.. potrzebujemy siebie

Mój ukochany kotek w tym roku latem będzie miał 16 lat. Jest najmilszym, niezwykle czułym stworzeniem. Nie sposób tego kotka nie kochać. Daje dużo radości, czułości, przyjemności z kontaktu. Ma swoje stałe rytuały, w których zawsze bierze mnie pod uwagę. Kiedy pojawił się w naszym domu, najmłodsze z trójki dzieci miało 10 lat. On był ich. Ja tylko karmicielką i od czasu do czasu pogłaskałam, przytuliłam. Odkąd najmłodsze wyszło z domu na studia, ja i kotek byliśmy tylko dla siebie. Pokochaliśmy się wzajemnie.

On często szuka bliskiego kontaktu. Śpi na mnie, jak niemowlę przytulone, z maleńką główką pod szyją. Ogarniam go rękoma, zamykam oczy i chłonę szczęście wraz z jego energią, on moją.

Całymi latami był zdrowy. W ubiegłym roku po wielu latach spokoju,  trzeba było zapakować do transportera, czego kotek okropnie nie lubi i pokazać się na badaniach w szpitalu dla zwierząt. Prześwietlono Kleosia na wylot. Ma chorą tarczycę, tableteczka dziennie. No i tu zaczynają się schody. Chowam ten medykament na różne wymyślne sposoby, ale Kleoś mądrzejszy i smak ma, zawsze znajdzie, zje wszystko oprócz tabletki. I tak bawimy się,  aż straci czujność i jakoś pójdzie do żołądka. Chyba, że chowa gdzieś pod szafę i podczas wiosennych porządków znajdę :-))) Właśnie skończył się zapas leku i Basia dzwoni do weterynarza. Czekam bo melodyjka- czekadełko, pamiętam, że trzeba podać moje nazwisko i imię kotka. Jestem na łączach;

-Szpital weterynaryjny…, słucham

-Dzień dobry, tu Basia C… mama kota Kleofasa (pauza, moja konsternacja). O matko co ja mówię, widzi pani.. mama..

– …

Rozmowa dalej potoczyła się gładko, kotek dostał kolejną porcję leku. A ja uświadomiłam sobie, że weszłam w rolę rodzicielki kotka. Kocham go i opiekuję się nim. Często mówię do niego.. -„Chodź mamusia da.., -Poczekaj mamusia pomoże..,   -Mamusia ciebie kocha.. itd itd. Może stąd wyskoczyła ta mama

 

Potrzebuję też Kleosia do szczęśliwego życia.

Mam nadzieję, że i Wy macie  swoją miłość.

.. jak onieśmielona dziewczynka z liceum

Nie wiem, czy będę umiała przekazać uczucia i myśli, jakie ostatnio gonią mnie. Spróbuję. Taką Basię, jaką poznaliście na blogu stałam się od niedawna, można ująć  najdalej w ostatniej dekadzie. Otwartą, komunikatywną, może nawet wesołą trzpiotką.

Po pięćdziesiątce wyszłam do ludzi i postarałam się być podobna do nich. Myśląc, że wszyscy są otwarci, bawiący, odważni. Teraz wiem, że są i tacy jak ja, samotnicy. Przez większość mego życia nakładałam maski, kiedy wchodziłam w pole drugiego człowieka.  Zawsze byłam bardzo cicha, wstydliwa, żyjąca w swoim świecie. Wszelkie spotkania z ludźmi były trudem. Ale zawsze myślałam, że życie  jest trudem, więc nie stawiałam się tylko mierzyłam z zadaniem, okupione bólem głowy. Lekarz nazwał to napięciowym bólem głowy ze stresu.

Ja z zamiłowania domator, potrzebujący ciszy, aby się skupić. Zahukane kurczątko, z niskim poczuciem wartości i z natury, w genach prawdziwy introwertyk. Dziewczynka, kobieta czująca się najlepiej w samotności. Ja jej do życia potrzebuję, tej samotności!!! Inaczej łamię się, naginam i biorę życie na ramiona. Umiejętność bycia z ludźmi już posiadłam, co nie znaczy, że to moje wymarzone środowisko sprzyjające mi. Zawsze wracając z jakiegoś rodzinnego, czy innego przyjęcia, wchodziłam do domu, zamykałam drzwi pokoju, gasiłam światło i leżałam na kanapie milcząca i w ciszy. Często z tabletką na ból głowy i tak sobie odtajałam. Czułam się wykończona, zbyt dużo wydatkowałam energii. Dopadał mnie introwertyczny kac. Nie będę Wam za dużo opisywała siebie, bo wyjdzie długi wpis, a każdy z nas męczy się elaboratami.

Dawno nie czułam się tak, jak wczoraj. Już od jakiegoś czasu mam dwa numery telefonu. Będę wychodziła z tego głównego znanego od lat, dlatego powiadomiłam garstkę ludzi o moim nowym numerze, który też mam już jakiś czas, ale na palcach policzyć można, kto go wówczas dostał. Dzieci moje i Alan jako pierwszy :-))) Przejrzałam telefon i postanowiłam niektórym osobom udostępnić kontakt ze mną. Napisałam sms między innymi do brata męża, a on zaraz oddzwonił na nowy telefon i zaprosił na ciasto na niedzielę, bo dawno u nich nie byłam i nie widziałam rozbudowanego domu. Myślę trudno, trzeba. Rzeczywiście ostatnie lata postawiłam się i bardzo rzadko zaglądałam do nich. Mężowi to nie przeszkadzało, mogąc sobie z bratem wypić, ile się da.  Myślałam, że w dobie pandemii będziemy tam sami z gospodarzami. Zdziwienie wielkie, że ponad dwudziestka ludzi i to z małymi dziećmi tam była. Czy oni nie zdają sobie sprawy, że mnie należy obawiać się. Przecież pracuję blisko z drugim człowiekiem. Wprawdzie teraz masaży mało, ale wystarczy jedna chora, która może jeszcze nie wiedzieć o tym, że jest zarażona. Lekkomyślność gospodarzy. A niby tacy mądrzy jesteśmy.

Na widok gromady ludzi czuję niepokój. Jednych znam innych nie. Przedstawiam się i szybko, chyba nieświadomie ewakuuję do pokoju zabaw dzieci. Siadam z nimi na dywanie i tylko przyglądam, jak się bawią. To moje schronienie.

Kiedy tam byłam poczułam coś, czego dawno nie miałam zagubienia małej dziewczynki. Specyficzne uczucie i dziwie się, że nie zapomniałam smaku, zapachu tego złego samopoczucia. Co innego, jak wchodzę do kogoś siadam przy stole na wyznaczonym miejscu i słucham, czasem odezwę, jak zapytają. I nawet barwnie opowiem, ale sama nie wychylam się. A tu nie było stołu, przypisanego miejsca, tylko potworzone grupki ludzi stojących, kołyszących przy muzyce, czy z dzieckiem, gdzieś można się  było dokleić i to doklejanie jest dla mnie straszne. Widzę, że do dziś. Powiem Wam jestem zmęczona, długo już noszę maski.

To nie jest tak, że mam tylko cechy introwertyka. Może jestem ambiwertykiem i w zależności od sytuacji potrafię aktywować cechy ekstrawertyka, ale zawsze to jest okupione moim złym samopoczuciem. Płynę pod prąd, stąd później to zmęczenie. 

A jak Wy radzicie sobie ze swoim temperamentem? Podobno większość prowadzących blogi mają w przewadze cechy introwertyka. Pisanie pozwala nam lepiej wyrażać i odkrywać siebie. Temu, kto chce wiedzieć więcej o introwertykach polecam książkę-„Sekretne życie introwertyków” Jennifer Granneman.

 

Kremowy sernik

Pomyślicie, że na tej emeryturze i bez masowania całkiem sfiksowałam próbując wypełnić czas. Właściwie to nie wiem dlaczego tydzień temu po upieczeniu sernika, zdążyłam już dwa następne upiec. Chyba zawzięłam się na znalezienie tego jednego- jedynego- najlepszego!!!

Nie wiem, czy ten ostatni kremowy jest tym najlepszym, ale bosko delikatnym. Jakbyś sernikową piankę jadł. Spróbujcie, warto, bo to ten, co nie opada!!! 

Składniki:

Spód: 20 dag zwykłych herbatników, pół kostki masła

Masa twarogowa: 1 wiaderko zmielonego twarogu na sernik, 1 szklanka drobnego cukru, 1 cukier wanilinowy, 5 jaj, 3 płaskie łyżki mąki pszennej, 1 duże opakowanie śmietany kremówki-30%

Polewa: 1 duże pojemnik śmietany 18% i 3  czubate łyżki cukru pudru. (ten kto użył tortownicy 26 cm może na polewę użyć 1,5 dużego opakowania śmietany 18% i 5 łyżek cukru pudru)

Herbatniki pokrusz prawie na piasek za pomocą blendera kielichowego lub po prostu wałka tłukąc i wałkując herbatniki w podwójnym woreczku. Wysyp do miski i zalej roztopionym masłem. Wyrób dłonią i wyłóż na spód tortownicy 24 cm a jeszcze lepiej 26 cm, jak masz. Odstaw i zabierz się za masę. Do miski wrzuć wiaderko twarogu, cukier jeden i drugi, miksuj. Dalej 5 jaj, po jednym i nadal miksuj. Dodaj nieubitą śmietanę kremówkę i mąkę pszenną. Krótko zmiksuj i wylej na ciasteczkowy spód. Masa jest płynna, ale nie martw się tym, po upieczeniu będzie kremowa.

Piecz 15 minut w 170 stopniach, teraz zmniejsz temperaturę do 110 stopni i w tak niskiej, jak na pieczenie temperaturze piecz 1,5 godziny. Teraz rozmieszaj łyżką śmietanę 18% z cukrem pudrem i wylej polewę na sernik. Piecz jeszcze 15 minut w 110 stopniach. Tak, tak, w sumie 2 godziny pieczenia. Ostudź przy uchylonych drzwiczkach i kiedy będzie chłodny wstaw do lodówki na noc lub przynajmniej 5-6 godzin.

Ta słodkość warta grzechu jest! Właśnie moje podniebienie zakosztowało tej przyjemności. I zanim upłynęło 5 godzin stania w lodówce, Baśka ukroiła sobie słuszny kawałek i zjadła. Ale mam wytłumaczenie. Musiałam się wzmocnić!!  Jestem z tych ludzi, co nie cierpią długiego trajlowania przez telefon. A tu koleżanka (mam dwie takie), co to nigdy dobrowolnie nie kończy rozmowy i po około dwóch godzinach zostawiasz telefon z bólem głowy. Nie wiem, jak Wy, ale ja nawet czasem odstawiam słuchawkę na bok, bo ucho już piecze. I jeszcze żeby było, co opowiadać, ale jak to babki- „..Wiesz on mi powiedział tak…, to ja mu odpowiedziałam tak…a słyszałaś to..?, a wiedziałaś. że Osiecka była alkoholiczką?.. itd itd.. „. Robię się chora po takiej rozmowie. No i musiałam się pocieszyć. Zjadłam ciacho! I pycha rozpłynęła się po ustach. Zamknęłam oczy, oddychałam spokojnie czując rozkosz.. Teraz nie chciejcie zobaczyć moich fotek w obcisłych sukienkach!!

Czy w waszych oczach jestem usprawiedliwiona? A to nie koniec serników. Jeszcze jeden chodzi mi po głowie. I wtedy zawezmę się, hm… może za bezy. No, ale bez wznowienia biegów, ćwiczeń nie widzę tego dobrze. Alan nie pozna mnie :-))) A tego bym nie chciała!!

„Wiejska bagietka dla Ani”

Dobrze jest mieć rodzeństwo. Kogoś najbliższego na równi z rodzicami. Moja siostra Ania jest tylko o rok młodsza. Piękna, mądra i wyjątkowo dobra, empatyczna dziewczyna. Jest nie tylko siostrą, ale i przyjacielem.

Zawsze miałyśmy bardzo dobry kontakt. Jako małe dziewczynki byłyśmy ciągle razem. Nawet Pierwszą Komunię przyjmowałyśmy tego samego roku. Nigdy nie narzekałam, że nie mam się z kim bawić.

Była i jest ze mną w radościach i najtrudniejszych momentach życia. Zawsze wspierała i nie raz patrzyła z zachwytem na starszą siostrę. Teraz w naszym dojrzałym życiu, kiedy już potrafimy mówić o uczuciach, jesteśmy bliżej siebie niż kiedykolwiek i często mówimy sobie – „Kocham ciebie siostrzyczko”. Ostatnio piekę różne chlebki, a ona zachwyca się, że mam na to chęci i umiem.

To dla Ani stworzyłam przepis na pieczywo, jakie wiem, że polubi, że jest akuratne dla niej.  I moją wiejską bagietkę nazwałam „Bagietką dla Ani”. Wam również bardzo polecam, jest pachnąca mąką i pyszna na drugi i następny dzień.  A Tobie Aniu dziękuję, że jesteś ze mną w każdym moim poczynaniu. Rozumiesz moje działania. A znasz je wszystkie!! Nigdy nie popatrzyłaś krzywo na moje przedsięwzięcia, nawet na kontrowersyjne pomysły dorabiania do emerytury. Choć nie zawsze miałaś ze mną łatwo, bo w dzieciństwie czułam, że jestem lekko faworyzowana.

W moich oczach Ty zawsze byłaś i jesteś wielka!!

Masz najpiękniejsze serce!!

Z wielką troską i miłością zajmujesz się naszą mamą od 10 lat. Tak bardzo lubię, kiedy wysyłasz mi zdjęcia z mamą i swoim kotkiem Tadeuszem podpisane -„Moje dwa Skarby”. Jesteś dobrym człowiekiem. Swój komfort, wygodę, czas.. poświeciłaś mamie, na jej starsze lata, kiedy już nie radzi sobie sama. Opiekujesz się nią, jak małym dzieckiem i dogadzasz w czym możesz. Niejeden nie miałby cierpliwości, chęci, siły, zaangażowania i poddałby się. A Ty robisz wszystko pod kontem szczęścia mamy! Życzyć można byłoby sobie takiej Córki. Dziękuje Aniu, że jesteś i za to jaka jesteś!! A to dla Ciebie, kochana Aniu, bagietka na śniadanko.

„Wiejska bagietka dla  Ani”

Składniki: 1 szklanka ciepłej wody, 1,5 łyżeczki cukru, po 2 łyżeczki soli i drożdży suchych oraz 2 szklanki mąki pszennej. I opcjonalnie: garść pestek dyni, słonecznika i płatków owsianych (bez też pyszne, ale ja wolę z tymi dodatkami).

Połącz ciepłą wodę z drożdżami i cukrem. Wymieszaj i dodaj mąkę sól i jak masz dodatki (dynia, słonecznik, płatki owsiane, mogą być otręby, czarnuszka, siemię lniane..) . Wymieszaj łyżką. I odstaw na godzinę, przykryte ściereczką. Po tym czasie posyp blat mąką, wyłóż ciasto i wyrabiaj składając je jak w kopertę. Brzeg z lewej strony na prawo i odwrotnie, z góry na dół i odwrotnie. Jak się klei, bo to raczej rzadkie ciasto, podsypuj mąką dla ułatwienia. Podziel swoją kulę na 4 części. A z tych części 4 małe kulki. Każdą po kolei rozklep paluszkami na prostokąty i roluj po dłuższym brzegu. Na końcu rolowania przygnieć paluszkami dłuższy brzeg i krótko wałkuj jak ciasto na kopytka. Taki wałeczek ułóż na blasze. Z kolejnymi częściami postępuj tak samo. Na blasze wysmarowanej smalcem i posypanej mąką ułóż 4 bagietki. Przykryj ściereczką o odstaw na 20 minut. Teraz ostrym nożem natnij kreskę wzdłuż każdej bagietki. Nie na środku tylko bliżej któregoś boku. Zwilż wodą po wierzchu pieczywa. Możesz zrobić to dłonią. I oprósz mąką za pomocą sitka. Wstaw do nagrzanego piekarnika 180 stopni. Ja piekę 35 minut. To zależy od piekarnika, może ździebko różnić się. Zaglądajcie aby nie przypiec za mocno. Jak wyjmiesz po krótkim ostudzeniu otrzep z nadmiaru mąki i zapukaj w dno bagietki, czy wydaje głuchy dźwięk. Znak, że spisaliście się na 6 z plusem.

Smacznego  kochani! Wierzę, że i Wy jeśli macie rodzeństwo, to nie gniewacie się na siebie, a kochacie. Tego Wam życzę.

Duolingo

Jest taki Janek, co pisał świetne opowieści pt. „Dziwni” o Kasi i Ziemku.

http://storybyjann.wordpress.com/

Ten bloger kiedyś w komentarzu wspomniał mi, że uczy się angielskiego. Zapytałam gdzie, jak? Za pomocą aplikacji do nauki języków obcych Duolingo. To dzięki Jankowi uczę się angielskiego. W podstawówce pilnie, jak wszyscy uczyłam się rosyjskiego. W Liceum oprócz rosyjskiego liznęłam niemieckiego, a na studiach kolejne lata z rosyjskim. Nie miałam języka angielskiego po drodze mojej edukacji.

Kiedy w szkole weszły stopnie awansu zawodowego dla nauczycieli, aby zacząć staż i ubiegać się o stopień nauczyciela dyplomowanego, bo mianowanie już miałam należało załączyć dokument, że przeszłaś kurs języka angielskiego dla nauczycieli, kilku spotkań. Zrobiłam to na chybcika, jak każdy wówczas. I po, umiałam kilka zwrotów typu; How are you..My name is Basia.. . A wiecie, że jestem starsza i nie chcę narażać się na niepotrzebny stres uczenia z młodymi lotnymi ludźmi, więc kiedy Janek powiedział, że to Duolingo w zaciszu domowym, sam na sam z bezpłatną aplikacją w telefonie, szybciutko założyłam. Myśląc, że zawsze się czegoś tam nauczę, a przy tym poćwiczę pamięć. Fajnie jest się uczyć w swoim rytmie nie mając żadnego przymusu. Nauczę się tyle, ile dam radę. U nas w rodzinie obciążeni jesteśmy demencją starczą, boję się tego i staram być aktywna umysłowo. Na ile to kiedyś mi pomoże, zobaczymy.

Otwieracie sklep w swoim telefonie i ściągacie aplikację Duolingo z 0brazkiem zielonej sowy. Klikacie „zainstaluj” i już wita Was zielona sowa.  Ekran główny przedstawia kategorie ćwiczeń, od tych podstawowych po bardziej zaawansowane. Na początku odblokowana jest tylko pierwsza kategoria zadań. Aby uzyskać dostęp do pozostałych musimy odblokować poprzednie, czyli przejść te lekcje, bądź też pójść na skróty i rozwiązać krótki test. Nauka i sprawdzanie wiedzy odbywa się za pomocą różnorakich ćwiczeń. Rozpoznawanie obrazków, tekstu mówionego, kontekstu, poprawna budowa zdań, zapisywanie ze słuchu to tylko część z zadań jakie na was czekają. Cały czas towarzyszy stopniowanie trudności. Powoli wchodząc w trudniejsze kategorie. Możesz wracać i powtarzać lekcje ile chcesz. Ja już się wkręciłam i czasem pozwalam sobie na ostrą rywalizację. Jak widzicie, kiedy walczyłam o Ligę Diamentową w ciągu tygodnia zdobyłam ponad 4700 punktów, gdzie za przerobienie materiału jednej lekcji dostajemy 10 lub 20 punktów w zależności od stopnia trudności Od każdego poniedziałku do niedzieli uczysz się i dostajesz punkty. Duolingo z nauką angielskiego na pewno nie jest dla młodych, co znają lepiej lub gorzej ten język, oni niech wkręcają się w norweski czy hiszpański, francuski.. . 

Ja z tą aplikacją skumplowałam się w kwietniu 2019 r. (i tak bez opuszczenia nawet jednego dnia). To jest dobra gimnastyka dla mózgu, o niego też warto zadbać, zwłaszcza na dojrzałe lata. Na szczęście od jakiegoś czasu Polska zmieniła kurs i zadbała o młode pokolenie wprowadzając język angielski do szkół. Teraz młodzi od przedszkola dobrze radzą sobie w tym języku. Ale przed nimi nowe wyzwania, np. hiszpański, gdzie w wielu miejscach świata ludzie posługują się tym językiem. Jest to jakaś forma aktywności umysłowej, po za tym cieszy każdy sukces w przeczytaniu czegoś nowego. Alan najczęściej pisze do mnie po angielsku i najpierw przelatuję oczyma po całości jego wiadomości i próbuję zorientować się o co chodzi. Dopiero wtedy dla pewności wchodzę na tłumacza. Tylko nasz skrót JED oznacza Jeg elsker deg, czyli kocham ciebie po norwesku. Moje obie córki też ćwiczą umiejętności językowe; Konstancja hiszpański, a Julia kataloński.  Polecam serdecznie to nie zajmuje wiele czasu, tylko trzeba być systematycznym, ale jak byście nie byli, to głowy nie urywają. My na starość nic nie musimy, ale możemy i to jest plus tych lat- luz życiowy.

 

 

Podatek cukrowy. Ocalić przyjemność -„Sernik w kąpieli”

 -„Serniczek, jak stoliczek” (bo taki równy), względnie -„Sernik w kąpieli”, bo tapla się we wrzątku..

Tak nazwałabym słodkość, która mi wyszła. A może powinnam nazwać -” Sernik nowojorski” (bardzo podobny). A może Joli. Znakomity z niej cukiernik. Czuć, że bawi ją pieczenie, lekko przychodzi.

Wiecie, że ja łasuch z uzależnieniem od cukru.

Niestety kocham je! Oj kocham- słodycze! Ten kawałek przeznaczyłam dla Alana :-)))

A tu słyszę, że mój boski napój coca-cola droższą będzie, bo ma dużo cukru. Mój tok myślenia poszedł dalej, że skoro państwo chce zadbać o moje zdrowie, co bym tyle tego cukru nie wypijała, to i słodycze mi opodatkuje.

Przygotowuję plan- „Ocalić przyjemność”. Cola tylko od święta i po hardkorowym dniu pracy. A tak na co dzień, woda wysoko zmineralizowana w połączeniu z sokiem z cytryny, miodem i kilkoma plasterkami świeżego ogórka, no może i imbiru, jak pani domu nie zapomni kupić :-))). A zamiast wafli, batoników, mniam pysznych czekoladek, coś swojego pieczonego  raz w tygodniu. Romuald ma wieczną dietę, to tylko na spróbowanie kawałek zje, a Julia drakońską dietę, a raczej drakońską wolę, ta się nie łamie, więc nie wiem, czy chociaż spróbuje. Baśka spróbuje na pewno i nie tylko spróbuje, jeszcze ciepły. Reszta podzielona na mniejsze kawałki, zamknięta w szklanych pojemnikach leżakować będzie w lodówce. Jak Basię łasucha opęta chęć przyjemności płynąca z podniebienia, to hyc po ukrytą słodkość. Może odwiedzi mnie przyjaciółka Marta, to i ją uraczę tym planem „Ocalić przyjemność” :-)))

Zanim doczytałam, że to tylko napoje z cukrem i słodzikiem opodatkowane będą, nie słodycze, to już padł wybór na serniczek. Widziałam taki piękny równy, jak stół u blogerki Joli Starys – Kulinarny blog Samanthy

http://www.kulinarnyblogsamanthy.me/

Leciuchno zmieniłam; tego więcej, tego mniej, bo tego miałam za mało, a tamtego wiele i mam „Serniczek, jak stoliczek”, taki równiutki. Jola 6 jajek, ja 7, bo cyfra szczęśliwa :-))) na dodatek taki zacny ze wsi chłop, ma smaczne jaja i stale mi je dostarcza, już nie wiem, jak je przerobić?! Jola bez cytryny, Basia z cytryną i polewą białą, Jola niecałe wiaderko twarogu, Basia całe, bo co z resztką zrobić. Coś tam jeszcze pozmieniałam i teraz Was kochani uraczę tym skonstruowanym przepisem. A Tobie Jolu bardzo dziękuję. Nauczyłam się piec serniki w kąpieli.  Wszystko jest tu proste, jedyną (niewielką) trudnością podczas pieczenia tego sernika, może być właśnie poprawne wykonanie kąpieli wodnej. A od niej dużo zależy. Przede wszystkim ta równość. Mam wrażenie, że to ciasto nie rośnie i nie opada na pewno i  jest najdelikatniejsze, a jednocześnie niezwykle esencjonalne w smaku!

Składniki:

1 opakowanie ciastek owsianych lub pierniczków (ja użyłam owsiane), 1 wiaderko zmielonego twarogu na sernik- kupiłam najtańszy, pół szklanki śmietanki kremówki 30% ( bo reszty potrzebowałam do zapiekanki),7 całych jaj, 1 szklanka cukru- użyłam drobnego i torebeczka wanilinowego, 1 cytryna, 4 łyżki masła, 1 budyń waniliowy i 6 łyżek mleka w proszku. Na polewę- lukier:4  czubate łyżki cukru pudru i 3/4 szklanki śmietany 18 %. Bez polewy też dobry, ale jakoś ta polewa, tu mi się sama prosiła.

Najpierw przygotuj formę. Ja użyłam tortownicy rozpinanej 24 cm, bo tylko taką mam. Rozepnij, na dno połóż papier do pieczenia i teraz zapnij, aby brzegi papieru były na zewnątrz formy. Urwij 2 duże kawałki folii aluminiowej i otul szczelnie formę na zewnątrz, aby woda nie dostała się do sernika. Poszukaj większej tortownicy aby była tą wanienką z wodą do kąpieli sernika. Będzie trudno znaleźć, ja użyłam prostokątnej i głębokiej formy z piekarnika. Ułóż ciasteczka w tortownicy i zabierz się za zrobienie masy serowej.

Przygotowanie masy: Do większej miski wbij całe 7 jaj i wsyp cukier, ten wanilinowy też (lepiej ekstrakt z wanilii, ale nie miałam). Miksuj! Dodaj powoli twaróg, śmietankę kremówkę (nieubitą), roztopione masło, dalej miksuj! Wlej sok z połowy cytryny i z całości otartą skórkę. Wsyp mleko w proszku i budyń. Teraz już krótko miksuj. Wylej masę na ciastka ułożone w formie. Wstaw do kąpieli wodnej pokrywając formę z sernikiem przynajmniej  do połowy, lepiej 3/4. Woda musi być gorąca. Piecz około 50 minut w temperaturze 170 -180 stopni. Sernik ma być lekko zrumieniony.

Wyłącz piekarnik, ale jeszcze nie otwieraj. Po około pół godzinie uchyl drzwiczki i niech tak jeszcze postoi. Ty przygotuj lukier. Mikserem dobrze napusz, czyli zmiksuj składniki lukru; śmietanę i cukier puder. Wyjmij sernik z kąpieli i taki lekko ciepły polej lukrem i piecz w 180 stopniach ok. kwadransa.  Przestudzony sernik wstaw na kilka godzin do stężenia. Niesamowite, on naprawdę nie opada, ale pamiętaj nie użyj proszku do pieczenia, czy sody!! Myślę, że tak prosto udekorowany tylko lukrem byłby akuratny, ale mnie pokusiła czekolada, starłam jej trochę na szatkownicy do kapusty :-)))  Dobranoc kochani, idę spać, bo jutro przywędrują Trzej Królowie (kredę mam z zeszłego roku, pewnie się nada).

Nowy czas

Ostatni dzień roku był mroźny, ale i słoneczny. Pojechałam nad morze, na moją ukochaną plażę Gdańsk-Sobieszewo.

Człowiek podzielił sobie czas na ..miesiące, lata, dekady.. I według tej umowy jutro zaczyna się Nowy Czas, Rok 2021. Już kiedyś pisałam, że nie mam tak w zwyczaju, jak wielu z nas, robić plany, czego to nie dokonam i dokonam w zbliżający roku. Co będzie, to będzie. Na pewno przyłożę się do wszystkiego, a jak wyjdzie zobaczymy. Nie zamierzam fiksować, odchudzać się, zmieniać image.. .

Raczej myślę, co dobrego, złego spotkało mnie, rodzinę, kraj w mijającym czasie. Co mi się udało, a co głupotą lub złem wyszło. Odszedł mój brat. Wierzę, że wędruje tam szczęśliwszy. A dla świata trzeba przyznać był to rok pełen strachu przez mikroskopijną istotę. Ten wirus zapewne zostanie jeszcze z nami, ale trochę nauczyliśmy się z nim żyć. Jedni się zaszczepią, inni nie, a jeszcze inni  nabędą, nabyli przeciwciał wraz z przechorowaniem.

Ja i Kleofas zrobiliśmy sobie domowe spa. Kleoś czyszczenie i zakraplanie uszu. Dzielnie to znosi. Dalej, bezbolesna :-)))  pielęgnacja jego ukochanej wszędobylskiej sierści, masaż brzuszka i drapanie bródki. A dla Basi: peeling kawowy z oliwą, golenie, wklepywanie balsamów, pachnących olejków. Nowa słodka pidżama- prezent od siostrzyczki kochanej, zimna cola, nachosy z super pikantnym sosem, papryczki nadziewana fetą, oliwki z czosnkiem.. . A i kwaśne żelki!! Zaraz zaczynamy  z Kleosiem ostatni wieczór 2020 roku. On też ma swoje przysmaki, ale póki co woli spać na moim brzuszku. Łóżeczko tylko dla nas, ze świeżą pościelą i laptopem na kolanach. Pewnie jeden, góra dwa filmy wytrzymamy i spać. A, jeszcze  tulić kotka, kiedy zaczną kiczowatą strzelaninę. Każdy swoje i byle dużo huku. 

 Życzę Wam wszystkim, znajdźcie dobre ścieżki do bycia szczęśliwszym w tym nadchodzącym Nowym Czasie, zwanym 2021 Rokiem!! Mądrze wędrujcie swoją drogą życia.

Mała Słodycz

Po świętach zostały mi różne owoce, bo ja z tych ludzi, którym na świątecznym stole bardziej zależy na słodkich delicjach, frykasach, niż na konkretach; schabie ze śliwką, czy śledziu. Świąteczna radość w jedzeniu to np. dobre drogie lody, słodycze na które nie pozwalam sobie na co dzień np. Anthon Berg „Apricot in Brandy”. Czekoladki nadziewane marcepanem oraz morelami w brandy oblane pyszną czekoladą, czy z malinami, śliwką. „Raspberry in orange liqueur„- to pudełko zostawiłam na spotkanie z Alanem, będziemy oblizywać paluszki. Z owoców uwielbiam dobre winogrona. Ale owocowy koszyk dopełniam też orzechami, mandarynkami, melonem i dobrymi jabłkami np. Starking, Reneta. I właśnie ze świąt zostało mi pudełko lodów i 4 dorodne jabłka. Postanowiłam wykorzystać je na małe co nieco do kawy, czy przepysznej arabskiej herbaty z mięta i miodem („Arabian mint tea with honey”– czarna, moja ulubiona).

Jabłka pod cynamonową kołderką

Składniki:

  • 4 duże jabłka 
  • garść żurawiny suszonej lub rodzynek (opcjonalnie kieliszek rumu)
  •  szklanka mąki pszennej 
  • 3/4 szklanki cukru i jeden mały wanilinowy
  • 3/4 kostki masła 
  • 2 łyżeczki cynamonu
  • trochę masła do wysmarowania formy
  • Rodzynki włożyć do miseczki, zalać rumem, wymieszać i odstawić. Ten zabieg nie jest konieczny, rodzynki bez moczenia w alkoholu też dobre. A może być i bez rodzynków, bo znam wielu, którzy ich nie lubią. Obrać jabłka. Każde przekroić na ćwiartki i wyciąć gniazda nasienne. Teraz każdą ćwiartkę jabłka pokroić wzdłuż na 4 „łódeczki”. Formę lub małe miseczki żaroodporne wysmarować masłem. Rozłożyć jabłuszka, rodzynki, posypać cynamonem i cukrem wanilinowy. Przygotować kruszonkę: wyłożyć na deskę, czy stolnicę twarde masło, mąkę, cukier . Kroić wszystkie składniki nożem, na jak najmniejsze kawałeczki, aż drobinki masła pokryją się mąką z cukrem ( pod koniec można wspomóc się dłonią). Kruszonką przykryć jabłuszka.
  • Piekarnik nagrzać do 180 stopni C. Piec przez około 35 – 40 minut

To pyszny deser na ciepło, który zawsze się udaje, jest tani  i szybki do zrobienia. Możesz podawać gorącą słodkość z gałką dobrych lodów wanilinowych lub takich, jakie masz, czy lubisz. Ja tym razem podałam z sorbetem z mango. Uwielbiam to „ciapcianie” gorących, rozpływających się jabłuszek z lodami.

Ta słodycz na naszych rękach, to mała Ramzunia.

Moja kochana córeczka zrobiła cudowną niespodziankę i przyjechała na wigilię, na dodatek nie sama tylko z wielką piękną miłością. Przywiozła kotka do adopcji. To maleństwo, jedno z czwórki rodzeństwa znalazło tu dom, a w nim kochających ludzi. Trudno było rozstać się z nią. Konstancja poznaje pewne sprzężenie. Kochasz, to i cierpisz. Tym razem poczuła na własnej skórze rozstanie. Każdy rozsądny powie, nie ma co się smucić, bo maleństwo znalazło dobry dom. To prawda, a jednak  boli! Kotka pierwszy dzień chodziła i szukała Konstancji. Wreszcie zasnęła na bluzie Kony, bo została w koszyku-transporterze. Pojutrze wraca do Wójtówki, do pozostałych kotków i zwierząt z obory.
Marzi, a Tobie dziękuję za moją przyjemność patrzenia, Fotografie są już oprawione i dzień przed Wigilią ozdobiły ściany mojego pokoiku. Bardzo mnie to cieszy. 

Czas pokoju w sercu

I mamy kolejne święta w naszym życiu.

Za kilka dni usiądziemy przy wigilijnym stole. Złożymy sobie życzenia z opłatkiem, czy może bez. Jedni chętnie wygłoszą bardziej lub mniej przemyślane życzenia. Najgorzej, jak podstarzałej pannie wszyscy rychłego zamążpójścia życzą, a parze bezdzietnej -dziecka.. . A znajdą się tacy, co nie lubią tej tradycji, bo trochę nieszczerością trąca. Będą i tacy, co jeszcze wczoraj nawtykali sobie za to, czy za tamto, a gniew nie do końca opadł..  patrzeć sobie w oczy przyjdzie i ściskać. 

W tych ostatnich dniach przygotowań do świąt łatwo się posprzeczać. Dom na głowie postawiony. Jeden karpie w galarecie robi i dwunastą potrawę z rzędu (żylaki na wierzch wychodzą) inny złą choinkę wybrał i źle ubrał, bo lampki na końcu powiesił, zamiast od tego zacząć strojenie biednego drzewka, co wyrżnęli, bo ludziska muszą oczy nacieszyć, tradycji stać się musi zadość, a później przez okno na śmietniku wyląduje. Dzieci chcą pomagać, ale w sumie przeszkadzają. Więcej szkody, niż pożytku z tego, ale przynajmniej zajęte, a że mama później godzinami kuchnię z mąki musi odszorować, to już inna sprawa. Wszyscy nerwy mają na postronkach, bo za dużo tego. A sprzątania zaległego mamy!! Oj mamy!! Chłop stara się, jak może: podłogę szoruje, ramy okien też, nie tylko szyby, co by żona pochwaliła, a ta krzyczy, że masłem, co do ciasta było, chłop ulepszył  nim swoje puree z grochu. – „No całą kostkę wwalił!!”

Niby zakaz zgromadzeń, ale dookoła ludzie pukają się w głowę mówiąc -„No co szóstego nie zaprosimy?” Ale, żeby to szóstego, ale i szesnastego i dwudziestego szóstego. Więc talerze trzeba skompletować, siedzenia też i … bo kolej padła na mnie w goszczeniu całej rodziny, albo jak zwykle do mnie, bo wielkie mieszkanie mam. Ach..  myśli niejedna.

To wszystko kochani nie o mnie. Przy moim stole tylko trzy osoby usiądą, bo Konstancja w Wójtówce zostaje. Z powodu strachu przed zakażeniem w podróży, czy podczas pobytu. A tam ludzie chorzy, to i odporność mniejsza. Więc nie naraża ich.

Kochani z okazji świąt Bożego Narodzenia

-Nie życzę Wam nerwowej atmosfery i kłótni podczas przygotowań!

-Nie życzę Wam przemęczenia!!

-Nie życzę Wam smutku, że kogoś nie zobaczycie przy stole!

-Nie życzę Wam gorzkich wspomnień, że kiedyś było lepiej.

Życzę pokoju w sercu.

Dziękuję że jesteście.

To moja choinka wykopana z ogrodu, a po świętach pojedzie na swoje miejsce do koleżanek z działki. Są tam trzy dyżurne choinki, aby zmieniały się w tych domowych wizytach. Nie są proste, zgrabne ani najładniejsze, ale każdy zasługuje na swój czas :-))) Każdy z nas zasługuje na to, co najlepsze. Wierzę, że spełni się Wam niejedno, że dużo dobra przed Wami. Jesteśmy, jak ta choinka, może z wadami, może ułomni, ale przez to piękniejsi, bo zwyczajnie piękni.

Z samotności… Nie mam do kogo ust otworzyć

Telefon- koleżanka dzwoni:

-Basiu przyjmiesz mojego znajomego na masaż pleców, bardzo bolą i prosi o jakąś godzinę dzisiaj. To samotny starszy pan, poznałam go na portalu, ale ja go nie chcę. Tyle zdążyła powiedzieć

-Oczywiście.

Teraz rzadko zdarza się masaż i to zrozumiałe. Staramy się być rozsądni.

Witam pana  -Barbara -Stanisław

Wysoki rosły mężczyzna. Ledwo kładzie się na łóżku już zaczyna rozmowę. Pierwsze pytanie:

-Czy pani jest katoliczką? Nie lubię prawdziwych katolików!

-Jestem…

Zadaje mi mnóstwo pytań, mądrzy się swoją wiedzą. Opowiada o Koperniku, Słowackim, energii, o księdze Kochaleta, próbach na Hiobie, uczuciach, lęku zranionych kobiet przed bliskością, co to się zamknęły na życie, o finansach, jak kobiety potrafią zrujnować, o tym że boimy się rzucić na głęboką wodę i asekurujemy, pani też.. O matko i córko, co powiem wszystko źle i jeszcze ucisza mnie tym swoim dziecinnym „ciiii”. Najpierw pyta, a jak odpowiedź nie jest po jego myśli, to ucisza.

Próbuje mi pokazać, że idę niewłaściwą drogą, że powinnam zmienić to i tamto. Jak mówię, że nie chcę. Próbuje zgryźliwie pokazać mi śmieszność mojego postępowania. Boże, jak ja się zmęczyłam rozmową z tym panem. Na koniec pomyślałam, że mam szczęście i nie muszę męczyć się z kimś takim na co dzień. Z kimś kto jest niedowartościowany, za mało chwalony, za mało wciągany do rozmowy i przez to ma pęd uzdrawiania każdego kogo spotka.  Na koniec jednak zreflektował się i mówi:

-Przepraszam, że ja tak dużo mówiłem, ale odkąd moja partnerka opuściła mnie, nie mam do kogo ust otworzyć. Rodzina podśmiewa się, że z samotności stałem się, jak zła teściowa, co to chce naprawić cały świat i daje rady będąc nieproszoną.

Uścisnęłam mu dłoń, życzyłam znalezienia dobrej partnerki. I mądrego podejścia do związku.  No ale przecież on wszystko wie najlepiej.  Pożegnaliśmy się i zaczęłam sprzątać salon.

Zaraz przypomniały mi się słowa, które dość często pisze nasz bloger Marek z Ekwadoru – „Żyj jak chcesz i daj żyć innym”. Po swojemu. Przy okazji pozdrawiamy Marka. Zajrzyjcie do niego, jaki on wiersz wysmarował o naszych na świecznikach – „Oda do dziewczyn”. No no, porównania, określenia bardzo celne!!

http://widzianezekwadoru.wordpress.com/

Cóż, gdyby ten pan Stasiek był jedyny na kuli ziemskiej nie dałabym rady żyć z nim. Swój musi znaleźć swego. Przez kolejne pół dnia bolała mnie głowa. Z wielką radością wróciłam do swojej samotni.

Zapewne i Wy macie takich znajomych, co męczą Was w rozmowie. Nauczyliście się im przytakiwać, czy wchodzicie z emocjami w konwersację??

Ja ostatnio zauważam, że nie mam siły na „do niczego prowadzące” rozmowy. Albo mu przytakniesz, albo będziesz miała ból głowy. A ja już nie chcę bólu :-)))