Kolejna zaszczepiona

To Basia.

Dwa dni przed szczepieniem na pocztę dostałam maila informującego, że przyspieszają mi termin szczepienia o jeden dzień i zmieniają szczepionkę. Zamiast w sobotę zostałam ukłuta w piątek rano i zamiast Pfizer dostałam Astrę, ale że ja zapisując się na szczepienie z góry sądziłam, że dostanę Astrę, to ta zmiana nie wywołała we mnie dyskomfortu, czy rozczarowania.

Wszystko przebiegło bardzo sprawnie, dosłownie w 10 minut od wejścia do wyjścia z mojej przychodni zdrowia. Uzupełniłam dwie kartki zaznaczając nie, nie, nie… Pytają co się działo przez ostatnie 2 tygodnie, czy miałaś kontakt.., czy byłaś na kwarantannie.., czy wyjeżdżałaś za granicę, czy jesteś uczulona.. Już przed drzwiami stał uśmiechnięty lekarz i czekał, abym tylko skończyła stawiać te krzyżyki. Osłuchał, zapytał, czy mam pytania, ale nie miałam, to pielęgniarka małym ukłuciem szybko sprawnie podała obce ciało do mojego organizmu. Co by moi obrońcy obwąchali to, rozpoznali przeciwnika, a przynajmniej zapoznali się z nim i ustalili, jak z tym walczyć, kiedy wpadną silniejsi, a nie takie zdechlaki. Podała kartkę, że to się dokonało, a kolejna dorzutka zdechlaków wirusa 2 lipca. Podziękowałam i podreptałam do domu, dwie uliczki dalej.

Przez cały dzień czułam się absolutnie bez zmian, już mnie to zaczęło martwić, bo przecież coś obcego wpadło do mnie w odwiedziny, wprawdzie na wykończeniu, czy też wykończony wirus, ale jednak, a mój organizm milczy, tak się kryguje, jak panienka i tylko uśmiecha. Aż wieczorem stanął na wysokości zadania (organizm!) i zaczął obwąchiwać wroga uczyć się jak z tym walczyć, aż dostałam stanu podgorączkowego, takie tam marne 37,3 zatrzęsło mną zimno, pokryłam się „gęsią skórką” 🙂 Łyknęłam sobie apap, bo zalecają jedynie paracetamol w razie „W”. Przez całą noc czułam podwyższoną temperaturę, ale rano wstałam świeżo narodzona i ruszyłam w swój mały światek. I Wam życzę takiego lekkiego przejścia całej akcji ze szczepieniem. Pozdrawiam serdecznie

Kwietniowy spacer

Wypatrujemy wiosny, a ona pokaże się i znika i znika.. To była sobota, Dzień spokojny, choć mało słonka. Koleżanka wyciągnęła mnie nad Mewią Łachę. Na ten pomysł wpadło wiele osób i jak się okazało gdańszczanie gromadnie wylegli z domów w poszukiwaniu wiosny i ruchu. Wyspa Sobieszewska to jedna z dzielnic Gdańska, to także jedna z trzech wysp na polskim wybrzeżu i jedyna, która powstała wskutek działań człowieka. Tu spotyka się Wisła z Bałtykiem.

Rezerwat powstał w 1991 r. aby chronić kolonie lęgowe rybitw, ptaków siewkowatych i blaszkodziobych. Świetne warunki do żerowania znajdują tu różne gatunki mew, ostrygojady, kormorany, łabędzie, biegus rdzawy, sieweczki rzeczne i obrożne, kaczki lodówki, gągoł i czernica. Dla rybitwy popielatej ujście Wisły jest jedynym w Polsce stanowiskiem lęgowym.

Do rezerwatu można dojść plażą lub idąc wzdłuż Wisły z portu w Świbnie, gdzie znajduje się parking dla zmotoryzowanych. Tam zaparkowałyśmy samochód. I ruszyłyśmy wzdłuż Wisły, korzystając z wyznaczonej ścieżki. Od czasu do czasu skręcając do lasu.

Dzięki ochronie rezerwatu i zakazowi wstępu mogą się tam spokojnie osiedlać i rozmnażać foki, dlatego można na własne oczy zobaczyć je wylegujące się na plaży. My nie miałyśmy tego szczęścia, może pora nie ta.

Bobrów też nie witałyśmy, tylko oglądały ich żerowiska. Niesamowite!

Mamine gołąbki

Tradycyjne gołąbki takie, jakie znamy u mamy, to z mięsem i ryżem. Modyfikowaliśmy po swojemu, a to z kaszą gryczaną, pęczakiem, leśnymi grzybami, czy pieczarkami z cebulką. A może wigilijne z ziemniakami i grzybami. Liście tradycyjnej białej kapusty, a może, włoskiej, pekińskiej, czy z winogron. Dużo kombinowałam z farszem. Czasami wychodziły pyszne, innym razem dziwaczne, mało gołąbkowe, aż zatęskniłam za zwykłymi maminymi gołąbkami, tymi ponadczasowymi.

Z główki kapusty białej zdejmuję pierwsze dwa liście (najczęściej są uszkodzone). Ostrym nożem z czubkiem wycinam głąb dokoła jego zewnętrznej krawędzi. Wtedy łatwiej odchodzą liście. Do dużego garnka wlewam wodę ok 3/4 jego objętości, zagotowuję, solę lub jak wolicie możecie posłodzić. Podobno dla zatrzymania barwy zwłaszcza kapusty włoskiej i dla łatwiejszego zmiękczenia liści. Ja ten chwyt stosuję tylko jak mam kapustę włoską, ślicznie zieloną. Tę białą, zimową parzymy około 10 minut w tym czasie obracając główkę. Jeśli dobrze, czyli szerzej wycięliście głąb, tym łatwiej będą schodzić liście. Zdejmujemy podważając liść od strony wycięcia środka. Robimy to dopóki się da i ponownie wkładamy do wrzątku na około 10 minut i zdejmujemy liście. Reszta maleńkich liści czy poszarpanych, przyda się Wam do wyłożenia dna garnka i nakrycie gołąbków na wierzchu.

Mój tradycyjny wariant farszu, to: 1 niepełna szklanka ryżu i 1 kg. mięsa mielonego z łopatki wieprzowej, choć ostatnio mieszam mięsiwa, daję pół na pół wieprzowego z drobiowym lub samo drobiowe, np. z indyka, bo mocno staram się nie jeść wieprzowiny, a wołowinę dawno wykluczyłam. Tym razem w większej misce wymieszałam wieprzowe z drobiowym. Ja daję surowe mięso, nie gotowane.

Jak przygotowuję ryż? Można po prostu ugotować – jedna porcja ryżu to 2 porcje wrzącej wody. Ja najpierw prażę ryż, tak jak do risotto. Na rozgrzany olej wsypuję ryż i na większym ogniu smażę ok 3 min mieszając. Teraz do garnka dolewam szklankę gorącej wody z rozmieszaną kostką rosołową (kupną lub własnej roboty, jak macie, wówczas nie solę ryżu). Zamieszam i już więcej nie robię tego. Gotujący się ryż nie lubi mieszania w trakcie. Na garnek kładę pokrywkę, ale lekko uchyloną i gotuję na małym ogniu ok.10 min. Ugotowany ryż wykładam do miski, aby szybciej ostudził się. I później przekładam do mięsa z cebulką i grzybkami.

Na patelnię, na rozgrzany olej wrzucam drobno pokrojone w kostkę 3 cebule, przesmażam do zeszklenia. Dorzucam przyprawy: sól, pieprz, słodka papryka i lubczyk. Wy dajcie takie jakie najczęściej stosujecie. Może być tylko sól i pieprz. Przekładam do masy mięsnej z ryżem. Wbijam 2 jajka i mieszam farsz dłońmi. Gotowe!! Wiem, że niektórzy dodają czerstwą bułeczkę namoczona w mleku, ale ja po wypróbowaniu wolę bez.

Farsz gotowy, liście ostudzone. Zaczynamy zawijanie. Z prawie każdego liścia ścinam grubszy nerw, bo jest sztywny i twardy. Wyrównuję brzeg liścia tam, gdzie był głąb. I od tej strony do środka liścia kładę garstkę farszu i zwijam raz ściśle do wewnątrz, następnie boki do środka i tak do końca zawijam.

Duże naczynie żeliwne lub gar wyłóżcie dwoma-trzema pozostałymi listkami. I na tak wyścielone podłoże ciasno układajcie gołąbki. Na dół stroną końcową zawinięcia. Przykrywam resztkami liści. Zalewam wodą z parzenia kapusty z dodatkiem łyżki koncentratu i garstką grzybków leśnych (najczęściej zapominam o wcześniejszym namoczeniu ale i tak dusić gołąbki będę około 1,5 godziny, to zdążą ugotować się do miękkości). Piekę w piekarniku około 1,5 godziny, pod przykryciem. Z pozostałego płynu po pieczeniu robię sos. Dolewam wody jeśli jest za mało, dorzucam jeszcze 2 łyżki koncentratu pomidorowego, zagotowuję wlewam łyżkę mąki rozmieszaną z wodą, zagotowuję i na koniec dodaję 2-3 łyżki śmietany 18 %, czasami kawałek serka topionego bez dodatków, wychodzi bardziej kremowy. Gotuję ziemniaki, utłukę na puree. Posypię zieleniną, a obok gołąbeczki polane sosem.

No pycha, mówię Wam, pycha. Rzadko nachodzi mnie chętka na to danie i właśnie teraz naszła. Napiszcie proszę, jeśli robicie coś inaczej w przygotowaniu tego dania. Chętnie skorzystam z Waszych podpowiedzi. Może macie już wypróbowany fantastyczny farsz? Jestem też ciekawa, czy Erlend zna taką potrawę? I czy inne kraje też maja swoje „Gołąbki” i jakie?

” Kawusia „

Obecnie nie czujemy, że słowo ma wielką moc. W dawnych czasach, w oczach Słowian byłoby to lekkomyślnością i głupotą, a nawet skrajnie niebezpieczne. Wierzono w sprawczą moc słów. Unikano wypowiadania takich, które nazywały rzeczy złe, groźne np. szatan, mówiono – „zło, albo ten z rogami, czy ogonem”. Wówczas czuliśmy, że uniknęliśmy zagrożenia ściągnięcia diabła. Tak samo było z nazwą wilk, czy niedźwiedź. Te zwierzęta postrzegane były, jako bardzo groźne, wywoływały wśród nas paniczny strach. Starano się więc nie nazywać ich po imieniu. Formułowano wypowiedzi tak, żeby było wiadomo, o co chodzi, ale żeby nie padła nazwa zwierzęcia, czyli przez omówienie. Słowo niedźwiedź pochodzi od dwóch prasłowiańskich wyrazów miód i jeść. Miedwied, czyli jedzący miód. „Miedźwiedź” – tak jeszcze pisał Mikołaj Rej. Pierwotna nazwa niedźwiedzia jest dzisiaj nieznana.

Tabu językowe mamy w pewien sposób do dzisiaj. Kto z nas mówi na cipeczkę wagina? Ale to chyba nie ze strachu. Tylko, że wagina to tak medycznie, poważnie. Ja to słowo poznałam bardzo późno, zdążyłam już urodzić troje dzieci :-))) ).

 Wczoraj było o zdrobnieniach w nazywaniu siebie nawzajem. Dziś o nazewnictwie i zdrobnieniach całkiem interesującej i potrzebnej nam części ciała. Temat ten podpowiedziało mi życie- moja pomoc w toalecie czteroletniej dziewczynce. W każdą niedzielę od 10 do 16 po naszym mieszkanku biegają dwa słodkie maluchy. Nie jestem ich babcią, ciocią .., więc aby nie mieszać w główkach pokrewieństwem, bo go nie ma, zwracają się do mnie -Basiu. To mądre dzieci z dużym zasobem ciekawych słów. Zauważam, że nie znam ich obecnych bajek, bohaterów, zabawek, zabaw, filmów.. Odkąd wyszłam ze szkoły, od „moich” maluszków w tym temacie zostałam w tyle.

Idę pomóc Zosi w toalecie, bo woła:

Juuuż!

-Zosiu, co robiłaś, tylko siusiu, czy kupkę też?

Tylko siusiu.

-Dobrze, to wytrzemy siusię.

Ja nie mam siusi!!

-A co masz?

Pipkę!

-O, nie słyszałam takiej nazwy.

Teraz już znasz!

W naszym języku nazw intymnych części ciała jest wiele, ale większość wulgarna lub medyczna. To zaczęliśmy szukać własnych pomysłów. Inne są dla dzieci, a inne dla dorosłych w łóżku. Z jednej i drugiej półki trudno znaleźć ładną, co by nas przekonywała. Dla mnie, jako rodzica było to prostym, oczywistym; mówiłam siusia i siusiak, od siusiania. Na pewno dziecko powinno poznać słowo penis i wagina. To może ułatwić dziecku w przyszłości rozmowę o płciowości. Skoro zna nazwę plecy, kolano, ucho, to dlaczego nie penis? Ewentualnie możemy stworzyć „rodzinne” nazwy intymnych części ciała, ale niech dziecko wie, jakie są „na zewnątrz”.  Grunt, aby nie mówić tego ściszonym, zawstydzonym głosem, bo tu nie ma wstydu. Stwórca dał nam intymne części, chyba nie bez powodu. Warto je cenić, szanować, a nie uważać za gorsze.

Wymienię Wam nazwy, które ja słyszałam. Dodajcie swoje, które znacie, jeśli oczywiście zechcecie.

Wagina, cipka, cipeczka, muszelka, myszka, kaczuszka, kokoszka, dziurka, szparka, pisia i teraz pipka.

Penis, członek, siusiak, siurek, ptaszek, kogucik, wacek (chyba każdy Wacław cierpi z tego powodu), pisiorek, fiutek, fujarka, korzeń, pałka i pyton dla tych z manią wielkości.

Więcej nie pamiętam :-)))

A jakie słowa mamy dla dorosłych przy ich miłowaniu? Nie będę wymieniała tych wulgarnych, bo rażą mnie. Żaden hu.., żaden ku.., kojarzy się ze złamanym ku.., a to obraźliwe. U kobiet lubię tylko jedną nazwę -Cipeczka, ale słyszałam całkiem ciekawą nazwę- „Kawusia” (od ziarenka kawy). Gorzej z mężczyznami, nie ma ładnego nazewnictwa, albo ja nie znam 🙂

Hm.. pewnie niejednemu z was taka myśl przeleciała przez głowę- w języku polskim trudno ładnie „To” nazwać, a co dopiero mówić czule do Norwega :-))) Poradziłam sobie. U progu mojej kariery masażystki, na praktykach poznałam i wykonywałam masaż -„The miracle”. Cudowny, wyjątkowy, obejmujący twarz, głowę, stopy. No po prostu człowiek odpływał. To był najdroższy i najpiękniejszy masaż w tym salonie. I tak nazwałam męskość mojej miłości – „My miracle”- „Mój cud”.

A Wy znacie ciekawe nazwy tych części ciała? Podzielcie się z nami, jeśli możecie, oczywiście i macie na to ochotę. Pozdrawiam Was serdecznie, miłego popołudnia.

Miau miau, meow meow

Podobno każdy związek ma własny język. W tym różne czułe sposoby zwracania się do siebie. Są ludzie, którzy lubią zdrobnienia, przymilne słówka. A kobiety niekiedy jeszcze zatrzepotanie rzęsami, spojrzenie zbitego psa.. i możesz jej ulec. I ja należę do takich kobiet. W pewien sposób pozostało mi dziecięce zachowanie.

Moje córki mówią, że do mamy to pasuje, bo jest taką słodką, życzliwą istotą, bez tafli szkła przed sobą. Bardzo otwartą, komunikatywną i tylko mile bezpośrednią. Trudno jej nie lubić! A czasem trudno nie ulec.

Nie odbieram tego u siebie, jako manipulacji, bo na moje przymilne -„Miau, miau..” można powiedzieć krótko – nie! Kocham mówić miau miau, ale tak miauczę tylko w stosunku do moich dorosłych dzieci i kochanego Erlenda :-)))

Wiem, dama tak się nie zachowuje, ale ja chyba damą nie jestem. Ludzie nie znają mnie zimnej, oschłej, czy wyniosłej. Nie umiem taką być. Niektórzy odbierają czułostkowość, jako obciach i infantylność. Rodzić się może podejrzenie o nieautentyczności emocji, sztuczność. To tak, jak z czułością na pokaz!! Takie słodkie „dziumdzianie” mnie też czasem męczy, zwłaszcza jak słyszę spieszczanie i infantylność w rozmowie z małym dzieckiem. Co za dużo, to niezdrowo.

Pamiętam, jak dawno temu na zebraniu z rodzicami mówiłam – ” Nie wiecie państwo, ile mnie kosztuje być czasami groźniejszą, bardziej zasadniczą, wymagającą ..w stosunku do waszych dzieciaczków. Jak czegoś od nich chcę mówię uśmiechając się. Nie umiem dać reprymendy pokazując, że jestem zła, zdenerwowana, tylko mówię -„Nie wolno tak, bo jemu jest smutno..”, i zaraz przytuliłabym oboje. Do dzieci w szkole mówiłam – „Moje dzieciaczki, albo kurczątka”, bo sama uważałam się za opiekuńczą kwokę.

Moja młodsza córka nie może nadziwić się, że do wielkiej, groźnie wyglądającej Agnieszki zawsze mówię – „Agniesiu..” a do starszej, wyniosłej, zarozumiałej Marty- ” Martusiu..” Wiem, że można mnie takiej słodkiej nie lubić, że tacy ludzie mogą męczyć byciem głupio dobrymi. Ale ja taka jestem i gdybym zmieniła to ( co nie jest proste), nie byłabym Basią, którą wszyscy znają. Mój sposób bycia chyba wynika z miłowania ludzi. Do moich dorosłych córek mówię Konstaneczko, Juleczko, ale często Okruszku, Gwiazdeczko. Któregoś dnia, Konstancja opowiada mi, jak chłopak nie chciał zgodzić się na coś (na jakąś prozaiczną przyziemną rzecz), a ja do niej – „To może trzeba było przytulić się i powiedzieć-” miau, miau”. -„Mamo, ja tak nie umiem, czy ty wyobrażasz sobie mnie miauczącą”? – No tak, nie wyobrażam, to nie w jej stylu.

Natomiast nie figluję językowo z mężczyznami, nigdy nie zwracam się pieszczotliwymi zdrobnieniami typu „Misiu, Misiaczku, Kotku, Tygrysie, Słoneczko.. „. Mówię do nich po imieniu i nie lubię zdrobnień, np. do 60 letniego Krzysztofa mówić Krzysiu, jakby był chłopcem w krótkich spodenkach. Grzegorz zawsze był Grzegorzem, a nie Grzesiem, Grzesiaczkiem. Romuald -Romualdem, a nie Romkiem, bo to inne imię i dla mnie mniej ładne. Romuald tak wyniośle, pasuje do niego. W moich związkach nie pojawił się żaden intymny rys słowotwórczy, byłam Basią, żadnym Kotkiem, Serduszkiem, Słoneczkiem, czy Gwiazdeczką.. to zbyt poważni panowie i takie nazywanie mnie, w ich mniemaniu nie byłoby w dobrym stylu. I przyznam, że śmiesznie by z tym wyglądali.

Same słowa opiekuńcze nie wystarczą, za nimi powinny iść czyny, zachowania opiekuńcze. Zapewne znacie stare polskie powiedzenie: Mężczyzna przed ślubem mówi – „Uważaj Złotko, bo wpadniesz w błotko”, a po ślubie -„Nie widzisz Ślepoto, że tu błoto”!

A Wy w związkach, relacjach wypracowaliście swój intymny kod? ,Jesteście zwolennikami czułego słowotwórstwa, czy raczej absolutnie nie? Konstancja na ogół nie lubi, jak mężczyzna używa zwrotów- „Myszko, czy kotku, ale raz jeden jedyny zachwyciła się, kiedy chłopak mówił do niej -” Kropelko”. Ją samą to zaskoczyło, że może być takie miłe!!

Dziwny ten świat. Ludzki!

Zastanawiałam się nad przymiotnikiem o najczęściej pozytywnym wydźwięku- „LUDZKI”. Być ludzkim, postąpić po ludzku: to nie tylko z sercem, empatią, mądrością, odpowiedzialnością, zrozumieniem, miłością.. ale także z głupotą, chamstwem, złem, okrucieństwem, czy bez tolerancji. Jest w nas ludziach – MĄDROŚĆ i GŁUPOTA, DOBRO i ZŁO. Potrafimy pochylić się nad potrzebującym, pomóc mu, ale i przywiązać psa do samochodu, jak nasz polityk i ruszyć w drogę zaznaczając inne ludzkie postępowanie- okrucieństwo. Tłumacząc się miłością, religią, tradycją.. zabijamy drugiego, bo nas zdradził, krzywdzimy dziecko, aby dokopać żonie, zakopujemy żywcem córkę, bo przyniosła „złą” sławę rodzinie i przeciwstawiła się tradycji. Boli ludzkie postępowanie, dlatego dziś piszę do Was te kilka słów.

Moja przyjaciółka została zaproszona z siostrą i ich staruszką mamą na świąteczny obiad. Mamy w zwyczaju, że ten drugi dzień świat spędzamy nie tylko z rodziną. Te trzy kobiety ucieszyły się bardzo, bo lubią gospodynię domu, znają się od kilku lat dzięki wspólnej pracy biurowej. Okolica piękna, serce Kaszub, stadnina koni. Panie są zadowolone, szykują prezenty na „Zająca” dla gospodarzy. Aż przychodzi Wielki Czwartek. I owego dnia, siostra mojej przyjaciółki, czyli jedna z tych zaproszonych kobiet( przyjaciółka zapraszającej) poddała się szczepieniu na covida. A do niedawna oświadczała, że nie zrobi tego, bo za, dużo niepewności i strachu narosło wokół. I człowiek już nie wie, co zrobić. Chce być mądry, ale jak być mądrym? Czy mądrością jest poddanie się szczepieniu, czy nie?

Ona tak, a nie inaczej postąpiła. To była jej decyzja. No i ta decyzja zrujnowała ich tak dobrze zapowiadający się świąteczny dzień. Gospodyni domu poinformowana telefonicznie, że coś takiego miało miejsce, wzburzona nakrzyczała, że jak mogła wybić się z ich nieszczepiennego towarzystwa. Jak ona ma to powiedzieć mężowi, czyli gospodarzowi domu, który hołubi wszelkie teorie spiskowe włącznie z myślą, że szczepienie to zło, a Ziemia jest płaska (naprawdę tak ów pan myśli). Oni nie chcą takiego „odszczepieńca” w swoim domu, w swoim gronie znajomych. Odmówiła przyjęcia ich w domu. Mama staruszka kompletnie tego nie rozumiała. Koleżanka popłakała się, mocno to przeżyła, w końcu utraciła chyba przyjaciółkę. Nie rozumiała, jak można ją było ukarać, a tym samym pozostałe panie, za coś takiego?!

Cóż to też jest nasze ludzkie postępowanie. Lubimy narzucać swoją wolę, a nasza racja jest „mojsza, niż twojsza”. A przecież póki co, każdy ma prawo myśleć i czuć po swojemu. Może kiedyś ludzkość zbuduje świat, gdzie i myśli będą kontrolowane. Człowiek jest zdolny do wszystkiego. To dziwnie skonstruowana istota. Heroizm, poświecenie, głupota, okrucieństwo idą w parze. Obyśmy nie zatracili się w .. i nie czcili zła na pierwszym miejscu, bo kiedyś zrzucą człowieka z piedestału a światem zaczną rządzić inne istoty 🙂

Za tydzień w sobotę mam być zaszczepiona, z czego bardzo się cieszę. Wczoraj na maila przyszła informacja, że to będzie Pfizer, nie Astra zeneka, z czego ucieszyłam się podwójnie. Za mój czyn ktoś może popukać się w głowę, a drugi przyklasnąć. Mamy wybór, więc korzystajmy z tego, słuchajmy się swojego rozumu i nie gniewajmy na bliźniego za decyzję jakakolwiek by ona nie była. A rady udzielajmy, kiedy nas ktoś zapyta, poprosi o nią.

PS należę do małej rodzinnej przychodni, blisko domu. Tam zapisałam się na szczepienie i jestem zadowolona, że to moja pani doktor zbada mnie przed szczepieniem, zna historię chorób. Nie będę stała w żadnych kolejkach. Tam każdy ma wyznaczoną godzinę, co do 5 minut. Wierzę, że będzie dobrze.

Nie chcę zepsuć się!

Dziwny czas trwa. A tu święta. Myślę, zapewne święcenia pokarmów, to w tym roku nie będzie. A tu słyszę w kolejce po chlebek pani kupuje taki do święconki. No to kiedy przyszła sobota szykuję koszyczek mój cudny, zrobiony z korzenia jodły syberyjskiej firmy Etna.

Wykładam serwetką taką babciną, ale kupioną współcześnie w Home You. Na to kładę 2 jajka niemalowane, bo farba brudzi białko, małą piętkę chleba i wychodzę. Nie lubię dużo różności wkładać do koszyka, bo później trzeba pilnować i zjeść co do okruszka, no bo to poświęcone, poniewierać nie można. Stanęłam w drzwiach mieszkania i myślę- „No nie, muszę wrócić po sól, ona chroni od zepsucia, a ja nie chcę się zepsuć”. Naprawdę tak pomyślałam. Wróciłam, zabrałam.

Ksiądz świecił co 10 minut, ludzi mało prawie, jak na lekarstwo, jedno od drugiego z daleka. O której sobie wyjdziesz to wyjdziesz, zawsze trafisz na swoje święcenie. Im częściej, tym mniej ludzi zebranych. Każdy trzymał koszyczek przy sobie, nie stawiał na wspólny stół i nie było kosza, z darami dla potrzebujących, gdzie mogłeś zostawić kiełbaskę, czy jajko.. , w końcu pandemia. Duchowny nie rozciągał modlitwy, wspomniał tylko to, co było w moim koszyku; chleb, jajka i sól chroniącą od zepsucia.

Później wstąpiłam do cichego kościoła, uklękłam przy grobie pańskim i z całego serca dziękowałam Jezusowi i świętej Barbarze (kiedyś oddałam jej moje dzieci pod opiekę. Biedna ona nie doczekała się swoich, nie było jej dane zostać matką, żyć!) za ocalenie życia mojej córce. Konstancja tydzień temu wracając do Wójtówki, miała wypadek samochodowy ( w okolicach Wrocławia). Ze zbyt dużą prędkością weszła w zakręt, dachowała kilkakrotnie i wylądowała na szczęście w rowie (drzew tam nie było). Jak na tak strasznie wyglądający wypadek, lekarze stwierdzili, że wyszła całkiem dobrze; rana cięta głowy, skręcony krąg szyjny (chodzi w kołnierzu ortopedycznym), bolące plecy i klatka piersiowa, trochę siniaków. Pojechałam do Wrocławia i zabrałam Okruszka. Zawsze będę wdzięczna Jezusowi, za ocalenie jej życia. Koleżanka moja szukała drugiego dna tego wypadku i doszła do wnioski, że los mówi, aby nie jechała do Wójtówki, bo jej misja tam zakończona. Ale Konstancja tego tak nie czuje i tęskni. Jak tylko podkuruje się i zdobędzie samochód, bo tamten niestety nadawał się tylko do kasacji, wróci do ukochanych podopiecznych i zwierząt. Ona wyciągnęła inny wniosek z tego wypadku- Jedź wolniej!

„Omijaj z daleka, bo zjesz- Rozkosz z Basią”

Kochani, coś nam czasami dobrze lub źle wychodzi. Mi tak niechcący wyszło coś przepysznego. Prawdziwa rozkosz. Tak mało mamy jej w życiu. Może na święta, rodzinną uroczystość, spotkanie we dwoje, czy każde inne… warto pokusić się o zrobienie „Rozkoszy..”, zafundowanie sobie tej przyjemności. Powstało z tego co znalazłam w domu, a robiłam przedświąteczne porządki w kuchennych szafkach. Natrafiłam na paczkę sucharów, słoik nutelli, a w lodówce duże mascarpone… Zostało mi trochę produktów z pieczenia ciast na zamówienie. Wykorzystałam wszystko, łącznie z czekoladą miętową i powstała „Rozkosz”

Przygotuj produkty. Kup: paczkę sucharów w niebieskim opakowaniu (nie żółtym), słoik nutelli 350 g, duże 500 g opakowanie serka mascarpone i małe 250 g opakowanie tego serka, 2 opakowania śmietanki 30 % po 330 ml, 1 duży jogurt grecki, 1 „Śnieżkę” w proszku, Czekoladę Ritter Sport Peppermint 100 g (opcjonalnie, bez też pycha, tylko nie ma nuty mięty), żelatyna (6 łyżeczek potrzebujesz), 25o g cukierków milki way, 1 tabliczka czekolady mlecznej.

Wykonanie: Do podwójnego woreczka wrzuć sucharki, bez 6 sztuk (całość paczki to za dużo). Wałkiem utłucz na drobno, połącz z nutellą i tym wyłóż spód tortownicy. Odstaw do lodówki. Przyszła kolej na białą część naszego deseru. Do miski wlej 1 duże opakowanie 330ml śmietanki i z drugiego opakowania 2/3 pojemnika (ta pozostała 1/3 będzie wykorzystana przy polewie milki) Ubij śmietankę w trakcie dodając 4 łyżki drobnego cukru i proszek „Śnieżki”. Dodaj 500 g, czyli duże opakowanie mascarpone, jogurt grecki i rozpuszczoną żelatynę w kilku łyżkach wrzątku wody (dobrze rozmieszaną). Miksuj krótko. Teraz jeśli chcecie i macie, to dodajcie miętową czekoladę pociętą na ćwiartki każdą kosteczkę. Wylej masę na sucharkowy spód i odstaw do lodówki. Teraz czas przygotować milki top – wierzch naszej rozkoszy. Rozwiń cukierki i pokrój na mniejsze części, do tego 2/3 czekolady i wrzuć do garnuszka, wlej pozostałą śmietanę , te 1o0 ml, które zostały z białej masy, rozpuść stale mieszając. Ostudź i zostaw na noc w lodówce. Następnego dnia do masy milki dorzuć małe opakowanie serka mascarpone i zmiksuj krótko. Rozsmaruj tę masę na bieli deseru i posyp startą na tarce (duże wiórki) resztką czekolady mlecznej. Rozkosz dla podniebienia gotowa!

Wiem powiecie bomba kaloryczna, ale może czasami możemy sobie pozwolić. Jeśli nie, to biel deseru zrobić tylko z 3 dużych opakowań jogurtu greckiego i żelatyny. A spód ten rozkoszny i wierzch zostawić bez zmian, bo jedno i drugie zaskakująco bajeczne i kuszące. Może myślicie teraz, że to dużo pracy, ale tak tyko wygląda, a nie jest! I że drogie, to może zróbcie sobie małą rozkosz z połowy składników na małej tortownicy. I nie na te święta, bo już trwają. Znajdziecie odpowiedni czas. Smacznego kochani.

A teraz coś małego dla tych, co czytali czytali, a tu tylko przepis na ciacho. A ich pieczenie nie interesuje. Oto mały dodatek moich ostatnich myśli. Czy macie tendencję do dzielenia włosa na czworo, doszukiwania się większej głębi, drugiego dna jakiegoś zdarzenia, zrządzenia losu ? Czy mówicie sobie, że wszystko jest po coś i rozmyślacie nocami – dlaczego? I co los chciał mi przez to powiedzieć?

Niech Was życie mile zaskakuje..

I kolejne święta w pandemii mamy. Kochani, każdy z nas przeżywa chwile, zdarzenia, sytuacje, które cieszą, dodają uśmiechu ale i takie, co dołują, denerwują i przerażają. Ja obecnie raduję się, że dwóch rzeczy. Po pierwsze przy wielkanocnym stole zasiądą moje obie córki. Tak, Konstancja też! A po drugie, po świętach mam wyznaczony termin pierwszego szczepienia.

Kochani, niech Was życie mile zaskakuje, a po burzy jakakolwiek by ona nie była, zawsze wychodzi słonko, co dodaje chęci i siły do życia . Obyście zawsze cało wychodzili z każdej opresji!

Zdrowych i ciepłych w dobre myśli Świąt Wielkiej Nocy.

-Będę żyła? – Tak, aż do śmierci!

– Dzień dobry, panie doktorze od pół roku kaszlę, zwłaszcza w nocy, a w przełyku suchość Sahary. Ataki są tak głośne, że wybudzają mi kotka i już nie śpimy lub źle śpimy z ciągłymi przerwami na kaszel. A on wtedy woła jeść.

A po czym to pani poznaje :-)))

-Po tęsknym spojrzeniu na miseczki swe. Ja mu oczywiście daję różne smakołyki. Prowadzimy nocną konwersację, ja w tym czasie popijam, co by kaszel wilgocią odstraszyć!! I przez te nocne dokarmianie, memu kotu przypadnie w udziale otyłość. Nie możemy do tego dopuścić.

Jak by tego było mało, jeszcze jestem smarkatą dziewczyną. Kobiety wychodząc z domu najczęściej nie zapominają szminki, ja paczki chusteczek. Początkowo bagatelizowałam problem, zostawiałam coś do picia na noc, względnie kawałek jabłka, bułeczki, aby coś przeleciało przez przełyk i tak do następnego ataku za jakieś 3 godziny. Ale to tak długo trwa! I czy, aby to tylko suchy, męczący kaszel?

I jeszcze tyle specyfików wzięłam przepisanych przez lekarza rodzinnego. Antybiotyki, sterydy do nosa, ale mój „partner” nocny kaszel nie przestraszył się nic, a nic. Poprosiłam skierowanie do specjalisty, co by popatrzył mi pan nie tyle w oczy co gardło. I kiedy zaczęło zbliżać się nasze spotkanie opanował mnie strach, co pan tam ujrzy, co ja tam sobie wyhodowałam? Proszę coś zrobić, nie chcę do końca życia być starym zaflegmionym dziadkiem :-)))

A dlaczego dziadkiem, a nie babcią? :-)))

-A widział pan babcie, co łapie się za nos i wyrzuca smarki na chodnik ?

No nie, chyba, że w Chinach, a i raz na Ukrainie! :-))) Dobrze, zrobię wszystko, żeby pani nie została na zawsze zaflegmionym dziadem.

Uszy nos, węch już sprawdzone, teraz widzę grzeje lustereczko i wyjmuje gazę. Jęzorek już na brodzie. Jeszcze głośne „E”, „I”. No i diagnoza;

Czy pani wie, że ma refluks? A przy tym zapalenie zatok przynosowych i refluksowy zespół kaszlowy. No i mamy winnego.

-Hm, czasami mam uczucie bólu za mostkiem i gule w przełyku, ale myślałam, że refluks mają otyłe osoby, co na zgagę narzekają, tłusto jedzą i winem suto zapijają. A ja ani gruba, ani zgagi nie miewam, wina żadnego. W ogóle!

Ale za to lubi pani pikantne potrawy? Prawda?

-Oj strasznie ostre, strasznie i nie przykładam się do długiego procesu gryzienia :-)))

I już wiem dlaczego pani porównała siebie do „starego zaflegmionego dziadka”, bo ma pani poczucie przeszkody w gardle i uczucie spływania wydzieliny po tylnej ścianie gardła.

-O tak, tak dokładnie!

Niewydolność górnego zwieracza przełyku występuje przede wszystkim w pozycji leżącej. W trakcie snu dochodzi do wyciekania soku żołądkowego, który ma wysoką kwaśność i zawiera enzymy trawienne, które drażnią śluzówkę. Teraz rano na czczo tabletka i psik do nosa. A spać należy, jak królewna na wielu poduszkach, no przynajmniej dwóch porządnych. Jeść małe porcje i regularnie. Dobrze?

-Oczywiście!

Kochani zamiast dwóch delicji będę jadła jedno, zamiast całego jaja, pół.. . Liczę, że oprócz tego, że będę spała tylko z Julią i Kleofasem, a nie kaszlem, to jeszcze schudnę :-))) O rezultatach leczenia tego przemiłego lekarza, co mu dziękowałam stokrotnie, że to tylko refluks, a nie to inne, na tę samą literę „r”, powiadomię Was za jakiś czas. Wychodząc upewniłam się, czy z tym refluksem można żyć i zapytałam:

-Panie doktorze, a wiec będę żyła?

Tak, pani Basiu. Aż do śmierci :-)))

Pan Dariusz Janczurewicz, to laryngolog, który mnie tak ucieszył. Polecam serdecznie. Wiecie, że ja z tym lekarzem, naprawdę tak rozmawiałam, jak tu opisałam.