A może Węgry.. . Tańczący Motylek

Eger, perełka północy Węgier.

Na każdym kroku słychać język polski. Przyjeżdżają tu całe rodziny; z dziećmi, starszymi rodu, ale i koleżanki, zakochani..  Niektóre restauracje oferują swoje menu w naszym języku. Zdarza się dziwna naleciałość chyba z przeszłości tego kraju, jak przyjdzie para, to mężczyzna pierwszy dostaje posiłek, kobieta  musi poczekać (może to takie lekko tureckie, bo przecież byli tam dziesiątkami lat). Główna ulica, jako deptak kusi wieloma  restauracjami, kawiarniami i cukierniami.

Warto odpocząć w ogródku jednej z nich.

Nasze serca zjednała sobie Falank Fanny. Są tam takie ichnie pyszne buły, chyba na parze polane sosem waniliowym i posypane makiem, kluseczki galuszki, papryka marynowana nadziewana kapustą lub czosnkiem i inne potrawy, które bierzesz przy ladzie. Warto pokusić się o spróbowanie langoszy, zupy rybnej z sumem, czy pysznej gulaszowej w Dolinie Pięknej Pani u Butykos lub Vendeglo.  I wypić winko Egri Muskotaly w winiarni Szilagyi 34 Pince z  doliny tej ładnej kobitki. Trochę trzeba pozwiedzać, a zatem warto zajrzeć do Liceum i obejrzeć przyrząd optyczny Camery Obscura, będący najstarszą w Europie wciąż działającą „ciemną komnatą”.  Na przeciwko Liceum mamy  drugi największy kościół na Węgrzech, czyli egerska bazylika, gdzie Basi biło serce, iż przekracza progi w kusych portkach.

A może spacer uliczkami w zachwycie barokowych zabytków. Mnie tam zauroczyło to, czego potrzebowałam; największy kompleks kąpielisk na Węgrzech, Termy Egerskie. Dla urozmaicenia są tam także Łaźnie Tureckie. My zażywałyśmy kąpieli w ciepłych wodach basenów z Termal Furdo.

Panów nie podrywałam, kontaktu wzrokowego z żadnym nie nawiązywałam, ale za to zatańczyłam przed 92 letnim Tonym. To była ostatnia noc w Egerze, zjadłyśmy kolację, Marta za kokosiła się w łóżeczku i przeglądała fb, a ja powędrowałam do kuchni pensjonatu nacieszyć podniebienie dobrą, mocną herbatką. Z filiżanką udałam się do altany ogrodu, rudy kotek za mną.

Piję, próbuję pogadać z kotem, a że nie odpowiadał myślę; „a co mi tam zatańczę ci radość życia przy LP”. Kot zadowolony patrzy trochę zadziwiony, ja skaczę po trawie ogrodu. Pobiegłam po Martę, coby pstryknęła kilka fotek. A ona filmik nakręciła. Wracamy do łóżek, ale na chwilę jeszcze przycupnęłyśmy w stołówce pensjonatu, a tu z pokoju obok wynurza się nowy gość. Ledwo unosi nogę za nogą, wspierając się solidną laską, przy tym ciało drży i  siwiutki dziadeczek w białej koszuli zmierza ku nam. Zasiada przy naszym stoliku. Jest późno, jak na kolację, bo tak ok. 22, ale jemu nie głód doskwierał tylko samotność. Patrzy na mnie, kładzie dłoń na mojej i mówi, oczywiście po węgiersku. Ja znam małe co nieco po angielsku, więc próbuję kleić rozmowę, on ni w ząb. Dalej rozpływa się w opowieści wersji madziarskiej. Dowiedziałam się, że ma na imię Tony i na palcach pokazał 92 lata. Na co ja macham ręką i mówię do niego po polsku; „Jestem Basia i kocham tańczyć, zaraz ci pokażę”. Marta robi wielkie oczy i błagalnym tonem prosi -„Basiu nie”! Ale mi się nadal tańczyć chce. Myślę – „A niech chłop ma”! Pewnie dawno nie widział takiego obrazka. Już wysuwam się na środek kuchni, nastawiam niezmordowaną LP i zaczynam podskakiwać, wić, kołować. Powiem Wam; jego, tego Tonego radość oczu i całego ciała bezcenna!! Pewnie przez ostatnie 30 lat żadna laska nebeska nie zatańczyła mu.  Słodkim krokiem zbliżam się do niego, on obejmuje w pasie i całuje rączki moje. Fajnie było, takie połączenie kobiety z dziewczynką małą.

Później ganiałam przed ogródkiem w sążnistym deszczu. Na bosaka w żółtej koszulce. To były moje egerskie wygłupy, a o poranku ruszyłyśmy do ukochanego kraju. Tony pewnie szukał małej kobietki. Na darmo, ona szybko zmyka. To Motylek. Przysiądzie po trzepocze kolorowymi skrzydełkami i frunie dalej.

Życzę Wam beztroskich wakacji i odwagi połączonej z fantazją.

 

 

Urodzona w pantoflach i żakiecie? Pójdę boso..

Witajcie, dziś wróciłam ze smażenia brzuszka, boczków, plecków.., czyli urlopu u Madziarów. Było „git”, jak lubi mawiać Marta. To prawda, było wesoło i słonecznie. Odpoczęłam i jutro zaczynam od masażu sportowego, czyli na mocno bez relaksów.

Do wyjazdu jeszcze wrócę polecając to i owo w Egerze. Dziś chcę donieść Wam o uczuciu niezwykłym, które mnie dotknęło tam i nie będzie tu mowy o węgierskim przystojniaku, o nie!

Jak wiecie 10 lat temu rozwiodłam się, można by rzec sprzedałam duszę diabłu, aby być z mężem mym obecnym. Ubrałam błękitną sukienkę i poszłam ostatni raz wyspowiadać się z grzechów całego mojego życia. Pamiętam każdy szczegół z tej spowiedzi (tę sukienkę też), to był dla mnie ważny moment. Miałam świadomość, że coś się kończy i być może zapłacę za tę decyzję, szukania miłości w drugim związku. Do tej pory potrzebowałam spowiedzi i nigdy nie była ona przykrym obowiązkiem, tylko przywilejem, który miałam. Teraz wiedziałam, że już nigdy nie będzie mi wolno przyjąć komunii, a spowiedź bez mocnego postanowienia poprawy nie będzie się liczyć. I raczej będzie pogadaniem sobie dla pogadania, skoro nie opuszczę drugiego nieuświęconego związku. Więc powiedziałam sobie, że za wszelką cenę nie pójdę na samo dno, nie zaprzepaszczę duszy do końca. Będę starała się z całej mocy nie popełniać grzechów. Nigdy przez te 10 lat nie pozwoliłam sobie opuścić mszy świętej. I kiedy wiedziałam, że nie zdążę w niedzielę do kościoła, chodziłam w sobotę wieczorem.

A teraz wyjazd na urlop. Już myślę, czy uda mi się pomodlić nawet po madziarsku, grunt, żeby być na mszy.  Jak tylko przywitała nas gospodyni pensjonatu i wytłumaczyła, jak tu działać, gdzie co jest, ja od razu chwytam się za krzyżyk na szyi i pytam o kościół. Wyszła na ganek pokazała kierunek, gdzie znajdę bazylikę i nawet poinformowała o godzinie porannej mszy. Myślę, -” jestem uratowana”.

Rano po śniadaniu sama brykam do tej bazyliki myśląc, czy ją łatwo znajdę. Już w połowie drogi i  nagle – ukłucie w serce. Jestem nieodpowiednio ubrana! Ostatnio dzień w dzień te 32 stopniowe upały wprowadziły z automatu zwyczaj zakładania krótkich spodenek i pożegnania długich dżinsów.  Miałam na sobie białą bawełniana koszulkę z krótkim rękawem i granatowe, naprawdę kuse spodenki, na nogach sandałki. Od tej pory droga na mszę strachem ogarnięta cała, a po mnie widać było wielkie przejęcie. Nie zdążę wrócić przebrać się. I co ze mną będzie? Nie umiem Wam powiedzieć, jak bardzo przestraszyłam się. Powiedziałam cichutko – „Boże pomóż mi, ja muszę dostać się na mszę”.

Czułam lęk, że teraz przegram. Co ja zrobię?!  Trudno uklęknę za drzwiami i nie odejdę. Już to wiem.

Widzę kopułę świątyni, na ramieniu mam wielką torbę, coś w stylu plażowej, płóciennej, okrywam nogi z przodu i wchodzę bocznym wejściem. Szybciutko przysiadam w ostatniej ławce i przez chwilę nasłuchuję, czy ktoś zbliża się do mnie lub puka w ramię. Udało się!! Jestem w Domu Bożym i nikt nie wyrzucił źle ubranej. Jakaż wdzięczność ogarnęła całe moje ciało, że ludzie pozwolili mi zostać.

Po mszy szybciutko wychodzę, zanim ruszą wszyscy. Idę do głównych wrót i widzę wielkie plakaty z zakazami przekroczenia progu, jeśli mamy odkryte kolana, plecy, ramiona i stąpamy w klapkach, czy japonkach. W drodze powrotnej myślę „Boże mój, czy Tobie zależy na moim przyjściu w szatach, które my, ludzie uważamy na słuszne, czy raczej wolałbyś z ogromem mego pragnienia bycia z Tobą, kiedy ja w ławce, a Ty ukryty w tabernakulum.  Podejrzewam Boże, że Tobie wszystko jedno, czy będę w sukience z odkrytymi ramionami, długim, krótkim swetrze, czy w szpilkach, czółenkach, pantoflach, japonkach, a nawet boso. Kiedy ostatecznie stanę u Twych wrót będę boso. Naga, jaką mnie Panie stworzyłeś. Tylko uczynki, one będą się liczyć. Ty nie spytasz mnie „Basiu, gdzie masz żakiecik i spódnicę po kostki”, tylko – „Basiu, czy kochałaś”? Tylko to, czy kochałaś ludzi będzie się liczyć. Miłość!!

Wiem, nie żyję na bezludnej wyspie i muszę liczyć się z grupą, w której przyszło mi żyć, z obyczajami i kulturą. I nie chodzi mi o to, że mamy na golasa chodzić do świątyni, tylko, aby do wszystkiego przykładać miarę miłości. To Bóg oceni, kto z nas godny znaleźć się w świątyni i nie strój będzie wyznacznikiem. Garnitur, szpilki i szmizjerka nic nie pomogą Bogu, tylko nam. Powiedzcie mi, w czym ubliżają Bogu zgięte kolana w klapkach japonkach? A w sercu pokora i wdzięczność, że kolejną niedzielę mogę pokłonić się memu Bogu. W krótkich spodenkach, z gołymi kolanami na zimnej posadzce kościoła klęczy i w cichości serca przeprasza.., dziękuje.

” W progi Boże w godnym ubiorze”. To słowa z plakatu Akcji Katolickiej informującej odnośnie odpowiedniego ubioru w świątyni. Czytamy; kościelny „dress code”, to ubiór elegancki, skromny i schludny. Rozumiem, każda sytuacja i miejsce wymagają od członków społeczeństwa takich, a nie innych fatałaszków. I kościół, opera, szkoła czy biuro i pogrzeb i ślub, ale bez miłości, to i wiara stanie się fanatyzmem.

Życzę wam kochani, abyście zawsze weszli do Domu Bożego, kiedy macie taką potrzebę i aby nikt wyjątkowo okuty w kajdany „co wypada, a co nie”, nie stanął na waszej drodze do Boga.

PS  Może nie potrzebnie piszę o tym, może nie mam racji. Nie sądziłam, że zagrożenie uczestniczenia w niedzielnej mszy św. wywoła aż tak wielki lęk. Chyba boję się, że jak pozwolę sobie i w tym na luz, prędzej pójdę na dno, zaprzepaszczę się.  Zazdroszczę wam możliwości spowiedzi, a tym samym odpuszczenia grzechów. Dobranoc. Położę się odpocząć, bo jutro kolejny dzień i..

Mój czas. Wakacyjny odpoczynek.

Latami czułam się niezrozumiana, opuszczona w związkach.  Czasami dotykałam się sama, tak bardzo byłam spragniona czułości, bliskości i dobrego dotyku. Chyba Pan Bóg nie mógł już na to patrzeć i zesłał mi nowy zawód, masażysty. Mogłam przynosić ulgę zbolałym ludzkim mięśniom i cieszyć serce, że jestem potrzebna. Jak wygłodniały pies karmiłam się; dając i biorąc czułość płynącą z ciała drugiego człowieka. Nie zrozumcie mnie źle, ja cieszyłam się każdym ciałem, czy to kobiety, czy mężczyzny, staruszki, czy młodej łani, chudym, czy obfitym, każde było piękne i miłe mym dłoniom. Wszystkim z taką sama troską chciałam pomóc.

Dziś ukończyłam kolejny kurs, tym razem masażu tantrycznego, czyli pracy z energią ludzką.  Czuję się niebotycznie zmęczona. Spakowana idę spać, a rano zaczynam wakacje z moją koleżankom,  Martą. Nie będzie mnie na blogu ponad tydzień. Nie biorę laptopa. Muszę na ten czas zapomnieć się. Ale nie na tyle, aby wdać się w letnie, wakacyjne romanse. O, nie!! Odkąd mam masaże poczułam napełnienie, tym co doskwierało w wielkim worze „Braki”, obecnością i akceptacją drugiego człowieka. A już po tym kursie i ośmiogodzinnym dzień po dniu obcowaniu z ciałem i „zabawą” z jego energią czuję przesyt dotyku.  Tak, można stęsknić się i mieć czas pragnienia samotności. Ja go mam. Osiągnęłam szczyt chęci obcowania z człowiekiem. Potrzebuję ciszy, nie nowych doznań płynących od drugiego !!

 A letnie przygody są równie nietrwałe, co wakacyjna opalenizna.  Dwa do trzech tygodni i jest, po. Takie znajomości najczęściej nie bywają wstępem do trwałego związku. A kobiety szybko budują zamki na piasku.  Później płacz i rozczarowanie. O nie, to nie dla mnie takie rozkosze, bo ostatnio chłopów po prostu nie znoszę. To dziwne, cierpię na przesyt facetem.

Wszystkim życzę odpoczynku, czasu dla siebie, chwil zapomnienia z książką, tańcem, obiektywem, czy słonkiem (oj, tu mądrze z mocnym filtrem). A na letni seks z obcym partnerem uważajcie. Często ma on konsekwencje, a to zdrowotne, czy emocjonalne. Wakacje mają w sobie coś z bajki. Oby wasza bajka kończyła się happy endem.

PS Po powrocie napiszę trochę o tym tajemniczym masażu tantrycznym. Pozdrawiam Was. Odpocznijcie beze mnie, bloga i moich myśli.

 

Oprzeć szczęście, o..

Przepraszam, ostatnio nie mam czasu na „blogowanie”. Rozpoczęłam kurs masażu tantrycznego. Proszę absolutnie nie kojarzyć go z erotycznym. To już prędzej mój autorski masaż- ” Niebo”, ma więcej wspólnego z erotyką, chociażby dlatego, że jest najczulszym dotykiem, a tantra, hm.. . Dość trudne to dla mnie i mocno pożerające moją energię. Jak już ukończę, opiszę więcej.

Dziś chciałabym zająć Was słowami mojej młodszej córki, kiedy je wypowiadała miała zaledwie 19 lat. Zapamiętałam i czasami wracam do nich. A teraz z Julią dość intensywnie komunikujemy się. Rozmawiamy o studiach, promotorach, ambicji i niesprawiedliwości. Żal mi jej, że tak solidny człowiek doświadcza takiej a nie innej rzeczywistości, że czasem uczciwość, rzetelność obraca się przeciwko nam. Poradzi sobie, bo od małego wiedziała, czego chce i konsekwentnie mierzyła się z zadaniami.

Wrócę do jej słów, które kiedyś wywarły na mnie i jej starszej siostrze wielkie wrażenie. Byłyśmy we trzy w domu, pocieszając Okruszka w jej bólu, po rozstaniu z pierwszą miłością (23 lata). Taka przybita, milcząca, a oczy pełne smutku i bólu. Tak trudno było jej przyjąć brak tego człowieka obok. Swoją drogą dla mnie nie wart za wiele. Taki nieogarnięty egoista, który na pytanie, jakiego dokonałby wybory, gdyby trzeba było; „marycha”, czy ona, jego dziewczyna, bez wahania odpowiedział, że bez palenia nie mógłby istnieć. Zgroza.  Ale dla niej pierwszy mężczyzna, któremu oddała serce.

Ja głaszczę po główce, pocieszam, zapewniam o naszej miłości, na to odzywa się Julia;

„Oj, bo wy źle robicie, zakładacie swoje szczęście w oparciu o drugiego człowieka. A człowiek, choćby się starał i był z natury dobry, często zawodzi. Oprzyjcie swoje szczęście na siebie”. 

My głowy uniesione patrzymy na nią i właściwie nie rozumiemy, co chce przekazać. Więc dopytuję się, jak to zrozumieć. Na co Julia tak pięknie, z takim entuzjazmem, patrząc mi w oczy mówi:

„Zobacz mamusiu, kochasz koncerty w filharmonii. Pasjonuje cię balet, śledzisz Wydarzenia w Multikinie i wyczekujesz ” Dziadka do orzechów”, czy „Jezioro Łabędzie”. Lubisz operę i  żywo dyskutujesz o Carmen, Cyganerii, przekonując, że Tosca dla ciebie jest wyjątkowa, a „Madame Butterfly” musiała ustąpić jej miejsca. Mieszkasz w takim mieście, że masz do tego łatwy dostęp, karmisz swoją duszę. Twoje treningi nad morzem, biegi brzegiem plaży i lasem z ćwiczeniami na drążku, to radość dla ciała. A domek twój tylko 4 km od Bałtyku. Każdy najmniejszy zwierzaczek, to radość dla oczu twych. Zatrzymujesz się, aby popatrzeć na gołąbka, czy przenieść ślimaczka i nigdy nie pozwalasz zabić pajączka, choć ja piszczę. A w domu masz wyjątkowo potrzebującego tulenia i miłości kotka, taki, a nie inny, co lubi chadzać swoimi drogami jest z tobą. Ile razy widzę, z jaką radością sadowisz się w swoim wygodnym, wielki łożu z miską winogron, które uwielbiasz i dobrą książką z działu psychologia. A bibliotekę masz dokładnie pod sobą, w tej samej kamienicy. 

Szczęście należy oprzeć na sobie. I cieszyć się każdym dniem. Kiedy polubisz siebie, nie zawiedziesz się” !

Oniemiałe patrzymy na nią chyba z otwartą buzią, a ona dodaje –  „I szczęście, to kiedy wychodzisz z wanny, zarzucasz wilgotne włosy, a kropelki wody spływają po plecach”. 

Pamiętam te słowa, pokochałam siebie i doceniłam pasje i to, co mam. A człowiek? Jest wokół mnie!  Dużo wartościowych, kochanych, dobrych ludzi; moja trójka cudownych dzieci, kochana siostrzyczka, mama, moje przyjaciółki, koleżanki i światek zawodowy, nawet klientki naszej fryzjerki mówią mi, że mają udany dzień, kiedy mnie widzą i słyszą. Ostatnio jedna z pań, powiedziała, że powinnam być jej psychologiem. Miłe. Jest wiele życzliwych mi osób. Doceniam. A Anioł Stróż wiecznie czuwa nad Basią i Baśką!! DZIĘKUJĘ!! Wam kochani oczywiście życzę, szczęścia z człowiekiem wyjątkowym. Dla Was wyjątkowym, niezawodnym!!

Książę, czy ropuch? A może psychopata.

Tak dawno, minęły już dekady, kiedy nie tańczyła. Dwa niezgrabne związki.  Życie prawie minęło. Przegrana, trochę podratowana tak, że nadal chce żyć. Nie chce już stałego mężczyzny u boku,  ale sambę potańczyć tak.  Pić cole, jeść lody i zwiedzać świat, czyli nie skończyła z życiem. Idzie na parkiet z koleżanką. Sama godzinami tańczyła, tylko kucyk podskakiwał. Wyglądała, jak pies spuszczony z łańcucha.

Odwiózł je niepijący alkoholu rozmówca koleżanki, wesoły człowiek. Zadbany pan, rówieśnik jeśli chodzi o lata. Jeszcze razem wpadli na lody i kawę. Miło rozmawiało się, zabawny i taki uprzejmy. Czuło się, że rozumie kobiety. Opowiada o swoim nieudanym związku. Krótko  wylewa żale i dodaje – ” Wy też zapewne nie miałyście prosto i łatwo”. Brata się z nami. Wymiana telefonów i pożegnanie na parkingach pod domami niewiast. Umówili się następnym razem  w innym lokalu, po wywijać nóżkami. Ale on zaczął odzywać się tylko do jednej, tej ze skaczącym kucykiem w tańcu.

Spotkali się jeszcze na herbatce i miłej rozmowie. Innym razem wypad za miasto nad jezioro. Ona nadal nie jest zainteresowana mężczyznami na dłużej. Nie ma czasu ani chęci na jego kolejne ciekawe propozycje spędzania czasu. On nie jest ważny dla niej, tak jak każdy inny, tylko znajomy z parkietu. Wyjeżdża w dalszą trasę (kierowca autobusów wycieczkowych), przekazują sobie maila (bo prosił a ona nie zauważył jeszcze szkodliwości tego czynu). Systematycznie śle informacje z wycieczki z urzekającymi widokami, gdzie to nogi, a raczej autokar niosą ich. Ona czasem odpisze, innym razem zapomni, bo natłok pracy. Po za tym zauważyła, że on ignoruje jej niewygodne pytania. Koniec wycieczki, wraca. Dzwoni, aby umówić się na ciastko i podobno stęsknił się. Ona nie ma czasu, odwleka spotkanie. On pierwszy raz zły. Dzwoni za 2, 3 dni. Ona informuje go, że dziś jedzie na urodziny do koleżanki. On z wymówką, że dla niego czasu to nie miewa. A tam będzie nie wiadomo z kim!! Na co ona-  „A nie mam prawa”? Pada odpowiedź – ” I tak cię nie upilnuję”!  Boże myśli, on uważa, że ma prawo. Kończą rozmowę, ona już wie, że trafiła na głupka.  Dała mu do zrozumienia, że jest niczyja i tak pozostanie i na inną relację z nim nie ma chęci ani czasu.

I od tej pory zaczęło się!! Nagminne telefony, a to o 2 w nocy, czy nad samym ranem. A to ton miły innym razem zły. Lekko robi się psychodelicznie.  Ona często nie odbiera telefonów od niego. A ten śle maile, kilka listów dziennie. Pełno w nich pogróżek, że nie może go zostawić, na co ona, że nie ma jak tego zrobić, bo nigdy go nie wzięła. Teraz dowiaduje się, że on ma żonę i czworo dzieci, ale zostawi ich dla niej. Ona przerażona, w co się wdała, tłumaczy mu, że nie jest dla niego, że nie szuka miłości, związku, czy męża. To nic nie daje. Osacza  ją. Dzwoni do jej pracy i kiedy dyrektor nie chce z lekcji „ściągnąć” nauczycielki do telefonu, wściekły zaczyna mu grozić, że on sobie z nami poradzi, kończy  rozmowę słowami – „Dam sobie radę i tak dorwę ją”. Dyrektor idzie na przerwie do klasy , opowiada zdarzenie i  pyta nauczycielki, – „czy Ty zadarła z ruską mafią”?

Od tej pory towarzyszy jej strach. Boi się jeździć do pracy i wracać. Zmieniła trasę, nadrabia drogi, wysiada wcześniej z tramwaju i wchodzi do domu nie od strony parkingu, bo może czeka tam na nią. W końcu odbiera jego telefon. On jak gdyby nigdy nic, pyta się – „Jak się masz kochanie, tęsknię za tobą i chcę być tylko z tobą”. Ona spokojnie mówi, że dzień minął dobrze, że ma dużo pracy i że nie jest kobietą dla niego. Na co słyszy słowa cedzone przez zęby – „Ale ja chcę ciebie”!!!! Ona spokojnie, choć z duszą na ramieniu  -„Znajdziesz mądrą, piękną i dobrą kobietę dla siebie. To nie ja”. Stłumiony głos, tym razem wolniej i groźniej cedzi słowo po słowie – „Ale ja chcę ciebie! (krótka pauza) Ale ja chcę ciebie”!

Zaczęła myśleć, że trzeba będzie udać się na policję. Trochę wie o nim; zna jego imię, nazwisko i miasto zamieszkania, imię czwartego dziecka i nazwę firmy w której jest kierowcą. I to, ze ma niezłą schizę!! Podpytałam się rodzica dziecka (policjant) ze swojej klasy, co robić. Czekać na kolejny ruch.

Kupuje rozpuszczalnik do farby olejnej, trzyma go w korytarzu. Przygotowana na szybkie zmywanie strasznych wyzwisk, bo takie przychodzą w smsach. -„Nie będziesz moja, nie będziesz niczyja, ty ku…”. Przychodzi północ, nakłada czarne dresy, kominiarkę, bierze śrubokręt i schodzi na klatkę. Odkręca tablicę z domofonu, zabiera wydruk nazwisk. Próbuje przy kompie odtworzyć nowy spis bez jej nazwiska (ono było w adresie mail). Udało się. Ponowienie nocnej operacji przy drzwiach. Spokojniejsza, bo w razie przeszukiwania klatki po klatce, nie znajdzie jej namiarów. Jeszcze wizytówkę z drzwi wejściowych odkręca.

Ranek, dźwięk przychodzącej wiadomości. Czyta ” Odbierz, sprawa ważna”. Dzwoni. Odbiera. Całkiem miłym przyjaznym głosem nakreśla plan wspólnego wyjazdu do Grecji.  Jakby między nimi wszystko okej. Ona myśli „Boże, to naprawdę wariat”. A spokojnie tłumaczy, że nie chce utrzymywać tej znajomości, nigdzie nie pojedzie. Żegna go, z zapewnieniem, że znajdzie tę właściwą kobietę, a ona nią nie jest. Prosi, aby nie dzwonił. Słyszy krzyk, beszta ją…  . W końcu mówi jej upragnione słowo – ” Żegnaj”.  Kobieta wyłączyła telefon. Wieczorem ze strachem włączyła. Sms, jeden jedyny. Miły z zapytaniem, „jak kochanie spędziło dzień”.

Nie ma innego wyjścia. Opracowuje plan, pozbycia się go, jego bronią. Dzwoni, on od razu odbiera. Spłakanym, cichym, przestraszonym głosem mówi mu: ” Nie mam wiele czasu, zaraz zabierają mnie do psychiatryka (kiedyś, gwoli wykrętów napomknęła mu, że źle się czuje, bo wraca jej  depresja). Próbowałam podciąć sobie żyły. Policyjny haker sprawdza mojego laptopa. Zatrzyj wszelkie ślady znajomości ze mną, bo w polskim prawie targnięcie się na życie i pomoc w tym, są karalne (choć nie miała o tym pojęcia). Mówiła tak ściszonym i rozdygotanym głosem, z takim strachem, że już idą po nią. I zamkną, bez możliwości odwiedzin, bo to kolejna z wielu prób odejścia z tego świata. On chce zawalczyć o nią, mówi jej, że zrobi wiele, aby nie została ubezwłasnowolniona.  Ona tłumaczy mu, że to ryzykowne –  „zadbaj o siebie, aby nie ciągali cię po komisariatach. To może zaszkodzić twojej rodzinie. Dowiedzą się o Tobie różnych rzeczy”. I to go przestraszyło. Ona w te pędy biegnie do Orange, aby zmienić numer tel. Zapłaciła 150 zł. Zrobili to w 10 minut. Poczty elektronicznej też pozbyła się.  Była ostrożna, a w pracy wzięła urlop zdrowotny. Nerwowy dzwonił tam znowu (przekazała sekretarka). Dowiedział się, ze ratuje swoje zdrowie. I nastąpiła długa cisza, spokój, tylko czujność została na miesiące. Nie wie, jak się miotał, ona zatarła ślady swego istnienia.

Psychopaty raczej nie rozpoznasz po pierwszym spotkaniu. Problemy wychodzą na światło dzienne po jakimś czasie znajomości. Psychopata, to nie koniecznie przestępca, czy seryjny morderca. To może być twój mąż, kolega z pracy, sąsiad. Łakniesz miłości, a tu staje na twojej drodze, uroczy, czyściutki, zadbany, często w markowych ciuszkach i to dobrze dobranych, rozumiejący cię, a przy tym zabawny z humorem mężczyzna. Wystarczy, że pójdziesz z nim na kawę, czy potańczyć, on jeśli właśnie ciebie chce, zacznie uważać cię za własność. Ty mu nic nie obiecywałaś, podjęłaś tylko lub aż próbę znajomości, przy tym jesteś miła i łatwo cię zastraszyć. On to lubi, twój strach w oczach, czy głosie. Sam ułoży sobie scenariusz, jak to z wami będzie. Władczo zagarnie ciebie i przejmie kontrolę. Uciekaj!!!

PS Od tej pory nie mam normalnego adresu maila, czyli imienia i nazwiska (barba, to broda po łacinie), ale czas zaciera strach i nie zawsze jestem ostrożna. Na szczęście póki co, psychopaci omijają mnie. Tak myślę. Uważajcie na siebie, bądźcie czujni, nie pozwalajcie na wiele!! Na świecie są też źli ludzie, choć dobrych więcej. Niech tylko fajni stają na waszych ścieżynkach życia. 

Mąż i żona – dwa kółeczka.

Popełniłam wiele błędów w pierwszym małżeństwie, a drugie było powielaniem błędów w kluczowych sprawach. Siedzę ci ja na kozetce i oczy otwieram, kiedy poważnie wyglądająca z przenikliwym spojrzeniem lekarz duszy opowiada o kołach. Ujmuje w dłonie dwa koła i rzecze „to mąż, a to żona”. Związek jest dobry i ma duże szanse przetrwania, jeśli koła nie są oddalone, jeśli nie idą w parze obok siebie, tylko nachodzą, tworząc część wspólną, np. dzieci, dom, może wspólne pasje, spędzany czas razem, obowiązki, przyjemności, troska.. . Reszta to tylko wasza przestrzeń.  A ja myślałam, że mąż i żona, to kółeczka nałożone na siebie ( a to tylko w seksie), ściśle przylegające. Tak można zadusić miłość.

Choćbyśmy związali się dziesięcioma supłami małżeńskimi i tak zostaniemy bezludną wyspą, bo tego potrzebujemy, taki jest człowiek. Teraz myślę o Dulskich. Pamiętacie, jak biedak spacerował wokół stołu. Tak dochodził nawet na Kopiec Kościuszki, na tyle mu pozwalała, żona dusicielka!

I ta, tylko moja przestrzeń to: moje zainteresowania, grono przyjaciół, mój wolny czas na książkę, muzykę, sport.. . Zakładam, że ufacie sobie i nikt tego zaufania nie nadużył. Inaczej trudnym, oj trudnym będzie!  Wolni ludzie, którzy wzięli odpowiedzialność za drugą osobę i teraz nie zniewoleni, związani, stłamszeni.

 Swoboda, to słowo nie może być nam obce, ale i nie nadużywane.  Oboje macie prawo do prywatności. Mój laptop, mój telefon.. . Pozwólmy partnerowi być sobą. Nie zawłaszczajcie go w całości, razem z butami.

Kolejny raz wracam późno z lekcji jazdy za kółkiem, czy zbyt wcześnie wychodzę i nic nie opowiadam, mąż dziwnie milcząco i znacząco patrzy na mnie. Nie chcę mówić, gdzie byłam, co robiłam, bo to na razie tylko moim ma być. Więc patrzę mu w oczy i mówię „Nie robię nic złego”. Zaufał, nie dopytywał. Moje dochodzenie do prawka wówczas było moją tajemnicą. Nie chciałam, aby ktokolwiek wiedział. Innym razem wpadłam na pomysł zmierzenia się z kursem tańca na rurze. Nie rzekłam słowa, nawet mojemu przyjacielowi, Okruszkowi. Stanęłam w kolejkę długonogich blond lasek i wykupiłam karnet. Myślałam, że jak ćwiczę na drążku, to ręce wytrzymają. Cóż ja na moich porannych zwisach na drążku spędzam kwadrans, a tam walka z rurą przez 1,5 godziny. Wróciłam skonana, a następnego dnia nie mogłam wziąć na ręce moich okruszków szkolnych. Odpuściłam po kilku wieczornych lekcjach. To właśnie była tylko moja przestrzeń.

Raz spędzacie czas we dwoje, innym razem osobno i każdy robi to, na co ma ochotę. Łowienie ryb, kurs samby, mecz z chłopakami, spa z koleżankami, słodkie zakupy z doradcą- przyjaciółką i przebieranki w koronki, kino z paczką przyjaciół, piwo i grill u znajomych, czy taniec na rurze. A mądrości powinno wystarczyć, aby się nie zagubić. Podstawą nadal pozostaje zaufanie!!

Następne posiedzenie i kozetkę zajął nam kompromis. Ja myślałam, że to ciągle ustępowanie w małżeństwie; raz jednej, raz drugiej strony.  Gorzej, jak ciągle jednej! Nie – tu musi być wilk syty, a owca cała. Tyle lat żyję, a myślałam, że ten sławetny kompromis, to ustępowanie drugiemu. Psycholog Beata grzmi; „to znalezienie wspólnego rozwiązania przynoszącego korzyści każdej ze stron”. Nie może nam towarzyszyć poczucie straty, przegranej. Jak zaspokoić cudze i własne potrzeby? Często nie jest to proste i przechodzi w ustępowanie, co za tym idzie poczucie niesprawiedliwości. On chce brązowe, stare ciężkie meble, ja białe nowoczesne, lekkie. Macie pomysł na kompromis? On, ten kompromis jest wtedy, kiedy w domu są 3 jabłka. Mąż potrzebuje je dla ukochanego króliczka, a żona do szarlotki. I co teraz? Obieramy jabłka, mąż bierze obierki dla zwierzaczka, a żona resztę do ciasta. Ale z tymi meblami nie wiem co zrobić. Pewnie macie wiele swoich przykładów, jak doszliście do porozumienia lub nie, bo nie dało się w żaden sposób. Zapraszam do pisania lub przemyślenia.

Fajnie było u pani Beaty, czego ja się tam nie dowiedziałam, a kółeczka jakoś wyjątkowo przemówiły do mnie. Już nie niewolę nikogo. I kroczę w pewien sposób sama. Na pewno nie zmierzam w kierunku kolejnego KÓŁECZKA!! O, nie!! Takie jedno też się może toczyć. Zostałam MONOCYKLEM. Hi hi, może być, mówię Wam, nie jest źle! Przynajmniej nikogo sobą nie przyduszę (a byłoby czym, takie urocze 44 kg. Nie ma to jak skromność).

To niełatwe. Ksiądz Twardowski „Dłużej niż na zawsze”.

To był niezwykle dobrotliwy człowiek, poeta liryki religijnej. Teksty napisane często na miarę dziecka, zawierają wielka mądrość życiową i cieszą się niesłabnącą popularnością.  W jego wierszach,  prozie odnajdziemy prosty, zwięzły język,  formułujący zacne myśli i czyste patrzenie. To ten maksymalnie prosty i oszczędny język, tak ujmuje czytelników. Kochał przyrodę, zwierzęta. Tak pięknie pisał o wierności psa,  posłuszeństwie ptaków i niewierzących drzewach, a miłość postrzegał wciąż za dużą, aby ją całą widzieć.

Potrafił reanimować uśmiech na twarzach tych, co czekali na radę i pocieszenie. Wciąż wracam do jego tekstów i ponawiam próby zrozumienia tego, co niepojęte!

Nadzieja

 „Ufający Bogu, to ktoś więcej niż optymista. Nadzieja, to jest czas”. Jeśli człowiek coś robi – ma czas, ma jeszcze nadzieję”. „Nadzieja –  to czas bez pożegnań”. Póki jest nadzieja, to i  szansa. Wiara, że będzie lepiej, że jeszcze będzie dobrze. Nadzieja patrzy przez różowe okulary i cierpliwie czeka. Mówi się, że człowiek ufny, łatwowierny, cierpliwy dłużej ma nadzieję, nie traci jej. Czekamy na zmianę w naszym życiu, na ukończenie, spełnienie, na odnowę, na poznanie, znalezienie, na powrót.. Brak nadziei spowoduje zwrócenie się całkowite ku sobie  z jednocześnie mocnym odczuciem własnej słabości.

Miłość

„Kochamy albo za dużo, albo za mało, nigdy w sam raz”. ” Gdy miłość zdenerwujesz, każdy grzech jest ciężki”. Zastanowiłam się dłużej.  Innym razem zwróciłam uwagę na jedno z wielu zdań o wierze.

Wiara 

„Wierzyć – to znaczy nawet się nie pytać, jak długo jeszcze mamy iść po ciemku”. „Wierzyć, to znaczy ufać kiedy cudów nie ma”.

Moja koleżanka, osoba wierząca, praktykująca, singielka i zarazem mama uroczej córeczki,  często odwiedza panią z czarnym kotem i rzędem świec, aby usłyszeć, co tarot jej szykuje na najbliższą przyszłość. Mówię jej, – dziecko zaufaj Bogu, nie martw się kiedy i czy przyjdzie miłość do mężczyzny. Żyj spokojnie, a ON wie, czego Ci potrzeba. Zaufaj mu! Bogu. Jesteś w jego rękach. Jeśli liczymy tylko na siebie jesteśmy stale zmartwieni. Przecież wierzysz w Boga, licz  na niego. Ale ona niecierpliwa  i nie do końca identyfikuje się z moimi słowami.

Dla mnie największym problemem są  słowa księdza Jana o cierpieniu.

Cierpienie

Ksiądz Twardowski pisze, ” Jeśli kochamy kogoś i cierpimy dla niego, to krzyż wcale nie jest taki ciężki. Widzi się miłość, a nie ciężar krzyża”. Zaraz nasunął się przykład, kobiety cierpiącej z powodu alkoholizmu swojego kochanego męża, jak długo będzie widziała w tym dar? W książce pt. „Dłużej niż na zawsze” znajduję takie zdanie, ” Jeżeli kochamy kogoś i cierpimy dla niego, to krzyż wcale nie jest taki ciężki”. Trudno mi  zobaczyć łaskę Boga, kiedy zsyła nam krzyże i cierpienia. A ludzki ból przeszywa na wskroś i krzyczy rozpaczą.  Powiedz matce, która straciła dziecko, że w życiu wszystko jest po coś, ten krzyż też. Myśli może tak jest, ale ja tego nie chcę.

Może za mało we mnie pokory. Kiedyś byłam zdecydowanie bardziej pokorna, nawet nie śmiałam zastanawiać się nad chrześcijańskimi maksymami, czy dogmatami. Po prostu przyjmowałam je. Boże a teraz zastanawiam się, ileż okrucieństwa (na ludzką miarę i rozum) było w stosunku do Abrahama, który miał złożyć z umiłowanego syna Izaaka ofiarę. Czy w imię dobra można czynić zło? Nadgorliwość nie jest cnotą, ona zaślepia nas?  Jedyne wytłumaczenie widzę w tym, iż pewnie Bóg wiedział, że może pozwolić sobie na takie żądanie, bo Abraham je wypełni, a Najwyższy powstrzyma dłoń z nożem. Bóg to wiedział, a Abraham nie. Nie wiedział na ile go stać dla miłości Boga. Ale czy nie może to być prostsze? Konieczne było wystawianie go na próbę? Jednak jestem za malutka na to.

Opiszę Wam zdarzenie, tylko z kotkiem, ale jakże również bolesne. Była zima, późnym wieczorem po pracy zmierzałam do samochodu. Dochodzę do rozstaju dróg i myśl w ułamek sekundy – „idź tym razem w lewo, tam nie ma świątecznego zgiełku”. To, co zobaczyłam, czego przyszło mi doświadczyć, było takim bólem, a zginął można powiedzieć, tylko kotek pod kołami czyjegoś samochodu. Jego ból umierania, tryskająca krew dokoła i  podskoki w górę z opadaniem, w wielkim szale i szoku umierania było przerażające. Pobiegłam na ulicę z uniesioną ręką, zabrałam go. Wyciszył lejące się przez ręce ciałko w agonii, w momencie objęcia go. Zaniosłam na trawę opodal, głaskałam i płakałam. Odszedł. Wiem, że są gorsze rzeczy na tym świeci. Długo nie umiałam mówić o tym. Po jakimś czasie opowiedziałam córeczce. A dziś piszę Wam. Godzenie się na cierpienie jest trudne. A wartość z niego płynąca, najczęściej niechciana przez człowieka. Boimy się cierpienia i kiedy Jan Twardowski pisał z takim przekonaniem i pewnością, że to łaska, z automatu stawałam okoniem, bo jakoś nie mieściło się w głowie i sercu. Jezus też bał się cierpienia i prosił o zabranie tego kielicha goryczy.., jeśli to możliwe, a co dopiero człowiek. Ale skoro ksiądz Jan o tym pisał i wierzył, to co mi maleńkiej wątpić. Tak po prostu jest, bo musi w tym być jakiś sens.