„Gołąbki i.., kózka z gąską”! Moje gniazdo.

Chcę się z wami podzielić  obrazkiem z mojej głowy i myślami, które nie dają mi spokoju. Ilekroć widzę pod ścianą budynku gołąbka, któremu przytrafiło się coś złego nie wiem, jak pomóc. Mijam go, biegnę do pracy, a on siedzi tam, może ze złamanym skrzydełkiem i pogruchotanymi nóżkami. Siedzi i z bijącym sercem czeka, co będzie z nim? I nawet, jakby ktoś mówił, że gołąbki takie, czy takie i sra…,  to każdego stworzonka, które czuje, szkoda i żal. Taki kotek podwórkowy, jak zwichnie łapę, to ma jeszcze jakąś szansę na tych trzech pokuśtykać pod samochód, czy w jaką nisze, może uchylone okienko. Walczy o życie, a ten biedak gołąbek, czy inny ptaszek,  nie może już nic. Zdany na los, łaskę i niełaskę. Właściwie czeka na pożarcie. Ten jego czas oczekiwania, jak o tym myślę skręca mnie z bólu. Zawsze bardzo przejmował mnie los zwierząt. Nie chcę mówić, że dzieci na wojnie nie, ale to już inna inszość, która wszystkich trwoży, przeraża i czujemy się bezsilni wobec ogromu wojny, myślimy co ja, jeden mogę zrobić, kiedy w Syrii lecą bomby. Wschodnia Guta może być drugim Aleppo. To dzieje się na naszych oczach,  a my nie wiem, co zrobić? Tylko słuchamy informacji, oglądamy obrazy z wojny domowej, dyskutujemy przy stole i .. .  Straszne, przerażające!

A przy zwierzątku coś możemy. Wychowałam się na wsi, to piękne, ale i ciężkie do życia miejsce. Zwłaszcza w tamtych czasach, kiedy ja byłam dzieckiem biegającym boso po ścierniskach.. . Kiedy nasz kochany kraj jeszcze nie odkuł się ekonomicznie po wojnie. Ludzie hodowali zwierzęta, siali, uprawiali, obrabiali pola, aby wyżywić rodzinę, często z trójką i więcej dzieci.

Przeżyłam coś niewyobrażalnie strasznego, dopiero teraz zaczęłam myśleć, wspominać, bo jako dziecko próbowałam  wyprzeć z  pamięci. Nasza kochana krowa, Krasula była cielna, już wysoko i schodząc z górki do wodopoju złamała nogę. Nie można było jej pomóc, więc.. . Pamiętam brata 2 lata starszego ode mnie płakał i płakał, ja przestałam istnieć nie mogąc objąć ogromu bólu. Dopiero teraz pomógł mi psycholog. Byliśmy dziećmi, a one trudniej radzą sobie z emocjami, ale moja mama, dorosły człowiek, z bólu pozwoliła swoim łzom płynąć.  Bardzo wiele kobiet, a zwłaszcza mężczyzn nie pozwala sobie na łzy i wręcz chwali się tym, że nie płacze. Po co? Nie chodzi o to, żeby być beksą, ale tłumić emocje  nie jest zdrowe. Wypłakanie, wygadanie często pomaga, ulży choć trochę. Ale ja Krasulę wypłakałam  dopiero teraz, na terapii.

W tamtych czasach życie na wsi było ciężkie i teraz gdybym zamieszkała na wsi, nie hodowałabym zwierząt na rzeź. Miałaby kózkę i gąskę, żyłyby ze mną do starości do swojej naturalnej śmierci. Teraz w sierpniu miną 2 lata, jak z siostrą wybrałyśmy się ze Zbyszkiem zwany „hrabią” w podróż sentymentalną. To był mój trzeci powrót w miejsce urodzenia i dzieciństwa, a siostry pierwszy po wielu, wielu latach. Miałyśmy cały dzień chodzenia, patrzenia i łez w oku. Zmienił się tamten świat, tamto miejsce, Gardna Wielka nad jeziorem Gardno. Lasek urósł, droga zarosła, wozy i konie już jej nie rozjeżdżają, ludzie nic nie uprawiają. Ugory, ugory ..

We wczorajszym liści, na jego końcu piszę o dawaniu miłości. Bardziej miałam na myśli, nie tyle pokochanie mężczyzny, czy kobiety, choć też, co podanie pomocnej dłoni bliźniemu: danie szansy  alkoholikowi, uratowanie zwierzątka, bezinteresowna pomoc staruszkowi, czy poświęcenie swojego czasu ludziom w hospicjum,  zwierzętom w schroniskach, nawet pomoc kobiecie z trójką dzieci, kiedy wsiada i wysiada z tramwaju., czy ustąpienie miejsca bardziej potrzebującemu. Pamiętam, jak było mi nieraz ciężko. Jedno maleństwo w  wózeczku, a dwoje u spódnicy mamy. Czasami ktoś sam wychodził z inicjatywą, zwłaszcza młode dziewczyny, one częściej chwytały się za wózek, niż mężczyzna. Dziękuję Wam dziewczyny! A mówi się, że młodzież zła, rozwydrzona. Jest taka i taka, ale my chętnie zauważamy tylko tę negatywną. Zawsze mnie smuci, kiedy ludzie spodziewają się po innych tego, co najgorsze, zamiast tego, co najlepsze. Czasem nie doceniamy młodzieży.

Niestety nasuwa mi się też smutny przykład. I nie koniecznie chodzi tu o młodzież, raczej o mężczyzn. Pamiętam, jak wracałam pociągiem ze Słupska, tam studiowałam, a później wyszłam za mąż i zamieszkałam w Gdańsku. Chciałam dokończyć rok akademicki i wybrałam się w podróż pociągiem na ostatni egzamin. Byłam wówczas w 8 miesiącu ciąży. To końcówka lat osiemdziesiątych, byliśmy młodym małżeństwem i nie mieliśmy samochodu, a w Gdańsku nowi, bez rodziny. Pojechałam, zdałam ostatni egzamin. Szczęśliwa, bo jestem uporządkowana i nie lubię mieć  zaległości, a wiem, że jak urodzę, mój świat i priorytety przewrócą się wraz z tą maleńką istotką.  W drodze powrotnej stoję w otwartym wagonie, takim bez przedziałów, gdzie wszyscy widzą wszystkich. Nikt nie ustąpił mi miejsca, choć mój dorodny brzuszek widziało wielu. Ciężko mi było ogromnie, przestępowałam z nogi na nogę, kucałam, ale było jeszcze trudniej i pod koniec podróży już ledwo stałam, więc oparłam się o poręcz czyjegoś siedzenia. A brzuszek bolał. Wystarczyło tak niewiele, a jednak..  zabrakło empatii, życzliwości.. . To przykład braku pomocy obcemu człowiekowi, ale jakże często zachowujemy się tak w stosunku do rodziny, najbliższych. Zbyt często nie zdajemy sobie sprawy , ile znaczymy dla innych, aż jest za późno. Zbyt często nie wiemy, co zrobić dla innych, aż jest za późno. Teraz uczę moje szkolne pociechy kulturalnego, właściwego  zachowania. Przechodzimy krok po kroku zajęcia z programu autorskiego ” Mały dżentelmen”. Zdarzyło mi się raz, że chłopcy na hasło przepuszczania dziewczynek marudząc rzekli „my już nie chcemy być dżentelmenami”. Uśmiechnęłam się i poprosiłam dziewczynki, aby pozwoliły im czasem stanąć w pierwszej parze. Dla dzieci ta pierwsza para, to ważne, to jest coś!

Wracając do historii podróży pociągiem i braku pomocy kobiecie przy nadziei. Mogę zrozumieć, to były ciężkie czasy komunizmu, wszystko trzeba było wywalczyć, wydrzeć życiu, wystać całą noc w kolejce po kaszkę z owocami.. lub zapisać się na listę kolejkową czuwania całodobowego, członkowie rodziny zmieniali się na warcie, przez cały miesiąc. Przepychaliśmy się łokciami, a to po papier toaletowy, cytrynę na Boże Narodzenie i po miejsce lub, aby tylko wsiąść do pociągu, czasem nawet oknami. Więc ludzie zatracili uprzejmość, takt,  przytępili elegancję, empatię, współczucie. Teraz jest lepiej, zauważam to. Inny nie zgodzi się ze mną bo ma inne obserwacje i dobrze. Ja chcę postrzegać świat z moją dobra wolą, nie jej brakiem, bo inaczej, zauważę tylko minusy tego świata, nie plusy, a one przecież też są.

” Jesteś tym, co jesz”, tak mówią, a ja powiem- „Jesteś tym, o czym myślisz przez cały dzień”. Dziś we wpisie przywołałam smutne myśli, a zaczęło się od gołąbka. Widziałam go kilka dni temu i nie daje mi to spokoju. Ten wpis jest dla równowagi z poprzednim, o tańczącej Baśce, dziś grzeczna, nostalgiczna Basia, zdecydowanie Basia.

A to mój domek z dzieciństwa. Wyjątkowe miejsce. Zawsze już zostanie ze mną w sercu i myślach. Każdy z nas ma takie miejsce, wyjątkowe!

Reklamy

„Ona jedna, ich wielu”

Sam tytuł zaciekawia. Wielu, to w tym wypadku dziewięciu.  Już macie jakieś skojarzenia i chyba w dobrą stronę idą Wasze myśli.  Było piękne lato, słonko, plaża,  spacery i wypady za miasto z moim dużo starszym, bo ok.70- letnim przyjacielem. To słowo „przyjaciel” nie wiadomo, jak rozumieć. Zawsze zakładajcie dobro. Piszę to, aby pokazać, jak życie może cieszyć też, w dojrzałym wieku. Często tylko od nas zależy, od naszego przymrużenia oczu i lekkości patrzenia, co nie znaczy,  lekceważącego na niejedną sprawę. Dobrze jest spoglądać na świat, zakładając, że ludzie często są pełni dobrej woli.

Siedzimy na Monciaku i słuchamy gitary M. Rockowskiego, gra ładne kawałki. Ja i „mój” pan wygrzewamy kości na słoneczku. Muzyka romantyczna i takie hiciory lecą, jak „Emmanuelle”, że trudno nogi utrzymać w spokoju. Więc wstaję z ławki i przed starszym eleganckim panem, pląsam. On, jak hrabia,  apaszka na szyi, czerwona koszula, granatowe spodenki w kancik, mocno przyprószone siwizną włosy, z nóżką na nóżce i złożonymi dłońmi na kolanie. Tłok, jak to latem w Sopocie i nikt nie przygląda się ani mi, ani moim pląsom. „Hrabia” zadowolony,  urzekającym wzrokiem spogląda na mnie. Ja w błękitnych dżinsach, biodrówkach ze wstawkami na udach, trochę jak dżokejka, białej krótkiej koszulce, niebieski kwiatek w długich, rozwianych, rudych włosach. Ręce trzymam lekko wsunięte do tylnych kieszeni, które schodzą poniżej pupy, tak, jakbym podtrzymywała półdupeczki. Na bosaka, bo jestem na gładkiej płycie i tak powoli, kołysząc biodrami obracam się tanecznym krokiem dookoła własnej osi, aby widział i moje piękne oczy i pupę w tych wyjątkowo kuszących, choć nie obciskających spodniach. Aż nie wytrzymuje, wstaje.  Elegancko kłania się, jak to hrabia i już taka fajna para sunie po płytach przed molo i wiruje w tańcu.. Dostajemy brawa!

Później leżąc na kanapach wystawionych na plaży zajadamy lody i zaczynamy rozmowę, która skończyła się naszym zakładem. Chwali mnie za lekkość w tańcu i odwagę nie przejmując się wzrokiem niejednego i  niejednej, kiedy dłonie moje wijąc powoli splatały się ze sobą i rozchodziły, aby ponownie razem osiąść na piersiach. Mówi , „jesteś odważna, ale to było w ubraniu, a na pewno,nie zatańczyłabyś bez tych swoich fatałaszków”. – Hm, na pewno, tak myślisz? No nie wiem?  On dalej naciska, bierze mnie pod włos, a właściwie moją zadziorność i stanęło na tym, że mam zatańczyć w samej bieliźnie przed jego gośćmi na 70 urodzinach.

Myślę sobie, co tam, to panowie 70+, poradzimy sobie, żeby im tylko serca nie stanęły, o niczym więcej, coby stanęło, nie myślę. Były momenty, że miałam pietra. Wtedy stawałam w „pozycji Miłosza, czyli zwycięzcy” i nabierałam wiary, że to się uda. Długo szukałam właściwego utwór i stanęło na Jehro Continuando (3 min38 sek.) lub Kirpi „The Song”,Buddha- Bar..Ostatecznie wygrał ten drugi -4 min.55 sek. tyle muszę wytrzymać z ich oczyma.  Teraz przerzucenie niejednej szuflady z bielizną. Wiedziałam, że nie mogą to być stringi,  żadne skórzane, ciężkie ubranko, typu diablica z pejczem, tylko eleganckie, aczkolwiek kuszące i ze smakiem. Wybrałam chabrowy komplecik- Esotiq. Majtki typu tanga, kryty środek, boki koronkowe, staniczek niezwyczajny, na plecach z innym szelkami, jeszcze wysoko na karku spięty.

Już ćwiczę przed lustrem. Dobrze, że u hrabiego jest ich wiele. Tych luster. Chłop widocznie lubi się przeglądać. Potrzebuję widzieć siebie, jak tańczę, to mi pomaga. I tak tańczyłam po domu od czasu do czasu, ustalając, które ruchy wykonam, np.nogi lekko rozstawione, ugięte kolana, dłonie suną falą po wewnętrznej stronie ud, a których absolutnie nie. Już nie będę opisywała wam, jakich nie. Po prostu nie chciałam żeby to było wyuzdane, tylko apetyczne.

Czasami myślałam sobie, ” po co mi te wygłupy” ? I za chwilę, o nie, wygram ten zakład!!! Brałam się do roboty. Ubierałam bieliznę i  wywijałam przy lustrze i kocie. Potraktowałam to, jako zadanie i wyzwanie. Chcę pokazać, że my kobiety jesteśmy odważne. Ciekawe, który facet zatańczyłby tylko w bokserkach (bo w stringach męskich żadnego nie chciałabym oglądać) przed gronem damskim? Tak mijały dni, aż urodziny stanęły prawie na progu! Już wiem, jak to ma wyglądać. Impreza urodzinowa w jego apartamencie w Gdyni. W pokoju dziewięciu panów, starych przyjaciół, jedni od piaskownicy, inni z lat młodzieńczych i dwie panie; sąsiadka i siostra jubilata, Ewa. Wiem, że ona zostanie w to wtajemniczona, a sąsiadka staruszka zeszłaby na zawał, więc nie śmiemy informować jej o tym prezencie, tańczącej Baśce. Ona  ma tylko wpaść na chwilę, złożyć życzenia. Panowie, nasi goście i widzowie, wiedzą tylko, że będzie ekscytująca niespodzianka, nic więcej. Gospodarz na moja prośbę kupuje dziewięć poduszeczek, które rozłożone będą na dywanie, dookoła jego wielkiego płaskiego łoża w pięknej nowoczesnej sypialni, ze ścianą luster. Ja mam tańczyć na łóżku, nakrytym pluszową kapą, aby nie było ślisko, a widzowie z solenizantem na czele siedzieć wkoło na podusiach. Jeszcze raz utwierdzam przyjaciela, że do końca tańca i po, zostanę w bieliźnie!! Nie bez!! Myślę,”.. będzie zabawa, będzie się działo..” i uśmiecham się na myśl, jakie miny zobaczę, kiedy zaproszę panów do sypialni!!

I nastał ten dzień. Słonko przygrzewa. Ptaszki śpiewają, tylko ja czuję niepokój. Zabieram  mp3 z moim tłem muzycznym. Bielizna na pięknie wypielęgnowanym ciele, na to lekka sukienka koloru khaki, rozpinana. Wystarczy kilka guziczków rozpiąć i zsunie się z ramion. Do torebki wrzucam ulubione perfumy. Zanim jednym susem wskoczę na łóżko (już to próbowałam), musi być psik na ciało. Zapachy działają na mnie bardzo, bardzo! Jestem „węchowcem”. Zawsze ubrana w perfumy Guerlain prężę się, jak kotka, one dodają mi pewności tak, jak ładnie uczesane włosy, czy eleganckie, ale i seksowne ubranko.  Zbyszek podjechał po mnie o czasie. Wskakuję z ciastem czekoladowym i wiśniami, polanym wybornym ganasz. Omawiamy resztkę spraw, że siostra nie będzie w sypialni, ona nie chce mnie stresować bardziej, a poza tym ma to być męska uciecha, a sąsiadka pewnie po złożeniu życzeń i spróbowaniu małego co nieco, opuści nas (tak zapowiadała).

Jesteśmy na miejscu, stół pięknie zastawiony, ugina się od małych przekąsek wyrobu siostry bohatera (choć nie wiem, kto tu większym bohaterem; on, czy ja). Goście przybywają, witają się, rozstawiają alkohole różnej maści i rodzaju. Zajadamy zupkę, kotleciki, rozmowa płynie. Ja przełykam małe porcje, nie chcę być najedzona. Starsza pani żegna się, opuszcza towarzystwo, które ma już kilka kieliszków za sobą. Atmosfera rozluźnia się, już niejeden kawał opowiedziany. Moment ciszy, wykorzystuję go. Wstaję, myślą, że będzie toast, a ja pociągam wzrokiem po każdym uczestniku zabawy i  zdecydowanym głosem mówię A teraz zapraszam panów do sypialni”! pauza  ” wszystkich jednocześnie!”. Nie bardzo wiedzą, co słyszeli? Trawią i układają to w głowie. Myślą żarty, czy co? Jeden chrząka, drugi wierci się, więc ponawiam zaproszenie. „Panowie, nie ociągamy się, kobieta czeka”!

 Zbyszek zachęca, mówi, że to, ta zapowiadana niespodzianka.  I w końcu nastąpiło pospolite ruszenie, choć niektórzy  w niepewności nadal ociągali się. Nie wiem, może nie zabrali wiagry? Może obiecali sobie, już być grzeczni?  Może wyczuwają podstęp, jakieś filmowanie..? Wreszcie wchodzą, zasiadają. Jeden z nich rzuca hasło, jak by co, ja chcę być pierwszy, nie mogę za długo patrzeć na seks. Inny, że nie może słuchać tych dźwięków, jęków  i u niego zaraz będzie, po. Na co ja wesołym głosikiem przerywam dyskusję i mówię, „dajcie mi minutkę muszę wskoczyć do łazienki”.

Myślę, że teraz już każdy z nich wie, że będzie orgia i nie każdy z tą myślą czuje się komfortowo.. Zanim, któryś stchórzył, wskakuję w seksownej bieliźnie  na łóżko i  zapraszam na taniec erotyczny. Niejeden odetchnął, chyba nawet to słyszałam. A ja już w tym momencie nie boję się! Jestem tygrysicą. Pociągam wzrokiem po panach i drobnymi kroczkami z nóżki na nóżkę wchodzę w rytm, jak kotka na rozgrzanym, blaszanym dachu. Powoli  kołysząc biodrami, obracam się dokoła siebie, a ręce wędrują z nad głowy na ramiona pieszcząc okalam je. Lekko wsuwam paluszki za staniczek od góry, roznamiętniam siebie i  piersi. Głaszczę brzuszek, a paluszki  już wędrują za majteczki, odsłaniając tylko lewy kolec biodrowy. Teraz kuszący wzrok po wszystkich panach, oni wstrzymują oddech, właśnie te miny były bezcenne a moje dłonie zmieniają kierunek i  suną na pupcię. Tańczę tak, aby każdy mógł ją oglądać . Paluszki tylko muskają pośladki.

Zmiana rytmu, mocno uginam kolana, nogi rozstawione, ręce w środku i zaczynam podnoszenie ciała, prostowanie nóg. Stopki uniesione tylko na paluszkach, kręcą w miejscu w obie strony, dłonie między nogami płyną falą od lewej do prawej.., później obrót 360 stopni jednym skokiem i powtórka, ten kto patrzył mi w oczy teraz ma widok na spływające po karku włosy i omiatanie nimi pleców. Taniec dobiegł końca bez ekscesów. Nie było swawolnych wybryków panów.

Powiem wam, były bisy tańczyłam bez przygotowania A. Soler „Sofija”, choć nie do końca bez ćwiczeń, bo ilekroć słyszę ten skoczny utwór tańczę po swoim pokoju, więc wprawa już była. Radość skakania pomieszana ze smakiem zwycięstwa. Dla nich energia z wulkanem kobiecości, tak skwitowali. Dziękowali a stówki leciały na łóżko, choć mówiłam nieeeeeeeee!!! Wydaliśmy je razem. Zaraz zaczęły się zamówienia, każdy miał jakąś okazję. Najlepszy był cichy pan Tadeusz, który ujął mnie pod ramię i ściszonym głosem zapraszał do chatki na Kaszuby. Podobno miałam tam tylko tańczyć, zbierać kwiatki na łące i wić wianki, jak rusałka.  Może wybiorę się kiedyś. Póki co, nie dojechałam tam swoim samochodzikiem. I nie skakałam tańcząc po łóżkach tych uroczych starszych panów. Ale, jakby co i wywalą mnie na zbity.. z pracy za moją marną moralność, czy też wątpliwą, mam kolejną możliwość na życie. Śmieję się, dziewczyny, ale nigdy takiej kasy nie dostałam za 5 minut prężenia ciałka.  To może być demoralizujące.  Zakład wygrałam, mogłam zażyczyć sobie wszystkiego, czego dusza zapragnie, taka była umowa. Ja wybrałam się z jubilatem i znajomymi na kręgle. Nie jestem w nie najlepsza, ale bardzo lubię rzucać, kiedy kula prawie mnie porywa.

 Bawcie się w swoim życiu, kiedyś musi być ten czas. Ja za młodu się nie wyszalałam, byłam aniołkiem i to bojaźliwym. Teraz nadrabiam, ale wszystko to w ramach radowania siebie, nie krzywdząc nikogo. Pamiętajcie wszystko jest dozwolone, pod warunkiem, że nie krzywdzimy bliźniego i siebie!

Życie jest piękne! Może niesprawiedliwe, ale nadal dobre!

To nie Twoja sprawa, co myślą o Tobie inni. Ich!  Nie jesteś ani najgorszy, ani najlepszy – niezależnie od tego, co myślą. Ostatecznie liczy się tylko to, że kochałeś! Nie tyle szukałeś miłości, co dawałeś ją.

 

„Czytanie na dywanie”

To jeden z projektów prowadzonych w mojej klasie. Jest taki dzień w tygodniu  na czytanie bajek, opowiadań..,  przez chętnych rodziców.

Mamy w sali kącik czytelniczy, dywanik, poduszeczki, małą biblioteczkę z mnóstwem książeczek (dyrekcja dba o to). Staram się codziennie czytać moim pociechom lub opowiadać bajki z użyciem rekwizytów. Moje smyki lubią też legendy gdańskie (to jeden z programów ” Moja mała Ojczyzna”). Opowiadam im, nie czytam, bo są trudne i niejednokrotnie straszne, a ja ubarwię, złagodzę i zaciekawię. Później robimy wycieczkę, szukając tych miejsc, czy zabytków z legend.  Ich ulubiona to „Prawdziwa przyjaźń”, gdańskiego artysty rzeźbiarza z pieskiem, jak się okazało, bohaterem. Spacerujemy ul. Okopową w poszukiwaniu niszy z rzeźbą tegoż psa. Druga przejmująca legenda, to „Szczęście w nieszczęściu”, o sławnym rodzie Ferberów. Odnajdujemy ich kamienicę na ul.Długiej i epitafium w farze mariackiej. W  tym samym kościele przyglądamy się rzeźbie ” Gdańska piękna Madonna” (kaplica św.Anny), a w klasie poznały historię powstania tej rzeźby (oczywiście legendę). Po powrocie do sali malujemy nasza Madonnę w niebieskim płaszczu ze  złotymi gwiazdeczkami.

Bajeczki, które zyskały miano ulubionych moich dzieciaczków, to „Wilk i siedem koźlątek” , „O rybaku i złotej rybce” i „Czerwony Kapturek”. Ostatnią bajkę wykorzystuję do zabawy z babciami i dziadkami podczas szkolnej uroczystości w styczniu z okazji ich święta. Dzielę na role: wszystkie dziewczynki to „Kapturki”, jak usłyszą słowo „kapturek”, podczas mojego opowiadania bajki, wstają podskakują w miejscu i śpiewają la,la,la,la, la. Wszyscy chłopcy, to „wilki” i jak usłyszą to słowo w opowiadaniu wyciągają buźki, jak pyszczki i wyją. Wszystkie babcie, to „babcie” z bajki i na słowo „babcia” postękują „ojojoj”, a dziadkowie, to gajowi, na ich hasło unoszą się i mówią „pif-paf” pokazując z rąk strzelbę. A ja opowiadam, opowiadam. Każdy skupiony, zaangażowany. Bajka poznana, wszyscy ubawieni, zintegrowani. A ja szczęśliwa, to święto zawsze się udaje.

Chciałabym zachęcić rodziców do głośnego czytania bajek, opowiadań, nawet komiksów, swoim pociechom. Zaspokaja ono m.in. ich potrzeby emocjonalne, rozwija wyobraźnię, poprawia koncentrację, wzbogaca słownictwo, wyrabia swobodę w mówieniu, ćwiczy pamięć, buduje więź między dzieckiem a rodzicem. Samo dobrodziejstwo!

WSKAZÓWKI

  1. regularnie, najlepiej codziennie
  2. o stałej porze (tak około)
  3. dostosować czas czytania do przedziału uwagi dziecka
  4. w ulubionym miejscu
  5. modulując głos
  6. można wielokrotnie czytać tę samą książkę, czy wiersz
  7. w trakcie czytania pozwalać na pytania i powrót do poprzedniej strony
  8. rozmawiać o przeczytanej lekturze

Pewnie czekacie na coś bardziej apetycznego, niż dydaktyczne myśli, to zapowiem i zareklamuję wyjątkowo wesoły, ciekawy i pikantny wpis, o kobiecie i dziewiątce facetów.. To miało miejsce w moim życiu. Poczytacie już w piątek 2 marca!

Pobaw się ze mną, tato.

Kiedy dziecko, jest małe między nim a rodzicami tworzy się silna więź. Mama ma łatwiej, ona często nawiązuje się naturalnie, np. gdy karmi piersią swoją pociechę. A tata musi wyjść z inicjatywą. Brać na ręce, tulić, „nosić na barana”.. .  Często to on pokazuje techniczną stronę życia.

Już z niemowlaczkiem mogą manipulować. Układać do koszyczka np. klocki duże, osobno małe. Dziecko, jak każdy z nas lubi czułość, można wziąć zwyczajne piórko, czy pomponik i głaskać małe syrki, plecki.., nucąc cicho jakąś melodię. Chować się dziecku pod kocykiem, zarzucając go sobie na głowę i odsłaniając. Dziecko, dowie się, że choć nie widać nadal jest, w tym wypadku tata. To samo można robić z zabawkami: misiem, lalką, grzechotką.. .  Z większym maluszkiem można turlać się po dywanie, uprawiać zapasy. Z różnych domowych odpadów, takich jak kartoniki, folie, sznureczki.. można zbudować, wyczarowywać niemal wszystko, takie realne i nierealne cuda, np.kosmiczny pożeracz, duch lasu, stworzydło… Wyobraźnia bez granic. Już z 6-7 latkiem pobawimy się w chemika. Pod opieką rodzica to bezpieczne.  Zrobicie gejzer: wystarczy wrzuci mentosy do butelki coli i nie zapomnijcie szybko oddalić się. Pokazać jak zachowuje się rzecz w słodkiej i słonej wodzie. Ugotowane jajko wrzucić do szklanki z wodą, opadnie na dno, ale jeżeli dodacie  do niej soli  ok.2 łyżek – wypłynie. Słona woda wypiera. Dlatego trudno utonąć w Morzu Martwym. Świetna tajemnicza zabawa, której dzieci są zawsze ciekawe, to rysowanie mapy skarbów na czystej kartce, ale nie kredką tylko wykałaczką maczaną w soku z cytryny. Teraz ogrzej kartkę nad płomieniem świeczki a ukażą się wasze rysowane kontury.

Mamo, nie przeszkadzaj tacie bawić się z dzieckiem, nie krąż nad nimi. Ojciec zyska większą motywację do zaangażowania się w zabawę, pozostawiony na stanowisku kierownika i wodza tej podróży ze swoja pociechą w świat zabawy i rodzącej się, czy utrwalającej więzi.

Zabawa ” Restauracja”. Ćwiczy pamięć, uwagę, koncentrację, spostrzegawczość. Pełna emocji, bardzo lubiana. Często do tej zabawy zapraszam rodziców, aby pobawili się z nami i zobaczyli, że nie jest to proste.

Jeśli z jakiegoś powodu znajdziecie się w większej grupie dzieci, np. pilnując na wakacjach, swoich pociech i przyjaciół,  kobiety zajęte przygotowaniami w kuchni, a pogoda marna, pada i pada pobawcie się w ” Restaurację”. Siedzimy na obwodzie koła (nie ciasnego) lub w rzędzie, jak jest nas mniej. Każdy po kolei informuje, jaką potrawą będzie w naszej restauracji. Jeden to bigos, inny rosół, czy torcik, pomidorówka, lody, frytki… Nie mogą się powtarzać.  Staramy się zapamiętać nazwy potraw wszystkich uczestników. Koncentrujemy się i skupiamy uwagę. Zaczyna zabawę najstarszy, czyli tata, wyznacza kto wchodzi do środka i mówi dziecku, co mam mu zaserwować, np. proszę rosół! Dziecko będące w kole jest kelnerem, skupia się przypomina, kto był rosołkiem, podchodzi (dlatego musi być jakaś odległość, a nie jeden krok) i dotyka to  dziecko, np. w ramię. Należy się bronić, ale nie uciekając, aby nas nie dotknęli, tylko szybko podając nazwę innej potrawy. Kelner podchodzi do kolejnej wymienionej osoby, jeśli nie zdąży jej dotknąć, bo tamta szybko podała inną nazwę, to nadal męczy się w tym kole, a jak zdąży, to zamieniają się miejscami. Ten, kto usiadł podaje nazwę potrawy. Jeśli uczestnik zabawy poda nazwę, której nie ma w naszej restauracji, albo pomyli  się i wymieni swoją, za karę wchodzi do środka. Przy tej zabawie, jest dużo emocji. Najczęściej dzieci wołają „frytki, lody, pizza” i zawsze starają się przypilnować na nieuwadze i „złapać” nauczyciela.

 

Wesołej zabawy, życzę! Czas spędzony z naszymi smykami, to bezcenny czas. O nim będziecie marzyć, kiedy dzieci dorosną.

Polska Wigilia, nie z obrazka.

To była wyjątkowa Wigilia. Niezapomniane przeżycie. Jestem z tych, co uważają, że wigilia jest wyjątkowo piękna, niezwykle urokliwa, kiedy w grę wchodzą dzieci. Twoje dzieciństwo, kiedy sama byłaś dzieckiem, później zostałaś mamą i patrzyłaś na święta twoich maluszków  i czas kiedy pojawiają się wnuki, zostałaś babcią.

Patrzysz oczyma malucha na te wszystkie cuda; jak szopka w kościele, pasterka, prezenty ze staruszkiem Mikołajem i kolędy, kolędy przeplatane zapachem pomarańczy, smakiem maku i orzechów. Do dziś czuję ciepłą dłoń taty, podążając na  pasterkę o północy. A pamiętacie, ileż  radości było, jak nasze maluchy zaniemówiły z wrażenia, czy strachu, bo brzuchaty Mikołaj stanął w progu ich pokoju z worem prezentów. Dzieci, to one czynią to święto, radośniejszym! Jeśli nie skupić się tylko i wyłącznie na duchowym ich przeżywaniu.

Teraz, już dawno przestałam być dzieckiem, choć są sytuacje, w których nadal  właśnie tak się czuję. Obezwładniający strach i bezradność jak u dziecka. Innym razem radość taka dziecięca, jakbym dostała gwiazdkę z nieba, a ja tylko skakałam na wielkim materacu, jak na trampolinie, mówiąc do mężczyzny, że i jemu życzę takich urodzin, kiedy będzie w moim wieku, pełnych ekscytacji. Mogłam taką randkę przyjąć, ot tak sobie, poprostu jest. A ja, jak dziecko z rozstawionymi nóżkami podskakiwałam na myśl czekających mnie chwil i radości, która wypełniała całą mnie.  No dobrze, dobrze, bo się rozmarzę, a tu do Wigilii czeka.

Stanęliśmy na tym, że jednak nie jestem dzieckiem, a moje pociechy są, zdecydowanie dorosłe. Na początku grudnia siadamy przy herbatce (kto mnie zna wie, że uwielbiam mocną, czarną..) z moim Okruszkiem, czyli starszą córką miłośniczką stopowania, dalekich i bliskich podróży, wspominamy, że rok temu była w samotnej podróży po Azji, i tam zastała ją wigilia. A w tym roku będziemy tylko we tróję przy stole, bo młodsza córka została w Granadzie (Erasmus). Myślę z czułością, o tym człowieku, który rok temu w Malezji przyjął moje dziecko w ten piękny dzień, kojarzony z rodzinnym świętem.

I już widzę lisie spojrzenie mojego dziecka, wiem że o tym samym razem myślimy. Mówię,  „ktoś kiedyś zaopiekował się Tobą na wigilii”, a ona  dopowiada, „teraz może nasza kolej” . Obie pełne zaangażowania obmyślamy, jak to będzie. Planujemy; przy stole mamy 6 miejsc, nas domowników 3, więc troje zbłąkanych wędrowców możemy przyjąć. Okruszek podał wiadomość-zaproszenie na coutchsurfingu . Przyjmiemy pod swój dach te kilka osób, które znajdzie się w tym  czasie w Gdańsku i nie wiedzą, co ze sobą począć, a chciałyby poczuć smak tej uroczystości.

Lista trochę zmieniała się, ale stanęło na tym, że oprócz chrześcijan, nas katolików zasiądzie z nami muzułmanin, protestantka i buddysta. Ten ostatni wykruszył się i nasza Francuska zaproponowała  dwie Chinki  z Tajwanu (siostry, buddystki), myślę zmieścimy się, co tam. Cieszymy się bardzo, ja przygotowałam typowe postne, wigilijne potrawy, ubrałam choinkę, córka przygotowała dla każdego prezenty. Jestem tak podekscytowana i pierwszy raz spokojna, bo nie przejmuje się, jak wyjdzie. Jak wyjdzie,  tak będzie! Oni przecież nie wiedzą, jak ma być. Będą poznawczo uczestniczyć w tej wieczerzy. Śpiewniki z kolędami przygotowane. Jeszcze dojechała nasza przyjaciółka młoda Monika, super masażystka( „Fizjomobilna”), nie chciała sobie odmówić uczestniczenia w międzynarodowej Wigilii.  I były chłopak córki urwał się z rodzinnej kolacji od ciotek, dziatwy i reszty.., pełen ciekawości tego przedsięwzięcia. Także przy stole znalazło się więcej ludzi niż przewidywaliśmy, ale co tam w tym tez tkwi urok. Przytuliliśmy się do siebie bardziej. A pod stołem czarny buldog francuski, cudny piesek Moniki i nasz kochany błękitnooki  syjamski kot Kleofas.

Było dzielenie się opłatkiem, próbowanie każdej potrawy. Mageda, Egipcjanina zachwyciła czerwona zupa. Uprosił przepis na ten, cud smakołyk. Uroczy przystojniak (doktor matematyki), który brał czynny udział w naszym domowym koncercie kolęd. Francuska interesowała się wszystkim i dużo wiedziała o Polsce. Przemiła otwarta osoba, bardzo komunikatywna. A siostry z Tajwanu, bardzo ciche i skromne. Nagrywały wszystko, i były wdzięczne, za wszystko. Jedna z nich, to wykładowca języka chińskiego na Uniwersytecie Jagielońskim, a druga przyleciała na czas wolny do siostrzyczki. Wszyscy czuliśmy się cudownie, biesiadowaliśmy od 18 do 22. To był wyjątkowy czas! Nigdy nie zapomnę tej właśnie Wigilii z obcokrajowcami, niezwykle życzliwymi ludźmi. Musieli wykazać tyleż samo dobrej woli i otwartości, co my, aby zasiąść przy jednym. Można wiele, mając dobro w sercu. Już wiecie, jaka będzie kolejna wigilia pod naszym dachem. Wstawimy tylko większy stół. Już na nią czekam!

Okazuje się że można wyjść z ciasnych ram i w zgodzie zasiąść do jednego stołu. Ludzie różnych wyznań, kultur, tradycji, języków, narodowości, kolorów skóry.. ale jedno ich łączyło, tolerancja. Obecnie, wyjątkowo czujemy jej  głód, i  niejednokrotnie u nas zostaje wystawiona na próbę.

 

 Każdy wyszedł  obdarowany prezentem wigilijnym i jadłem. Przygotowałam słoiczki mojego wybornego smalcu, tylko o Magedzie pamiętałam i jemu dałam zamiast zakazanego owocu, słoik czerwonego barszczu. Do dziś jest wiernym czytelnikiem mojego bloga. Oprócz tego nie omieszkałam podarować lukrowanych makowców z uściskami i ucałowaniami.  Zostało nam pełno fotografii i filmów z naszego koncertu kolęd, śpiewanych także w języku angielskim. I wspomnienia wyjątkowego spotkania ludzi dobrej woli!   Nie było dzieci, a i tak właśnie ta Wigilia była wyjątkowo radosna, rozśpiewana, z ludźmi, którzy nie mieli problemu  przełamać się opłatkiem.

 Ps. jakbyście mieli sami zasiąść do wigilijnego stołu w tym roku, już serdecznie zapraszam do mnie. Śpiew kolęd jest obowiązkowy!

„Sajgonki”. „Klasyka dla Smyka”, osłuchaj go i z taka muzyką

Lubię je, ale wymagają trochę pracy i w sumie rzadko je robię. Próbowałam z niejednym nadzieniem, nawet z ziemniakami pure i boczkiem, ale nie zachwyciły. Najlepiej smakuje mi nadzienie z mięsem mielonym lub piersią  kurczaka i warzywami. Podstawą na patelnię jest marchewka, imbir, czosnek, szalotka, papryka słodka i szczypior na koniec dołożony. Do tego mięso, lub krewetki, a jak mają być  wegańskie to z makaronem ryżowym

Jak chcę prosto i szybko, to na rozgrzany olej wrzucam  2  szalotki, pokrojone w piórka, kawałek imbiru ok.3 cm pokrojonego drobniutko, 1 marchewkę pokrojoną w zapałki, 3 ząbki czosnku  drobno pokrojonego , 25 dag pieczarek, jak małe to kroję na ćwiartki, większe na plasterki 30 dag. mięsa mielonego, ja lubię z  indyka, może być wieprzowe, 1 czerwona papryka, pokrojona w paski,  jakaś zielenina np. koperek, kolendra pietruszka, co wolisz, co masz i pałeczki (ok. 3 cm) szczypioru na sam koniec smażenia (można też trochę selera pokrojonego w słupki, lub startego na dużych oczkach, kilka listków kapusty pekińskiej). Przyprawiam solą, pieprzem, cukrem i sosem sojowym lub rybnym.

Do dużego talerza wlewam ciepłą wodę i moczę każdy płat ryżowy odkładam na deskę , jeśli nie będę otaczać w sezamie, to do wody koniecznie dodaję cukier ze 3 łyżki, wtedy usmażą się chrupiące i złociste. Nakładam farsz zakładam boki do środka i roluję w rulon. Odkładam na deskę. Następnie otaczam w rozkłóconym jajku i sezamie. Można też smażyć bez tego ubrania w jajko i sezam, ale to cały urok sajgonek, ten wysmażony na chrupko sezam. Smażę ok.4 min. z jednej i tyle samo z drugiej strony), we frytkownicy na głębokim tłuszczu i wykładam na ręcznik papierowy (te smażone z sezamem, te bez sezamu na metalową kratkę)

Podaję z sosem chili. Można go zrobić samemu. Składniki sosu bez gotowania: 4 czerwone papryczki chili, 2-3 ząbki czosnku, 1 łyżeczka cukru, 2 limonki,  1 łyżka gorącej wody i tyle samo octu winnego, 5 łyżek sosu rybnego (jak nie masz daj sojowy)

Papryczki pokrój, czosnek przeciśnij przez praskę, przełóż do malaksera zmiksuj, dodaj cukier i kawałki obranych limonek, miksuj, aż otrzymasz jednolitą masę. Przełóż do miseczki dodaj wodę , ocet i sos rybny, wymieszaj. Jak lubisz świeżą natkę kolendry, dodaj do sosu, albo posiekane ananasy z puszki (ja dodaję, pycha!)

Inna wersja sosu chili. Octu najlepiej ryżowego -1/4 szklanki lub jaki macie w kuchni wlać do rondelka do tego pół szklanki cukru, 2 łyżki miodu, 1 szklanka wody, łyżeczka papryki słodkiej w proszku, suszone płatki chili ok. łyżeczki, 3-4 małe strąki ostrej papryki, posiekać drobno, 4-5 ząbków czosnku też posiekanego razem smażyć około kwadransa, teraz rozrobić 1 płaską łyżeczkę skrobi ziemniaczanej w małej ilości zimnej wody i wlać do sosu. Zagotować, ostudzić. Maczamy w nim sajgonki i zajadamy.

Na zimno też smakują wybornie. Dla smakoszy krewetek, polecam użyć ich zamiast mięsa. Kto zdobędzie grzybki mun, to znakomite zamiast pieczarek, ale przedtem dobrze wymoczyć. Jak nie macie frytkownicy, to na patelni czy woku. Na głęboki, mocno rozgrzany olej i smażymy z obu stron.

Smacznego!

Mamusiu, tatusiu, pożywienie mamy, może o zabawę zadbamy.

Teraz coś dla rodziców i ich maluszków.  Co daje dzieciom słuchanie muzyki?

Jak już wiecie moim pierwszym ukochanym, wymarzonym zawodem jest  nauczyciel, choć ja bardziej uważam się – zamiennikiem mamy na czas szkoły. Wychowawcą i opiekunem, któremu zależy na ich życiu i chce pokazać szkołę, na  starcie, że nie ma się czego bać, że to dobre, ciekawe miejsce. Tu zawiązują się przyjaźnie, tu jest pani, która z nami tańczy, jeździ na kocykach i bawi się w naleśnika turlając. Opowiada niezwykłe bajki. Moja wymyślona bajka o Leśnym Duszku, jest ich ulubioną. Kiedyś napiszę. Szkoła to fajne miejsce, wiele zależy od nauczycieli. Kocham swoją pracę, bo dzieci to miłość. Potrzebuję ich do życia tak samo, jak one mnie. Od około 18 lat prowadzę zajęcia, także własnymi programami autorskimi, zaakceptowanymi przez dyrekcję i nauczycieli na radzie pedagogicznej. Jednym z programów jest „Klasyka dla Smyka”- aktywne słuchanie muzyki poważnej. Już domyślacie się, to nie jest bezczynne leżenie na dywanie i słuchanie utworów S.Bacha, tylko aktywne z tańcem i  chusteczkami owiniętymi na paluszkach,  rytmicznym  stukaniem w drewniane pałeczki, czy przerzucaniem woreczków z rączki do rączki. A w tle muzyka klasyczna. Dziewczynki zakochują się w tej muzyce, w przerwach od pracy przy stole, wstają z własnej inicjatywy, proszą o nastawienie ” Tańca Cukrowej Wieszczki” lub ” Walc Kwiatów” ( „Dziadek do orzechów”), wyciągają z szafki tiulowe, kolorowe  chusteczki i wirują po sali w takt muzyki, która u nas cichutko leci nawet przy pracy stolikowej, czy śniadanku..

Muzyka poważna poprawia nastrój, pamięć i koncentrację. Wiele osób uważa, że jest dla dzieci za trudna. Uważam, że każdemu bez względu na wiek, przynosi korzyści. To odpowiednie dźwięki dla uszu dziecka. Słuchanie tej muzyki we wczesnym dzieciństwie przyczynia się do lepszego rozwoju połączeń nerwowych. Nie wiem, tego sama z siebie, wiem, że takie badania były przeprowadzane w Japonii i  Stanach Zjednoczonych. Sceptykom powiem tylko tyle, że jeśli nie pomoże naszemu dziecku stać się inteligentniejszym, to na pewno nie zaszkodzi.  Smykowi słuchającemu muzyki klasycznej łatwiej przychodzi nauka czytania, pisania, liczenia, logicznego myślenia, a przede wszystkim nauka języków obcych. Jak wybrać odpowiedni utwór. Jeśli chcesz poprawić koncentrację i pamięć smyka, posłuchaj z nim Mozarta albo chorału gregoriańskiego. W nauce pisania pomogą utwory Vivaldiego, Haendla i Bacha, a Strauss i Beethoven sprawią, że szybciej pójdzie, np.wkuwanie słówek.

Puszczaj malcowi utwory Mozarta z dopiskiem „dur”, a nie „mol”oraz takie, które mają umiarkowane tempo. Ja kupuję płyty dla dzieci z serii ” Klasyka dla smyka”czy Mistrzowie Dzieciom (posłuchaj jak bryka klasyka).  Najbardziej terapeutyczne działanie wykazują m.in. „Marsz turecki”, a także opera „Wesele Figara”. Możecie słuchać muzyki razem, kiedy rysujecie, układacie puzzle, czy klocki. Ja w swoim programie mam zajęcia prezentujące różne gatunki muzyczne, np.  jazz, blues, country.. . Większość zajęć jednak jest poświęcona osłuchiwaniu się z klasyką. Nie chcę na siłę zrobić z nich miłośników muzyki poważnej, tylko oswoić z tym rodzajem muzyki. Może polubią. Ja w ramach edukacji muzycznej zabieram moje dzieciaczki do filharmonii na koncerty dla dzieci.

Na zakończenie powiem Wam rodzice, że odgrywacie zasadniczą rolę w muzycznym rozwoju dziecka, ja tylko pomagam.

Ja i moje dwie córki kochamy muzykę klasyczną, a poznał z nią i rozmiłował w niej ich ojciec, mądry człowiek, a mój pierwszy mąż.

Hektor z Meksyku i polska gościnność.

To było wyjątkowe zdarzenie. Miało miejsce  12 listopada. Mile je wspominam , a moje córki uważają, że mają mamę the best, bardzo otwartą i naprawdę tolerancyjną, nie tylko taką, co mówi, że jest tolerancyjna.

Pamiętacie, że dopiero od pół roku jestem kierowcą, bo z tego  radowania się życiem i zdobyciem pewniejszej Baśki po terapii, a nie tylko grzecznej Basi, zapragnęłam jeszcze i tego doświadczyć. Ja całkowicie nietechniczna kobitka.

To był dzień, kiedy wracałam z saloniku dziwnie wcześnie o 15 tej, największe korki. Już cały dzionek myślałam, jak to będzie się wracało, kiedy zewsząd nacierają na ciebie samochody  i niecierpliwi kierowcy. Ale nie było mi dane bać się podczas powrotu, gdyż po zajęciu miejsca w samochodzie, patrzę ktoś nieznajomy (niezapisany) dzwonił, więc oddzwaniam w nadziei, że może nie będę jeszcze teraz musiała wracać, a tu moja sąsiadka, starsza pani. Pyta się, kiedy wrócę do domu, bo pod moimi drzwiami siedzi jakiś obcokrajowiec.

Pytam- ” a na pewno do mnie”, na co ona- „tak, siedzi na schodach i zapytany wskazywał pani mieszkanie”. Dopytuję dalej,- ” a na pewno obcokrajowiec ” ? – „O tak, na pewno obcokrajowiec”.  Ostatnie słowo mówi ściszonym głosem i bardzo powoli, co może oznaczać u tej pani, że ciemnej skóry. To bardzo bojaźliwa staruszka i mocno opalonego bierze za Antychrysta. Mówię, niech on siedzi już pędzę, myśląc, że niespodziewanie odwiedził  mnie chłopak mojej młodszej córki. Jest piękny z wyjątkowo ładną skórą, jak to Egipcjanin. I teraz rozumiecie, że nie było się co skupiać na strachu, jak jechać w korkach, myśli raczej uciekały do tego gościa. Mój facet, to nie może być. Jedyny fajny, o pięknej karnacji, który interesuje się mną, został poznany półtora miesiąca później, na wigilii. W grę wchodzi znajomy starszej córki, ona zna pełno ciekawych ludzi z couchsurfingu lub młodszej, bo kocha Omara.

Dojechałam, parkuję bardzo porządnie i  spieszę do domu. Biorę po dwa schody na raz i widzę, jest! Hm, rzeczywiście opalony mocno, ale to nie Omar. Podaję dłoń mówię te kilka zdań na powitanie przedstawiając się, on to samo. I nic patrzymy na siebie. To ja robię próbę i dopytuję się łamaną angielszczyzną, czy moje córki (wymieniam imiona) są znajomymi jego? A ten patrzy na mnie, za tych szkieł okularów, ciemnymi dobrymi oczyma. I nic. A myślę, tu pod drzwiami nie jest to dobre miejsce na rozstrzyganie tego, czegóż on chce ode mnie. Biedna sąsiadka już za długo na paluszkach wspinając się patrzy  i patrzy przez „judasza”, więc ulżę jej i proszę go do domu, mówiąc „follow me” . Tak zawsze mówię, kiedy proszę klienta do gabinetu na masaż. I  taki klient idzie, to i ten chyba  pójdzie. Wciągnął wielką torbę podróżną na kółkach i mniejszy bagaż podręczny. Zaprosiłam człowieka oczywiście do mojego pokoju, przecież nie do Romualda. Zasiadł na łóżku, mówiąc, że  w Polsce cold. Tak myślę biedaku dla Ciebie, to nie zwyczajność taki chłód. Proponuję gorącą zupkę. On nie mówi nie, ani tak. Nastawiam do grzania brokułową i  otwieram mój ratunek laptopik zwany- Mietkiem (od Kony).

Piszę na tłumaczu trzy zdania.

  1. „Nie wiem, kim jesteś.
  2. Ale miło mi Cię gościć.
  3. Zjesz ze mną gorącej zupy?”.

Widzę tylko jego uśmiech. Myślę o nie! Ttrzeba mi Konstancji na pomoc. Mówię „One moment, call to doughter”. Tłumaczę dziecku całe zdarzenie, że ma na imię Hektor, jest z Meksyku, czy może takiego gościa zna? Twierdzi, że nie czeka na żadnego Hektora i  pyta, „gdzie on teraz jest”? Jak to gdzie, siedzi na moim łóżku. ” O matko, obcy facet na Twoim łóżku, wpuściłaś go, nie bałaś się? Mamo! Mówię, „dziecko jemu dobrze z oczu patrzy, to jakaś zagubiona owieczka. Miałam go zostawić na klatce schodowej”? Podaję telefon. Porozmawiali i sprawa jasna. Przyjechał na mecz Polska -Meksyk. Wynajął mieszkanie na kilka dni, ale nie moje, pod 2 tylko pod 8.

Poszedł wyżej, przepraszając serdecznie. A brokułowa gorąca została w garnku. Więc, dałam mu czas na ogarnięcie się i za kwadrans idę z dużą miską gorącej zupy i bułeczką. W drzwiach staje uśmiechnięty Hektor, ja znowu łamię język i tłumaczę że Polska teraz zimny kraj, ale jadło moje wyjątkowo gorące. Podaję i zmykam do siebie. Za pół godziny, jest u mych drzwi. Z miską i 3 zdaniami na telefonie.

  1. „Dziękuję za tak miłe przyjęcie, nie wiedziałem, że ludzie w Polsce są tak gościnni”.
  2. „Nigdzie na świecie nie jadłem tak pysznej zupy” (myślę nie zna brokułowej widocznie)
  3. „Jesteś wyjątkowym człowiekiem, czy mogę zrobić sobie zdjęcie z Tobą na pamiątkę?”

Robi tę fotkę mój zdziwiony mąż, bo go proszę o to.

Fajne, sympatyczne zdarzenie, prawda? Choć nie wszyscy byli zadowoleni, kiedy to opowiadałam. To, co powiedział szef było dla mnie wręcz niesmaczne ” już wiem, co należy zrobić, aby dostać się na Twoje łóżko, usiąść i czekać pod drzwiami”. Jeden kolega zganił mnie za przyjęcie pod swój dach człowieka nie o takim, jak „należy” kolorze skóry, a drugi, że to lekkomyślność z mojej strony i napraszam się o gwałt, ale większość była rozbawiona tą historią.

Hektor, który się na moment zawieruszył, zagubił. Każdy z nas czasami pobłądził w swoim życiu. Najważniejsze chcieć znaleźć tę właściwą drogę i szukać. Idź prostą w dobrym kierunku, jeśli zejdziesz na urokliwą ścieżkę, to na chwilę i wracaj, a na pewno nie zapuszczaj się w ostępy i dzikie chaszcze. Wyjdziesz poraniony. Proste rozwiązania są najczęściej najlepsze. Pomyśl, jak wygląda Twój obecny odcinek drogi. Ja nad swoim też pomyślę. Chyba biegnę z górki, podskakując!