiach, pytamy, jak było w pracy, co słychać?

Nie wiem, czy brak dotyku od dekady, usprawiedliwia moje postępowanie. Bardzo, ale to bardzo boję się nowego związku, więc nie wchodzę w takie relacje. Seks tak, bliskość nie. Chcę tylko lub aż, czułości na tę chwilę, powierzchniowej znajomości.

Lęk przed bliskością myślę, że najczęściej związany jest z przykrymi doświadczeniami w przeszłości. Nie wiem tego na 100 %, mówię to na podstawie swojego życia. I tacy ludzie nie są godni potępienia ukamienowania, jeśli nie zabierają cudzych żon czy mężów i nie krzywdzą siebie. Oni nie chcą już wszystkiego co najlepsze, biorą namiastkę, substytut bliskości zamiast wspólnego bycia razem, na dobre i na złe. Chronią siebie. Już nie chcą wchodzić w relacje z drugą osobą,  boją się, że prędzej czy później ktoś ich zrani.

Osoby, które są w sytuacji wyłącznie seksualnej, często zamykają sobie drogę do tego, by być później razem. Tam, gdzie seksualność utrwali się, jako czynnik dominujący związku, trudno  dobudować intymność. To przestroga dla młodych. Nie dla takich, jak ja, które nie chcą niczego budować, ani dobudowywać. I jest im często smutno, że tak skończyły. Życie singla, czy życie w związku, jedno i drugie ma swoje plusy i minusy. Tak źle, tak niedobrze.  Oby wam  udało się mądrze przejść przez życie. Nie utknijcie w dołku (każdy może spotkać inny dołek). Najważniejsze zauważyć, że się w nim utknęło. Jeśli nie wiesz, co dalej, po prostu zrób następny, właściwy krok.

Powodzenia!

Życie wspaniałym prezentem jest!

Czyż nie mieliście czasami takich myśli, „jak to dobrze, że urodziłem się. Istnieję i mam możliwość poznawania tego świata”.

Prawie każdy z Was ma kogoś w rodzinie, kto nie może począć dzieciątka lub donosić. Ostanie lata obfitują w problemy z ciążą. A my jesteśmy!! Myślimy z wdzięcznością o naszych rodzicach, że dali nam życie. Mamy czas na wędrowanie po  swojej drodze, tu na Ziemi. Na kazaniu słyszę, – ” do niczego w życiu zbytnio nie przywiązujcie się, ani tego co dobre, ani złe”.  Cóż trudne. Dobro pragniemy zatrzymać, jak najdłużej, jeśli nie wiecznie.

Dobra passa przychodzi i odchodzi, ale zła na szczęście  też! Z każdej sytuacji wyciągajmy wnioski dla siebie.  Jest takie stare powiedzenie, które pomaga ludziom przetrwać trudne chwile, zawirowania i rozpacz: „I to przeminie”. Wcześniej, czy później wszystko się zmienia. Te słowa piszę do tych, co w rozpaczy są. Pozwólcie się ponieść rzece, jaką jest życie. Zawsze wyniesie was na spokojniejsze wody. Bystry nurt nie trwa wiecznie. Do tych, co się wahają i nie mogą podjąć decyzji, podpowiedzią może będzie, że czasem trzeba poświęcić bezpieczeństwo, które daje Ci…, by zyskać coś lepszego.

  Z biegiem lat przekonamy się, że nie zawsze można uznać wszechświat za przyjazny, a i tak cieszymy się z zaproszenia na ucztę, zwaną Życiem!

Wśród najwspanialszych darów, jakie zesłał mi los, na pierwszym miejscu jest macierzyństwo. To prawdziwy cud!

Życie można przeżyć na dwa sposoby: albo tak, jakby nic nie było cudem, albo tak, jakby cudem było wszystko”. Patrzę na swoje życie i myślę, że mi dane było najpierw zdecydować się na pierwszy sposób, aby w wieku dojrzałym przejść na drugi, weselszy. Problem z cudami polega na tym, że nie zawsze potrafimy je dostrzec. Tajemnica tkwi w tym, aby w bałaganie zdarzeń znaleźć cud. Wiem, to trudne zadanie, zwłaszcza kiedy starasz się być poukładanym i nie mrużysz oczy, tylko szeroko trzymasz otwarte i w niczym nie pobłażasz. Podam przykład; walczysz z nadwagą, i ni w ząb nie wychodzi, ani na dłuższą, ani na krótszą metę. Czujesz cud? Nie! A to dlatego, że twoje myślenie jest takie, ” będę szczupła – będę seksowna”. Nie całkiem prawda, znam wiele koleżanek, które mają parę kilogramów  za dużo i są niezmiernie apetyczne. To ciałko jest do schrupania przez faceta, ale one tego nie czują, nie ubierają seksownej bielizny, bo chcą się zakrywać, nie odkrywać.

Przekłuj to na cud. Zaakceptuj siebie i dbaj o te kilogramy co masz, pielęgnuj ciało, ładnie ubieraj się, jak nie teraz to kiedy, maluj delikatnie, lub podkreślaj jedno mocno, np. (oczy), drugie wcale (usta). Zadbaj o czas na pasje. Rób coś dla siebie, zmuś rodzinę, aby zauważali Twoje potrzeby. Naucz ich swoim przykładem, ze oprócz obowiązków masz prawa.  A poczujesz, że życie to prezent, nie zawsze  opakowany w złoty papier, ale ten kolorowy nic nie  gorszy, tylko inny i niejeden woli kolory, niż opatrzone piękno  złota. Często nasze życie, ten prezent nie jest przewiązany jedwabną kokardą, ale i tak jest dobrym prezentem, bo my dbamy o  wnętrze.

Pomyśl, co tam wrzucisz?  Władzę, bogactwo, sławę, nagrody, medale, pracoholizm..  W ostatecznym rozrachunku, czy te rzeczy mają znaczenie? Czy było miejsce na miłość?  Pomyślcie za co chcielibyście być zapamiętani? Ja już myślałam. Za serce dla dzieci moich i nie moich. Rodząc się nic nie przynosimy na świat i nic nie możemy zabrać.

Kochani żyjmy tak, abyśmy w godzinie śmierci, nie odkryli, że nie żyliśmy!

 

„Szarlotka”. Tańcząca radość.

Kochani idzie wiosna, skowronki śpiewają a Basi zachciewa się więcej biegać, trenować. Chcę i muszę, bo zardzewieję!! Dlatego trochę zelżę częstotliwość wrzucania wpisów. Z codzienności przejdę na 2, 3 razy w tygodniu. Hm, skojarzyło mi się z dobrą częstotliwością uprawiania seksu. No, ale marzenia, marzenia. Ja już chyba zawsze muszę mieć zamiennik- jogging. Trening biegowy, nie jest zły!! Jak się nie ma tego, co się lubi… A więc darujcie Baśce zwolnienia tempa blogowania. Wy też odpoczniecie trochę, bo te codzienne wpisy, już niejednego męczyły. Obiecuję nie pobiegnę w świat, tylko do Sopotu i z powrotem. Pośladki uniosę, uda pod rzeźbię.., fajna sprawa.

A teraz, przepis na pyszną szarlotkę. Zapewne każdy ma swój ulubiony przepis na to ciasto, ale może dla odmiany spróbujecie mojego. Koniecznie zjedźcie solidny kawałek jeszcze gorącej szarlotki z dobrymi lodami waniliowymi (ja lubi Grycana).

Składniki

  • 3 szklanki mąki
  • 5 łyżek cukru
  • 75 dag jabłek lub duży słoik szarlotki ( ja wolę te drugą opcję, nie są rozsmażone i fajne lekko twardawe, czasem biorę je z dodatkiem brzoskwini)
  • 5 jajek
  • 1 kostka „Kasi”
  • 1 szklanka cukru (do ubicia piany)
  • 2 torebki budyniu (jasnego)
  • 3 łyżki śmietany
  • cukier wanil., 2 łyżeczki proszku do pieczenia

Mąkę, cukry, proszek i margarynę posiekać nożem, dodać 5 żółtek i śmietanę. Zagnieść ciasto. 1/3 ciasta włożyć do lodówki, resztę rozwałkować. Na ciasto wyłożyć jabłka ze słoika lub starte na tarce. Ubić pianę ( używając miksera) z białek, szczypty soli, szklanki cukru i na koniec budyń, wymieszać na małych obrotach i wylać na jabłka. Przykryć resztą drobno pokruszonego ciasta. Piec ok.60 min. Gorący kawałek szarlotki (można też odgrzać w mikrofali) podajemy z lodami obok. Pycha! Z takim ciastem mogę zgrzeszyć i powiększyć boczki.

Dziewczyny, co Wy na to, jakby nakarmić swojego mężczyznę tym pysznym ciasteczkiem,  a później pokręcić tyłeczkiem. (wcześniej) Scrub, golenie, nawilżanie skóry, samoopalacz, włosy umyte, rozwiane lub uczesane, lekki makijaż, zwiewna  haleczka, wskakujemy na wielkie łóżko, przedtem zapuszczamy skoczną, lekką na czasie muzyczkę, stajemy okrakiem nad facetem i patrząc mu w te śliczne oczęta kręcimy pupcią. Rozkładasz ręce, jakbyś chciała wykrzyczeć,”patrz, podziwiaj  i pożądaj”! A bioderka kręcą.. .  Kusimy wzrokiem, ciałem i energią płynącą z radości życia. Później zgrabny przeskok, tak aby oglądał nasze stringi od tyłu, paluszki muskają pośladeczki, a ty się cieszysz, że żyjesz! Bo życie nadal trwa. Każda z nas może tak, o ile chce! Dojrzała też, jak najbardziej,  musicie tylko mieć faceta! A to deficytowy towar!

Cóż, nie jest to postępowanie ze spokojem i rozwagą. Ci panowie, którzy cenią sobie, właśnie takie postępowanie; spokój i rozwagę, nie pochwalą. Oj, nie pochwalą! I nie zachwycą moim pomysłem. Dla tych, co jeszcze czują, że żyją i nadal mają wielką chrapkę na wariowanie, polecam! Ja mam!! Dziwi mnie to, ale mam. Może powiecie, że jakoś głupkowato cieszę się życiem. Może tak, ale co z tym zrobić? No co zrobić, pytam?!

Teraz wpadła mi taka myśl, a może tę szarlotkę z lodami dać chłopu po wariowaniu, bo taki objedzony, może być ociężały i nie skory pociągnąć Was za te stringi na kołderkę, broń B.. pod!!

PS  Nie miałam fotki słodkiej szarlotki, wrzuciłam słodka Baśkę. Skasuję, jak się obrazicie, że na tyle sobie pozwalam. Ostatnio właśnie w tym kompleciku uprawiałam taneczne wariowanie, dokładnie takie, jak opisałam, a facetowi mowę odebrało. Boże, dlaczego, ja tak bardzo cieszę się życiem? Może przedtem nie czułam, że żyję, bałam się…, wszystkiego.

Już mam, upiekłam. Tylko po lody biegnę. Ta szarlotka warta grzechu (też)!!