„.. brakujące dwie stówki”

 Dziś chcę podzielić się z Wami historią o niespodziankach życia,  jak człowiek  potrafi mile zaskoczyć! Ruar!!

Jak wiecie, na początku grudnia miałam stłuczkę. Była niegroźna, nawet mną nie zatrzęsło, nie szarpnęło, tylko usłyszałam zgrzyt łamanej blachy czy plastiku. Przestraszona,  zła na siebie, jak mogłam zahaczyć o ten zaparkowany samochód. Mijały właśnie trzy miesiące mojego bycia za kółkiem. Jeździłam do pracy i z powrotem, aby ćwiczyć. I od kilku dni zaczęłam mówić, że już tak bardzo, bardzo nie boję się samochodu. Na co moja mądra córeczka, „Oj, uważaj mamo, bo kiedy poczujemy się pewni za kółkiem, jesteśmy mniej ostrożni”. Miała rację.

Cóż, zdarzyło się, najważniejsze, że nikt nie ucierpiał. Załatwiłam z młodym właścicielem poszkodowanego samochodu wszystko, jak należy i pewnie w związku z tym przewrócę się na widok nowej stawki ubezpieczenia. Co tam ręce nadal mam sprawne ( i nie tylko ręce), zapracuję.  Nie mam AC, więc wzięłam się ostro i z kopyta do roboty, aby zdobyć te 3,5 tys. tak wyceniono moją naprawę. Już wiecie , że Klaus dobrze przysłużył się w tej akcji zarabiania i przyjechał specjalnie z Norwegii, oddał swoje ciało na klasyczne masaże. Jeszcze jeden, tym razem, urodziwy mężczyzna, o pięknych czarnych oczach, z sercem wszedł w ten mój projekt  „Odpracuj głupotę, tak ciężko, abyś poczuła w rękach, nogach ból”. Znał moje ręce w masażu (z salonu) i przyszedł prywatnie, pozwalając mi zapracować pieniądze, na zbożny cel. Jestem mu wdzięczna, że jak tylko usłyszał o mojej biedzie, natychmiast wyraził chęć pomocy. Ludzie potrafią mile zaskoczyć. To nie koniec niespodzianek. W zanadrzu mamy Wikinga Ruar.

Mijają dni, czuję, że już mogę uznać się za ukaraną , ręce z bólu więdną. Ale wciąż brakuje kasy. Dorzucam do tej skarpety każdy napiwek, moje pół pensji, tyle wygospodarowałam, a i tak w ostatnim tygodniu po przeliczeniu banknotów brakuje 200 zł. do oczekiwanej sumy. Myślę trudno już nie zdobędę tej reszty. Ledwo na urządzenie świąt zostawiłam. Z tą myślą wychodzę do pracy. Masuję.. . Niedługo kończę pracę, a tu wchodzi niepozorny, skromnie ubrany mężczyzna. Wysoki, słusznej postury Wiking. Starszy, lekko pochylony, w okularkach z mocnymi szkłami. Przegląda ofertę i wybiera najtańszy masaż, klasyk, żadne mizianie na relaksie, pół godziny, za 80 zł. Prowadzę klienta, tłumaczę (po angielsku, znam te regułki), co i jak i do czego.  Jak położyć się na stole, gdzie nogi, a gdzie głowa, co i czym okryć, z czego się rozebrać, jak założyć jednorazowe stringi, gdzie front, bo tego najczęściej nie wiedzą. Zrobił biedak wielkie oczy , ale pokornie przytakuje.  Grzecznie, spokojnie wysłuchuje, a przy tym, tak ładnie patrzy na mnie. Z jednej strony, jak zbity pies ledwo unosząc oczy, a z drugiej, olśniony, jakby bogini stanęła przed nim. Wychodzę na chwilę, aby przygotował się i przed moim powrotnym wejściem do gabinetu masażu, pani z recepcji niepewnie pyta, „chyba zapłaci, jak pani myśli”? – „Nie wiem, mam nadzieję”. Wchodzę i widzę zrobił wszystko, co należało tylko okularów nie zdjął. Więc kucam przed nim, uśmiecham się i ujmuję okulary w dłonie, pozbywam go ich i odkładam. Zapamiętałam jego dygotanie, kiedy dotykałam ciała. Każdy mój dotyk był, jak rażenie prądem. Wymasowałam uczciwie, mocno i z czułością jednocześnie. Podziękowałam i wyszłam. Zawsze po masażu idę łyknąć duży haust wody. A pan Wiking, podszedł do recepcji zapłacił za masaż  te 80 zł i zapukał w uchylone drzwi pokoju socjalnego, obracam się, widzę te uśmiechnięte i pokorne oczy, podaje mi napiwek. Wiecie ile? Tak! Brakujące  200 zł. Niesamowite. Zatkało mnie. Moment zastanowienia, ale zmiękłam kiedy ujął moja spracowaną dłoń i ucałował (to nie podobne do Norwegów) podziękował. Miałam całość na toyotkę.

Wiecie, że tydzień temu (po 3 miesiącach) wrócił do Polski, do Gdańska i o poranku stawił się w salonie. Patrzył na mnie, jak w obrazek, tak się cieszył, jakby wrócił do dawno wyczekiwanej miłości, przy tym mówił i mówił, ale  Bóg jeden wie co. Mój angielski na poziomie Kali jeść, Kali pić.  Myślę może mi się oświadczał, a ja nawet nie wiem. Hi, hi! Powtórka położył się na  masaż w okularkach.  I nadal przeżywał każde moje opływowe sunięcie dłoni, a paluszki widocznie miały paralizatory. Paliczkami potraktowałam czworoboczny, a piąstki wsunęłam na kark.  Po masażu, przytrzymał moją dłoń, a zrobił to tak nieśmiało, że nie wydostałam się z jego leciutkiego uścisku. Patrzył, patrzył, ale był bez okularów, więc chyba nie mógł dojrzeć turkusu moich oczu. Próbował odszukać okulary nie wypuszczając zdobyczy.. No są na nosie, i ten jego szeroki szczery uśmiech, i zaraz spuszczone powieki. Onieśmielony oddaje dłoń właścicielce. Żegna się i szepcze co nieco. „Tomorrow..”, to wiem, myślę, będzie jutro. Nie omieszkał, za każdym razem o swoim rytuale dwóch stówek. I kiedy mówię „no, no”, on tak smutnie patrzy, no jak ten zbity, odtrącony pies.

Nie wiem, co go we mnie ujęło, czy moje niemechaniczne podejście do masażu, tylko ze skupieniem, uwagą i troską, zwłaszcza na każdej bliźnie (a trochę ich miał), czy moja akceptacja starszego, całkiem zwykłego mężczyzny, który już od wielu, wielu lat nie czuł przychylności kobiety, jej uśmiechu, cierpliwość, troski, choćby te okularki. Jak chciał z nimi włożyć głowę do otworu w stole? Mogłam poprosić, aby sam je zdjął. Dotknęła jego twarzy i  zrobiłam to. Wy wiecie dlaczego? On nie. Jak to jest Kali zdjąć glasses? Myślę, że dotknęłam jego ciała i poruszyłam serce, które mocno spało. Wróci na początku lata, zapytał nieśmiało, czy może. Dobrze, że znam nazwy pór roku po angielsku. Come back, I’m waiting.

Cóż, wystarczyło, że odważył się , zrobił krok w stronę salonu, a tam czekał na niego „maleńki cud”. Dla mnie zostanie uroczym, kilka lat starszym mężczyzną, który w masażu odkrył okruchy życia. Przygoda wcale nie musiała być spektakularna, ważne, że sprawiła nam obojgu radość. Doszukujmy się w ludziach tego, co najlepsze. Hm i już każdy ma na myśli jakąś zołzę, i jak doszukać się w niej dobra? Trudne. Zołzy, które znamy omijajmy i życzmy im  dobrze.

Reklamy

Substytut bliskości

Kochani czuję się w obowiązku napisać o tym, bo to dotyczy mnie, lecz absolutnie nie powinno by wzorem do naśladowania, dla młodych ludzi. Oni muszą, czy też powinni budować swoje życie, „jak należy”.

Ja w wielu listach do Was, z niekłamaną radością i zaangażowaniem opisuję obecny okres mojego życia, a przecież, nie jest sukcesem i nie zasługuje na pochwałę. Zachłysnęłam się nim, bo robię coś dla siebie, bez bojaźni, ładnie tłumacząc kontrowersyjne postępowanie. Ubierając w radość, a kluczem do tego jest nie krzywdzenie bliźniego, bo na bliskość pozwalam sobie z wolnymi mężczyznami . Jestem dojrzałą kobietą, żeby nie użyć słowa starą, która miała czas budowania, wicia gniazdka, nawet dwóch. Przegrana, złamana, zraniona do bólu, czyli można uznać skrzywdzona, boi się głębszych relacji. Nie ma już, chęci, wiary,  nadziei, że to udaje się. Boi się, jak ognia piekielnego kolejnego rozczarowania. I nie wymyśliła sobie tego znikąd, nie wzięła z filmów, nie przeczytała w gazetach tylko poznała na własnej skórze.

Ja już żyłam, tak jak Bóg przykazał w pierwszym małżeństwie. W drugim także, choć nie było uświęconym związkiem.  Urodziłam troje cudownych dzieciaczków, świeciłam przykładem żony, matki.. Później nie osiadłam i nie dryfowałam razem ze strachem z pierwszego związku, tylko znalazłam niewyobrażalną siłę do walki. Niestety sumienie oberwało bardzo. Pragnęłam, zaznać wszystkiego tego, co piękne, czego potrzebuje normalny człowiek, a czego nie  było mi dane doświadczyć. Mój pierwszy mąż był chyba złym nauczycielem, ganił za wszystko, moralizował i nigdy nie chwalił.  Zawsze pomimo starań czułaś się złą żoną, matką..  .

Z ogromną wiarą, wchodziłam w drugi związek, że tym razem musi się udać. Bez cienia wątpliwości, z wielką nadzieją mówiłam „Tak” w urzędzie stanu cywilnego. Wiedziałam, że nie ma innego wyjścia trzeba ponieść ten trud i wyszarpać życiu kolejny związek, aby mieć „prawdziwe” życie z miłością, czyli z tym, co ma sens. O akceptację takiej, jaka jestem walczyłam, nie tylko o seks (choć dla mnie wtedy był bardzo ważny, bo go nie miałam, a też chciałam zaznać). Nie chciałam luźnego podejście do życia. Przyświecała mi myśl, że kolejny związek będzie dobrem dla mnie, mojego przyszłego męża i w pewien sposób dla moich dzieci, przecież one były duże i widziały co się dzieje. Spaliłam wszystkie mosty, zaufałam i oddałam całą siebie.

Nawet duszą moją zapłaciłam, tak duszą. Taka przerażona przed pierwszą  mszą w nowej parafii, (kiedy zrobiłam ten haniebny czyn i odeszłam od męża)  podeszłam z pokorą i łzami w oczach, tłumacząc, co zrobiłam i co teraz? Mówiłam to, jakby szukając miłosierdzia u jezuity, księdza staruszka. On popatrzył z politowaniem i rzekł,  „cóż, od tej pory jesteś tylko naszym kibicem”. Stanęłam w kruchcie i tam byłam w każda niedzielę przez ostatnich 10 lat.

Ufna  wierzyłam, jak dziecko, że można mnie kochać, chcieć, pragnąć, potrzebować. Tylko ja i starsza córka wiemy, ile mnie to kosztowało, jak ogromnym trudem było. Zawalczyłam, o to nowe życie, porządny związek. I co? Pytam, co mam? Pobiegłam, nie za tym, co nazywało się miłość.. . Nie umiem czytać uczuć. Za dużo było pragnienia normalności!! Mam, co mam. „Nic”, nie mogę powiedzieć, bo nadal mijając się w drzwiach, pytamy, jak było w pracy, co słychać?

Nie wiem, czy brak dotyku od dekady, usprawiedliwia moje postępowanie. Bardzo, ale to bardzo boję się nowego związku, więc nie wchodzę w takie relacje. Seks tak, bliskość nie. Chcę tylko lub aż, czułości na tę chwilę, powierzchniowej znajomości.

Lęk przed bliskością myślę, że najczęściej związany jest z przykrymi doświadczeniami w przeszłości. Nie wiem tego na 100 %, mówię to na podstawie swojego życia. I tacy ludzie nie są godni potępienia ukamienowania, jeśli nie zabierają cudzych żon czy mężów i nie krzywdzą siebie. Oni nie chcą już wszystkiego co najlepsze, biorą namiastkę, substytut bliskości zamiast wspólnego bycia razem, na dobre i na złe. Chronią siebie. Już nie chcą wchodzić w relacje z drugą osobą,  boją się, że prędzej czy później ktoś ich zrani.

Osoby, które są w sytuacji wyłącznie seksualnej, często zamykają sobie drogę do tego, by być później razem. Tam, gdzie seksualność utrwali się, jako czynnik dominujący związku, trudno  dobudować intymność. To przestroga dla młodych. Nie dla takich, jak ja, które nie chcą niczego budować, ani dobudowywać. I jest im często smutno, że tak skończyły. Życie singla, czy życie w związku, jedno i drugie ma swoje plusy i minusy. Tak źle, tak niedobrze.  Oby wam  udało się mądrze przejść przez życie. Nie utknijcie w dołku (każdy może spotkać inny dołek). Najważniejsze zauważyć, że się w nim utknęło. Jeśli nie wiesz, co dalej, po prostu zrób następny, właściwy krok.

Powodzenia!

Życie wspaniałym prezentem jest!

Czyż nie mieliście czasami takich myśli, „jak to dobrze, że urodziłem się. Istnieję i mam możliwość poznawania tego świata”.

Prawie każdy z Was ma kogoś w rodzinie, kto nie może począć dzieciątka lub donosić. Ostanie lata obfitują w problemy z ciążą. A my jesteśmy!! Myślimy z wdzięcznością o naszych rodzicach, że dali nam życie. Mamy czas na wędrowanie po  swojej drodze, tu na Ziemi. Na kazaniu słyszę, – ” do niczego w życiu zbytnio nie przywiązujcie się, ani tego co dobre, ani złe”.  Cóż trudne. Dobro pragniemy zatrzymać, jak najdłużej, jeśli nie wiecznie.

Dobra passa przychodzi i odchodzi, ale zła na szczęście  też! Z każdej sytuacji wyciągajmy wnioski dla siebie.  Jest takie stare powiedzenie, które pomaga ludziom przetrwać trudne chwile, zawirowania i rozpacz: „I to przeminie”. Wcześniej, czy później wszystko się zmienia. Te słowa piszę do tych, co w rozpaczy są. Pozwólcie się ponieść rzece, jaką jest życie. Zawsze wyniesie was na spokojniejsze wody. Bystry nurt nie trwa wiecznie. Do tych, co się wahają i nie mogą podjąć decyzji, podpowiedzią może będzie, że czasem trzeba poświęcić bezpieczeństwo, które daje Ci…, by zyskać coś lepszego.

  Z biegiem lat przekonamy się, że nie zawsze można uznać wszechświat za przyjazny, a i tak cieszymy się z zaproszenia na ucztę, zwaną Życiem!

Wśród najwspanialszych darów, jakie zesłał mi los, na pierwszym miejscu jest macierzyństwo. To prawdziwy cud!

Życie można przeżyć na dwa sposoby: albo tak, jakby nic nie było cudem, albo tak, jakby cudem było wszystko”. Patrzę na swoje życie i myślę, że mi dane było najpierw zdecydować się na pierwszy sposób, aby w wieku dojrzałym przejść na drugi, weselszy. Problem z cudami polega na tym, że nie zawsze potrafimy je dostrzec. Tajemnica tkwi w tym, aby w bałaganie zdarzeń znaleźć cud. Wiem, to trudne zadanie, zwłaszcza kiedy starasz się być poukładanym i nie mrużysz oczy, tylko szeroko trzymasz otwarte i w niczym nie pobłażasz. Podam przykład; walczysz z nadwagą, i ni w ząb nie wychodzi, ani na dłuższą, ani na krótszą metę. Czujesz cud? Nie! A to dlatego, że twoje myślenie jest takie, ” będę szczupła – będę seksowna”. Nie całkiem prawda, znam wiele koleżanek, które mają parę kilogramów  za dużo i są niezmiernie apetyczne. To ciałko jest do schrupania przez faceta, ale one tego nie czują, nie ubierają seksownej bielizny, bo chcą się zakrywać, nie odkrywać.

Przekłuj to na cud. Zaakceptuj siebie i dbaj o te kilogramy co masz, pielęgnuj ciało, ładnie ubieraj się, jak nie teraz to kiedy, maluj delikatnie, lub podkreślaj jedno mocno, np. (oczy), drugie wcale (usta). Zadbaj o czas na pasje. Rób coś dla siebie, zmuś rodzinę, aby zauważali Twoje potrzeby. Naucz ich swoim przykładem, ze oprócz obowiązków masz prawa.  A poczujesz, że życie to prezent, nie zawsze  opakowany w złoty papier, ale ten kolorowy nic nie  gorszy, tylko inny i niejeden woli kolory, niż opatrzone piękno  złota. Często nasze życie, ten prezent nie jest przewiązany jedwabną kokardą, ale i tak jest dobrym prezentem, bo my dbamy o  wnętrze.

Pomyśl, co tam wrzucisz?  Władzę, bogactwo, sławę, nagrody, medale, pracoholizm..  W ostatecznym rozrachunku, czy te rzeczy mają znaczenie? Czy było miejsce na miłość?  Pomyślcie za co chcielibyście być zapamiętani? Ja już myślałam. Za serce dla dzieci moich i nie moich. Rodząc się nic nie przynosimy na świat i nic nie możemy zabrać.

Kochani żyjmy tak, abyśmy w godzinie śmierci, nie odkryli, że nie żyliśmy!

 

„Szarlotka”. Tańcząca radość.

Kochani idzie wiosna, skowronki śpiewają a Basi zachciewa się więcej biegać, trenować. Chcę i muszę, bo zardzewieję!! Dlatego trochę zelżę częstotliwość wrzucania wpisów. Z codzienności przejdę na 2, 3 razy w tygodniu. Hm, skojarzyło mi się z dobrą częstotliwością uprawiania seksu. No, ale marzenia, marzenia. Ja już chyba zawsze muszę mieć zamiennik- jogging. Trening biegowy, nie jest zły!! Jak się nie ma tego, co się lubi… A więc darujcie Baśce zwolnienia tempa blogowania. Wy też odpoczniecie trochę, bo te codzienne wpisy, już niejednego męczyły. Obiecuję nie pobiegnę w świat, tylko do Sopotu i z powrotem. Pośladki uniosę, uda pod rzeźbię.., fajna sprawa.

A teraz, przepis na pyszną szarlotkę. Zapewne każdy ma swój ulubiony przepis na to ciasto, ale może dla odmiany spróbujecie mojego. Koniecznie zjedźcie solidny kawałek jeszcze gorącej szarlotki z dobrymi lodami waniliowymi (ja lubi Grycana).

Składniki

  • 3 szklanki mąki
  • 5 łyżek cukru
  • 75 dag jabłek lub duży słoik szarlotki ( ja wolę te drugą opcję, nie są rozsmażone i fajne lekko twardawe, czasem biorę je z dodatkiem brzoskwini)
  • 5 jajek
  • 1 kostka „Kasi”
  • 1 szklanka cukru (do ubicia piany)
  • 2 torebki budyniu (jasnego)
  • 3 łyżki śmietany
  • cukier wanil., 2 łyżeczki proszku do pieczenia

Mąkę, cukry, proszek i margarynę posiekać nożem, dodać 5 żółtek i śmietanę. Zagnieść ciasto. 1/3 ciasta włożyć do lodówki, resztę rozwałkować. Na ciasto wyłożyć jabłka ze słoika lub starte na tarce. Ubić pianę ( używając miksera) z białek, szczypty soli, szklanki cukru i na koniec budyń, wymieszać na małych obrotach i wylać na jabłka. Przykryć resztą drobno pokruszonego ciasta. Piec ok.60 min. Gorący kawałek szarlotki (można też odgrzać w mikrofali) podajemy z lodami obok. Pycha! Z takim ciastem mogę zgrzeszyć i powiększyć boczki.

Dziewczyny, co Wy na to, jakby nakarmić swojego mężczyznę tym pysznym ciasteczkiem,  a później pokręcić tyłeczkiem. (wcześniej) Scrub, golenie, nawilżanie skóry, samoopalacz, włosy umyte, rozwiane lub uczesane, lekki makijaż, zwiewna  haleczka, wskakujemy na wielkie łóżko, przedtem zapuszczamy skoczną, lekką na czasie muzyczkę, stajemy okrakiem nad facetem i patrząc mu w te śliczne oczęta kręcimy pupcią. Rozkładasz ręce, jakbyś chciała wykrzyczeć,”patrz, podziwiaj  i pożądaj”! A bioderka kręcą.. .  Kusimy wzrokiem, ciałem i energią płynącą z radości życia. Później zgrabny przeskok, tak aby oglądał nasze stringi od tyłu, paluszki muskają pośladeczki, a ty się cieszysz, że żyjesz! Bo życie nadal trwa. Każda z nas może tak, o ile chce! Dojrzała też, jak najbardziej,  musicie tylko mieć faceta! A to deficytowy towar!

Cóż, nie jest to postępowanie ze spokojem i rozwagą. Ci panowie, którzy cenią sobie, właśnie takie postępowanie; spokój i rozwagę, nie pochwalą. Oj, nie pochwalą! I nie zachwycą moim pomysłem. Dla tych, co jeszcze czują, że żyją i nadal mają wielką chrapkę na wariowanie, polecam! Ja mam!! Dziwi mnie to, ale mam. Może powiecie, że jakoś głupkowato cieszę się życiem. Może tak, ale co z tym zrobić? No co zrobić, pytam?!

Teraz wpadła mi taka myśl, a może tę szarlotkę z lodami dać chłopu po wariowaniu, bo taki objedzony, może być ociężały i nie skory pociągnąć Was za te stringi na kołderkę, broń B.. pod!!

PS  Nie miałam fotki słodkiej szarlotki, wrzuciłam słodka Baśkę. Skasuję, jak się obrazicie, że na tyle sobie pozwalam. Ostatnio właśnie w tym kompleciku uprawiałam taneczne wariowanie, dokładnie takie, jak opisałam, a facetowi mowę odebrało. Boże, dlaczego, ja tak bardzo cieszę się życiem? Może przedtem nie czułam, że żyję, bałam się…, wszystkiego.

Już mam, upiekłam. Tylko po lody biegnę. Ta szarlotka warta grzechu (też)!!

   

Być bliżej.. Dzieci, dar z nieba.

Myślę, że my wszyscy przyszliśmy na świat służyć czemuś większemu niż my sami. Każdy z nas ma misję, zadanie, powołanie, które przypadło jemu i tylko jemu. Zostać matką, dać życie, obdarzać swoją uwagą, pracą, troską, mądrością.., wielu.  Chcemy, aby nasze życie miało sens i cel.  Ja na swojej drodze do dzieci znalazłam blokadę, ale i objazd!! Gdybym miała zostać tu dla świata, to na pewno z dziećmi u boku, ale szukałam odpowiedzi, czy ten otwarty świat jest dla mnie? Był. Klaryski nie naciskały, bacznie obserwowały i czekały na decyzję. Choć pewnie wiedziały to wcześniej, niż ja, że pociągnie mnie ciekawość świata. Przełożona mówiła, „sama i z Bogiem musisz zdecydować, jaką odegrasz rolę w świecie i w jaki sposób nadasz życiu sens”. Poczekały i pożegnały  słowami „Basiu, Bóg wybrał dla ciebie miejsce, w którym twoja największa radość, spotka się z największą potrzebą świata” (jakoś tak brzmiały te słowa). I poszłam. Szukałam tego miejsca dla siebie, jak każdy z nas.

W którymś z pierwszych wpisów obiecałam, że opowiem Wam o moim dążeniu, staraniu do bycia bliżej maluszków. Jak zostałam nauczycielką!

Biegałam po podwórku bawiąc się z dziećmi, a to w dom, szkołę, kościół, czy strzelankę z chłopakami. Jak już, co nieco podrosłam, a zawsze byłam maleńką dziewczynką, sąsiadka chętnie oddawała mi pod opiekę wnusia Tomka. Teraz to już wiele razy Tomasz. Cudownie było bawić maluszka, wozić go w wózeczku.. . Jedyne do czego nadawałabym się w przyszłości, to praca z małymi dziećmi, tak myślałam. Kończąc ósmą klasę znalazłam takie miejsce na kształcenie się, ale spostrzegłam mur, dla mnie nie do przejścia. Wymagali podstaw gry na jakimś instrumencie, a ja jedynie harmonijkę miałam w ustach i dmuchając w nią, nic nie wychodziło, mile dźwięczącego.  Naukę przedmiotu zwanego muzyką pamiętam, jako udrękę  zapisując różne gamy z pamięci i śpiew solo przed całą klasą, każdej po kolei nowo poznanej piosenki. Im dalej w las, łamał się głos, policzki paliły, ale nasza pani Barbara nie odpuszczała nikomu tej udręki niezależnie, czy Bóg obdarzył cię głosem słowika czy wrony.

Cóż było robić, poddałam się, nie byłam wówczas waleczna, a moi rodzice skromni,  nie naciskali, nie utwierdzali w przekonaniu, że jest to możliwe do zrobienia, i dam  radę. I tak trafiłam do liceum gastronomicznego! Do tego też się nadawałam. Pasję gotowania miałam we krwi, po tacie. Prosto po maturze nie zaczęłam pracy barmanki tylko w sekretariacie dużego domu towarowego. I to tam poznałam bliżej panią dyrektor przedszkola, (której zawodowo wiele zawdzięczam). Ona próbowała kupić kotły, garnki, na warowanie strawy wiejskim maluszkom. Pomogłam. W końcu siedziałam przy biurku po 8 godzin dziennie, u wrót drzwi dyrektora tego przybytku. Napisałyśmy prośbę o garnki i były. A chcę zauważyć, że w tamtych czasach kupić cokolwiek było wielką sztuką! I sprytnym pilnowaniem  wielotygodniowych kolejek. Również szybko, bo za sprawą jednej dostawy, udało mi się pomóc księdzu, który nie omieszkał poprosić mnie o przysługę kupna czarnych butów pasujących do sutanny, a miał mały, jak na mężczyznę rozmiar stopy. Poznał mnie na codziennych mszach w  zacnym  kościele mariackim. Byłam tam każdego poranka, bo przyjeżdżałam o 7 do miasta z mojej wioseczki, a biuro rozpoczynało  pracę o 9. Nie miałam innego połączenia. Ten sam ksiądz Lucjan, po latach poznał mnie ze swoim najlepszym przyjacielem ze szkolnej ławy, a moim, jak się później okazało pierwszym mężem, któremu zawsze będę wdzięczna za moje dzieci.

Z panią Heleną, dyrektor przedszkola spędziłyśmy razem niejedną chwilę, bo należało  pokazywać się od czasu do czasu, zanim cud solidnych garnków zjechał. Znałyśmy się tylko przelotem, choć mieszkałyśmy w tej samej miejscowości, na przeciwnych jej krańcach. I wtedy to jej zwierzyłam się, że pragnęłam ukończyć studium wychowania przedszkolnego, ale słoń nadepnął mi na ucho i chyba ni w ząb nie pojmę sztuki klikania w klawisze (nie laptopa)  fortepianu. Opowiedziałam, jak dzwoniłam do Mrągowa za pracą.  Po przeczytaniu artykułu o ich domu dziecka, pomyślałam, że może chociaż znalazłaby się praca w kuchni. Wszystko po to, aby być bliżej maluszków. Niestety, nie potrzebna im była kucharka, tylko wychowawca (cóż po liceum gastronomicznym, nie da rady). Na to moja słuchaczka – „przyjdź do mojego przedszkola, a brakujące wykształcenie uzupełnisz”. Nie mogłam uwierzyć, że to słyszę, dostałam szansę. I praca dzień w dzień z tymi ufnymi ludzikami jest już na horyzoncie. A ja maleńka, wesoła, cierpliwa, myślę, „nadamy się do siebie idealnie”. Nie mogłam stracić tej okazji.  Dopnę swego!I dopięłam!

I tak zaczęło się! I zdobywanie wykształcenia i cała przygoda z dziećmi.

W pierwszym roku pracowałam  od poniedziałku do piątku, a w sobotę nauka. W kolejnym roku każdy poniedziałek, to dzień w szkole w Gdyni. Gdzie Gardna Wielka, a gdzie Gdynia!! Oj były to wyjazdy skomplikowane i  zawiłe!!  Wyglądało to tak; aby dostać się na lekcje w sobotę na 8 rano, musiałam w piątek ostatnim autobusem  o godz. 22 wyjechać z mojej miejscowości, dojechać do Słupska na 22.30 i tam o północy wsiąść w  pociąg do Gdyni (najbliższe studium nauczycielskie). W Gdyni,  której zresztą nic a nic nie znałam, byłam przed 3 nad ranem. Siedziałam na dworcu do ok.6.30 i wychodziłam często zziębnięta, głodna, zmęczona, po nieprzespanej nocy na mszę do kościoła przy Abrahama. Po mszy dreptałam na lekcje, zajęcia które uwielbiałam, a kończyły się ok. 16 tej. A wiecie,  że pracę dyplomową pisałam u profesora o nazwisku Skowronek, który uczył nas zajęć rytmicznych. Zdałam na 5 (wtedy to była najwyższa ocena). Kultura żywego słowa dała mi umiejętność teatralnego opowiadania bajek maluszkom. To była dobra szkoła, ale trud stawiania się na czas porannych lekcji, niewyobrażalny na dzisiejsze czasy (choć może jeszcze ktoś z małych miejscowości kusi się na taki trud). O godz. 18.10 miałam autobus w drogę powrotną do Słupska, a tam łapałam ostatnie połączenie do mojego odległego domku. Przed północą byłam z mamą. W tamtym czasie mieszkałyśmy tam, tylko we dwie. Brat ożenił się i wyprowadził, siostra zamieszkała na stancji w mieście, a nasz kochany tata zmarł, kiedy ja miałam 16 lat. Mamę zawsze zastawałam czekającą na mnie z ciepłą kolacją. Na klęczkach, modliła się, aby jej dziecku nic złego nie stało się w tym „wielkim” świecie.

Zimą często w zaspach po kolana, a zimy były śnieżne! Pamiętam, jak mama żegnała mnie, kiedy w piątki przed 22 wychodziłam z domu, a tu ciemno, żadnego oświetlenia, bo dom był oddalony trochę od ostatniego zabudowania, zimno, zamieć i śnieg równo z płotem. Brnęłam w śniegu. Co stanęłam noga tonęła w zaspie, drugi i kolejny krok tak samo, więc klękałam bo na klęczkach łatwiej było przesuwać się po zaspach, aż dochodziłam do cywilizacji, czyli bruku i pierwszej latarni. A, mama długi czas stojąc u płotu, czy raczej na płocie, bo śnieg zasypał go równo, wołała „widzę cię, widzę..”, choć ciemnica, że oko wykol. Dodawała mi odwagi, że jakby co, zawołam a ona usłyszy. Pękało serce, że jej „małe” dziecko idzie nocą w świat, a ona zostaje sama a odludziu. I taka cisza, słychać tylko bicie serca, tak kiedyś mama wspominała ten czas. Jako trudny, bo martwiła się o mnie, dopóki nie wróciłam pod jej skrzydła. Nic, a nic nie było widać, tylko biel śniegu, ale blisko ciebie. To był początek trudu, a później to przemieszczanie się, noc zarwana, dzień nauki i powrót;  na abarot to samo, aby o północy spocząć wykończona i tak każda sobota w pierwszym  i poniedziałek w następnym roku.

I teraz mam, co mam.  Radość z kochanych ufnych ślipek dzieci i ciepłe maleńkie rączki, które z takim szczęściem wsuwają się w moją dłoń. Warto było! Warto! Nikt w życiu mnie tyle nie na kochał, nie na obejmował i naściskał, co te maleńkie dzieciaczki, dla których jestem drugą mamą.  To jest moja radość, mój sukces, okrężną drogą doszłam do tego, czego pragnęłam. Dlatego, jak ktoś myśli, że nauczyciele to ci, którzy po różnych studiach np. dziennikarskich nie dostali się do niczego „lepszego” i złamani poszli uczyć dzieci, to nie w moim przypadku. To było moje pierwsze poważne, bo wielkie marzenie, a nie przegrana.

Później studia i magister od Okruszków do trzeciej klasy i studia podyplomowe. Szkoły dały mi wiele, ogólne spojrzenie, ogładę, ale później szaleństwo kursów dokształcających, które dawały same konkrety do praktycznego podejścia w tym zawodzie. I dzisiaj jestem nadal z maluszkami. Mam szczęście, bo praca zawodowa, to ładny kawałek naszego życia, a ja kocham, to co robię. Znowu Szczęściara i to  kolejny raz za sprawą dzieci! Mówiłam wam, dzieci, to moje życie, powołanie.

Jak było z Wami i Waszą drogą do tego, co teraz robicie, czemu poświęcacie wiele czasu? Prosta, skomplikowana, niespodziewana, niechciana, a może wyczekiwana. Napiszcie proszę, a może tylko powspominajcie dla siebie, czy waszym dzieciom.. .I pamiętajcie, przesada nie jest dobra w niczym. Ani w objadaniu, kochaniu, czy poświęcaniu się pracy. Psycholog, mądra i dzielna pani Beata powtarzała, „musisz czas w życiu ułożyć w 3 szufladki; rodzina, praca,Ty! Trzy nisze, mniej więcej równe czasowo. W niczym nie możesz zaprzepaścić się”. Te słowa kieruję do pracoholików. Życie jest tylko jedno tu na ziemi, przeżyj je mądrze.

” W ciemnej dolinie..”. Mój kochany Syn.

Kto z nas nie miał wrażenia, że błądzi w ciemnej dolinie? Nie mógł sobie z czymś, czy kimś poradzić. Próbował znaleźć rozwiązanie. Samotnie borykał z problemem, myślał o nim skoro świt i zasypiał z nim. W końcu zaczął poszukiwania rady wśród zaufanych osób. Jedni radzili to, inni przeciwnie. I nadal nie wiedziałeś, co zrobić. A może uciec się do Boga i ona modlitwa pomoże. Niezależnie, czy wierzysz, czy nie. Coś trzeba robić, czegoś się chwycić. I znajdujesz pomoc, dostajesz myśl, która jest kluczem i początkiem domina zdarzeń do szczęśliwego końca. A może błądzisz dalej w swojej ciemnej dolinie.

 Pytacie teraz, o czym mowa Basiu w tym wpisie, do czego dążysz? Chcę napisać o tym, jak czasami niewiele trzeba, aby wyjść z impasu. Wystarczy przełamać się wyciągnąć dłoń.. . Chcę się z Wami podzielić historią, która spędzała sen z powiek, leżała kamieniem na sercu i tępiła radość życia. A tak niewiele trzeba było, aby płakać ze szczęścia!

 Jestem osobą naznaczoną, tak myślałam wiele razy, przez całe moje dorosłe życie. Pomyślicie, co to za naznaczenie? Opieka. Opieka Boga, Siły Wyższej. Zawsze, nawet w najtrudniejszych chwilach czułam, że nie jestem sama! Nigdy mnie nie zostawił. Nigdy, choć były momenty w moim życiu, że nie zasługiwałam, aby trwać przy mnie. I nie wiem, czy to nasza wiara i w związku z tym taka, a nie inna interpretacja, tego co później nastąpiło? Czy po prostu nasza siła i mądrość, nasze działanie bez podpowiedzi. Ja stawiam na opiekę boską.

Wszelkie żale, dylematy, rozterki, lęki, wątpliwości, nadzieje i burzliwe porywy zostawiam Jemu. Klęczę w kruchcie, pod drzwiami. Prosząc!

Psalm 23 „Pan jest mym pasterzem, niczego mi nie braknie”, jest łatwy do zapamiętania i zawsze przynosi pociechę. Lubię psalmy. Łatwo sobie wyobrazić zbłąkaną i  przerażoną owcę na wzgórzu. A ile razy Ty się tak czułeś,  nie wiedząc co zrobić? Zagubiony.. i nawet, kiedy śmiałeś się, Twój problem stał za Tobą i ciągle było źle. Czułeś bezsilność, bo w którą stronę iść, aby bardziej nie zbłądzić? Nie oddalić się. Jesteś w rozpaczy, depresji, zwątpieniu.. . Często nie pozwalasz sobie pomóc. Bo Twój ból jest tylko Twoim.

 

Nie mam gotowej rady, opowiem Ci, co ja uczyniłam z moim kamieniem na sercu. Mój syn, pierworodne dziecko, wkrótce po rozwodzie swoich rodziców i  ukończeniu technikum wyjechał do Danii. Nie mając tam nikogo bliskiego, do wszystkiego  doszedł sam, cierpiąc niejedno. Podziwiam go. W obcym kraju.. . Jest tam do dziś. Dzwonił czasami, ale nie za często, za to długo prowadził rozmowy.  Z trójki moich dzieci, właśnie z nim, z synem nie zawsze potrafiłam rozmawiać. Nigdy nie wiedziałam, czym i co może go zdenerwować. Kilka miesięcy temu rozstaliśmy się w gniewie, po takiej rozmowie. Jak zwykle spłakałam się.. . Mijały dni, tygodnie i miesiące. Początek był trudny, później wyciszenie, aby przeszło w tęsknotę.

Z myślą, co u niego otwierałam i zamykałam oczy.

Ta niewiedza, czy jest zdrowy, czy zakochał się, a może nadal ubolewa z samotności, czy ma pracę, i co jeść.. .Chciałam to wiedzieć, ale bałam się rozmowy z nim. Tak łatwo zapala się,  choć później szybko żałuje, ale co powiedział, jest i  brzmi w głowie.

Codziennie ćwiczę jazdę, podjeżdżam w dobre miejsce do parkowania (z dala, ale nie płatne) i ulicą św. Barbary maszeruję co nieco pomasować tych, co chcą. Mijam kościół mojej imienniczki, wstępuję na chwilę i w ciszy wilgotnej kruchty modlę się swoimi słowami. Ostatnio już mocno przybita tą sytuacją miedzy mną a dzieckiem, proszę usilnie matkę Jezusa o opiekę nad moim synem, mówiąc- ” Ty, jako matka martwiłaś się tu na Ziemi o swoje dziecko, zaopiekuj się teraz moim, tam na obczyźnie. I pomóż nam”. Następnego dnia, nie mając tego w planach, przed wyjściem z domu siadam i jakby mi coś kazało, w jednej chwili piszę maila, sms z kilkoma zdaniami do Syna, aby nie gniewał się i co u niego?Poszło!

Z bijącym sercem jadę, wstępuję do znajomej kruchty i nadal szepczę do tej wyjątkowej matki słowa trwogi.  Co chwilę zaglądam w telefonik i nic. Nie ma ani słowa. Myśli różne wędrują po głowie, okraszone niepokojem w sercu. I jest!! Dostaję po kilku godzinach najpiękniejsze słowa, jakie matka może przeczytać od swojego dziecka. Przepraszając wyznaje, że tęsknił i kocha Cię, nazywając najlepsza mamusią. Choć byłam w pracy płakałam, płakałam ze szczęścia. Nie nad klientem, bo biedaczysko nie wiedziałby, czym mnie tak zasmucił.

Jakby mi darowano więcej, niż mogę unieść i pomieścić w sercu. Moje dzieci i ich dobro, jest największym szczęściem, pewnie jak dla każdej mamy.

Wystarczyło tak niewiele, aby świat stał się najpiękniejszy. Kiedy czytam słowa G. Garcia Marquez, ” Być może dla świata jesteś tylko człowiekiem, ale dla niektórych ludzi jesteś całym światem”,  zawsze myślę o moich dzieciach. One są  światem. Dobrze mieć dzieci. Decydujcie się na nie, nie bójcie się.

Placuszki z kurczakiem w roli głównej. „Miałem wspaniałe życie”. Wolontariat w Hospicjum

Podam dwa przepisy na małe co nieco z kurczakiem, ale to tymi, pierwszymi placuszkami zachwyciła się nasza miła komentatorka.

O smutkach tego świata też trzeba umieć mówić. I jak już zauważyliście, nie podaję suchych przepisów kulinarnych, tylko po; albo zabawy z dziećmi, ich przykłady, propozycje, albo temat do przemyślenia. Rzucam hasło, trochę przekazuje swoich myśli, a resztę zostawiam Wam, kochani czytelnicy. Nie powinno być tematów tabu, tylko dlatego, że trudne, kontrowersyjne. Dziś temat do refleksji, rozważań, jak żyć. Ale najpierw coś dla ciała. Jedzonko!!

Placuszki ryżowo-mięsne

Składniki:

  • 2 szklanki ryżu,
  • 2 połówki piersi z kurczaka
  • 2 szklanki mleka
  • 2 łyżki miodu
  • 4 jajka
  • 1/2 strąka świeżej papryczki chili
  • oregano (najlepiej świeże)
  • tłuszcz do głębokiego smażenia
  • sól

Wykonanie

Mleko zagotować z 2 szklankami posolonej wody, wsypać ryż i ugotować. Mięso pokroić na 16 kostek. Chili i oregano umyć, bardzo drobno posiekać, wymieszać z miodem. Teraz wymieszać tę pastę z pokrojonym mięsem, przykryć i wstawić do lodówki. Niech się marynuje. Ryż utrzeć z 2 jajami. Z powstałej masy uformować 16 placuszków. Na środku każdego położyć kostkę mięsa, owinąć bokami placuszka i uformować niedużą kulkę, otoczyć w roztrzepanym jajku. Smażyć na głębokim oleju.

Podawać gorące z sosem żurawinowym, czy czosnkowym (też smakują ciekawie), w razie braku sosu, rozmieszać łyżkę majonezu z przyprawą Vegetą i położyć kleksik obok. A sos czosnkowy robię bardzo prosto – 4 łyżki jogurtu greckiego łącze z 2 łyżkami  majonezu i 2-3 ząbkami czosnku wyciśniętymi przez praskę, solę i gotowe (jak masz i lubisz możesz wkroić kilka gałązek natki pietruszki lub koperku). A można się pokusić o zrobienie sosu pomarańczowo-jabłkowego.

Placki drobiowe nr 2

Składniki: pół kg. piersi z kurczaka, 2 łyżki mąki, 2 jaja, 2 łyżki majonezu, 2 łyżki przyprawy uniwersalnej, !5 dag. sera żółtego, 1 ząbek czosnku, pęczek szczypiorku, olej do smażenia.

Wykonanie

Umyte mięso pokroić w drobną kostkę, ser zetrzeć na małych oczkach, szczypior drobno pokroić. Połączyć razem, dodać mąkę, majonez i czosnek przeciśnięty przez praskę.. Wbić jaja, doprawić do smaku, wymieszać. Smażyć z obu stron na rozgrzanym oleju.

Smacznego! Jutro, jak rano wyjdę, wrócę późno, oj późno, więc nie usmażę tych placuszków, aby wam zaprezentować. Nadrobię te braki w najbliższych dniach.

I jak już usmażymy, pojemy, może wymienimy z bliskimi nasze poglądy na temat:

” Tak żyć, aby niczego nie żałować”.

Zastanówcie się, może nad regułą, zasadą, czyli jak? Jak żyć? Uczciwie, odważnie i … Zachowawczo, statecznie, czy z raczej z fantazją, luzem nie krzywdząc, czy czasem iść po trupach.. ? Niejeden powie „uczciwie”. I to wystarczy?  Pomyślcie, podyskutujcie, może z waszą latoroślą, co oni, młodzi myślą?

Kiedy poznałam mojego przyszłego, drugiego męża nie miałam dla niego zbyt wiele czasu. Byłam wolontariuszką medyczną w Hospicjum ks. E. Dutkiewicza w Gdańsku. Ukończyłam kurs medyczny, aby dowiedzieć się, jak najlepiej pomóc cierpiącym tam ludziom. Wchodziłam na oddział 1-2 razy w tygodniu. Pamiętam w pierwszym roku tylko w soboty, miałam wole od pracy zawodowej, więc mogłam poświęcić ten czas. Już o 8 rano przekraczałam bramę ładnego, zadbanego ogrodu, wchodziłam najpierw do kaplicy św. Baranka, cicha,  kameralna, oświetlona kolorowymi światełkami witraży. W kolejnym roku, każda środa, bo wcześnie kończyłam lekcje i sobota były dla pacjentów. Czułam wielką potrzebę bycia z ludźmi, którzy żegnają ten świat. Sama chciałabym odchodząc czuć dłoń człowieka, nie koniecznie bliskiego, z rodziny, tylko kogoś, kto pomoże przejść. To był motyw, przyczyna, dlaczego? Nie było łatwo, za każdym razem idąc krętymi schodami do chorych, umierających, towarzyszyło mi skupienie i lęk, jak dzisiaj będzie? To były dobre lata. Z biegiem tygodni, miesięcy czułam się, jak u siebie, tylko nadal przejmujący  lęk ogarniał, kiedy miałam pomagać na oddziale dziecięcym. Wychodząc nie mogłam jeść, nie rozmawiałam, musiałam okrzepnąć, aby wrócić do  tego tętniącego życiem świata.

Tam poznałam pana Krzysztofa.  Był moim pierwszym pacjentem, któremu miałam zmienić pościel, z nim w łóżku. Udało się bez problemu (dobrze nauczyli na kursie). Zapamiętałam tego pacjenta bo, po pierwsze był tam stosunkowo długo, a to rzadko się  zdarzało i ogromnie pozytywnie przejmował mnie jego optymizm. Był pogodzony z losem i powtarzał słowa, które wryły się w moja pamięć. „Miałem wspaniałe życie”. Nawet z maską tlenową starał się mówić i słyszałam, „Nikt nie miał lepszego życia niż ja”. To wspaniale móc wypowiedzieć, to zdanie na łóżku śmierci. Potrafić spojrzeć wstecz na swoje życie i być za nie wdzięcznym. Niczego nie żałować. Niczego sobie nie wyrzucać. Nie czuć palącego bólu, że nie zrobiłem TEGO, czy zrobiłem TO! Nie zastanawiać się, co by było, gdyby.

Teraz od wielu lat jestem wolontariuszem akcyjnym i każdego roku z uczniami, pracownikami szkoły bierzemy udział w różnych akcjach, np. „Pola Nadziei”. Kiedyś moja klasa wygrała konkurs „Pociąg marzeń”, a pracowaliśmy przy tym; ja, mój Okruszek i cała klasa Okruszków. Z komina lokomotywy wylatywały gwiazdki z ręcznie wypisanymi marzeniami dzieci. Każde dostało po plecaku, czapeczce.. Tam też je zabieram, nie tylko do filharmonii, bo jestem zapaleńcem muzyki poważnej,  ale Hospicjum, to też życie.