Przyjemne podtrzymywanie życia

Fleksitarianizm, to coś dla wielu z nas. Trudno zrezygnować całkowicie z niejedzenia mięsa. Próbujemy, próbujemy idzie całkiem dobrze i  łamiemy się, bo wielka chrapka nachodzi nas; na kabanosa, czy solidny rosół. Życie przyniosło rozwiązanie, nowy trend. Ten cały fleksi.., to ukłon w moją stronę, bo ja do tych małojadków mięsnych należę.    Okazać się też  może, łagodną kładką do naszego przyszłego wege.

Na pewno trzeba jeść, aby żyć. Tak, jak pić, oddychać. Chyba samym światłem słonecznym i praną nie nachapiemy się (bretarianizm). No i jedzenie to przyjemność, nie ma co z niego rezygnować.  Z tym jedzeniem to ostatnio ambaras. Wszyscy biją na alarm, nie jedz tego, tamtego. Jedz to i tamto koniecznie.

Ja zawsze byłam niejadkiem. Nie lubiłam wielu potraw i tak mi zostało, choć jadłospis powiększyłam co nieco.  Łatwo mnie wyżywić, bo mało i skromnie, ale czy zdrowo, to dyskutowalibyście.  Piszę do was tego posta, bo niedawno dowiedziałam się kim jestem, jako zjadacz, że zaistniało określenie na takich, co nie zrezygnowali całkowicie z mięsa, ale zdecydowanie je pomniejszyli, na rzecz warzyw, owoców. Jestem fleksitarianką.  Czy z tą ładną nazwą, czy bez, jem mięsko od czasu do czasu. Kiedy ciałko me zawoła:

– „Baska, myśliwkę bym zjadło, jałowcowej plasterek, kabanosika kawałeczek”! Wsunę, ale tylko kawałeczek, bo żołądek chyba miniatura.

Już wszyscy wiemy, że mięso na talerzu nie służy naszej planecie. Czytamy  statystki i włos się jeży. Do wytworzenia np. 30 dag. pszenicy (cobym makaron swój zrobiła) potrzeba nam 390 litrów wody, a do 30 dag. wołowiny na stek 4650 litrów. A czy ja naprawdę potrzebuję codziennie, czy co drugi dzień wcinać mięso? Nie! Często słyszę, jak koleżanki mówią, iż nie mają ochoty na schabowego, wolą zjeść pieczarki, ziemniaczki opiekane, czy makaron z twarożkiem i  truskawkami, albo pycha pierożki z kapustą i grzybkiem leśnym.

Jakby zostawić  całą filozofie ochrony Ziemi i etyczne problemy pożerania zwierząt, to my sami, nasze ciała czują, że nastąpił przesyt spożywania mięsiwa. Ja tak mam od jakiegoś czasu, co nie znaczy, że nie skusi mnie  raz na pół roku skrzydełko z KFC, czy kebab, nieopodal mojej pracy, przyciągający zapachami. Ale to sporadyczne.

Mamy XXI wiek, większą wiedzę o tym, co wokół nas, o zmianach w przyrodzie. Większą świadomość ochrony i pomocy planecie, aby jeszcze posłużyła następnym pokoleniom.

Do jedzenia wege przystosowały się restauracje, stołówki pracownicze, uczelnie, szpitale, abyśmy mieli wybór. Najpierw portugalscy parlamentarzyści przyjęli ustawę o obowiązkowych daniach bezmięsnych w publicznych miejscach zajadania. A dyskusję podjęło wiele państw; Anglia, Niemcy, Japonia, Argentyna.  Kucharze prześcigają się w tworzeniu przepisów na dania smaczne, bez użycia mięsa. Tylko chęci dzielą nas abyśmy byli zdrowsi, a planeta o ździebko dłużej służyła.

Do trendu na redukcję spożycia mięsa, dołączyło wielu z nas.  W rodzinach  dobry przykład częściej dają młodzi, świadomi i zaangażowani. Nam starszym pokoleniom, co na boczku, golonce i żeberkach wyrosła, a i na galarecie z nóżek wieprzowych chyba trudniej, no i tak jak ja zostajemy fleksitarianami. 

Teraz jak nic prosi się pokazanie jadła bez mięska, takiego, co dobrze wygląda, jest proste w zrobieniu i smaczne na języku. Mam takie danie dziś w piekarniku.

„Ślimaczki ze szpinakiem i pieczarką”

Już spieszę podzielić się z Wami. Razu pewnego, jak to oszczędna gospodyni napotykam piękne malutkie pieczarki i cena tak przystępna, aż żal nie kupić. Biorę. Kładę w  kuchni i leżą. Leżakują tak pierwszy, drugi i w końcu na trzeci dzień, myślę trudno,  kupiłaś oszczędnie to wykorzystaj zróbże coś z nich. Smażę na patelni pokrojone pieczarki wraz z 1 cebulką i ząbkiem czosnku. Do tego wrzucam garść liści szpinaku, też pokrojone. Plątał się taki niezużyty do końca z poprzedniego dania. To wykorzystałam je. Solę i przesmażam. Lekko posypuje gałką muszkatołową.  Tak przygotowanym nadzieniem posmarowałam płat ciasta francuskiego (kupiłam w Biedronce). I zwinęłam w rulon, pokroiłam na plastry ok. 2 cm. Wyszło 14 sztuk zwijanych po krótszym boku, czyli grubaski wyszły. Ułożyłam na blasze na papierze do pieczenia, tak na leżąco, bo nadzienia dużo było i ciężkie w sumie te ślimaki. Do nagrzanego piekarnika, piekłam kwadrans, do 20 minut i można było zajadać na ciepło lub zimno. Ja zabieram je do koleżanki.

Mamy tam babskie spotkanie na grillu, a że karkówki,  czy kurczaka nie chcę jeść, to ślimaczki zabiorę, niezdrową zimną colę, bo piwa nie piję. A, i dobry humor, ten mnie nie opuszcza. Będę kierowcą, co zawiezie i odwiezie, bo niepijąca. Trzymajcie kciuki, abym wiedziała gdzie je odwieźć. A i jeszcze nie pojechać pod prąd.  Hi hi. 

Reklamy

Kolacja we dwoje

Czasami zdarza się nam święto. Nasze święto. Czy to będąc w związku małżeńskim, partnerskim, świeżym związku, czy zasiedziałym, a może pierwsze spotkanie, czy takie raz na miesiąc, bo mieszkacie daleko od siebie. Zawsze warto wtedy postarać się. Przygotować.

Teraz kiedy ludzie wpadają w wir randek za pomocą portali, tym bardziej warto uzmysłowić sobie, czego ona/ on oczekuje ode mnie i co chcemy ofiarować sobie na takich spotkaniach. Zapewne w nowym związku ważne są także rozmowy, próba poznawania siebie nawzajem, a w tych starych układach, może małżeństwach od lat, pragniemy ekscytacji i złamania rutyny.

Wchodzisz do mieszkania, czy pokoju hotelowego i widzisz, świeże kwiaty w wazonie. Na stole, jeśli nie przygotowana kolacja, to chociaż wino, schłodzona cola, czy herbatka zaparzona. Panowie podpowiem Wam, że serce kobiety niezwykle jednają płatki róż. Wystarczy z jednej rozsypać na pościeli. Oczywiście jesteście starannie ogoleni, a z ust waszych nie wydobywa się smród piwa, czy wódki. Jeśli ona to poczuje, to najczęściej jest już „pozamiatane”.  Natomiast chcemy poczuć, że to dla obojga ważna chwila.

Nastrojowa muzyka, płomyki świec i czekoladki. Co jeszcze, to zapewne inwencja niejednemu podpowie. Może perfumy, majteczki lub dobra książka, płyta, wizyta w hotelowym spa. Wszystko zależy jakie to spotkanie. Może wasza rocznica, może próba przeprosin, czyli wyciągnięcia dłoni na pojednanie. 

Temat ten przyszedł mi do głowy, na podstawie opowieści koleżanki, która próbuje w gąszczu samotnych, znaleźć kogoś odpowiedniego dla siebie. Raz opowiadała, jak mężczyzna przyjął ją na umówionym spotkaniu w swoim mieszkaniu, otwierając drzwi w samych kusych majtkach, a bałagan z rozrzuconymi skarpetami, skotłoszoną pościelą i nim śmierdzącym potem z pod pach zniechęcił do czegokolwiek.

Nasza blogerka, Jola, a dokładnie jej przepis był moją inspiracją w tworzeniu trochę innego dania. Na kolacje we dwoje. @kulinarnyblogsamanthy .

  Na podstawie jej ostatniego przepisu – DZIĘKUJĘ JOLU, zrobiłam fajne danie,  zmodyfikowane tym, co miałam w domu. Wprawdzie nie postawiłam na kolację we dwoje, bo takiej nie miałam. Za to zaniosłam mojej ulubionej pani krawcowej. Ta kobieta ma złote ręce. Wszystko poprawi, naprawi.  Pracownia krawiecka „Iga” ul. T. Kościuszki w Gdańsku.  Teraz przyjęła do naprawy moją znoszoną czarną haleczkę, z którą jeszcze żal mi się było rozstać i nową kurteczkę w kwiaty, która po prostu za dużą jest. Wy możecie upichcić tego kurczaka ze szparagami i orzechami na Wasze święto, kolację we dwoje.

„Kurczak ze szparagami i orzechami tudzież”

Zawsze marnie wychodzi mi gotowanie szparagów. Chyba byle jakie trafiam, bo najczęściej łykowate. Wtedy wspieram się gotowymi, takimi w słoiczku, już ugotowanymi, np. firmy Rolnik. Ale załóżmy, że same to zrobimy. Odcinamy końcówki, bo mogą być trochę zdrewniałe i gotujemy al dente w osolonej i lekko posłodzonej wodzie, zwłaszcza jak mamy zielone szparagi (ja wole białe). Odcedzamy  i zalewamy zimną wodą, ponownie odcedzamy. I tym razem znowu wyszły marne, ugryźć nie było jak, bo otoczka łykowata, a środek miękki do wysysania, no ale kto chce na randce coś wysysać!! Na pewno nie szparagi. Z szafki wyciągnęłam Rolnika, najczęściej takiego trzymam, a nóż się przyda.

Na patelnie wlewam chlust oleju i wrzucam pokrojonego w kostkę podwójnego fileta z piersi kurczaka. Solę, posypuję przyprawą gruzińską. Takową przywiozła mi córka z autostopa po Gruzji i szczyptą szafranu  (też stamtąd). Dajcie swoją ulubioną, jaką macie. Pokroiłam jeszcze 2 ząbki czosnku. I wrzuciłam po garści orzechów włoskich i nerkowca. Przesmażyłam. Dodałam  300 ml śmietany 18%, kto chce nich zaszaleje z 30 tką! Jeszcze natkę pietruszki drobno pokrojoną i  gałązkę rozmarynu (nie za dużo, bo zdominuje smak). Przesmażyłam krótko.

Osobno ugotowałam makaron, ja dałam taki wyglądający, jak ziarenka z dojrzałego ogórka, ale to obojętne, jaki lubicie lub macie w domu.  A możecie zrobić  swój własny. Na 2 szklanki mąki (35 dag) daje 4 jaja i szczyptę soli. Ugotowany makaron i szparagi wrzucam do mięska w sosie, mieszam delikatnie. Na talerzu posypuję startym żółtym serem (lub parmezanem, jak wolicie).

Smacznego kochani. Bez tej ukochanej osoby smakuje równie dobrze, no zgoda, trochę mniej. Ja ugotowałam też dla córeczki kochanej mojej. Jutro zawiozę jej do pracy. Spokojnej nocy życzę.

 

Wypisana?

Nie wiem, co będzie dalej. Chyba jestem wypisana.

Żaden temat nie jest mocno we mnie, albo ja nie jestem gotowa pisać na dany temat, np. o filmie dokumentalnym Sekielskiego. Tylko parę słów.

To, że instytucja, jaką jest kościół katolicki zawiodła niejednego wiernego, to wielu z nas poczuło szereg lat temu, a za tym przyszedł trend opowiedzenia się  za określeniem – „Jestem wierzący, ale niepraktykujący”.

Kapłani, jako ludzie wysokiej moralności -tak przynajmniej powinno być,  zawiedli życiem prywatnym. A to ukrywaną rozwiązłością, wystawnym życiem, bogactwem, szeptami o molestowaniu, pedofilii.. . Po obejrzeniu „Kleru” nasze rozczarowanie kapłanami ugruntowało się. Ale prawdziwy ból i wielki smutek zagościł po obejrzeniu „Tylko nie mów nikomu” Tomasza Sekielskiego.

Może nie byłam przygotowana na taki dokument, no bo film fabularny to inna inszość. Można dodać, wyostrzyć, ubarwić, przerysować, czy podkolorować. A tu widzimy ofiary, które stanęły oko w oko z oprawcami. A nawet takich, co przyznają się do winy.

Pedofilia także w polskim kościele! Wielu domyślało się, podejrzewało, coś tam słyszało. Obejrzało „Kler” i zasmuciło, zaniemówiło, no bo jak tu teraz poradzić sobie z tą wiedzą?  Jak chodzić do takiego kościoła? No jak? Powiecie do Boga, nie do księży. No tak, ale z Bogiem mogę spotkać się  w lesie na spacerze i w szkole na przerwie i w zaciszu swego pokoju, czy jadąc tramwajem do pracy. Mogę.

Kiedy ja tak bardzo lubię przychodzić do świątyni świętej Barbary. Czuję z nią więź. Łączy nas imię. I wierzę, że nie było mi dane ot tak sobie. Ona wzięła mnie w opiekę. A swoją drogą tak bardzo żal mi jej, oddała życie za wiarę chrześcijańską. A co, my ludzie z tą wiarą porobiliśmy. Panie mój, jak Ty na to patrzysz?

Z drugiej strony pomyślałam, przecież nie wrzucisz wszystkich do jednego worka. Zdajemy sobie sprawę, że są ludzie i ludziska, duchowni i DUCHOWNI. Ale ten dokument jednak dobił. Tak po ludzku zrobiło mi się żal tych ludzi, którzy przeszli piekło będąc dzieckiem. Piekło bezbronnej istocie zgotowane przez sługę bożego!! Łatwiej nam te baby księży wybaczyć, i próbujemy tłumaczyć  -„To tylko człowiek i ten cały celibat nie jest mądrym rozwiązaniem..”. Ale dziecko krzywdzić!? Straszne i obrzydliwe zarazem, jak mocno człowiekiem rządzą żądze, że serce i sumienie gubi.

Może przyjdzie nam wierzyć w Boga, nie przypisując go do żadnej religii? Takie tam moje małe myślenie. Już nie wiem co myśleć, potrząsnęło mną.

Powiecie, co ten ślimak tu robi? To istota żywa szukająca miejsca. Może w szeregu..

 

Maślankowy chlebek

CHLEBEK NA MAŚLANCE
Składniki 
50 dag pszennej mąki
3 dag świeżych drożdży
2 szklanki maślanki w temperaturze pokojowej (to ważne)
6 łyżek ciepłej wody
1 płaska łyżka cukru
1 płaska łyżeczka soli
papier do pieczenia
Wykonanie
  • Przygotowuję zaczyn: do miseczki kruszę drożdże i dodaję wodę oraz cukier, dokładnie mieszam.
  • Mąkę przesiewam i wsypuję do miski, dodaję sól, zaczyn i maślankę.
  • Mieszam mikserem (bo nie mam robota) na najniższych obrotach  przez 2-3 minuty, aż masa będzie jednolita – wyjdzie Wam dość płynna i właśnie taka ma być.
  • Miskę nakrywam ściereczką i odstawiam w ciepłe miejsce na 30 minut do wyrośnięcia.
  • Keksówkę, a raczej „chlebówkę”, mam taką na chlebek, 30 na 14 cm wykładam papierem do pieczenia, a żeby lepiej trzymał się całej foremki, smaruje ją tu i ówdzie ździebkiem jakiegoś tłuszczu.
  • Wyrośniętą masę mieszam krótko i intensywnie, by pozbyć się nadmiaru bąbelków.
  • Masę przekładam do formy, wyrównuję wierzch, przykrywam ściereczką i odstawiam do ponownego wyrośnięcia na 15 minut.
  • Piekarnik rozgrzewam do 220 stopni.
  • Wyrośnięty chleb wstawiam do nagrzanego piekarnika i w tej temperaturze piekę 10 minut. Następnie zmniejszam temperaturę do 200 stopni i piekę 40-45 minut, aż skórka będzie pięknie przyrumieniona.
  • Wyjmuję z piekarnika, wykładam z formy i odstawiam do wystudzenia – najlepiej na metalowej kratce.

I przechodzę do konsumpcji (hmm, co za słowo!).

Do takiego świeżego, ciepłego chlebusia najbardziej pasuje mi świeże masełko. Jak mam smaka to polewam jeszcze miodem. I może plaster dobrego twarogu. A jak najdzie mnie wytrawny smak, to smaruję tę kromeczkę masełkiem czosnkowym. I dzisiaj tak właśnie było. Teraz zionę czosnkiem, ale jaka najedzona! Chlebek następnego dnia nadal jest wilgotny i znakomity w smaku.

Polecam serdecznie, bo łatwym do zrobienia chlebkiem jest! Zawsze się udaje.

Trochę przypomina tostowy, bo jasny, ale o niebo lepszy. Jego nie musicie zapiekać w kolejnych dniach, jak tostowego. Ten jest powiedziałabym jeszcze lepszy dnia następnego. Ale powiem Wam, że taki ciepły z lekko rozpływającym się masełkiem czosnkowym z natką pietruszki smakował mi znakomicie. Aż żal psuć go jakąś wędliną. Palce lizać. Biegnę zęby wyszorować, bo jutro masuję! Smacznego życzy Wam nadal wesoła Basia.

Dzisiaj spacerowałam po plaży. Trajlowałam, świergotałam, a chłop pięknie słuchał. Później trochę przewiani wiatrem od morza zasiedliśmy z przyjacielem u „Derkacza” na naleśniki z czekoladą i inną rozpustę. Kocham samotność, ale fajnie jest czasami spotkać się z kimś. I takich miłych spotkań Wam życzę!

Domek z białym bzem

To był mój domek z dzieciństwa. Na wsi ostatnia uliczka, ostatnie domostwo, trochę oddalone od reszty. Latarni już tam nie było. Dookoła płot solidny,  drewniane sztachety. I pełno bzu liliowego, a u frontu jedna duża kępa białego.

Wczoraj, 1 maja znowu zobaczyłam to miejsce. Jezioro, może bardziej sine i wzburzone, ale mocno wiało. Wszystko jakby mniejsze, nawet budynek szkoły z czerwonej cegły, skurczył się. Ołtarz w kościele, a właściwie malowidło Jezusa Ukrzyżowanego, tylko ono nie zmieniło się.

Jest i „mój” domek. Uroczy, z czerwoną dachówką, nowoczesnymi oknami, nie tamtymi drewnianymi. Niby ten, a cały inny. Nowoczesny. Ani jednej kępy bzu, tylko iglaki. Zamiast płotku drewnianego, metalowa siatka i metalowe sztachety. Kundelek nie szczeka, tylko dostojny wilczur przechadza się. Z obory domek letniskowy, bo zwierząt hodowlanych już nikt nie trzyma. Dobrze, jak ogród mają. Ładne miejsce. Ale już nie moje, niby to samo a inne. Czas zrobił swoje. I nowi młodzi gospodarze.

Było minęło. Trzeba iść dalej. Wtedy miejsce to było moim znanym mi światem. Ze żniwami, wykopkami, bławatkami, kąkolami i stogami siana. Z labiryntami w śniegu po szczyt sztachet. Teraz wieś jakaś cicha pusta, koguty nie pieją. Drogi polne zarosły trawą, a dookoła ugory. Nikt nie gospodarzy. I stada owieczek też nie widać.

Za to przed niejedną chałupką siedzi stwór. Włosy ma jak uczony człek A. Einstein. Bielusieńko siwe, postawione na sztorc. Broda żyletki dawno, oj dawno nie widziała. Policzki czerwone, nos jakiś gruby, spuchnięty. Oczy smutne, bezbarwne, rybie lub wytrzeszczone. W łachmany odziany.

To dom sąsiada. Podchodzę do takiego staruszka myślę tak między 80 a 90 tką. Ten chyba będzie coś wiedział o starszych tubylcach. Może jeszcze pamięta ludzi. Kłaniam się. I próbuję dowiedzieć się czegoś. Może wie, gdzie mieszka i czy tutaj nadal żyje moja koleżanka Ania z klasy, z jednej ławy. Niestety wyjechała do Niemiec. Tam pracuje jako opiekunka. A ów staruszek bez zębów, jak się okazało, to 2 lata starszy ode mnie Zygmunt. Matko Przenajświętsza. I takich „Zygmuntów” jeszcze kilku widziałam, a u jednego nawet próg domu przekroczyłam. Zamarłam nie wierząc, że tu w tych uwłaczających warunkach ktoś żyje, śpi i je. Ten wyglądał, jakby z grobu wstał. Na początku bałam się podejść. Ale szukałam pewnej osoby, podobnego stwora, więc zbliżyłam się na bezpieczną odległość. Pamiętał mnie. Mówił, że zawsze byłam ładną, małą dziewczynką. On starszy ode mnie o 3 lata! Nie 30!

Niestety wieś wódką płynie. Na cmentarzu pełno grobów z tabliczkami młodych ludzi. Znane mi nazwiska. To najczęściej dzieci moich kolegów i koleżanek. Zginęli po dużym spożyciu. Ci co żyją, zdecydowana większość, to alkoholicy, bo tylko o jednym Janku mówią, że ostał się solidny, nie zatracił.

Tu spędziłam dzieciństwo i kawałek młodości. Tu zmarł mój tata i tu pierwszy raz zakochałam się, w synu sąsiada. Wówczas prosiłam Boga o tego Jerzyka za męża. Jak to dobrze, że Bóg nie wysłuchał mnie. Kiedy po śmierci taty wyjechałyśmy z mamą i siostrą do miasta. Długo tęskniłam i obiecywałam sobie, że kiedyś odkupię ten domek. Dziś widzę, że wszystko miało swój czas. To miejsce zostanie w sercu. Zamknięte w pudełeczku-„dzieciństwo”. A ja poszłam dalej i nie wrócę. Wyjeżdżałam z sercem smutnych obrazów. Tylko to jezioro targane wiatrem, ze starymi wierzbami na brzegu i kołyszącą się trzciną, przyciągały moje oczy.

Wyjechałam kolejny raz.

Pewnie każdy ma taki domek w sercu i długo zwleka z zobaczeniem go, bo boi się bólu, tęsknoty  za młodością, za dzieciństwem.

Droga życia na twarzy

Dzisiaj odsyłam was i to z wielką przyjemnością do innej osoby piszącej dziennik internetowy, super bloggerki Aksini

http://aksiniakawapudelka.wordpress.com/

Zajrzyjcie koniecznie do tej kobietki.  Mamy dwójki małych dzieci. Jej przedostatni wpis – „Przychodzi baba do lekarza – a lekarz też baba”,  interesuje, śmieszy, bawi i rozczula. Dziękuję za tego posta, bo to właściwie o mnie, kobiecie dojrzałej.

Nasza bloggerka niedawno urodziła przez „cesarkę” drugie dzieciątko  i siedząc w poczekalni, czekając na wizytę lekarską, zerka na ekran monitora. A tam leci filmik pokazujący bez makijażu smutną – chyba z powodu ilości i głębi zmarszczek, starszą kobietę. A i jeszcze brak kolagenu doskwiera, coś tam obwisłe i z plamkami. Obok oczywiście sztab medialnie zrobionych lekarek, które zaraz coś podwiążą, ostrzykną, wybielą, wypełnią, napompują..,  za niezłą kasę, bo przecież nasza bidulka,  stara modelka,  tak chodzić nie może po tym ładnym świecie. Naszej bloggerce brakowało tylko pomidora, coby z mocą i dezaprobatą  przywalić w ekran.

I teraz następuje ten moment, który rozczula. Stara się pokazać drogę zdobywania tychże zmarszczek, bruzd.. , podaje różne słodkie możliwości. Zastanawia się, czy naprawdę należy tak starannie usuwać upływ czasu. Poczytajcie, zachęcam. Mnie w sumie rozbawił, jak to może pani porzucona lub owdowiała chce jeszcze zaistnieć na rynku wtórnym, jako smaczny kasek. Czy naprawdę jesteśmy tylko  lub na pierwszym miejscu opakowaniem bez wnętrza? Dbać o siebie trzeba, ale nie tracić majątek, fiksować, tak myślę. Pozwólmy sobie na zadbane uczesanie, makijaż, gustowny ubiór, klasę w poruszaniu i wypowiadaniu. Czasem drobna korekta a to brwi, czy wybielaniu plamki na twarzy w widocznym miejscu.

Wyznanie. Szczera laurka, na rauszu

Zaczęło się tak niewinnie. Przyniosłam do domu stojak na butelki wina (dokładnie sześć). Kupiłam okazyjnie w Home & You. Myślę- nada się na butelki wina pana domu. Jakże się chłop rozczulił, że dość, że nic nie mówię, kiedy on nie stawia równo kroków. To jeszcze taki prezent!

Poprosił, abym usiadła. Mówił bardzo ładnie. Spróbuję streścić Wam.

– „Basiu, kiedy pobieraliśmy się, nie byłem gotowy cokolwiek z siebie dać innej kobiecie. I nadal nie jestem.

-Ty byłaś cierpliwa latami, a ja głupi myślałem, że tak wiecznie będzie trwać. Zaniedbywałem Ciebie, nie spędzałem czasu z Tobą, bo uciekałem przed nowym życiem. Wciąż nie mogłem pogodzić się z utratą mojego świata. Tak naprawdę nie chciałem nowego, tylko bałem się samotności i wkurzało mnie współczucie innych, jaki to ja biedny, porzucony. Chciałem im pokazać, że nie jestem ofiarą życiową.

-Wiem, że rozczarowałem Ciebie i to bardzo. Ty pokładałaś we mnie nadzieje na lepsze jutro, na piękne małżeństwo. Spaliłaś za sobą mosty i postawiłaś na mnie. Niestety na niewłaściwego człowieka.

-Teraz jesteś ze mną, a mogłabyś odejść. Nigdy nie miałem wiele do zaoferowania. Ja potrzebowałem spokoju. I Ty mi go dałaś i dajesz. Gdyby nie Ty nie wiedziałbym, że można tak spokojnie żyć z kobietą. Nigdy nie gonisz mnie do sprzątania, nie gderasz, nie narzekasz. Wszystko ci dobrze, wszystko pasuje, niczego nie chcesz. Czasami sam jestem zły na siebie, że coś źle zrobiłem, czegoś nie dopilnowałem, spaliłem kolejny czajnik, bo pijany przysnąłem i Ty zamiast zdenerwować się, mówisz – „Nic się nie stało, nie martw się”. Nie mogę tego pojąć. Tyle razy jestem po niejednym piwie, a ty nie dajesz poznać po sobie, że wiesz o tym, że widzisz to. Wiem, że wierzyłaś, iż Twoja miłość wyleczy mnie z .., ale to tak nie działa.

-Jesteś wyjątkowo taktowna. Nie obrażasz się, jak większość kobiet i nie poganiasz z żadną pracą. I zakupy robisz szybko, bez marudzenia.

-Pamiętasz, jak któregoś wieczoru siedząc po ciemku w kuchni zapytałem, co robisz? Powiedziałaś, że myślisz, co dalej z nami, że powinniśmy się rozejść. Chwyciłem cię za dłonie i poprosiłem – „Nie róbmy tego”! Wiem, że poszedłbym na dno. Wtedy już nie znalazłbym żadnych hamulców  … .  Dziękuje ci, że trwasz. Nadal chcę tylko spokoju, a Ty mi go dajesz”.

Piękna laurka słów. Dziękuję mu za szczerość! Podziwiam, że było go na to stać. Tu nie było żadnych obietnic, raczej podziękowanie za przyzwolenie bez gderania. On mówił, ja słuchałam. To, co powiedział wiedziałam, nowości tu nie było, zadziwiło mnie tylko jego posypanie popiołem. Ale tylko posypanie, żadnych postanowień poprawy.

Ma wady, nałogi, jak wielu, ale w sumie to bardzo dobry człowiek.

PS Zapytałam, czy mogę tę moją laurkę, w skrócie wrzucić na bloga, odpowiedział -„Jeśli to komuś pomoże.., może jaki chłop się obudzi i nie zmarnuje życia, to czemu nie”. Jeżeli przypadkiem przysypiacie trochę, to budźcie się, bo inaczej skasuję laurkę.

Powiem Wam szczerze –  łatwiej mi taką być, kiedy już teraz chcę, jak on – spokoju. Już niczego nie oczekuję.