Nicnierobienie jest fajne, ale na krótko

Tak całkiem niechcący na dwa dni świąt miałam wypasione lenistwo, nicnierobienie. Rano tylko msza: w niedziele na szóstą rezurekcja, a  poniedziałek, też ci raniutko pobiegłam w nadziei, że nie spotkam żadnego szalonego fana tradycji polskiej, czyli „wściekłego polewacza zza winkla”. Udało się. Chyba spali, jak całe miasto. Pierwszy raz udało mi się, bez bijącego serca, albo mokrego płaszcza iść na mszę w ten głupio lany poniedziałek. Po kiego grzyba ta tradycja!

Później śniadanko i długi spacer (taki ok. 15 km) nad morze.

Obiadek, ale świątecznych nie lubię specjalnie, bo jest przygotowany kilka dni wcześniej, a nie świeżynka. Mizerii zrobiłam, takiej z ogórka  z dorzutką rzodkiewki, to było pycha. I teraz zaczynał się czas nicnierobienia, czyli leżenia, małego spanka, słuchania dobrej muzyki, czytanka.

A mam 2 książki na tapecie.

„Bajki rozebrane” K. Miller i T. Cichockiej wypożyczone od bloggerki, pikantnej Romy http://romacarlos.wordpress.com/. W wielki czwartek zrobiłyśmy sobie schadzkę w Sopocie na naleśnikach, było pysznie. A Roma urocza, bardzo kobieca, miła dziewczyna, wcale nie taka ostra, jak w swoich postach. To było nasze drugie spotkanie. Teraz umówione jesteśmy na oddanie pożyczonej książki i mam nadzieję, że porwę Romę do „Bagażowni” – restauracji żydowskiej w Sopocie. Mają tam znakomite jedzenie, przemiłą obsługę, taką, co potrafi doradzić. No i klimat, atmosferę w restauracji. Zobaczcie przez bloga też można poznawać ludzi i to w realu.

Druga pozycja -„Miniaturzystka” J. Burton polecona przez solidną  mamę http://strefakomfortumamy.wordpress.com/ Warto do niej zajrzeć, jeśli jesteście młodymi rodzicami.  Ja jestem stara mamą i też chętnie czytam jej posty. Proponuje wiele cennych rozwiązań, podpowiedzi. Mnie ujął ostatni wpis o ekologicznym podejściu do plastiku w łazience. Chylę czoła przed jej staraniem. Przykładem uczy dzieci dbania o Ziemię.

Już trochę poczytałam jedna i drugą. Te bajki, to analiza, rozbieranie na części, poznanie baśniowych symboli. Autorki przypominają o ponadczasowości bajek. Tłumaczą postępowanie bohaterów z perspektywy psychologicznej, uwspółcześniają interpretację, przedstawiając te same morały w nowych realiach.

A Miniaturzystka, to niezłe wkręcenie. Dopiero zaczęłam, to wiele póki co, nie powiem, ale jest ciekawa od pierwszych stron. Nie trzeba się było przebijać przez gąszcz początku, aby zabrała umysł na tyle, że chwytasz w każdej wolnej chwili. Pięknie napisana, pełna magii. Holandia XVII wiek. Polecam serdecznie. Nieprawdopodobnie wciągająca powieść. Jak widać na zdjęciu, kot Kleofas też się wciągnął.

I tak przebalowałam dwa dni świąteczne. Żadnego łazęgowania po cudzych chałupkach, a i u mnie nikt nie zagościł. Wszyscy tym razem spędzili święta nie zgodnie z tradycją. Nie było nasiadówek. I wiecie co poczułam pod koniec drugiego dnia laby? Chce mi się do pracy, chce mi się wyjść z domu, aby coś robić, a nie tylko spacerować dla odpoczynku. Och, jak to dobrze, że mam jeszcze pracę zawodową. Nie jestem gotowa na nicnierobienie. Ono jest mi potrzebne, ale na krótko. Szybko się regeneruję. Przydały mi się takie spokojne święta, bez gościn, bo byłam przemęczona, nie miałam nic wolnego. Nawet w wielką sobotę pracowałam do późna. Dobrze, że zdążyłam na Triduum Paschalne, każdego z tych trzech dni. Święta przez to były dla mnie pełne. A jakie są wasze odczucia dotyczące świąt, tradycji i leniuchowania totalnego?

To nasze kolanka. Moje i Romy i naleśniki, które wybrałyśmy sobie. Mój na słodko z karmelem, sosem truskawkowym i orzechami, a Romy z szynką i ananasem. Nie mogłam zrobić fotek naszych buziek, bo Roma jeszcze na blogu nie ukazywała się. Szanuję to.

Reklamy

Teściowie

Temat wdzięczny i niewdzięczny, tak jak człowiek potrafi. Teściowie najczęściej chcą dobrze, tylko po swojemu. Coś w tym musi być, te niewybredne kawały o odlatującej mamusi na miotle, nie wzięły się znikąd. Sami mamy swoje doświadczenia w sprawie życia z teściami. Napiszcie proszę kilka słów, jak Wy to widzicie. Przecież bywają dobrzy, normalni, zwyczajni, bardzo pomocni, życzliwi teściowie.

Ja nią jeszcze nie zostałam i póki co, nie zapowiada się na to. Tak jak nie jestem jeszcze babcią, ale życie płynie i wszystko szybko może się zmienić. Choć każde z moich pociech zapiera się, że nie. Mają swoje powody.

Teściowa to dla jednych – druga mama. Troskliwa, wyrozumiała, choć czasem postąpiłaby inaczej niż młodzi, ale nie mówi, nie będąc pytaną o zdanie w tej kwestii. Dla innych, postać spędzająca sen z powiek, która zawsze musi wtrącić swoje trzy grosze, zatruć życie, zepsuć dzień i niejednokrotnie doprowadzić do kłótni między małżonkami,  a czasem nawet rozwodu.

Jestem w salonie i słyszę, jak młody człowiek rozmawia z naszą fryzjerką.

– „Nigdy więcej nie ożenię się” – stwierdza z przekonaniem.

–”Dlaczego”? Pyta Agusia

– „Miałem już jedną teściową i wystarczy. Oj wystarczy”!

Dziecinne podejście. W grę wchodzi nasze szczęście, a o nie też trzeba umieć zawalczyć. Nie mamy wyjścia musimy nauczyć się żyć z teściami. A do tego trzeba mądrości życiowej. Sposób na dobre relacje z teściami jest tylko jeden – jasne wyznaczenie granic, a następnie ich respektowanie. Oczywiście przez obie strony.  Mama może mieć swoje zajęcia i rozliczne pasje, trzeba jej czas też uszanować. I nie sądzić, że zawsze o każdej porze można podrzucić ukochane wnuki. Takie panie mają ustalony rytm, a to rehabilitacja, joga, śpiew w chórze, zajęcia na uniwersytecie trzeciego wieku, czy spotkania z przyjaciółmi, wychodne do kina.

Naszła mnie refleksja o teściach, bo spotkałam się na prośbę koleżanki, aby razem coś uradzić w sprawie teściowej, która chce sprzedać swoje mieszkanie i sprowadzić się do miasta, gdzie zamieszkał jej syn. Młoda dziewczyna boi się, że straci spokojne małżeństwo, bo kiedy teraz mama przyjeżdża do nich na tydzień nacieszyć się wnusią codziennie dochodzi do fochów, pouczeń, spięć. Po tygodniu jest u kresu wytrzymałości, a mąż – jedynak teściowej mówi, że muszą to wytrzymać, bo nie chce pokłócić się z mamą.

Inna teściowa mojej starszej koleżanki dzwoniła, pouczała, instruowała, robiła naloty, wizytacje, nie wizyty. Zaglądała do szafy, lodówki. Krytykowała opiekę nad wnukami,  gotowanie, ubieranie, sposób bycia, pielęgnowane wartości, podejście do jej synka, finansów, wiary, czystości w domu.. . Nieustannie przypominała co i jak lubi, synek. Winiła nawet za jego katar i przeziębienie. Aż w końcu prawie rozbiła  małżeństwo, a właściwie to młodzi pozwolili swoją bezsilnością.

Dobrze znamy skargi wielu kobiet, że teściowa jest wścibska i wszędzie zagląda. Czasem komentuje bałagan, czasem zaczyna sprzątać po swojemu. Wyciąga z szafy ubrania które mamy założyć, bo w tym, co mamy na sobie, podobno źle wyglądamy. Wytyka każdy kilogram i bez ogródek mówi, że nogi mamy jak grube kłody.  I co my na to? – Najczęściej nic, po prostu to znosimy. I to wcale nie dzielnie. Płaczemy po kątach, złościmy się, rzucamy niecenzurowanymi słowami, kiedy teściowa wyjdzie.  Czy na pewno wszystko trzeba znosić? A gdyby tak powiedzieć, że nie chcemy, żeby wszędzie zaglądała, że nie będziemy przychodzić w każdą niedzielę na obiad, że w tym roku na święta wyjeżdżamy nad morze (może nawet mama ucieszyłaby się, bo ma dość stania nocami nad garami) i że będziemy nosiły dżinsy (nawet do kościoła), bo lubimy je i są wygodne.

Teściowie też bywają niełatwi, choć w dowcipach obrywa się tylko teściowym.

Czasem jesteśmy nastawieni na walkę, bo sytuacja nam się z nią kojarzy, zwykle walczymy, choć dużo więcej można wygrać przez współpracę. Moglibyśmy to łatwo zobaczyć, gdyby nie nasze nastawienie.

Jeśli coś w zachowaniu teściów nam przeszkadza, warto razem ze swoim mężczyzną  przeciwstawić się temu, doprowadzić do wspólnej rozmowy. Zwykle myślimy, że to niemożliwe, no bo mąż nie potrafi, nie umie przy mamie wyrazić własnego zdania. Mówi – „Przecież wiesz, jaka ona jest” i na tym się kończy. Albo żona w obecności mamy zmienia się w nieporadną, ustępliwą dziewczynkę i nie umie powiedzieć „nie”. To z pewnością świadczy o tym, że teściowa jest silną osobowością, ale przecież nie ona odpowiada za reakcję twoją czy męża.

Małżonkowie powinni ze sobą porozmawiać, obrać wspólny front, dla dobra swojego małżeństwa. Inaczej kobieta zaczyna gardzić, że jej facet, to „de” wołowa niepotrafiąca stanąć w obronie żony, czy poprzeć jej zdania, wyboru. Ona musi czuć, że jej mężczyzna, to jej rycerz, a nie fajtłapa, milczek, niezguła, który boi się mamusi. Mamę ma szanować, ale też umieć stanąć po stronie żony ukochanej. To samo tyczy się młodego mężczyzny. On musi widzieć i czuć, że u teściowej nie stanie się zwierzyną na pożarcie przez mamę i żonkę. Nie mogą obie wsiąść na chłopaka i zadziobać. To nie buduje dobrej relacji w małżeństwie. Przecież staliście się jednym ciałem i jedną duszą. Zostawiliście mamę i tatę, aby być ze swoją miłością. Dbajcie o nią, bo na co dzień, to z nią będziemy żyć.

My dojrzałe kobiety powiemy –  no ale jak nie wtrącać się, kiedy mieszkamy razem, a ona źle wychowuje dziecko, daje zły przykład, wielu rzeczy nie umie. Ja chcę im tylko pomóc. Pomóż teściowo, kiedy Cię o to poproszą. Tu jest chyba pies pogrzebany, że teściowa najczęściej mądruje się, kiedy nikt o tę mądrość nie prosi. A później obraża, bo synowa unika spotkań z nią.

To ich życie. Pozwólmy im budować je po swojemu. I służmy radą, kiedy młodzi od nas jej potrzebują. Ja nie byłam asertywną osobą, więc pozwalałam na każde traktowanie. Z pierwszego małżeństwa na zawsze zostawię piękne wspomnienie teścia, człowieka z klasą, a z drugiego miłe chwile z życzliwą mi teściową.  Przyjemną jest myśl, że już nie muszę prężyć się, jak ten koń na wystawie, aby zaakceptowały mnie te pozostałe osoby.

Obym umiała być dobrą, niewtrącającą się teściową. Bardzo wierzę, że będę.

Ta pani młoda ma dobrych teściów. W ich relacjach zapewne pomagają im osobne mieszkania.

Kochani z blogowej przestrzeni, na ten świąteczny czas życzę Wam słonka w sercu i za oknem. Odpocznijcie!!

Krzyczcie na mnie

Nie wyszalałam się za młodu, to teraz głupoty i szalone wybryki kleją się do mnie bardziej. Razem z siostrzyczką moją kochaną byłyśmy grzeczne, jak aniołki. Układne, zgodne, spolegliwe i tak po prostu miłe. W życiu za młodu zrobiłam wszystko, co należało (według mnie). Obecną moją sytuację znacie. Cieszę się życiem, kocham dzieci, kota i pokoik . Dla mnie moje 4 ściany z kluczem w drzwiach mają znaczenie.

Wiem, że po Basi pisaniu nie spodziewacie się dogłębnej analizy problemu społecznego, tym bardziej historycznego, naukowego. Ja też się tego po sobie nie spodziewam. I dobrze. Kiedy serwuję Wam opowieści o nagiej piersi, co osiada na nosie klienta, czy tańcach w bieliźnie dla starszych panów na imieninach, tudzież pokazuję moją ostrą bulwersację, że dorosły facet  pozwala sobie na niewyleczoną stulejkę, to zapewne nadal nie chcecie ode mnie, no np. opisu polskich tradycji wielkanocnych, tylko ikry, czegoś co pozwoli uwierzyć, że i w dojrzałym życiu, kobiety takiej śpiącej z kotem też można się cieszyć. A nie biadolić, że boli tu, strzyka tam i chłopa bogatego brak. A po kiego grzyba. To nie Indie, aby się zamartwiać o los samotnej kobiety, tym bardziej wdowy. One biedne to mają tam ciężko. 

I tak to wybrałam z dwóch tematów, które pchały się do głowy, ten o pewnym przystojniaku w grudniową noc. Powiem Wam pioruńsko przystojny, elegancki Szwed. Był to czas kończący rok. Przed samym Sylwestrem. Dookoła pełno kolorowych lampionów, choinek, świecidełek. Zrobiło się ślisko. Należało ostrożnie stąpać po gdańskich kocich łbach na starówce miasta. Mróz lekko szczypał w to, co odkryte. Wracam ze spotkania z pewnym panem. Taka trochę zniesmaczona, niespełniona. Spotkałam się tylko dlatego, że tak usilnie pięknie prosił na lampkę wina i pożegnanie przed jego wyjazdem. Tak było wino i to pełna piwnica i brak jakiejkolwiek ekscytacji. A przecież wiecie, że żadnego alkoholu nie tykam. Piłam herbatę w tej uroczej piwnicznej winiarni (i to bez cytryny, nie mieli). Męczyłam z łamanym angielskim, klikałam w translator i szczerzyłam zęby do jego chyba barwnych opowieści w języku włoskim. Zdaje mi się, że rozprawiał o polowaniu, bo co chwilę  kładł rozcapierzone ręce na głowę, chyba udając jelenia, czy łosia. Wiem, że jest szalonym łowczym i bogobojnym Włochem w procesjach. Widziałam na zdjęciach , ubrany jak, jaki biskup. Twierdził, że to przynależność do bractwa. Jakiegoś tam.. .

Ja tu pięknie ubrana w szarą sukieneczkę, gładkie grafitowe pończoszki długi czarne kozaczki. Do tego zniewalająco dziewczęcy makijaż, wiewiórcze włoski świeżo umyte, splecione na ramieniu w warkocza. Już mnie głowa boli i dłoń od jego głaskania. Chcę wracać do domu. Żegnam się i zmykam. Wyrwałam się z tej piwnicy, nawet płaszcza błękitnego z białym kołnierzem nie dopięłam. Staram się brykać szybciutko, ale ślisko. Rozplotłam tego warkocza, włos rozwiany, puszysty, oczy rozognione, bo wolna, czuje się pachnąca, zadbana co do okruszka. Dookoła urokliwa starówka Gdańska, lekko prószy śnieżek, a ja w pończochach. Trochę zawiewa, ale co tam. I nagle z naprzeciwka innym niż ja krokiem, bo wolnym, spokojnym idzie on. Co za on? Myślę – znam tego przystojniaka w długim czarnym płaszczu z rozchylonymi połami, w spodenkach na kancik, jasnym szaliku przerzuconym przez ramię i stukających wypucowanych bucikach.  Wysoki, akuratnej budowy ciała, uśmiechnięty blondyn. Ja taka niespełniona, raczej tylko napełniona po brzegi herbatą. Patrzę i patrzę. On też nie spuszcza wzroku. Idziemy prosto na siebie i żadne okiem nie mrugnie, tylko w miarę zbliżania uśmiech mu rośnie na twarzy. Myślę, no jak nic zna mnie, ale ja ni w ząb tego Adonisa ( no taki ok 40 tki młodzieniec!) przypomnieć sobie nie mogę. Zatrzymał się. To i ja. On nic, ja nic. W końcu Baśka, jako kobieta, czyli odważniejsza istota w kontaktach międzyludzkich mówię

– ” Przepraszam. Znam Ciebie, ale nie wiem skąd”? Na co chłop z uśmiechem, jakby anioła zobaczył nawija. Niestety ten też nie po naszemu, po angielsku!!!  O matko, myślę!! Kolejnych godzin uśmiechania i przytakiwania,  nie wytrzymam. Mówię ach to Ty, YOU!! Massage.. Przypomniałam sobie w lot, że zapłacił za godzinę masażu i usilnie wbił się w mój grafik,w za mały czas, bo tylko ten, czyli now (teraz natychmiast) mu pasował. No to natychmiast zrobione miał,  pół godziny. I poszedł, choć rozochocił się na więcej, po tak mocnym ugniataniu plecków. Ale cóż czasu zbrakło.

Mówię,  już pamiętam jestem Ci dłużna pół godziny masażu.  -„To gdzie”? Chłop szczęśliwy, że pamięć Polce dopisuje i taka „uczciwa” chce dokończyć, co zaczęła, bierze mnie za zmarzniętą rączkę i prowadzi do apartamentu na pobliską Ogarną. Idę z tym wielkim mężczyzną i myślę – „Hm, chyba szalona jestem”. Nie znam chłopa, a jak kolekcjonuje w słoiczkach oczy kobiece.  A duszek z drugiego ramienia szepcze

– „Nie bądź głupia, podoba Ci się wyjątkowo i masz dziś w sobie roześmianą energię. To i tak ostatnie twe podrygi w tej materii”. Ja z tymi  ostatnimi podrygami już tak marudzę od jakiegoś czasu. A później dostaje sms -„Jesteś najbardziej seksowną Polką” i zapominam o schodzeniu ze sceny.

Krzyczcie na mnie!!

Seks za młodu był utrapieniem i jak na lekarstwo. A już dobry, to wcale. Jakby coś takiego nie istniało. A teraz życie mile zaskakuje. Ja się uspokoję, obiecuję Sobie i Wam.

To było piękne, ekscytujące.  Po drodze kupił mi róże, od takiego człeka, co całe życie drepcze po starówce, sprzedając kwiaty. I pocałował w nosek z topiącymi się płatkami śniegu. Wziął masażystkę pod rękę, bo ślisko. Idę i myślę, chyba jestem szalona, gdzie ja idę. Dobrze że było blisko, rzut beretem, bo mogłabym zdezerterować.  Ale powiem  Wam, że trochę ta cała historia bawiła mnie, nie pomyślałabym, że stać mnie na taki młodzieńczy i lekkomyślny wyskok.  Jakże nie znamy siebie. Cóż tak mogą wyglądać, grzeczne za młodu, a później (brzydko pisząc) odbija im.

Przestronny pokój na poddaszu starej kamieniczki zacnej ulicy Ogarnej, równoległej do Długiej. Rosły mężczyzna uniósł, jak piórko roześmianą kobietkę i zaniósł na łoże z baldachimem. Fajnie masował, nie ma co.  Chyba nie będę pisała jakich technik masażu użył, powiem tylko

– „Przepraszam, nie mam wyrzutów, że to zrobiłam”. Możecie to nazwać, jak chcecie. Ja do dziś wspominam, jako dziki wybryk na trzeźwo, bo tylko po dwóch herbatkach byłam.  Dobrze, że nie pije mocnych trunków, bo jeden Pan wie, na co byłoby mnie stać. Jakaś szalona, bezpruderyjna i odważna zrobiłam się. Pilnujcie mnie i powiedzcie, kiedy przesadzę i zejdę na złą drogę.  Hi hi hi, mała Basia na złej drodze, jakoś to kosmicznie brzmi. 

Kiedyś powiedziałabym, że nigdy nie byłoby mnie stać – tak niemoralnie i bez szacunku dla siebie postąpić. Ale wiecie co? Nie poczułam tego zszarganego szacunku, nie poczułam ujmy w stosunku do siebie. To oczywiście nie jest godne pochwały, bo i w szaleństwie trzeba zachować granice rozsądku. Nie bierzcie ze mnie przykładu w tej materii. Och te kobietki!  Z szarej pliszki (tak nazwał mnie drugi mąż) kolorowy, radujący się życiem motylek wyszedł. I tak to z nami kobietami jest, żenisz się z pliszką, a tu po latach barwny motyl trzepocze skrzydłami i chce cieszyć się słonkiem życia. Jestem niepoprawna.

Masaż zajął mi troszkę więcej niż pół godziny i szybciej wyszłam, niż weszłam. Adonis w te pędy chciał mnie odprowadzać, ale wybiłam mu to z głowy, każąc spać, bo jak pomyślałam o dalszym ciągu łamaniu sobie języka, grzecznie prowadząc konwersację, to zrobiło mi się niedobrze. Biegłam w podskokach, tak cudownie wymasowana. Tego wieczoru już nie ćwiczyłam Qi gong, bo energia i uśmiech nie odstępowały ode mnie. A biegłam do samochodu, bo umówiłam się z koleżanką Martą i nie chciałam, aby czekała, aż się Baśka na wygłupia. Oczywiście o wszystkim jej opowiedziałam i to ze szczegółami. Możecie mi pogrozić palcem, ale wiecie co, w tym masowaniu było dużo życia. I mi także czasem masaż jest potrzebny. Darujecie mi ten wybryk? To było chwilowe zaćmienie rozsądku.

Moja nagroda. Laleczka

http://aksinicoffeepainting.art-madam.pl/

Wygrałam cud lalunię  w konkursie naszej blogerki Aksini. W poście – „Była sobie Dziewczynka” należało odgadnąć, kto jest na zdjęciu. Myślę, pierwsze – osoba ważna dla niej. A, kto może być ważniejszy od własnego dziecka i mamy? Na dziecko Aksini nie wyglądała. Myślę mama, jak nic, Mama! Dalej po rowerze poznałam, że to nie babcia, nie ona. Miałam rację. Zajęłam trzecie miejsce. I dziś dostałam paczuszkę z nagrodą, na adres naszej firmy, bo tam dużo czasu spędzam. Zanim poszłam na tantrę obejrzałam i wszystkim w salonie pokazałam. Lala jest subtelna i ma taki szczegół, który ucieszył i zajął serce. Rozpoznawalny właśnie mnie. Pończoszki z kokardkami. I to serduszko!! Ach ta nasza Aksinia, ona wie, żem kokietka i strojnisia. Lubię ludzi i życie. Chyle czoła, że kawałeczek drewna uczyniłaś subtelnym koronkowym dziełem. Bardzo Ci dziękuję. Stałam się dumnym posiadaczem Twojego rękodzieła.

I to jest mały świat bloga, jakże czyniący Ciebie ważnym na miarę naszych potrzeb. Ciesze się. A jeszcze powiem Wam, że zadbała o oprawę. Laleczka leżała w ręcznie robionym origami pudełeczku wyścielonym czarnymi piórkami z poświatą zieleni. Magicznie! Bardzo dziękuję!!

Zaskoczenie, miła niespodzianka. Mężczyźni

To był piątek. Wyjątkowo dużo masaży zebrało się w moim grafiku tego dnia. Zamiast 4 godzin, poćwiczę moje muskuły na klientach przez 8 godzin.

Pierwszym był pan z Norwegii, który wrócił do rudej pani na terapeutyczny pleców. Kilka miesięcy temu wychwalał swojej żonie, co obok paznokietki upiększała, jaki to silny i dobry masaż mu zrobiłam. I dziś wrócili. Pan dobrze wygnieciony szczęśliwy wyszedł, a tu w drzwi stawia się uśmiechnięty szef. Jesteśmy w socjalnym, drzwi uchylone, rozmawiamy, już chcę napomknąć, że masaże tantryczne rozwinęły skrzydła, mam je prawie codziennie. Dziś też. Zbieram się na odwagę poprosić o większy procent zarobku od masażu tantrycznego. Na obecną chwilę dostaję 10 % od każdego masażu. Czyli, jak klient płaci 450 zł za tantryczny, ja z tego zarabiam 45 zł. Wiem, to obrzydliwe tak wykorzystywać ludzi. I co małą Basię chłop (szef) wykorzystuje. Ale zbierałam się zbierałam, aż w drzwiach stanął listonosz. Podaje recepcjonistce kartę świąteczną zaznaczając, że to dla pani Basi C… . Ja się z „kanciapy” (bo trudno te 2 metry nazwać socjalnym) nie wychylam. A dziewczyny już głośno czytają. Szybko pytając, czy mogą. Przyzwalam, bo soczystych miłosnych wyznań nie spodziewam się. A tu naprawdę ciekawe życzenia.  Nie tam jakieś wesołego dyngusa, czy smacznego jaja, tudzież bogatego zająca, tylko tak poetycko zahaczając o utwór Lecha Janerki, życzył wielu wskrzeszeń mi potrzebnych, wiosny w sercu.. . 

Szef  bacznie przysłuchuje, a ja myślę, że pomyłka.  Biorę do ręki, oglądam wszystko, co się da. Stempel, skąd, czy moje nazwisko zgadza się. Tak to chyba do mnie, ale ja tylko jedynego Krzysztofa znam, a ten pogniewał się, odkąd dałam mu kosza (bo żonę ma i jeszcze tak wiele jej zawdzięcza). I zaczynam główkować. Hm, facet z Wejherowa, a stamtąd tylko psychopatę Janusza znałam na moje nieszczęście. Tego z postu – „Książę, czy ropuch”, co musiałam wariatkę później udawać. Myślałam myślałam i nic nie wymyśliłam. Dziewczyny lekko zazdroszczą, jakiś cichy wielbiciel pisze do niej. Szef też byłby rad dowiedzieć się więcej, ale ja sama nie wiem.

Wracam po tantrze z Anglikiem starszym, zacnym miłym. Po Siódmym Niebie  z przystojnym jak ogień komentatorem. Mówię Wam, bajka!! To niebo z tym mężczyznom było marzeniem każdej kobiety. On również zrobił mi cudowną niespodziankę. Uwielbiam, te jego roześmiane oczy i dłonie pianisty i ..  Dziękuję Śnie Nocy Letniej.

Wracamy do tajemniczego nadawcy. Mam wpadł mi pomysł, czy to może bloger? Nasz kolega poeta i fotograf zacięty. Z tego, co pamiętam on mieszka w Wejherowie, kocha kartki z życzeniami wysyłać pocztą, a nie siecią, tylko nie wiem, czy zwą go Krzysztof. Wchodzę na jego bloga i pytam wprost, jak ma na imię?

No i mamy!!! Nasz bfcb, http://wczorajszefotografie.wordpress.com/, o imieniu Krzysztof zrobił mi radość, niespodziankę, łamigłówkę i podenerwował koleżanki z pracy, że ta najstarsza wielu wielbicieli ma. Jak chłop znalazł moje nazwisko to zupełnie nie wiem. 

Dziękuje Ci Krzysiu, zadałeś sobie trud, aby tak zwyczajnie ucieszyć mnie. To miłe. Naprawdę to był fajny dzień, dzięki Twojej kartce też. Pisałam już wiele razy i w ostatnim poście, że na blogu nie czujemy się samotni. Ja, ogniście ruda Baśka  poczułam się dzisiaj królewsko.

Dlaczego blog?

Zanim zaczęła się moja przygoda z blogiem, nic właściwie o nich nie wiedziałam, nie czytałam, nie szukałam, nie interesowałam się tym zupełnie. Pewnie nawet nie uwierzyłabym, że podejmę się czegoś takiego, no bo w imię czego? To jednak zabiera czas, a każdy narzeka, że go nie ma. Nie oddaje się tak łatwo czegoś, co cennym jest i nie mamy go w nadmiarze. A jednak wielu z nas to zrobiło. Myślę o tych, co piszą i czytają, komentują. I zapewne niewielu powie,  że ma full czasu i  męczy go jego nadmiar, dlatego pisze w eter, właściwie do obcych ludzi. Później stają się w pewien sposób bliscy i lubiani w większości. 

Wchodzę na różne blogi czytam, a to o przepisach kulinarnych i takich na życie, o podróżach, czyimś spojrzeniu na politykę, nowościach w technice, modzie, kosmetyce.. . Niektóre są długie, wyczerpujące, inne kilku zdaniowe, aby rzucenie tematu i oddanie do przemyślenia samych czytelników. Jedni mało przykładają się do swojego pisania, za to czytają, czytają wszystkich dookoła i komentują. Każdy jednak poświęca kawałek swojego życia. Dlaczego to robimy? Napiszcie mi jeśli możecie. Ja powiem, a właściwie wyklikam Wam, jak to ze mną było, bo powoli przychodzi myśl, że wszystko spowalnia, stopuje, wycisza, aż dochodzi do końca.

Nieszczęśliwa, spłakana od 9 miesięcy, bo tyle trwała terapia psychologiczna. Gdzie w powałach chwieje się całe Twoje życie, z mocnym zaznaczeniem dzieciństwa, przerobiłam, przepracowałam wspólnie z kimś mądrym, bóle życia. Poszłam, bo czas dobiegł końca, ale nadal jeszcze trochę kołatał się żal, ból..,  może przygaszony, ale jednak serce nadal czystym nie było. I wolnym, jak ptak nie pofrunie. Psycholog wiedziała, że należę do tych, co nie chowają głęboko tylko potrzebują wypłakania, wygadania. Mówić już nie mogłam bo czas na NFZ dobiegł końca, więc mądra z niej kobieta podpowiedziała pisanie. To ona wspomniała o blogu. Podreptałam do uroczego Hiszpana i to on założył mi go i oddając laptopa rzekł, „Pisz Basiu, pisz”. Nie od razu zabrałam się za to. Opierałam myśli „rozbierania uczuć” przed obcym. Blog założonym był w czerwcu 2017 r, a zabrałam się za niego pół roku później. Kiedy zaleczyłam stany depresyjne.  Wylałam do końca bóle wszelakie, najczęściej jednak dotyczące mężczyzn. Popisałam erotyki, bo zawsze tego mało miałam. Siedziało we mnie takie niespełnione. Pokazałam światu moje kochane przepisy na dobre jadło. A terapia z panią Beatą dała mi także wiele wiary w siebie, takiej ogólnej siły, że my kobiety jesteśmy kimś!! Jesteśmy pełnią same w sobie i że warto odważyć się na niejedno, bo życie tu i teraz tylko. I to także zapragnęłam przekazać innym. Szybko poczułam, że polubiliście mnie, więc łatwiej było mówić  o życiu codziennym, o smutkach i radościach. Tak wygląda człowiek samotny, potrzebujący kontaktu. To Wy jesteście moim kontaktem. I jakże łatwym, dostępnym. Wystarczy otworzyć laptopika i już jestem z Wami. Nie muszę umawiać się, stroić, jechać na spotkanie. Tu patrzą na mnie obcy ludzie, a takim łatwiej zwierzyć się, kiedy masz potrzebę i zawierzyć. Oni nie mają potrzeby wykorzystywania tego przeciwko Tobie, chyba, ze ktoś „dowali” ostrym komentarzem.  Ale takie życie i tego też trzeba nauczyć się. 

Pomogliście mi. Dziękuję Wam wszystkim i blogerom i komentatorom, czytelnikom z kraju i zagranicy. 

Już nie czuję bólu do mężczyzn, tylko zostały ślady po bąblach oparzeniach, całkowita niewiara w mój jakikolwiek związek z mężczyzną. Nie tykam się ich głęboko. I nic na to nie poradzę. Pewnie organizm sam lepiej wie i w ten sposób chroni. Wiem, że rozumiecie mnie i nie oddalibyście na skrzywdzenie, bo za bardzo lubicie. Znacie, że trzpiotka ze mnie, albo raczej taki płaszczyk założony, a naprawdę wrażliwa, czuła osoba.

Nie żegnam się z Wami. Zdałam sobie tylko sprawę, że zwalniam, wyciszam. To chyba dobrze w moim przypadku. Oznacza, że ból życia skończył się. Naprawdę czuje to, jestem szczęśliwa, bo spokojna, wesoła, bez żalu, bez oczekiwań, ale nie pokonana. Płynę, rozglądając się i uśmiechając do wszystkich. Dziękuję Wam; blogerzy, czytelnicy.

A pewnej kobiecie kłaniam się w pas, że przestudiowała mnie, bardzo dobrze poznała, bo moje wpisy szczerymi są do szpiku kości. Zadała sobie trud, poświęciła dużo czasu i przeczytała razem z „podszewką” od pierwszych chwil i każdy skomentowała. Dziękuję Ci Herne!! Jak opisywałaś mnie i mojego bloga w swoim poście,https://pegazwgrochy.wordpress.com/2019/03/28/share-week-2019/ to pomyślałam, jakże ona mnie zna! I jaką życzliwą jest, jak siostra. Miłe, bardzo miłe, rozczulające. 

Jak było z Wami i blogiem, komentowaniem? Co Was skłoniło, co to dało, na co pozwoliło? Przyznam się, że jestem ciekawa, no bo nie każdy traktuje bloga, jak mój przypadek – terapię. A później radość podskakiwania.

A myślałam, że mam intuicję

Lubimy podążać za tym, co obce, zachodnie i w randkowaniu też nie chcemy być w tyle. W relacjach z drugim człowiekiem dość często poszukujemy rozrywki i niezobowiązujących związków. Zwłaszcza ci mocno ostatnio zawiedzeni. Ci ze złamanym sercem mówią, że chcą odpocząć i nie pakować się po uszy w kolejną relację, która zaorze ich po całości i porzuci. Albo dla tych, co na razie na poważny układ nie mają czasu i miejsca lub nie wierzą patrząc na bliskich, znajomych. I ich przegrane. Szukamy nowych- tylko znajomości. A to z kolei otwiera furtkę do różnych tego typu aplikacji, jak np. Tinder (podobno najgorętsza aplikacja świata), wychodzących z ofertami dla wiecznie młodych użytkowników.

Dlaczego o tym piszę? Kilka dni temu wylano na mnie kubeł zimnej wody. Do naszego salonu na strzyżenie przychodzi uroczy młody mężczyzna. Po trzydziestce przystojny, ale nie laleczkowaty, tylko bardzo męski z dużą nutą ciekawego człowieka, który porusza poważne tematy. Dyskutuje mając duży zasób wiedzy. Opowiada też o swojej rodzinie. Zawsze tak ciepło o swojej kilkuletniej córeczce. Od pierwszego z spotkania polubiłam go i mówiłam o nim „solidny pan”.  Ten Solidny to, ten Solidny tamto.. . Aż dziewczyny z pracy pokazują mi jego zdjęcie i ofertę na jednym z portali randkowych. Żal mi było bardziej siebie niż jego. Smutne. Widziałam w nim solidnego dobrego męża, ojca, a tu kobiety na boku. Matko, dlaczego? Po co narażać związek. Coś co ma wartość największą. Szafować tym. Nie dbać o swoje szczęście. Tracić energię i.. .

Nie znam się na ludziach. Jednak nie znam. A myślałam, że mam intuicję. Na początku łatwo, szybko oceniłam tego mężczyznę, jako skałę na której można budować,a  tu chwasty z serca wylazły. Nie oceniam, tylko zastanawiam się, czy to tragiczna niezgodność ich libido, potrzeb seksualnych, czy jego chęć życia z maksymalną dawką adrenaliny, ryzyka, szafowania szczęściem, a może odrzucenie, samotność w związku, ale takich młodych ludzi? Czy po prostu głupota?