Domowy smalczyk. Smakować życie..

Gotowanie, mam chyba we krwi. Ono mnie po prostu raduje.

Smalczyk domowej roboty, czasem warto sobie sprawić, jeśli jecie wieprzowinę (wegetarianie z fasoli, tłuszczu koksowego, cebulki). Ja najbardziej lubię zwykły ze słoninki bez boczku i innych dodatków. Podam wam przepis na ten podstawowy, a każdy doda, co będzie chciał. Może jabłuszka (w kosteczkę, najlepiej renety lub antonówki, dodaje się na sam koniec, już po cebulce) boczek wędzony ( jak zeszkli się i trochę wytopi słonina) cebulkę, płatki chili, z przypraw najczęściej majeranek.

Jak nie chcę napracować się i od razu zrobić zapas z 5-6 słoików smalcu, tylko 1-2, to kupuję kawałek słoninki, tak ok pół kilograma (na taką ilość 1 duża cebula, gdyby ktoś chciał). Myję słoninę, wycieram ręcznikiem papierowym i wkładam do woreczka foliowego i do zamrażalnika, tak na przynajmniej godzinkę, aby stężała, zmarzła. Wtedy łatwiej kroi się, nie „ślimaczy”  w dłoniach.. Kładę na deskę, biorę porządny, ostry nóż, kroję na kilka mniejszych kawałków, bo z wielkiego, z całości, jest trudno. Każdy kawałek na plastry, a plaster wzdłuż np. na trzy części, paseczki i teraz w kosteczkę. Ja kroję w drobną, bo nie lubię wielkich skwarków. Robimy to według własnego upodobania. Teraz wrzucam do garnka i smażę. Najpierw na średnim ogniu, mieszam i po pewnym czasie, jak już każdy skwarek zeszklił się, zmniejszam płomień, nich wytapia się powoli i spokojnie, od czasu do czasu mieszając. Nie solę, nie pieprzę. Ładnie wytopiony, zdejmuję z ognia, wsypuję sutą szczyptę majeranku i przelewam do wyparzonych słoiczków. Zakręcam i odstawiam do wystudzenia, schłodzenia. Jak wlejecie gorący, zassie i trzyma długo, nie psuje się. Po odkręceniu przechowuję w lodówce. Stężeje i jest gotowy do smarowania pajdy dobrego chlebka. Ostatnio odkryłam chleb gryczany z dodatkiem cebuli, pasuje mi do smalczyku idealnie. Do tego nieodzownym jest ogórek kiszony, czy pasta chili adżika lub po prostu tylko posypany grubą solą.

Jeśli chcecie smalec z cebulką, należy uważać, bo temperatura gorącego tłuszczu różni  się od zimnej soczystej cebuli i jeśli wrzucicie do mocno nagrzanego tłuszczu zacznie bulgotać, pienić się i wypłynie z garnka. Trzeba zmniejszyć gaz lub na chwilę zdjąć garnek z ognia i wtedy powoli wrzucić cebulkę pokrojoną w kosteczkę.

Smacznego, kochani! Czasem i na smalec możemy sobie pozwolić. Jadam wszystko, co lubię, boczek smażony też, ale mało, malutko. I to chyba jest kluczem. Ta ilość, aby nie tyć i nie zapchać żył tłuszczem. Nie umiem dojeść całego jajka, całego wafelka w czekoladzie, czy całego pączka. Wygląda na to, że dozuję przyjemność jakim jest jedzenie. To tylko tak wygląda, a prawda jest taka, że mam malutki żołądek i nie mogę więcej zjeść. Poza tym jedzenie, to dla mnie najczęściej celebra i radość. Rzadko w pośpiechu połykam kanapkę (chyba, że w pracy, kiedy goni masaż za masażem). Jak nie mam tego co mi smakuje, nie jem wcale, no chyba, że głód przyciśnie, to Baśka zjada, jak pies trawę, ściągając zębami. Zdecydowanie wolę rozkoszować się jedzeniem. Np, jak wygląda zjedzenie jednej z moich ulubionych słodkości – ptasiego mleczka, Wedel w gorzkiej czekoladzie? Biorę kosteczkę, ogryzam dookoła z pysznej twardej czekolady, kładę waniliową kostkę na język, ogrzewam w ustach, przyciskam językiem do podniebienia i pozwalam sobie na przyjemność sycenia kubeczków smakowych. Powoli rozpływająca rozkosz słodyczy napełnia mnie. Jedzenie, to jedna z pociech tego świata. Do tego też potrzeba finezji. Można zjeść, pokochać się.., byle jak lub z wszechogarniającą radością, smakując tych przyjemności!! W pośpiechu, bez zaangażowania, jak to kiedyś pisał jeden z blogerów, starszy pan, że tęskni za zwyczajnym, jak za dawnych lat przeleceniem dziewczyny w krzakach, a nie w ładnym pokoju hotelowym. Ja obie przyjemności lubię w ładnej oprawie. Dla mnie ma to ogromne znaczenie. Wszystko lepiej mi smakuje: i miłowanie i jedzenie, jak robimy to oboje z zaangażowaniem, finezją, staraniem, pietyzmem, a nie na odczepnego, na „odwal”, albo, aby tylko czym prędzej zaspokoić głód seksu, czy żołądka. Bardzo lubię jedzonko ładnie podane, nie kopa na talerzu wszystkiego. Posprzątane miejsce w którym mam jeść. Sposób jedzenia, nie na jaskiniowca: czyli, mocno pochylona i łapczywie zmiatająca z talerza, wiosłująca łyżką, bez unoszenia głowy z nad jadła.  Jeszcze nie daj co zupa ociekająca po brodzie. Choć paluszkami, bez użycia sztućców, jak najbardziej można. Bardzo lubię tak zajadać pizzę, czy frytki lub szarpać kawałeczki bagietki i maczać w oliwie. Paluszkami podane do ust smakuje mi bardziej, to tak, jak wypić zimną colę ze szklanej buteleczki, wolę niż ze szklanki.

Przyznam się, że chciałabym jeszcze doświadczyć wspólnego posiłku z fajnym mężczyzną, który robi to z finezją. Gdzie wspólne gotowanie, a zwłaszcza jedzenie byłoby poezją.  Kuszące, może nie tak, jak seks, ale..  (pewnie wyśmiejecie mnie, ale dla mnie ma to urok, chciałabym i tego zaznać).

Smakować życie.. nadal mam na to ochotę. Chyba to wszystko przez Meszuge. Ten człowiek ma coś w sobie. Odczułam go, jak wyrocznię..  Arti tak, to przez Ciebie. Tak ładnie byłam pogodzona, że piękne rzeczy są, ale już nie dla mnie. I nie było mi z tego powodu smutno, no bo co stawiać się, kiedy widzę 10 metrową ścianę wody, no nie do pokonania, to nawet myśleć nie ma o czym.  Aż tu piszesz.., piszesz.. takie rzeczy.  I może zacznę wdrapywać się na tę ścianę.., może.  Chcę, ale  niebylejakości, tylko warte wspinaczki… Czego i Wam kochani życzę, wspinajcie się po swoje szczęście.

Reklamy

Syrop – „Imbirek”. .. i po przeziębieniu. „Cud” w filharmonii

Syrop – „Imbirek” z miodem i cytrynką.

Doda zdrowia, pomoże przy infekcjach górnych dróg oddechowych, wzmocni odporność, a przy tym pyszny, smaczny. Przyjaciel z Anglii, pewien Przemek, zresztą fajny Mors (kiedyś w Sylwka morsowaliśmy) pośpieszył z pomocą na wieść, że Baśka przeziębiona i przesłał mi ten przepis. Zrobiłam, zastosowałam i już mi się tańczyć chce. Teraz dzielę się z Wami.

 Składniki: 2 cytryny, szklanka miodu i 4 cm imbiru. 

Cytryny sparzyć wrzątkiem, umyć, wyszorować, pokroić w cienkie plastry. Imbir obrać ze skórki, zetrzeć na tarce o drobnych oczkach. Przygotować słój lub inne naczynie zamykane. Wyparzyć wodą lub w piekarniku. Na dno wlać 2 łyżki miodu, na to kilka plastrów cytryny i trochę imbiru na wierzch, ponownie miód, cytryny, imbir. Tak warstwami układać, na wierzchu ma być miód. Zakręć i wstaw do lodówki.

Po 24 godzinach ciesz się gotowym syropem. Syrop może stać ok. 2 miesięcy. Myślę, że tu też można dodać kilka goździków. 

Na zdrowie!!

W czasie infekcji przyjmujemy 3 łyżki na dobę: samodzielnie, lub w herbatce, czy na czczo w niepełnej szklance ciepłej wody. W profilaktyce wystarczy 1 łyżkę na dobę.

Ten syrop mogą bez przeszkód przyjmować dzieciaczki po ukończeniu pierwszego roku życia. Miód może uczulać, silny alergen, dlatego nie możemy dać młodszemu dziecku. Ci, którzy mają problem z krzepnięciem krwi i nadciśnieniem powinni porozmawiać ze swoim lekarzem, czy stale w profilaktyce mogą przyjmować syrop z imbiru, który rozrzedza krew.

Przyszła pora przeziębień, zmarzniętych, pociągających nosków, dreszczy i bólu głowy. Nie biegajcie bez czapek i szalików.  A jak już jakowyś wirus Was dopadnie, wyciągnijcie broń. I najlepiej jeśli już musi was coś dopadać to na sobotę i niedzielę. Ha ha, jak trafić, aby w piątek zacząć walkę. Wspomagajcie się popijając herbatki z kwiatu czarnego bzu. Działa napotnie, ma dużo witaminy C. Do szklanki wsypcie 1-2 łyżeczki suszonych kwiatów bzu, zalejcie wrzątkiem. Przykryte parzcie ok 10 min, następnie trzeba przecedzić. Pijcie, 2-3 filiżanki dziennie. Jeśli nie macie gorączki, weźcie gorącą kąpiel, tak ok. 39 stopni temperatura wody. Wirusy w przeciwieństwie do bakterii, nie lubią wysokiej temperatury. Wodą morską w sprayu (wygodne) oczyszczajcie nos. A może inhalacje pod ręcznikiem, nad miską z gorącą wodą i kilkoma kroplami olejku eukaliptusowego. Wdychajcie opary. Jak najwięcej wylegujcie w łóżku. Wypoczywajcie, ile się da. Pijcie dużo płynów na bazie malin, lipy, rumianku. Nie zapominajcie o naszym cudownym imbirowym syropie! Jeszcze wietrzenie mieszkania, bo nie mamy co siedzieć w zaduchu. Na noc weźcie witaminę C i lek przeciwzapalny. Ja jeszcze biorę kota i termoforek. I jest fajowo, po kilku dniach głowa na pewno nie boli, za to charczycie, jak zaflegmione dziadki.

Kochani, nie dajcie się przeziębieniom!!

PS Wróciłam właśnie z filharmonii, z recitalu fortepianowego austriackiego pianisty. Tak niespodziewanie córeczka przekazała mi swój bilet. Teraz ona zaczęła swoje przeziębienie i nie miała siły na Chopina. Było cudownie!! Muzyka ma moc!!

Ten  Ingolf Wunder (po niemiecku znaczy, Cud) tak grał, że najpierw każdy dech milkł na sali, a później poryw ludzkich serc. Od 4 roku życia ćwiczył przez 10 lat grę na skrzypcach. Polubił je, ale fortepian pokochał. Został pianistą. W wieku 14 lat pierwszy raz usiadł do fortepianu, a porwały go utwory Rachmaninowa. Z rodziny ludzi uzdolnionych muzycznie. Ojciec muzyk amator, brat komponuje muzykę filmową. On sam fascynuje się także twórczością E. Morricone i J Williamsa. Ma ona swoje odbicie w jego albumie „300” – trzy wieki fortepianu. Żoną jego została Polka pani Paulina, która wspiera męża. Dzisiejszy koncert wymusił kliknięcie w internet za namiastką wiedzy o człowieku, którego gry słuchałam.

Za tę lubość i radość w odbieraniu muzyki poważnej dziękuję pierwszemu mężowi. On mnie rozmiłował w muzyce klasycznej. Jak to dobrze, że przyszło mi żyć w Gdańsku, mieście, gdzie mogę bez problemu wybrać się na koncert do filharmonii, czy opery, powzdychać z Toscą.

 

Ona i czarny kot prawdę ci powie. Wróżki..

Nie napiszę Wam, czy macie wierzyć w umiejętności wróżek, numerologów, bioenergoterapeutów.. , czy pomogą, czy zaszkodzą, czy macie  odwiedzać ich, czy raczej omijać szerokim łukiem i zaufać Bogu i samemu sobie. To nie moja rzecz. Sprawa osobista, jak wiara, indywidualna każdego z Was. Tarot, ma swoją historię w moim istnieniu. I o tym chcę Wam napisać. Jak to ze mną i wróżką było, bo było.

To czas, kiedy byłam w pierwszym nieszczęśliwym związku. Już urodziłam swoją kochaną trójkę dzieci. Studiowałam na podyplomówce. I tam z  bliską mi osobą wybrałam się do wróżki na tarota, jako osoba towarzysząca.  Siedziałam z książkami pod pachą i wypatrywałam czarnego kota. Nie było ani czarnego, ani burego, żadnego. Panie kończą i teraz staruszka zaprasza mnie na kanapę, do pokoju wróżb. Chwila namysłu, no bo nie po to, ja tu przecież przyszłam. Ona usilnie namawia, ja łatwo godzę. Dziwne, mówi wszystko to, co ma miejsce w moim życiu. Dziwię się, skąd te karty to wiedzą, a może na czole mam wypisane. A za chwilę słyszę, że wyjdę drugi raz za mąż, za człowieka po przejściach, ojca dwóch synów (tak było). Mówię,- „ojej, to zostanę wdową, no bo jak znam siebie nie odważę się na rozwód”? Ja boję się powiedzieć, że nie chcę jechać na wakacje do jego mamy, bo jest prawdziwą teściową z kawałów, a co dopiero poprosić o rozwód!! O matko!!.

  Na co staruszka patrząc w płomień świecy mówi- „Pierwszy mąż będzie żył i miewał się dobrze”. Myślę –  „O kurcze, jak ja to zrobię, to niemożliwe”! Jak się okazało, po jakichś pięciu latach było możliwe. I następuje moment, dla którego żałuję do dziś, że tam poszłam. Staruszka mówi – „Pani i dwie córki z nowym mężem zamieszkacie razem”. Jak to dwie córki, a gdzie syn?? Zdziwiona, bo syna nigdzie w kartach nie widać. Ja proszę, aby popatrzyła głębiej. Ona stara się, ale widzi tylko mój strach. Nie ma. Ani z matką, ani z ojcem. – „To gdzie on jest”?!  Pytam zrozpaczona. Proszę, aby szukała go!! Karty nie mówią. Nie wiem, co rzekła jeszcze, czy będę szczęśliwa, czy nie, czy bogata z chatą, czy w ubóstwie klepała biedę. Chyba zapamiętałam ostatnie zdanie, że będę miała wielu mężczyzn. Pytam co to znaczy, bo jak na razie żachnęłam się-  „sromotnie męczę się z jednym i mam dość, a tu jeszcze wielu, nie daj Panie”!!

Wróciłam, opowiedziałam mamie o zdarzeniu i braku mego dziecka w kartach. Patrzcie, jak poważnie to wzięłam. Gdzie było zaufanie do Boga. Uwierzyłam wróżce. Mogłam machnąć ręką i robić swoje, ale nie, ja myślałam o tym cały czas. Nie mogłam pracować, nie mogłam jeść, ani spać. Dzieci pytały, co mamie jest, a ja tylko płakałam po kątach. Boże, jakże ciężki czas zafundowałam sobie.  Klęczałam prawie płaska w kruchcie kościoła i błagałam, aby przebaczył mi moją ciekawość przyszłości i ochronił syna.

W końcu idę do księdza, przyznaję gdzież to miałam wizytę. I jak bardzo uwierzyłam w słowa tej kobiety od kart, a nie Bogu. I, że proszę o pomoc, bo bliska jestem szaleństwa. Czuję galaretę, pożerający i obezwładniający mnie strach. Najpierw dostałam wykład o okultyzmie, później że my kobiety udajemy się po czary, kiedy nasze nieszczęście przedłuża się. To prawda chciałam dowiedzieć się, czy jeszcze co dobrego czeka na mnie w życiu, czy tylko stara bieda ma. Zamiast sama wziąć życie w swoje ręce i zrobić porządek, czekałam na księcia, który mnie uratuje.

Idziemy do pustego kościoła. Razem klęczymy na stopniach ołtarza, błagając o przebaczenie. Każde z nas modli się. On za mnie, ja za siebie przepraszając za swoją ciekawość, prosząc o szczęście mojego syna. Tam wtedy obiecałam Bogu, że już nigdy nie pójdę do wróżki. I nie poszłam. Ostatnio numerolog mnie kusiła, ale nie. Nie mogę, nie chcę!

Boże, jakże ja to mocno wszystko przeżyłam. Nadal płakałam i nie mogłam normalnie żyć. Moja mama modliła się razem ze mną. Koniec końców, kiedy rozwiodłam się, mój syn miał 18 lat i nie chciał uczestniczyć w moim nowym życiu. Życzył mi szczęścia, bo jak powiedział wówczas – „Kochana mamo życzę ci jak najlepiej, ty zawsze byłaś dla nas, teraz czas na Ciebie. Ja jednak zostaję, bo jak pokłócę się, to z własnym ojcem, nie obcym facetem”. Wyprowadziłam się z dziewczynkami. Syn z ojcem długo nie wytrzymali; padła kosa na kamień, a matki łagodzącej spory, zabrakło. Mało się nie pozabijali. Wyjechał do Danii i jest tam do dziś. Mija dekada, nie odwiedził ojca. A ojciec nie szuka kontaktu. Mają do siebie żal.

Czy można być szczęśliwym, kiedy wiesz, że dla swojego szczęścia tyle zburzyłaś, przewróciłaś, zniszczyłaś.  Jeszcze, żeby było za czym polecieć!  Jeśli mogłabym żyć od nowa, poprosiłabym Boga o moją trójkę dzieci i żadnych z tych mężczyzn, których przyszło mi spotkać w życiu.

Teraz nie chcę już niczego wiedzieć na zapas. Może dlatego, że nie oczekuję. Pragnę w spokoju dożyć. Młodość minęła, pędząc z wiatrem a najczęściej pod wiatr. Nie chcę jej więcej, kojarzy się z szarpaniem, trudnymi wyborami, budowaniem, stawaniem na głowie, utratą siebie.. . A może było tak, bo ja długo byłam dzieckiem, niegotowym na takie trudy życia. Nie było we mnie ani okruszynki Baśki. Wy młodzi stoicie przed egzaminem, zwanym „Życie”. Obyście zdali na szóstkę, no piątka z czwórką też nieźle. Powodzenia! Rozegrajcie mądrze tę partię.

 

Zjednają niejedno serce – naleśniki. Smartfonowe maluchy.

Dziś z okazji dwusetnego wpisu mego, chcę uraczyć Was moimi ulubionymi naleśnikami na słodko. Są wyjątkowe. Podobne do Crepes Suzette. Ciasto naleśnikowe do jednych i drugich, to samo. Najlepiej smakują świeżo usmażone.

    

Ciasto na naleśniki, ok 8 sztuk:

1,5  szklanka mąki, 3 jajka, po 1 szklance zimnego mleka pełnego i  zimnej wody, 2/3 szklanki  świeżo wyciśniętego soku z pomarańczy lub mandarynki, cukier wanilinowy, 3 łyżki stopionego masła i 1/4 łyżeczki soli.

Wymieszać mikserem lub rózgą kuchenną: jajka z mlekiem ,wodą, sokiem i cukrem wanilinowym oraz masłem. Dodać mąkę i ponownie zmiksować. Odstawić na minimum pół godziny do lodówki. Usmażyć cienkie naleśniki. Odłożyć na bok, jak ostygną, złożyć na 4 części w tzw.chusteczkę. Z tej ilości masy wyjdzie ok 8 naleśników.

Pierwsza pyszność, podpalana lub nie

Przygotuj:

4 łyżki cukru, 2-3 pomarańcze lub 1 pomarańcza (na skórkę i sok) i kilka ok 3-4 mandarynek, kieliszek likieru mandarynkowego lub pomarańczowego, 4 łyżki masła

Na patelnie wsypać 4 łyżki cukru, karmelizować, jak pojawi się syrop dodać 2 łyżki masła i skórka z 1-2 otartych pomarańczy, oraz sok z jednej. Przesmażamy i układamy w to nasze naleśnikowe chusteczki. Podsmażamy chwilę z obu stron. I wykładamy lub podpalamy .Dla chcących-  wlewamy kieliszek likieru np. mandarynkowego, czy pomarańczowego. Zwiększamy płomień, a jak już mocno paruje, flambirujemy, czyli podpalamy nasz alkohol, uważając aby nie spalić sobie grzywki.. ( ja nie przepadam za płonącymi naleśnikami, pewnie dlatego, że nie lubię alkoholu). Naleśniki odkładamy na talerz, a do sosu dodajemy pozostałe 2 łyżki masła cząstki z kilku mandarynek lub fileciki pomarańczy (ja wolę mandarynki). Krótko przesmażamy i takie gorące cząstki układamy na naleśnikach. Pycha!

Druga pyszność, z mascarpone.

Przygotuj:

Serek mascarpone, kilka mandarynek, garść orzechów włoskich, łyżkę cukru pudru

Mam też drugą pychę, podobną, ale inną.  Naleśniki smażę tak samo. Na nadzienie przygotowuję garść orzechów włoskich grubo pokruszonych, 4-5 mandarynek i serek mascarpone. Na patelnię sypie grubo pokruszone orzechy, prażę chwilę, dodaję mandarynki w cząstkach, a niektóre pokrojone, przesmażam krótko i dodaję serek. Kto potrzebuje słodyczy, to łyżkę cukru pudru na koniec razem z serkiem lub zamiast mascarpone użyć serka wanilinowego homogenizowanego (Ja używam mascarpone i nie dodaje cukru). Minuta, dwie, trzy i wyłączam ogień. Tym gorącym nadzieniem przekładam naleśniki i składam na 4 części, dekoruje kleksem nadzienia i listkiem mięty, jak mam na parapecie.

Dziecko i tablet

Kochani, kiedy ja byłam młodą mamą, nie było problemu uzależnienia się dzieci od tabletów. Wy natomiast, młodzi rodzice już możecie mieć ten problem. Trzeba podejść do tego mądrze i konsekwentnie. Wszystko jest dla ludzi, rozwój techniki też, hi hi. Przy dzieciaczkach szczególnie musimy uważać, aby  dzieciństwo niosło harmonijny rozwój, a nie tylko umiejętność w jednym kierunku – tabletowego speca, maluszka. Cóż, trzeba i to jakoś usankcjonować w naszym domu. Nie bardzo znam się na tym, więc nie będę się mądrować, ale jako nauczyciel maluchów wiem jedno, one muszą być sprawne na każdym polu. Manualnym, grafomotorycznym, fizycznym także. Widziałam, ja moje dzieci w klasie chłonęły łatwo każdą wiedzę. Mózg człowieka najintensywniej kształtuje się w pierwszych latach życia. Zadbajmy, aby nasza pociecha nie tylko sprawnie pokonywała coraz wyższe poziomy w grach komputerowych, ale i powisiała na trzepaku, znała zasady podchodów i wskazania, gdzie północ bez użycia elektronicznego wspomagacza, tylko za pomocą cienia. Czyli radzenia sobie w warunkach bez dostępu do internetu i cudów techniki. Dziecko powinno mieć możliwość poznawania świata wszystkimi zmysłami. Im więcej bodźców do niego dociera, tym mózg lepiej rozwija się.

Rodzic ustali  zasady korzystania z urządzeń mobilnych.

  • Maluchy do 2 lat nie korzystają, a starsze z mądrym dozowaniem..
  • Warto towarzyszyć dziecku, kiedy ono korzysta z tableta.
  • Nie pozwalać mu zasypiać w objęciach smartfona zamiast w uścisku mamy, taty, którzy przed snem czytali dziecku książeczkę.
  • Używanie urządzenia nie może być nagrodą, a jego brak, karą. To podnosi w oczach dziecka atrakcyjność tych sprzętów.
  • Na pewno nie należy uczyć korzystania z nocniczka i karmić dziecka- niejadka omamiając smartfonem.
  • Starajmy się nie wysługiwać laptopem, komórką, kiedy mamy coś do zrobienia, a maluch nam przeszkadza.

Dajmy mu masę solną, niech bawi się w piekarza i ulepi mamie rogaliki, ćwicząc rączki, wprawiając paluszki do  pisania, rysowania. A może wyklejanie serduszka dla taty z kuleczek bibuły. Maluszek rwie kawałki, paluszkami formuje kuleczki i nakleja. Świetne ćwiczenie motoryki małej.  A może wystrugać lub kupić kilka pałeczek drewnianych i bawić się z dzieckiem w orkiestrę, dyrygenta, ćwicząc słuch i rytm. „Puszczać” muzykę i wystukiwać rytm. Rodzic dyryguje pokazując, gdzie stukamy. Przed sobą za sobą, nad głową, pod jednym kolankiem unosząc nóżkę, to samo pod drugim kolankiem, przed brzuszkiem, przy lewym uchu, przy prawym.. Możemy podzielić domowników na instrumenty, np.tata skrzypce-„dylu-dylu”, mama flet – „fiju-fiju”, braciszek trąbka -„tata tata”, a siostra dyrygent. Stoi w środku wskazuje batutą na orkiestrę, poszczególnych członków, a oni śpiewają swoje sylaby na melodię „Wlazł kotek”. I zmiana dyrygenta. 

A skoro już tablet, bo też dla ludzi,  może warto zainstalować  na urządzeniu program ochrony rodzicielskiej, aby maluch przypadkowo nie trafił na strony z pornografią. Wyszukując program dla dziecka korzystaj z katalogu Best App, (to podpowiedź mojego przyjaciela informatyka), aby przekonać się, czy dany program nie zawiera nieodpowiednich treści. Dziecko, to Skarb. Kochajmy i dbajmy o nie.

Pamiętam moją setkę, wtedy zastanawiałam się, czy dotrwam do dwusetki, a dziś myślę, że do 300 będę z Wami.  Teraz nakrzyczcie na mnie, że ostatnio zrobiłam się wściekłą kucharką i nic tylko pichcę. No ileż można, przydałby się jakowy erotyk, przepis na rozgrzanie łóżka, nie kuchenki. Czekam na wenę. A tu bez dobrego „materiału” ani rusz.

Dziękuję, że byliście ze mną i moimi myślami w tych dwustu wpisach.

Torcik bezowy. Już nie wznoszę..

Nie każdy lubi bezę i nie każdemu chce się suszyć bezowe placki, woli kupić. I rozumiem go całkowicie, zwłaszcza jeśli ma sprawdzoną cukiernię. Trzeba się wspomagać, nie zawsze wszystko robić samej.

Gdyby jednak naszła Was wena na pieczenie polecam właśnie tę bezę z gotowym kremem w proszku, dla leniwych, ale mocniej zachęcam do; ubicia jednego pojemnika śmietany kremówki 30% ze Śnieżką i serkiem macarpone, a jak kupicie 36%, to ubije się bez Śnieżki. Beza jest słodka, więc krem może być bez neutralny.  A owoce, jakie chcecie i lubicie. Mogą być ananasy z puszki i świeże, kuleczki granatu, czy truskawki, maliny, porzeczki.. , jak jest na nie pora. Ze świeżymi owocami będzie mniej trwały niż z tymi pasteryzowanymi z puszki, ale to ciasto chyba i tak nie będzie stało dniami, bo za pyszne. W sumie łatwe do zrobienia, tylko czasu wymaga suszenie bezy. Krem śmietankowy można modyfikować. Wystarczy, że dodacie ździebko rozpuszczonej kawy i będzie kawowy, lub czekolady gorzkiej i mamy czekoladowy, z orzechami zostanie kremem orzechowym. Ja najczęściej zostawiam biały

                          

TORCIK BEZOWY

Składniki bezy:

5-6 białek, 1,5 szklanki drobnego cukru, szczypta soli i łyżeczka soku z cytryny.

Składniki kremu i udekorowania:

Duże opakowanie śmietany kremówki 330 gram, Śnieżka w proszku, 1 serek mascarpone 250 gram, dowolne owoce.

Wykonanie:

Białka ze szczyptą soli ubij na sztywno, powoli dodawaj cukier i miksuj. Teraz łyżeczkę soku z cytryny. Przygotuj dwie blachy, na nich ułóż krążki z papieru do pieczenia, średnica ok 16 cm. Ja nie mam 2 blach to biorę spód z rozpinanej tortownicy (prostokątny) na niej układam papier do pieczenia i kładę ją na kratkę, drugi taki sam kawałek papiery kładę na mojej jedynej blasze, na tym wykładam bezę. Ładnie rozsmarujecie łyżką. Należy piec ok kwadransa w temperaturze 150 stopni, najlepiej z termoobiegiem. Teraz zmniejsz temperaturę do 120 stopni i piecz ok 2,5 godziny przy lekko uchylonych drzwiczkach (w drzwiczki wkładam drewniana łyżkę lub zwinięty kłębuszek ściereczki 

  • Śmietankę w wysokim naczyniu ubijaj  kilka minut, dodaj Śnieżkę, jak nie chce stanąć i dalej miksuj. Teraz po łyżce dodawaj serek, ciągle ubijając, ale na niskich obrotach. Gotowe. Kremem przełóż blaty. Udekoruj owocami.

 Czasem można sobie pozwolić na przyjemność pieczenia, krzątania się po domu bez pośpiechu. Ja miewam takie dni i wtedy jestem szczęśliwa. Właśnie beza wysuszyła się, krem gotowy. Wrócę z pracy złożę w całość i do lodówki, a jutro Okruszek z Warszawy będzie zajadał ze mną, a przedtem „Ciasteczkowy potwór” w przerwie od tapetowania. Dobrze, że „Potwór” jest wielki, choć drabinkę mam, jak by co. Ale, gdzie ja nie sięgnę, on dojdzie.

Tak chciałabym, aby los pozwolił mi nacieszyć się tym spokojem, który osiągnęłam. Co było do ogarnięcia, ogarnęłam. Co do zapięcia, zapięłam. Już nie oczekuję, nie spinam, nie żądam, nie pragnę.. .  Żyję!! Los przyniósł mi tak wiele. Czuję się tak mocno poszarpana, że każde chwile spokojnego przypatrywania się życiu bez oczekiwań, cieszy. W dojrzałym wieku dostaje od życia więcej niespodzianek i milszych, niż za młodu. Dobrze, że przeżyłam tę młodość.  Teraz chcę „tylko” lub „aż” – czasu na spokojne cieszenie się życiem w zdrowiu, z moimi dziećmi i kotkiem. Już nie wzniosę żadnej wielkiej budowli.

                               

Dopisuje kilka zdań. Już po tapetowaniu. „Ciasteczko”, to mistrz, dobry przyjaciel i wesoły facet. Choć mi do śmiechu nie było, bo przeziębiłam się i to mocno. Ale bez fajnych chwil z uśmiechem nie obyło się. Kiedy Robi stojąc na drabinie poważnie mówi, cobym obciągała na dole. Wybuch śmiechu, on i ja usłyszeliśmy, jak to dwuznacznie zabrzmiało. Szybko dodał – „Tapetę, Baśka”! 

                               

Dziękuję, Robi!!

Wątróbka w lekkiej panierce. Kocia miłość – Kleoś

Z wątróbką najczęściej jesteśmy na bakier. Dla tych, co nie stronią od niej i lubią z cebulką, mam jeszcze jeden może do wypróbowania, przepis.

Wzięłam pół kilograma drobiowej wątróbki, umyłam, powycinałam żyłki, błonki. W miseczce przygotowałam panierkę, wymieszałam: po 3 czubate łyżki mąki kukurydzianej i ziaren słonecznika, 1 łyżka drobnych płatków chili, szczypta soli – panierka dobra dla bezglutenowców. Na patelni rozgrzałam olej, ułożyłam wątróbkę obtoczoną w panierce. Usmażyłam z obu stron. Na talerz wyłożyłam ulubioną surówkę (tu też pasuje kiszony ogórek),  kawałek chrupiącej bagietki, teraz kilka wątróbek i kolacja gotowa. Smacznego kochani!

                     

Wątróbka nie kojarzy się z niczym zdrowym i wartościowym, odkłada się w niej byle co, to i owo. Czasem można sobie na nią pozwolić, bo jest też źródłem dobrego, tego i owego. Najczęściej znienawidzone przez nas w dzieciństwie danie. Z siostrzyczką byłyśmy niejadkami, ale wątróbkę w rosole lubiłyśmy i zostało nam to do dziś. Może warto przekonać się do niej, ci którzy raczej jej nie lubią. Przyrządzić, tak, aby nam smakowała.  Wątróbka drobiowa chroni przed anemią. To doskonałe źródło żelaza (20 razy więcej ma niż pierś z kurczaka) i wysokojakościowego białka.  Dobrze wpływa na nasze oczy, wzrok. To potężna dawka pakietu witamin z grupy B. Wspiera układ nerwowy, odpornościowy. Kto nie ma ochoty, niech się nie męczy. W następnym liście wyślę Wam przepis na moje ulubione naleśniki. Może naleśnika wolicie.

A teraz kilka zdań o miłości do zwierzaczka.

                                

      KOCIA MIŁOŚĆ. KLEOŚ

Boję się, że za mocno miłuję, Kleofasa.

Do dobrego przyzwyczajamy się szybko i z biegiem lat uważamy, że tak ma być i będzie zawsze. Nawet do dobrego, zdrowego, wesołego kotka też. To żywa istota i w pewien sposób zapełnia samotność. Od lat rozpływałam się w zachwytach, jakie komunikatywne zwierzę, wyjątkowo czułe i miłe. Jednak nie doceniałam tego, co mam. To była sobota, wracam z pracy. Nie wita mnie, nie kręci pod nogami, nie ociera, nie woła jeść.., a zawsze tak robił. Zajęłam się sobą. Mijają godziny. Robię się niespokojna, brakuje mi go. Bardzo. Schylam się pod łóżko, tam ma swoje „leżonko” z kożuszka. Leży, ledwo łepek uniósł. Jest, ale dlaczego nie chce wyjść. Upiekłam kurczaka, wsuwam się głęboko pod łóżko z kawałkiem pieczystego. Proszę, namawiam, kuszę. Nic. Przestraszyłam się, że chory, a może postanowił umrzeć. Strach obleciał mnie nie na żarty.

Zaglądam do internetu, ile żyją balijskie kotki. Dzwonię pogadać z jedną córką, z drugą. No ale, co one mogą. Mówią, że jak na kota 13 lat to dużo. On nigdy nie chorował. Nie wychodził z domu. Był dla dzieci. One w świat, to kotunio i ja zbrataliśmy się mocniej niż węzłem małżeńskim. Wiem, myślicie, żem pomylona z samotności.To tylko kot. Ale mój kochany zwierzaczek. Mamy swoje rytuały, nieodzownie takie same od lat. To nietypowy kot, on nie chadza swoimi drogami, tylko za mną i do mnie. Nigdy nie zostawia mnie samej, jak kładę się na łóżko, nawet w dzień na chwilę. Wskakuje, patrzy, jak leżę. Jeśli na plecach zawsze podchodzi od strony piersi, wchodzi przednimi łapkami, pomruczy chwilę, zastyga i „powala” grzbietem, karczkiem wraz z opadającym łepkiem na moją twarz, tak że mój nos jest w jego futerku. I zaczyna się koncert mruczenia.

Jeśli na boku leżę, koniecznie idzie od strony twarzy, mruczy ociera łepkiem, czółkiem o moją twarz. Bodzie noskiem, gdzie się tylko da. Pakuje pyszczek, wąsy łaskoczą mnie , całuje czule jego główkę i szepczę mu – „dziękuje że jesteś”. Kiedy boli mnie głowa, chyba to wyczuwa i kładzie na czubku otulając  i nigdy nie pozwala mi zapłakać. Leżę na łóżku coś mnie boli w sercu, jakieś zdarzenie, załkam, zapłaczę, a on od razu zrywa się i chce ząbkami delikatnie, ale podgryźć. Jeszcze nigdy nie udało mi się przy nim na dobre rozpłakać. Goni mnie z tym płaczem.

Zawsze byłam kocią mamą. Tak mnie nazywano w dzieciństwie.

Wieczorem wyszedł na chwilę, zjadł trochę i pierwszy raz miauknął tego dnia. Te koty tak nietypowo urzekająco miauczą, dają prawdziwe koncerty. Wypił wody i przyszedł do mnie ale tylko na chwilę, przytulił się i poszedł. Nad ranem o piątej wskoczył do mnie pomruczał, po ocierał główką i poszedł. Po śniadaniu musiała jechać do pracy. Zaniepokojona przez cały dzień myślałam co z nim, jak się czuje? Nie macie pojęcia, ile radości sprawił mi Kleoś, kiedy zobaczyłam go pełnego energii.  Wita w drzwiach, prowadzi do kuchni, skąd biorę karmę. Ociera o nogi, unosi łepek. Oczka ma wielkie otwarte, piękne. Koncert miałków daje. Żyje, dobrze się miewa, a w nocy nie odstąpił na krok zasypiał wtulony i przytulony. Mój nos w jego karczku.

Potrzebuje tego zwierzaczka. Ja go po prostu potrzebuję.

     

Kilka słów o zazdrości. Moja historia

Kilka słów o zazdrości

Mała zazdrość, może być nawet przyjemna, chorobliwa już zdecydowanie, nie!! Nawet niszcząca. Moi mężowie nigdy nie byli o mnie zazdrośni, nawet okruszka.  Czasami to nawet chciałam, żeby choć trochę okazali jej, bo tak to myślisz, że się im nie podobasz, albo, że taką nieciekawą fizyczność masz, że nie ma o co być zazdrosnym. Natomiast boję się patologicznej zazdrości. Współczuję kobietom z takimi partnerami. Wolę moje zero zazdrości, niż ciosanie kołków na głowie za atrakcyjną fizyczność kobiety.

To był mój drugi chłopak w życiu.  Byłam młodym kurczątkiem, mało dojrzałym, choć 25 lat. Pojechałam do niego daleko za morze. I tam poznawałam, tego nowego w sumie dla mnie człowieka. Na początku patrzyłam w niego, jak w obrazek; że taki mądry, męski.., dość szybko, bo z biegiem dni, że furiat, szaleniec strasznie zazdrosny. To były czasy, kiedy ot tak nie wyjeżdżało się za granicę. Musiałam całymi nocami wystawać pod paszportówką. Napatrzeć się w te przenikliwe oczy urzędników, którzy węszyli Bóg wie co. Na kajać, że wrócę do kraju..   I teraz kiedy w końcu tu jestem myślę, chyba trzeba uciekać.  Nie chcę opisywać najbardziej drastycznych scen, bo i po co. Chyba tylko po to, aby utwierdzić siebie i Was, że zawsze bałam się mężczyzn i  miałam powody.  A i jeszcze, że głupia byłam!! Któregoś dnia wróciliśmy ze spaceru po jego mieście. Pamiętam było lato, ja w krótkiej do kolan, dżinsowej spódniczce i fioletowej koszulce z krótkimi rękawami. Dziewczynka grzeczna, miła, uśmiechnięta. Niestety takie ciele mele, bez języka w gębie.  Jak sobie przypomnę, to aż mi samej robi się żal. A ten zamyka drzwi i krzyczy na mnie, że spódnica za krótka, że koszulka ma za duży dekolt i że wszyscy na mnie patrzyli, a ja na nich. Tłumaczę, że nie wypatrywałam oczu za nikim. Nie dokończyłam kajania. Ten zrywa bawełnianą koszulkę ze mnie i nożyczkami wycina dziury w cyckach. Ja czegoś takiego, jak żyję nie widziałam, nawet sobie nie wyobrażałam. Skulona, zapłakana usiadłam w kącie kanapy. Trzasnął drzwiami i poleciał. Nie znam języka, tylko rosyjski z obcych dany mi był. Do miasta portowego daleko, skąd bym mogła odpłynąć. Zdana całkowicie na niego, jednak obmyślam plan, jakby dać nogę. Nie pomyślałam za długo, słyszę klucz w zamku, wraca. Jak gdyby nigdy nic opowiada, że jutro jesteśmy umówieni na obiad do jego rodziców. Jeszcze kilka mniejszych scen zazdrości i innych jego głupot, a miłość, która nie była miłością wietrzeje do cna!!  Gwoździem do trumny była jego straszna scena zazdrości. Tak mnie przestraszył, że w te pędy na piechotę i wpław do Słupska  wracać chciałam (tam wtedy z kochaną mamą mieszkałam).

A było to tak: on o poranku wychodzi do pracy, ja zostaję w domu. Miała tu za godzinkę przyjechać moja koleżanka, która wyszła za mąż i zamieszkała w tym mieście. Dostałam przyzwolenie „mojego chłopaka”.  Rzeczywiście Alina ze swoim Szwedem przyjechali. Poprosili, abym pojechała do nich na kawę. Ugościli mnie filiżanką zbożnego napoju z jednym ciasteczkiem typu delicja. Porozmawialiśmy, dali mi swój nr telefonu i odwieźli.

„Mojej miłości” jeszcze nie było w domu. Coś tam robię, sprzątam i wpadł mi genialny pomysł ugotowania obiadu. Byłam głodna po tym jednym małym ciasteczku. A że za wiele możliwości nie było, znalazłam tylko kilka marchewek, dwie parówki i paczkę makaronu. Pokroiłam w kosteczkę marchewkę. Ugotowałam i jeszcze makaron i parówki.  Wraca do domu. Widzi, że posprzątane, ugotowane, pewnie myśli – ” jednak nie wychodziła do koleżanki”. Podałam do stołu. Nie mógł wyjść z podziwu, że coś znalazłam i nawet  potrafiłam z tego obiad wyczarować. A duszona marchewka do cna skruszyła go. Siadamy i zaczynamy. Ja opowiadam, że podjechali tu Alina z Samem i zabrali mnie na chwilę do swego domu. Jakby ogień połknął. Wstał kopnąwszy krzesło, zaczął wrzeszczeć, że tam pewnie frykasów się najadłam. Dokładnie wołowiny pamiętam, wrzeszczał. Nie to, co w tym biednym domu. Tłumaczę, że tylko kawę i  ciasteczko. Nie słucha, podchodzi do stołu zabiera mój talerz, otwiera kosz i wszystko zrzuca do śmieci, to samo z jego obiadem. I już po obiedzie. Patrzyłam na to mała, przestraszona gąska i wiedziałam, że nie ma czego ratować, chyba że swojej skóry. Ten jeszcze latał po domu, jak opętany. Wyrzekał, że naoglądałam się szwedzkiego bogactwa, to po co wróciłam do biednego Polaka. I, że jeszcze zapewne wdziękami oczarowałam Szweda. Przeczekałam furię. W ubraniu położyłam się w pokoju obok. Było ciemno. Nie mogłam zasnąć. Obmyślałam plan, jak wydostać się stąd.  Pomogła mi koleżanka. Nigdy więcej nie widziałam go.

 Myślę, że nadmiernej zazdrości nie nakręca potrzeba bliskości, ale lęk przed opuszczeniem lub brakiem zaufania do własnych atutów i możliwości. Czy zauważyliście, że osoby zazdrosne z reguły mają niskie poczucie własnej wartości.  Kontrolują partnera przeszukując kieszenie, telefon, maile, dzwoniąc stosunkowo często z pytaniem, „gdzie jesteś?, co robisz”? W swojej chorobliwej zazdrości mają urojenia, próbują ograniczyć kontakty towarzyskie, zawodowe. Nierzadko urządzają sceny zazdrości, nawet w towarzystwie. Cóż nam wtedy zostaje? Rozmowa. Terapia dla par. Ale jak namówić zazdrośnika?! Wręcz graniczy z cudem.  On dałby nam popalić za taką propozycję.

Kobiety, jak najbardziej też są zazdrosne. Powiem Wam, tak krótko, jak to było u mnie. Kiedy na początku zależało mi, bo widziałam w NAS cały świat, czułam ukłucie w serce, kiedy była żona wydzwaniała nawet o 1 w nocy. Każdy sms stawiał mnie na baczność. Było mi przykro, że kiedy tylko ona zadzwoni, ten biegnie, coś tam ratować. Zmieniło się, a właściwie zniknęło zupełnie moje uczucie zazdrości, kiedy po latach zabiegania o uwagę partnera, a zwłaszcza wspólne spędzanie czasu musiałam odpuścić, bo ile można, kiedy ten drugi nie zauważa cię. Nie ma teraz na ciebie czasu. Pewnie myśli, żeś żoną, to już zawsze będziesz pod ręką! Dana raz na zawsze! Błąd.  Obecnie nie interesuje mnie kompletnie z kim i kiedy spotyka się,  rozmawia, esmsuje… . Nie kochasz lub nie zrujnował Twojego zaufania (zdrada), to łatwo ci nie być zazdrosną.

Zastanawiałam się, kiedy to już patologia. Myślę, że jeśli czujemy się całkiem dobrze z jego niewielką zazdrością, w pewien sposób bardziej kochane, to wszystko w porządku, zwyczajna zazdrość. Natomiast, jak przejmuje nas strach, czujemy się winne, albo zaszantażowane, to mamy do czynienia z patologią. Niestety często kończy się rozejściem pary.

Życzę Wam tylko odrobinę zazdrości, takiej nieszkodliwej. Oby nikt nie przeszukiwał torebek, kieszeni, telefonów, listów ..