Przedszkole w donicach

Wraz z winogronami, buraczkami, orzechami.. do domu z mojego ogrodu trafiają maleńkie, słodkie ślimaczki.


Miniaturki, jak główka od szpilki. Siedzi taki na moim paznokciu, a ja mówię do niego. Tłumaczę, że Julia boi się wszelakich owadów, pająków, ślimaków i nie chce, aby zamieszkał z nami. Romuald pragnie wyrzucić go za okno, a ja boję się, że to drugie piętro, że zimno deszcz zacina .. brrry. I niosę słodziaka do przedszkola ślimaczków i pajączków na mojej klatce schodowej. Tam ni zimno ni ciepło. Mam ich blisko i zawsze przechodząc zatrzymam się, pogadam.. .Julia kiedyś widząc, to pękała ze śmiechu, że mama mówi do ślimaków i wierzy, że one ją lubią i cieplej im tam żyć z moim głosem. Eh, Basia Basia!

Wyszukuję takie maluszki moim sokolim wzrokiem, czasem uzbrojonym w okulary :-))) i obserwuję. A one są banalnie proste do obserwacji, ponieważ niespecjalnie mają, jak uciec.

Wiecie, że ślimaczek z muszlą już się rodzi. No, wykluwa z jaja. Takie maleńkie ślimaczątko ma już swoją własną chatkę, która wykształciła się, kiedy był embrionem. Na początku mały pożytek z tego mieszkanka, bo miękkie i przezroczyste. No i teraz zaczyna się ślimacza praca :-))) Musi mieć wapń. Basia mieli skorupki jajka kurzego, co ostało się w kuchni, wzbogacam wapniem z rozgniecionej na proszek tabletki wapnia i rozsypuje w „ślimakowym wybiegu”, a one po tym pełzają. Resztki i ślady jego możemy zobaczyć na ślimaczej ścieżce. A przy okazji zaobserwować, jakie dystanse nasz wędrowiec pokonuje i ku jakiemu poletku spieszył. To ciałko ślimaka możemy nazwać nogą. To ona dzięki śluzowi pobiera wapń.

Taki twardniejący wapń nadbudowuje muszlę. Nie ma innego wyjścia, ponieważ ślimak z roku na rok rośnie i wciąż musi się w swoim mobilnym domku mieścić. Muszla nadbudowywana jest tak, że nadal zachowuje spiralny kształt. Zewnętrzna, najszersza krawędź to najświeższy fragment skorupy, natomiast ten wystający z jednej strony, mniej więcej pośrodku, stożek, jest najstarszym elementem.

Ślimak może sobie swoją muszlę powiększać teoretycznie do woli. Ale to mądre stworzenie, minimalista!! I nie ma zamiaru przygniatać się zbytnim ciężarem, bo zachciało mu się wielkiej posesji. Domek ciasny, ale własny :-)))

Muszla to nie tylko schronienie, ale i szkielet zewnętrzny, który chroni wszystkie narządy, a wapń służy także, jako budulec do naprawy uszkodzonej muszelki. Ciekawostka, wapń przydaje się także do zbudowania „drzwiczek” do domku ślimaka. To taka stwardniała błona u wejścia, co by nieproszeni goście nie pchali się z wizytą (a tu nie posprzątane :-))) ). W taki sposób, zamknięty na cztery spusty, ślimak może sobie spokojnie przezimować w jakimś bezpiecznym miejscu (np. u Basi hi hi). Albo przeczekać w lecie największe upały.

Romuald założył winnice w moim ogrodzie. Kocha winogrona, zna się na nich, poświęca im każdy wolny czas. A wino jego produkcji już nabiera mocy i sławy wśród znajomych. Od czasu do czasu wiezie z ogrodu wiadro ślimaków, ale tych bez skorupy, takie brryy brązowe, albo czarne. Nie ma siły na zabijanie ich, ale nie pozwala marnować jego winnicy. Niesie to wiadro na jakąś polanę, do parku, lasu i tam je wysypuje. Czasami pomagam w tym procederze. Ostatnio mało go nie pobili, bo grupka facetów zauważyła, że zatrzymał się samochód, kierowca wyniósł wiadro nie wiadomo czego i wyrzucił do przydrożnego rowu. Tłumaczył się, pokazywał że to nie śmieci tylko ślimaki, ale nie chcieli uwierzyć, że zamiast zabić szkodnika człowiek sili się oddaje na emigrację. Kiedyś robił im pułapki- dołki z piwem dosładzanym, ale teraz żal mu piwa, woli sam wypić w cieniu rozłożystego orzecha włoskiego.

Moje ślimaczki już podrosły, to zdjęcia z dzisiaj, niedługo je wyniosę na łono natury, bo tam chyba będzie im lepiej. Widzicie, na co człowiek ma czas na emeryturze!! :-)))


Ten jest godzinę temu przyjęty do przedszkolaków.

No i jak zaufać..

No i jak zaufać człowiekowi. Myślisz, że inni rozumują i czują podobnie. A tu niespodzianka, nie! Słabi jesteśmy w odpowiedzialności zbiorowej. Chodzisz w masce, bo może chroni Ciebie i innych, a przynajmniej przed mandatem. Myślisz, ten kto chory, albo podejrzewa siebie o posiadanie wirusa uważa na innych. Nie spotyka się z nikim, nie wychodzi, bo jest odpowiedzialny. Guzik. Jeden tak drugi nie.

Pewnego dnia pojawiła się pani w salonie na farbowanie włosów. Mnie wtedy nie było. Pani rzekła, że ma katar i siedziała spokojnie na uboczu, czekając na swoją kolej. Od czasu do czasu coś opowiadając. Za dwa dni dała znać, że ma covida. Zrobił się popłoch, strach padł na wszystkich, którzy wtedy byli w pracy i u fryzjera. Dziewczyny nie wiedziały wracać do domu, czy nie. Wynajęły pokój w hotelu, odwołały zabiegi i stawiły się na test. Zdrowe!! Na szczęście zdrowe, ale powiedzcie, jak można z podejrzeniem choroby biegać po fryzjerach, sklepach (opowiadała jakie ładne spodnie sobie kupiła) i kościołach, bo chwaliła się, że w parafii od niedzieli mają fajnego nowego księdza. Patrzcie, jaka bezmyślność, głupota. Podejrzewała siebie o chorobę, bo zanim przyszła do salonu zrobiła test, a jednak chęć posiadania świeżej farby na włosach była silniejsza.

Kolejne zdarzenie. Młody człowiek około trzydziestu lat dość systematycznie przychodzi na masaż pleców, bo siedzenie za kółkiem i długie trasy wykańczają jego kręgosłup. Zmierzyłam temperaturę, okay. Przejrzałam uzupełnioną kartę, wszystkie odpowiedzi nie budziły wątpliwości. Pod koniec masażu pytam go, czy nie ma wśród swoich znajomych chorych na koronę. Beztrosko mówi, mam – moja mama. Dowiaduje się, że mieszkają razem, że mama będąc w Anglii zaraziła się i w pierwszym dniu bez podwyższonej temperatury wróciła do Polski. Jechała metrem, leciała samolotem i w Polsce autobusem będąc chorą. Przeżyłam nic mi nie było, bo zdarzenie z mamą miało miejsce dwa tygodnie wcześniej.

I kolejny gwóźdź do trumny wiary w człowieka. Wieści sąsiedzkie rozchodzą się dość szybko. Kamienica na przeciwko moich okien, dowiaduje się, że pani, dość sławna na naszym osiedlu z niebieskich włosów i ciała ubranego bardzo dokładnie w tatuaże ma covida. Przez kilka dni rzeczywiście widzę ją w oknie godzina po godzinie. Myślę, biedna ma wirusa, jak ona się czuje. Za dwa dni niedziela, idę na mszę, bo przez kilka miesięcy jeno online uczestniczyłam. Nawet mi się spodobało, bo można wybrać kościół, gdzie ładniejsze kazania mówią, ale myślę dosyć tego lenistwa, idź Baśka po ludzku do kościoła. I zgadnijcie kto siedzi w ławce i to bez maseczki, jak wielu modlących się. Tak, nasza pani niebieskowłosa. Wychodzę idę na chór, siadam z boku. Wracam i myślę, no jak można narażać innych. Czy ludzie nie mają rozumu, empatii, poczucia odpowiedzialności, uczciwości. Już skręcam w moją ścieżkę do domu, a pani biegnie za mną, bo rozpadał się deszcz. Mija mnie kłania się, a ja w jednej sekundzie zbieram się na odwagę i mówię wprost, że sąsiedzi współczują, bo dopadł panią wirus. Na co ona beztrosko mówi -„Pani, zwariować można od tego siedzenia w domu, no ileż można”!

Głupota ludzka chyba nie ma granic.

Jutro niedziela, zostaję na mszy w kuchni przy moim laptopie z filiżanką herbaty. A później jadę na grób taty i brata. Zabieram moje kochane córeczki, pokażę im gdzie mama kiedyś mieszkałam chodziła do szkoły.. Przy okazji poznawczo-sentymentalna podróż.

Moje msze w miesiącach zagrożenia- wstawałam rano, dom spał, a ja dreptałam do kuchni na mszę świętą. Romuald pierwsze po przebudzeniu ma w zwyczaju pędzić do kuchni, stawiać wodę na swoją kawę. A tu Basia na klęczkach przed laptopem, bo ja sumiennie uczestniczyłam; kiedy wstać to stałam, kiedy uklęknąć, klęczałam, odpowiadałam i słuchałam uważnie kazania, jak zauważyłam, że w tym kościele są takie światłe (np. z Kalwarii Zebrzydowskiej) odwiedzałam ich częściej. Mąż jak poparzony wyskakiwał z kuchni, przepraszał zamykając drzwi za sobą i nie wchodził dopóki nie usłyszał, że msza skończona. Później pytał tylko, gdzie dzisiaj byłam na mszy.

Cóż wracam do tej formy uczestniczenia w niedzielnej modlitwie. Dobrze, że istnieje taka możliwość. Uważajcie na siebie, bo w koronę już wielu ubranych jest.

Poczytaj mi

„Stan zdumienia” Ann Patchett, to moja nagroda, prezent od blogerki Sylwii (za udział w konkursie na wiersz diamentowy i moje drugie miejsce)

Mamy różne okresy jeśli chodzi o czytanie książek. Wpadamy w ich wir i połykamy jedną za drugą. Później wyciszamy się, aby znowu wystartować i przypalać obiad, bo wciągnęła nas kolejna powieść. Ale są i tacy, co to zawsze muszą mieć coś do poczytania i czytają wszędzie; autobusie, kolejce, przesiadując na muszli, czy czekając na miłość :-))) Ludzie którzy cierpią na depresję wiedzą, że wówczas nie sposób czytać niczego, bo uwaga rozjechaną jest. Czytamy kilka razy to samo zdanie i nie wiemy co. W szkole ociągaliśmy się, kiedy trzeba było czytać lektury – „Nad Niemnem”, „Cierpienia mlodego Wertera”, czy „Lalkę”. Niektóre nadrobiliśmy już po ukończeniu szkół wszelakich, kiedy do tego nikt nie gonił. Luksusem jest, czytać, kiedy mamy ochotę i to co nas interesuje. I ja już ten luksus posiadam.

Jak najdzie Was ochota na dobrą, ciekawą książkę polecam „Stan zdumienia”. Wciąga od pierwszych stron i trzyma w zaciekawieniu. Zastanawiacie się, czy to może być prawdą, czy istniej taki lud Lakaszi, czy siedemdziesięciolatka może zajść w ciążę? To opowieść o naukowcach pracujących w amazońskiej dżungli nad lekiem, który może zmienić losy świata, ale i życie kobiet. Barwne opisy trzymające nerwy na postronkach: walki z anakondą na pokładzie łodzi, cesarki w chacie na wilgotnej podłodze, lasów pełnych grzybków, ale jakich, kory której żucie przynosi.., rzek pełnych węży… . Wszystko to i więcej z dala od cywilizacji. Akcja po akcji zaskakuje nas swym rozwiązaniem. Dzieje się dużo i znudzenie nie grozi!

Kwestii poruszanych jest tu wiele: czy możemy być Bogami, jak daleko wolno człowiekowi posunąć się i czy to rzeczywiście wyjdzie ludzkości na dobre? Przysięga Hipokratesa, etyka naukowca, poświęcenie, przyjaźń, rodzicielstwo, poziom student-mentor.. i wiele innych ze spojrzeniem z różnych stron.

Niektórzy twierdzą, że autorka zapatrzyła się w „Jądro ciemności” J. Conrada. A „Stan zdumienia”, to taka jej nowoczesna, babska wersja. Z zacięciem niezwykłej przygody Poczytajcie, polecam. Kleofas, jak widzicie też kartki wertował! :-)))

Zdanie, które mnie ujęło (str. 312)

” Nigdy nie skupiaj się za bardzo na tym, czego szukasz, by nie przeoczyć tego, co już znalazłeś”

Bardzo dziękuje Sylwio!! Zrobiłaś mi przyjemność.

Zachować pozory

W Gdańsku powstaje wiele pięknych osiedli ze świeżymi, apartamentami i małymi mieszkankami też. Chodzę i podziwiam. Kilka dni temu byłam na takim ładnym osiedlu. Podjechałam samochodem po koleżankę. Poprosiła mnie, abym była przy niej na trudnych badaniach. Miałam być także kierowcą. Zaparkowałam. Dałam znać, że czekam w samochodzie. Siedzę sobie i podziwiam i zazdroszczę, że ludzie tak pięknie żyją w tak ładnym otoczeniu. Mają wielkie balkony, na których popijają poranną kawusie lub małe ogródki, jeśli mieszkają na dole budynku.


Trawka przystrzyżona, klomby z wrzosami uśmiechają się swymi wieloma barwami, a młode płaczące wierzby zwieszają gałązki ku ziemi. No pięknie tu!! Jest wcześnie rano i tylko starszy elegancki pan spaceruje ze swoim zapewne ukochanym pieskiem. Piesek zrobił kupkę. Dżentelmen w woreczek zabrał to cudo. Ale chyba za mocno grzało go w rękę. Rozejrzał się dokoła, czy nikt nie widzi. Małej Basi- kierowcy nie zauważył. Zakręcił w powietrzu woreczkiem z jego zawartością i rzucił w pobliskie chaszcze. One zapewne nie należały do tego błyszczącego osiedla, były za ładnym, stylowym, drewnianym płotem.

Patrzcie wziął pan woreczek, czyli miał w planach posprzątać, ale spod firmowych trzewików, eleganckiej marynarki i koszuli z krawatem wychodzi natura człowieka (albo słoma z butów). Zaiste każdy z nas ma na koncie małe winy przeciwko matce Ziemi, czy na innym polu. I oby nie urosły w ciężkie. Zastanawiam się, czy pan pomyślał, jak długo to gówienko będzie rozkładać się w tym woreczku?

Ja z moim kotkiem Kleosiem nie mamy tego problemu. Jak tylko zanieczyści powietrze w kuwecie, biega po domu jak szalony, od ściany do ściany mało nie wyrobi na zakręcie!! Śmiesznie to wygląda.

Dla mnie to znak -„Mamo idź posprzątaj w mojej ubikacji i pochwal za ładną kupkę, czyli konsystencję”!! :-)))

Kociarze, psiarze zwracają na to uwagę, jak mamy przy dzieciach, bo to oznaka zdrowia lub jego braku.

A kiedy będziesz daleko..

Kochani, jak już wiecie niezwykle mało pracy mam. Za to ludzie, którzy ostatnio przychodzą do mnie, są wyjątkowo ciekawi.

Miała czeskie nazwisko, ale okazała się Polką. Kiedyś wydała się za Czecha. Było dobrze, może nie gorąco, ale ciepło w związku (jak już się widzieli). On dużo pracował w delegacjach. Często z całą grupą naukowców wyjeżdżał i badał wszelakie kosteczki, kamyczki.. . Nie widywali się miesiącami. Ona też dużo podróżowała i tak mijali się, nie wiele wiedząc o drugim. Ich drogi emocjonalnie rozeszły się. Po latach zwrócili sobie wolność. Mieszkają w tym samym mieście. Mają dorosłą córkę. Nie rozwiedli się formalnie i nawet całkiem całkiem lubią. Nie weszli w drugie związki. Przy rozstaniu on ofiarował jej pierścionek. Wyjątkowo piękny, taka koronkowa robota i zapewne drogi, z diamentami. Nakładając na palec powiedział:

– ” A to pierścień. Proszę przyjmij ode mnie! A kiedy będziesz daleko i  biletu nie będzie za co kupić, sprzedaj go i wróć do mnie”.

Bardzo rozczuliła mnie ta opowieść, że ludzie mogą rozstać się i żyć w przyjaźni, a nawet  miłości.

Wiecie dlaczego umieściłam ten domek? Jest zacny, urokliwy i stary, jak ten pierścień. Cała opowieść zaczęła się od pochwalenia przeze mnie jej niezwykłej biżuterii na palcu. Podobne prace wykonuje nasza fajna blogerka Askinia

http://aksiniakawapudelka.wordpress.com/

Popatrzcie, cudeńka! Misterna robótka. Kobieta wielu talentów. Chłopa swego przytuli, dzieciątka ukołysze, nakarmi i jeszcze takie koronkowe artystyczne perełki czyni, paluszkami swymi. Podziwiam!

 

Na zieloną trawkę

Raczej na pożółkłą jesienną trawkę, prawdopodobnie pójdą nasi pracownicy z salonu piękna (ja też).

Pamiętacie początki pandemii. Padł blady strach, każdy bał się nawet klawiatury domofonu dotknąć, czy wsiąść do windy, a zakażonych wtedy był mały okruszek, w porównaniu z obecnym czasem. Teraz mamy ponad 5 tysięcy na dobę, a strach mniejszy i granic nie zamykają. Ten wirus nie tylko zabiera życia, ale i rujnuje gospodarczo. Salon w którym pracuję, prawdopodobnie nie utrzyma się. Już teraz mam bardzo mało pracy. I gdyby nie moja nauczycielska wcześniejsza emerytura (80%) naprawdę nie miałabym za co żyć. Na ten tydzień zapisane są tylko 2 masaże!

Ale poradzę sobie, jestem kotem, co spada na cztery łapy. Kiedyś dorabiałam gotowaniem dla ludzi na większe imprezy. Pamiętam najlepiej szły -pierogi uzbeckie (z mięsem, rodzynkami i orzechami, pachnące kolendrą, kuminem i czosnkiem), a z ciast -szarlotka z bezą. Ale teraz ludzie nie zamawiają, bo boją się przyniesienia wirusa. Wkurza mnie tylko, że jak nie pracuję ciężko fizycznie, to tyję. Mnie trzeba do roboty dać i to ciężkiej. Muszę opracować jakiś plan. Odnowy!!! :-))) Może do biegania wrócę, bo zaniedbałam to, a raczej zamieniłam na marsze nad morzem.

Cóż zmienia się nasze życie i nic nie ma na zawsze. Życzę Wam zdrowia, niech was nie tylko ten wirus omija, ale i wszelkie zło i niedostatek.

Fotki z Sobieszewa (20 km od Gdańska), kocham to miejsce!

Z pamiętnika masażystki. Co zrobi Ewa?

Jest ciąg dalszy spotkania z Basią. Przyszła do mnie kobieta z polecenia tej pani.  Kobieta około 45 lat, skromnie ubrana, ze smutkiem w oczach. Ewa.  Narzekała na plecy. Ciężko fizycznie pracuje, jako pokojówka w hotelu. Wymasowałam, jak najlepiej umiałam, tak z sercem i opieką. Już skończyłyśmy, a ona podeszła mocno zafrasowana, zawstydzona, że o to prosi, ale w końcu odważyła się. Potrzebowała wysłuchania i rady. Zrobiłam herbaty. Wzięłam za dłonie i słuchałam.

-” Po nieudanym małżeństwie miałam wszystkiego dość. Nie wierzyłam mężczyznom. Mój zdradził mnie z obcą kobietą w NASZYM domu. Przyprowadził ją do nas, kiedy ja wyjechałam do swojej mamy, ale niespodziewanie musiałam wrócić (sprawy zawodowe). Kobieta była w tak wielkim szoku, przepraszała mnie i mówiła, że myślała, że żyjemy w separacji i każdy ma swoją tylko przestrzeń w tym mieszkaniu, bo tak jej powiedział mój mąż.

Mijały lata i poznałam „JEGO”(pokazuje zdjęcie) wyjątkowego mężczyznę. Tak myślałam. Był świeżo po rozwodzie. Miał dwoje dzieci w szkole podstawowej. Mieszkał 300 km ode mnie i rzadko widywaliśmy się, ale jak już był, to miałam najcudowniejszy seks  z nim, wesołe, szczęśliwe chwile pełne troski i zabawy. Pamiętał o różnych moich sprawach, a to o wizycie u lekarza, o skopaniu mojej działki warzywnicze… Pomagał mi czasem finansowo, jak wyskoczył mi ekstra wydatek, np. dentysta, czy opłaty w szkole dziecka, albo zimowy wyjazd na narty. Wracaliśmy czasami do rozmowy, że może zamieszkać razem, ale ile razy ja proponowałam, on odmawiał, mówił jeszcze nie teraz, bo jego dzieci są za małe, bo nie ma pieniędzy, aby kupić nam mieszkanie, a przecież nie zamieszkam tam gdzie on, bo on ma częste wizyty dzieci i one muszą mieć swoje pokoje. W sumie widziałam go 4 – 5 razy w roku, ale codziennie rozmawialiśmy, czy pisaliśmy smsy. Zawsze dzień dobry o poranku i dobranoc kochanie wieczorem.

Może się wydawać całkiem fajnie, ale były minusy, które mnie przerażały. Jego straszna chorobliwa zazdrość. Nie chciał mnie mieć pod jednym dachem, nie widział możliwości zamieszkania razem, ale chciał mieć kontrolę nade mną. Mieszkał daleko i to było trudne. Jak tylko nie odpowiedziałam na jego sms przez 3-4 godziny, gniewał się i podejrzewał, że mam kochanków. Jak wychodziliśmy gdzieś razem zawsze miał pretensję, że jakiemuś mężczyźnie za długo przyglądałam się, że mam za krótką spódnicę, czy za duży dekolt. A to, że za późno wracam z pracy i za często wychodzę z koleżankami. On to sobie wymyślał, bo nie mógł uwierzyć, że kobieta sama mieszkająca nie „korzysta” z życia i jest wierna facetowi, który mieszka daleko. A ja tylko w nim byłam zakochana. Jest wielu przystojnych mężczyzn, ale ja jego jedynego chciałam i chcę. Prosiłam, żebyśmy zamieszkali razem, to uspokoi się z swoimi złymi podejrzeniami. Powiedział, że może tak, ale najpierw dzieci muszą skończyć studia. To najwcześniej za 10 lat.

Proszę powiedz, co mam zrobić. Potrzebuję rady, bo ja nawet nie mogę sobie wyobrazić życia bez niego, nawet jak mieszka daleko, ale żeby był.  Tylko czuję, że on nie kocha mnie za to, jaka jestem. Często czuję się jak uczennica, która stara się zasłużyć na pochwałę ukochanego nauczyciela. Jednego dnia jest cudownie, zapewnia mnie o miłości, a następnego nie odzywa się, gniewa a ja nie wiem o co. Czuję że jestem na huśtawce, raz z moim ukochanym w niebie, a za miesiąc w piekle.

I najgorsze, że nie wiem za co? Co ja takiego złego zrobiłam?”

Oczywiście wysłuchałam jej ze spokojem, nie przerywając. A później długo mówiłam, jak ja to czuję i widzę, ale Ewa musi sama dojrzeć do swojej decyzji. Jednak proszę Was o chociaż jedno zdanie, co powiedzielibyście Ewie?

Dziś ostatni dzień spacerów bez maseczek. Oto moje jesienne wyjścia do lasu, nad wodę, czy starówkę

Z pamiętnika masażystki. Basia spotyka Basię

To było niezwykłe spotkanie. Może powiecie, jak jedno z wielu u Basi w pokoju masażu. Dowiedziałam się późnym wieczorem, że rano następnego dnia mam wykonać masaż. Mąż zamówił „Niebo” dla żony, a sobie jacuzzi. Wchodzą państwo, witam ich i już wiem, ten pan jest mężczyzną tej pani, nie mężem. To była pierwsza myśl, która mocno zapukała do mnie. Pan już w wodzie, my przechodzimy do pokoju masażu. Nie wiem, czy będę potrafiła przekazać Wam, co czułam. Pierwszy dotyk tej kobiety i kolejna myśl puka do mnie,  mamy coś wspólnego, coś nas łączy. Czuję mój ból i płacz. Masuję, masuję i wiem, że jest w jakiś sposób mną. Pytam się o jej imię.

-„Basia”

Mówię – „Basiu, Ty za kimś mocno tęsknisz, aż skręca z bólu. Mam uczucie, że to jest na samym wierzchu Ciebie. Już nie możesz tego ukryć.  Nic nie powiedziała, otarła łzę. A mi w tej samej chwili mocno wszedł w umysł mój syn. Tak bardzo tęsknie za nim. Mówię:

-„Basiu już wiem, Ty tęsknisz za swoim dzieckiem, czy to syn? Wyraźnie czegoś żałujesz, za coś oskarżasz się”.

Ona łkając cichutko -„Nie wiem, kim jesteś, ale potrzebowałam Ciebie. Nie mam nikogo bliskiego”

„A ten mężczyzna?”

-„Jest tylko mężczyzną, nie przyjacielem.  Mój syn ma 19 lat. Nie mieszka ze mną”. I tu przerwa, ociera płynące łzy, a drugą ręką mocno trzyma moją dłoń.

Już dalej mówię ja. -„Walczyłaś o nowy związek, o mężczyznę, a on nie był dobry dla Twoich dzieci. Cierpiałaś, ale myślałaś, że tak musi być, że ułoży się jakoś . Twój syn wyjechał daleko, tak jak mój Basiu. Też nie poradził sobie z mamy nowym związkiem”

Wtedy rzuciła się na moją szyję, tuliła i płakała.

-” Mieszka w Holandii. Bardzo tęsknię za nim”. Szeptała

Nie popłakałam się, bo wiedziałam, że jestem tu po to, aby głośno powiedzieć słowa otuchy, a nie wkręcać w poczucie winy, które jest i tak wielkie.

– „Nie zrobiłaś nic złego, Basiu. Chciałaś  ułożyć sobie życie, a on poradził sobie, stanął o własnych nogach. Mieszka, pracuje, utrzymuje się. To jego sukces. Mój syn miał dokładnie tyle samo lat, kiedy po rozwodzie rodziców wyjechał do Danii. Basiu czasu nie cofniemy, musimy z tym żyć, że może coś zaniedbałyśmy, że nie było tak, jak powinno. Twój syn chce z Tobą rozmawiać, spotykać się. Zadbaj o to. Teraz masz szansę poprawić, to co bolało do tej pory, a ostatnio mocno daje we znaki. Nie patrz, co nowy mężczyzna na to powie, zawalcz o spotkania z dzieckiem, bo oboje tego potrzebujecie”.

Mówiłam do tej kobiety, jakby do siebie. Nadal żyję spotkaniem tej Basi. Wielu z nas ma sobie coś do zarzucenia, jako rodzic. Zwłaszcza, gdy w grę wchodzi rozwód i budowanie nowego związku. Często budzimy się po latach i myślimy „Nie warto było lecieć za czymś czego nie ma”. Zamykamy się w swoich wspomnieniach, oskarżmy  sami przed sobą, że był czas, kiedy postawiliśmy na własne szczęście, a po drodze zaniedbaliśmy dzieci i budzimy przytulając.. kota.

Pasta paprykowa

Teraz jest dobry czas na zrobienie zapraw z użyciem papryki, pomidorów, są dojrzałe i pachnące słońcem (a nie sztuczne, jak w grudniu) i najtańsze. Ja kupuję je na rynku warzywniczym od rolnika. Zaskakuje dobrą ceną ostrej papryki 10 zł za kilogram, a w sklepie na osiedlu 38 zł!

Ormiańska Adżika

  • 3 kg papryki czerwonej słodkiej
  • 1 kg papryki ostrej (nie dodawaj jak nie lubisz pikantnego smaku, lub dodaj mniej)
  • 0,5 kg cebuli
  • 2 słoiczki koncentratu pomidorowego 30% Łowicz (ja ten preferuje, może być inny, dobry) lub 2 kg pomidorów, ale dłużej smażycie, aby zredukować płyny, ja wybieram opcję koncentrat w tym przepisie
  • 2 główki czosnku
  • 2 pęczki natki pietruszki
  • ok 2 szk. oleju (tyle ci mniej więcej wyjdzie do przesmażania, a resztę wlejesz do gotowej pasty)
  • 2 łyżki soli, posmakować i dodać wg. uznania
  • 2 łyżki cukru i octu winnego
  • przyprawy: kumin rzymski i kolendra w ziarenkach, utarte

Wyjmuję dwie patenie i zaczynam przesmażanie warzyw (czosnek też). Kroję je w kostkę, ale niedokładnie, bo i tak na koniec użyję blendera. Przerzucam do garnka z dobrym dnem (lub zwykłego, ale stawiam na palenisko z ochronną płytką). Dodaję przyprawy i tak smażę jeszcze z pół godziny, bo jest to duża ilość warzyw. Możesz na początku dla wypróbowania zrobić z połowy składników i przekonać się do nowej pasty lub nie. Może dorzucisz swoje przyprawy, np. szczyptę cynamonu, kozieradki, czy czarnuszki. Teraz wrzucam pokrojoną natkę pietruszki i miksuję blenderem na gładką masę lub z cząsteczkami, jak wolicie. Jeszcze koncentrat i resztka oleju, która mi została. Dobrze wymieszam przesmażę z kwadrans (tylko nakryjcie, bo strasznie pyrka) i gotowe. Przekładam do słoików, pasteryzuję kwadrans w garnku z wodą. Na dno garnka kładę ściereczkę dla ochrony szkła, a wody tak, aby pokryło 3/4 słoików.

Tej pasty używam, jako ketchup. Znakomita, jako dodatek do wielu kanapek, na zapiekankę, pizzę, grzanki, do pieczeni, frytek, pieczonych ziemniaczków, nachosów, do dań z grilla, jajecznicy, czy pasty jajecznej, jako składnik sosu z majonezem, czy sosu do spaghetti, tylko dodać trochę wody, śmietany, czy jogurtu naturalnego, łyżkę masła i gotowe. A może na prezent?  Kupiłam piękne, ale i praktyczne kosze wiklinowe, do nich wstawię moje przysmaki na zimę, przewiążę wstążką z kokardą i  mam prezent od serca. Spróbujcie polecam. A teraz miłej niedzieli Wam życzę, zróbcie coś dobrego dla siebie.

Z Basią na zimę

Polityka dobija mnie doszczętnie, nie ma siły na słuchanie takich panów jak P.Czarnek. Pójdę do kuchni i lepiej coś ugotuję. Dziś dla chętnych, co to się rwą do roboty przypomnę im kilka przepisów:

  • „Papryka w najlepszej zalewie kwaśno miodowej”,
  • „Sałatka warzywna w roli głównej z kapustą”,
  • „Pigwowiec z listkiem geranium”,
  • „Wiśnie parzone”

Ta zalewa słodko kwaśna jest uniwersalną zalewą, która nie wykrzywia twarzy  z octowej kwasoty, a raczej zachęca do podpijania jej. Uwierzcie mi i zróbcie sobie kilka słoiczków tego i owego. Teraz na to pora, bo na ogórki raczej późno, a na wiśnie za późno.

Zalewa słodko-kwaśna: 

5 litrów wody, 0,5 litra octu, 3 szklaki cukru, 1/3 szklanki soli, 3 łyżki miodu, łyżeczka kurkumy. Zagotować.

„Papryka Basi”

Kup papryki ile chcesz, ale z tych proporcji zalewy  wystarczy na 5 kg tego warzywa. Umyj, przekrój na pół i wyjmij gniazda nasienne. Każdą połówkę papryki pokrój na paski i duże cząstki -kwadraty lub jak wolisz każdą połówkę w paski. Ja w tym roku kupiłam 3 kg i dlatego została mi zalewa. Co by jej nie zmarnować pokusiłam się o zrobienie sałatki warzywnej w dwóch wariantach;

1/ „Sałatka warzywna”

pół dużej główki kapusty białej, szatkowałam nożem dość cienko, posoliłam niech puszcza sok, dodałam startą na tarce- duże oczka marchew dużą, a drugą pokroiłam w półplasterki, 3-4 cebule w półplasterki i 6-8 ogórków w plastry bez obierania. Do każdego słoika włożyłam łyżeczkę gorczycy, kilka ziarenek pieprzu, ziela angielskiego i na ćwiartki pokrojony duży ząbek czosnku oraz przygotowaną mieszankę warzywną. Zalałam zalewą i pasteryzowałam w garnku z wodą 10 minut od zagotowania.

2/ „Sałatka z kapusty i papryki”

pół główki kapusty białej, 2 duże czerwone papryki i 2 żółte, 2 cebule i 2 marchewki. Paprykę pokroiłam w krótkie paski. Zalałam nadal pozostałą zalewą i pasteryzowałam 10 minut od zagotowania. Z czystym sercem polecam Wam te sprawdzone zapasy na zimę.

„Pigwowiec do herbaty”

Można robić dwojako: albo pokrojony na półplasterki czy kostkę, zasypany cukrem- odstawić na dobę i kiedy puści sok, ułożyć w słoiczkach z listkiem geranium lub bez  i pasteryzować, albo wcześniej trochę przesmażyć- ok.20 minut. Ja w tym roku zrobiłam jedną i drugą wersję. Do tego bez gotowania dodałam listek geranium i zalałam miodem, ale przyznam się, że wolę przesmażane.

„Wiśnie parzone”

Wiśnie około 3 kg wydrylować, zasypać cukrem około 1,5-2 kg i odstawić na noc.
Następnego dnia sok odcedzić, zagotować i ponownie zalać wiśnie. Czynność powtórzyć przez następne 3 dni. Tylko wtedy już nie musicie czekać aż 24 godziny, wystarczy 12 godzin. Przełożyć do słoików razem z syropem i zagotować. Syropu będzie zdecydowanie więcej.
Takie wiśnie super pasują do ciast, jak i do pieczonych bułeczek, czy jako dodatek do lodów.

Smacznego kochani. Ostatnio nie mam siły na nic, na bloga też. Coś mi energia uszła. To minie, ale chyba wiele zeszło się naraz, a to śmierć kochanej kuzynki o moim imieniu i nazwisku, kochanego brata. Polityka prowadzi Polskę do zaścianka i ciemnogrodu, covid szaleje i jeszcze dziś odeszła z pracy fajna koleżanka „A”. Przemiłe, mądre i odważne kurczątko, eh… . Idąc do niej z z różą, ciastem i propozycją masażu tantry z reiki myślałam, co chciałabym jej powiedzieć. Wyszła mi cudowna mowa z zauważeniem jej walorów, przymiotów. Chyba nie spodziewała się tego. Widziałam jej łzy, że człowiek dla człowieka może być tak życzliwy, dobrze patrzący, zauważający.. . Uściskała i umówiłyśmy się na następny masaż.

  Trzymajcie się uśmiechu, niech Wam będzie dobrze w życiu, a smutki przeganiajcie.

Agatko poradzisz sobie, jeszcze będzie z Ciebie mądra i wyjątkowo dobra pani psycholog!! Może i ja kiedyś przyjdę na Twoją kozetkę. Masz do tego dar, czuję to. Uwierz mi i sobie.