Zwykły dzień, ze stomią w tle

Wszystko zmienia się. Co jakiś czas wchodzimy w nowy okres swojego życia. U mnie skończyła się szczęśliwa era z kotkiem Kleosiem, moją wielką miłością. Życiowym ciepłem!

Julia wyprowadziła się, bo trudno jej było pracować online, kiedy w domu zawierucha. A to zastrzyki, płacze przy Kleosiu i kosze pełne treści stomii, wymiana worków, płytek, budzenie obok śpiącej mamy, bo np. o trzeciej w nocy zaczęło przeciekać.. A jej praca w korporacji nie należy do najmilszych, bo bezpośrednia rozmowa z klientem.

Koncia spełnił rolę ukochanej niezwykle pomocnej Córki na szóstkę z plusem. Jest ze mną od miesiąca. Pomagała w najtrudniejszych chwilach z Kleosiem, kiedy odchodził. Była ze mną w mojej żałobie, wspierała, troszczyła, przytulała.. Ale wszystko ma swój koniec, w połowie września wyjedzie, wróci do życia w Wójtówce. I tak powinno być, bo nie o to chodzi, aby nas ktoś ciągle pilnował i poświęcał swoje życie, tylko wsparł, w najtrudniejszych chwilach. Otworzył skrzydła i puścił w dalsze przestworza życia. Nikt nie przeżyje życia za nas.

Ja nauczę się żyć sama w pokoju i nadal będę wspierać, pomagać choremu człowiekowi obok. On przeżywa teraz swoje trudne chwile. I tak sobie myślę, że dobrze jest mieć pomoc w swojej biedzie, troskę, opiekę w chorobie, to ma duże znaczenie, jednak koniec końców jesteśmy z tym sami. On ma pomoc we mnie. Wiem, że to dużo dla niego znaczy, bo zmienię worki, zrobię zastrzyki, zwiozę na badania, na chemię i odbiorę, kupię lekarstwa, powiem dobre słowo otuchy, że jeszcze będzie zdrowo i dobrze, tylko trzeba przetrwać chemię i pół roku noszenia stomii. Ale tak naprawdę to on sam zostaje ze swoim strachem, bólem, lękiem i myślami. – Co będzie dalej, czy wyjdę z tego, czy czegoś życiowo nie zaniedbałem, co mogę jeszcze naprawić… . I marzenia- jak mi się uda, to…

Kochani, oby Wam się zawsze udawało wyjść cało z każdej opresji !!

W tej części opiszę jak radzić sobie ze stomią. Nie czytajcie, jak nie macie potrzeby takiej konkretnej wiedzy. Jedni mówią, że to proste, inni że za żadne skarby nie da rady się tego dobrze nauczyć. Jeżeli znajdziesz się w takiej sytuacji, że czasowo założyli stomię, to moja pierwsza myśl- Tu ogromnie przyda się pomoc drugiego człowieka. Zwłaszcza, jak jesteś otyły i masz utrudniony dostęp do manewrowania na brzuchu. Po za tym na początku jesteś przejęty, przerażony i ciągle masz chorą skórę, bo ona z obecnością tej wydzieliny, soków musi nauczyć się radzić. A taki strach nas paraliżuje i chętnie przyjmujemy pomoc w tym względzie.

Teraz co ty, jako opiekun chorego ze stomią możesz zrobić, aby dobrze pomóc?

Na brzuchu znajduje się coś w rodzaju dużego kobiecego sutka tylko o żywej czerwieni skóry, lekko zakręcony. Tym zakręceniem wychodzi treść, ta masa trochę przetrawiona. Powinna od razu wpadać do worka, bo jeśli otwór płytki przylegającej do brzucha jest za duży to zaogni skórę wokół.

Konkretne rady

-Pierwsze- umyj szarym mydłem i ciepłą wodą: stomię, blizny, rany wokół. Jeśli masz do czynienia z zaczerwienieniem skóry, tam gdzie przykleja się płytkę lub jej mocnej bolesność, bo szczypie, piecze- Po umyciu osusz najlepiej ligniną, ale trudno kupić, to lepszy jest papier toaletowy niż ręcznik papierowy.

-Drugie- posmaruj wokół alantanem maścią lub specjalnym żelem do ochrony skóry wokół stomii Presenta. Nasz pacjent musi tak poleżeć około pół godziny. W tym czasie może wydzielać się treść z jelit, podaj ligninę lub miękki papier toaletowy i ustaw w pobliżu kosz z workiem na te nieczystości.

Trzeci krok to – dokładnie zmyj tę maść, czy żel. Najlepiej specjalna pianką do pielęgnacji i ochrony skóry wokół stomii Presenta, ona dobrze odtłuści podłoże do naklejenia płytki, do której umocujemy worek.

-Czwarte- przygotuj płytkę. Ona jest dość sztywna i twarda, powinieneś choremu podać ją wcześniej do ogrzania, np. między nogami, on i tak leży. Teraz wytnij otwór, tam masz zaznaczone kręgi one pomogą i zrób to specjalnymi nożyczkami z zakrzywioną końcówką (choć zwykłymi biurowymi tez śmiało dasz radę). Po wycięciu zdejmij foliową osłonkę (dopiero teraz, bo inaczej płytka będzie się kleić do rąk i „ślimaczyć” w palcach, a wycinanie będzie utrudnione).

-Piąty etap, to posmarowanie otworu płytki (od tyłu) pastą Stomahesive, która działa ochronnie, gojąco i uszczelniająco między płytką, a skórą. To taki „wypełniacz”.

-Teraz następuje kwintesencja, czyli połączenie płytki co już osadzona na skórze brzucha z workiem. Najpierw przyłóż płytkę do ciała tak, aby otwór okalał stomię, przyciśnij paluszkiem dookoła, tam gdzie pod spodem jest pasta. Teraz trudna sprawa, ale tylko dla tych niewprawionych jeszcze – „zatrzaśnięcie” obręczy worka do wierzchu płytki. Usłyszysz dźwięk zatrzasków.

-Pamiętaj o zapięciu na rzepy dna worka. Odklej paseczki papieru, aby połączyć plastrem skórę z brzegami płytki. Zrób to na końcu całego zabiegu. Dla pewności możesz dodatkowo jeszcze okleić plastrem z apteki, takim bez opatrunku. Następnym razem w odklejaniu tych plastrów pomoże nam Niltac – aerozol do usuwania przylepca. Znakomita rzecz, polecam.

Brawo. Gotowe. Taka płytka utrzyma się do 4 dni. Czasem dzień.. i kolejne naklejanie. W nocy taki zabieg też może być konieczny. Pacjent nie śpi dobrze, wstaje kilka razy w nocy i opróżnia worek.

Oby nam miał kto pomóc. Konstancja mówi, że zawsze będzie ze mną, że nigdy nie opuści na starość i w potrzebie. Oby każdy z nas miał swoją Konstancję.

..nie ma zgody! Wiem, minie

Ja to wszystko wiem.

Wiem, że nic nie trwa wiecznie, że chorujemy, że umieramy, że już nie cierpi, że tak musiało się skończyć, że miał najlepsze życie pełne miłości, troski i szacunku.. .

Wierzę, że jeszcze spotkamy się, że pójdziemy dalej razem.

Ale na dziś, nie nie ma mojej zgody. Moje ciało, serce, dusza mówią – Nie! Ja nie chcę wracać do pustego domu, nie chcę kłaść się spać sama, nie chcę nie mieć gdzie wtulić noska. On tu zawsze był. W tym mieszkaniu. Witał mnie, pytał swoim różnym miau, miau.. Kiedy mieszkały tu córki, był nasz, ale od około 7 lat z tych 16 był absolutnie mój. Maleńki Kleoś!

Romuald nie robił mu krzywdy, ale nigdy nie pogłaskał, nie lubi zwierząt.

Kochani ja wiem, że bywają większe nieszczęścia. I jestem wdzięczna Bogu, że nie dał mi cięższego krzyża. Ale i z tym na razie idzie mi kiepsko. Tyle razy pisałam Wam, że chcę mieszkać sama!! Tak sama, ale nie bez kotka, którego pokochałam całym sercem. Będę uważać, czego sobie życzę, bo to spełniło się szybko. I stwierdzam, że samotność jest przykra. Wiem mogę wziąć innego kotka i może kiedyś tak zrobię, ale teraz na pewno nie! Chcę Kleosia, tęsknię.. Nie wiem, gdzie teraz jest. Tak mocno staram się wierzyć w tęczowy most i zieloną łąkę, ale nie wiem. Boże daj mi więcej wiary.

Było to około pół roku temu. Mój klient z masażu, zresztą mistrz reiki, człowiek wielce uduchowiony, ćwiczący się w mocach nadprzyrodzonych, studiujący i zgłębiający wiedzę o „życiu po”, opowiedział mi, jak pomógł zmarłemu ojcu odnaleźć właściwą drogę na tamtym świecie. Opowiadał coś o nauce wykorzystywania szyszynki, aby wejść w mistyczne rejony rzeczywistości, o poziomach, ścieżkach i pogubieniu, a tym samym pustce tam, jeśli nie znajdziesz się na swojej drodze. Wracam do Kleosia, on już czeka , patrzy tymi niebieskimi ślipeczkami. Ściskam go i szepczę do ucha błagalnym głosem, że jak pierwszy odejdzie z tego świata, niech tam poczeka na mnie. Za tęczowym mostem na zielonej łące wśród żółtych kwiatków i kolorowych motyli hasa, bawi się, ale i znajdzie pagórek, z którego będzie mnie wypatrywał. Ja przyjdę, obiecuję to mu. On nic tylko mruczy. Proszę go jeszcze raz, bo słowa tego człowieka naprawdę przejęły mnie. Kleoś unosi główkę i nagle pociera czołem o moje z góry na dół. Odbieram to jako zgodę i od tej pory wierzę, że poczeka na mnie. I kiedyś zabiorę go na rozstaju dróg i pójdziemy razem. Tak było miesiącami, a teraz kiedy go nie ma, zaczynam się bać i płacząc Konstancji mówię, że najgorsze jest to, że nie wiem, gdzie on jest! Ona zapewnia o łące… Dlaczego ja człowiek silnej wiary, nie mam jej do końca! Jestem zła na siebie.

Kocyk Kleosia z jego ostatnim siusiu, spod mojej poduszki prawie wywietrzał. Każdego wieczora obejmuję, przytulam, mocno ściskam.. szepcząc o kochaniu i tęsknocie. A później starannie okrywam poduszką, aby nie stracił zapachu, cząstki Kleosia.

Wiem, muszę uspokoić się, wziąć w garść.. . Staram się. Pisząc to do Was nie oczekuję słów pocieszenia, współczucia, ani klapsa w tyłek za rozczulanie się, tylko pokazuję żałobę po zwierzaczku. Ona też jest mocna. I jeszcze jedno- odwołuję, że chcę być samotna!!! Potrzebuję Kleosia. To były moje najszczęśliwsze lata. Kiedy Julia studiowała w Warszawie i wiedziałam, że dobrze jej tam. Kiedy Konstancja znalazła swoje szczęście wśród zwierząt pod stropem obory i z ludźmi chorymi, z dala od wielkiego świata. A ze mną był Kleoś. Chciało mi się żyć. Oczy wesołe, serce spokojne.. Jadłam z chęcią, stroiłam siebie i nasz pokoik, upiększałam obrazami, nowymi firankami, błękitnym kojcem do dziennego leżakowania Kleosia, bo noce były wspólne w dawno wyznaczonych miejscach łóżka.., planowałam wycieczki, spotykałam się z ludźmi, a teraz nawet z moją koleżanką Martą, nie! Nic mnie nie interesuje, schudłam i mam stare oczy.

Wiem użalam się. Przepraszam, jak się w końcu odezwałam to z płaczami, że mi ciężko bez kotka.

Muszę nadać sens mojemu życiu. Złożyłam ponowne podanie na wolontariat do hospicjum. Dwadzieścia lat temu ukończyłam kurs na wolontariusza medycznego. Było mi tam dobrze, czułam się potrzebna. Teraz chcę wrócić do tego. Musze się czymś sensowny zająć.

Czas pożegnania

Wiecie co ostatnio przeżywam i spodziewacie się, że jest mi bardzo trudno. Te 16 lat temu kupując kotka dla moich małych dzieci nie myślałam o jego starości i odejściu, o tym jak mocno będę to przeżywać. Na co narażam się zawiązując z nim silną więź. Kleoś był moją radością, potrzebą, ciepłem i pewnego rodzaju poczuciem bezpieczeństwa. Wracają bardzo zmęczona z pracy, gdzie różnie bywało, kładłam się na łóżko, a on zaraz był przy mnie, wtulony pleckami lub brzuszkiem. Zamykałam oczy , nabierałam powietrza i chłonęłam jego dobro, leczniczą energię. Przysięgam czułam się jak w niebie, choć nie wiem, jak tam jest. To, co czułam było ukojeniem, oczyszczeniem, uczuciem pewnego rodzaju wtulenia się- dziecka do swojej mamusi. Mówiłam wtedy do niego – „Mój ty NAMILEJSI…” A on zaczynał mruczeć i pocierać czółkiem o moje.

Ostatnio zauważyłam, że miał bardzo dobry apetyt, ale strasznie chudł. Pomyślałam, że to jakieś robaki, może tasiemiec. Wyrok jaki usłyszałyśmy z Konstancją był niedowierzaniem i chęcią krzyku – Nie!!! Guzy nowotworowe, nie ma żadnej szansy. Weterynarz widzi tylko jedną pomoc, uśpienie. My błagamy, prosimy. Dostaje zastrzyki z jadu tarantuli i przeciwbólowy. Chodzimy tam, co dwa dni i robimy zastrzyki. Kleoś nie protestuje, ale i bardzo szybko pogarsza się jego stan. Konstancja zamieszkała ze mną i to jest największy dar w tym okropnym czasie. Przy niej czuję się bezpieczniejsza. Nie zostawiamy Kleosia samego ani na chwilę. Jesteśmy na każde miauknięcie. Ale on jakby nieobecny nie wiem czy widzi, słyszy, bo nie reaguje. Zaczynamy płakać i obie myśleć o tym, że z miłości musimy pozwolić mu odejść. Stawiamy się do weterynarza, ale obie nie możemy nic powiedzieć. On wie i sam mówi, -„Co zdecydowałyście się dziewuszki?” On proponuje, że dziś, my, że jutro, bo Julia też chce się pożegnać i weźmie wolny dzień z pracy. To miał być wtorek, a w poniedziałek popołudniu Kleoś ożywił się, zaczął patrzeć na nas tak świadomie, jeść, mruczeć i chodzić za nami. Płaczemy we trzy, bo Julia jest już z nami. Konstancja poddaje pomysł, że kotek chce dać nam czas na spokojne wzajemne pożegnanie.

Następnego dnia stawiamy się u weterynarza bez Kleosia, on już wie i mówi do nas -„Co walczymy jeszcze” Dostajemy kolejne zastrzyki. I tak przez 10 dni świadome tego, że to nieuchronne, przejście Kleofasa za tęczowy most dajemy mu miłość, ciągłą uwagę, obecność. Zmieniamy się w nocy czuwając pomagając położyć się, bo w brzuszku już zbiera się woda i każde przycupnięcie położenie jest jego bólem. Nosimy go na okienko, aby łatwiej było mu oddychać. Dzień Przed.. Kleoś popatrzył na mnie tak świadomie i lekko groźnie, poważnie. Zamiauczał inaczej niż zwykle, tak żałośnie, ale silnie. Odczytałam, że to jego ponaglająca nas prośba, o pomoc w odejściu, że już dłużej nie może. Całą noc czuwamy, pomagamy mu. Klęczymy przy kuwecie patrząc, czy zrobi siusiu, bo ostatnio bardzo mało siusia.

Piątek rano, Konstancja obejmuje mnie, nic nie mówi. Płaczemy i wiemy, że to trzeba zrobić, bo on za mocno cierpi. Ale nie chcę go pakować do transporterka i nieść na ostatnią drogę w obce miejsce. On tak strasznie nie lubił wyjść do weterynarza. Konstancja mówi:

-„Bądź mamuś z Kleosiem, powiedz mu wszystko, co potrzebujesz, nie wiem: podziękuj, przeproś, czy obiecaj. Wam komunikacja zawsze dobrze wychodziła”.

Uśmiecha się i głaszcze. Oboje nas. – „A ja zajmę się wszystkim”.

Pełna łez wchodzi do pokoju i mówi dziś 18.30 przyjedzie do nas bardzo dobra pani weterynarz Sarah Ivo z Brzeźna. To był anioł człowiek. Jestem jej bardzo wdzięczna. Rozmawiała z nami, głaskała i mówiła do Kleosia, np. że ma małe łaputki. A nami była zaskoczona, mówiąc -„Nie wiem skąd panie miały takie wyczucie, ale to ostatnia chwila na godne odejście Kleosia, bo mamy już wodobrzusze i prawdopodobnie dzisiejszej nocy zalałaby pęcherzyki płucne i topiłby się.

Wierzę, że Kleoś biega po zielonej łące z żółtymi kwiatkami i od czasu do czasu wbiega na pagórek popatrzeć, czy idzie jego kochana ziemska mamusia Basia. Obiecaliśmy to sobie, że poczeka na mnie i kiedyś pójdziemy razem szukać dobrych dróg tamtego świata.

PS Dziękuję Córeczko. Byłaś ze mną w tym ogromnie trudnym czasie. I pomogłaś mi, jak nigdy w życiu. Jesteś prawdziwym Darem z Nieba, moja Konstaneczko.

Dziękuję

Dziękuję wszystkim moim czytelnikom za bycie ze mną. Cieszę się, że poznałam Was w świecie wirtualnym – na łamach blogów.

Nie chcemy brać krzyży na swe ramiona, ale najczęściej nie mamy wyjścia. Kochając ludzi, zwierzęta narażamy się także na cierpienie. Nie chcę swoich krzyży, ale nie ucieknę przed nimi. Nie chcę mierzyć się z nimi, z bólem.. . Nie chcę zasypiać, a zwłaszcza budzić w stresie wraz z budzącą świadomością, w jakiej teraz rzeczywistości żyję.

Mój mąż walczy o życie, jest ciężko chory. Ja stałam się znawcą spraw stomijnych. Wprawiłam w zastrzykach domięśniowych, zakładaniu worków. Nie brzydzi mnie ich zmiana, blizny, cieknąca ropa, czy treść jelit.. itd.

Bardzo płakałam, bo nie chciałam kolejnego krzyża. Ale tak jak pisałam, nie ma ucieczki, muszę i to przeżyć. Każdy powie, czy pomyśli – „Takie jest życie”, -„Nikt nie żyje wiecznie”. To wszystko prawda, ale tak po ludzku boimy się rozstania, bólu, tęsknoty, zmiany.. . Nie chcemy czuć się bezsilni wobec bólu najbliższych. Mój kochany kotek Kleoś, odchodzi.

Zrezygnowałam z pracy w MaBe Care. Zostawiam bloga. Choć może kiedyś wrócę do jednego i drugiego. Każdą chwilę chcę spędzić z domownikami, którzy mnie potrzebują. Bardzo im współczuję.

A Wam życzę spokojnego, szczęśliwego życia bez burz, zamieci i krzyży. A jeśli już, wychodźcie z nich cało. Nie zniszczeni!! Do usłyszenia Basia

To nie jest dobra pora, to nie jest dobry czas!

Ile razy w swoim życiu słyszałeś to od innych lub sam tak myślałeś? To nie jest dobra pora, ani czas! Na to, czy na tamto. Muszę poczekać.

Nie rozwiodę się, bo dzieci są za małe, bo nie mam dokąd iść, bo on jest teraz chory, bo kredyt niespłacony, bo teściowa się załamie.. . Czekasz aż dzieci będą dorosłe i lepiej to zniosą. No i przecież powinny mieć dzieciństwo z obojgiem rodziców. Wprawdzie chory dom, toksyczny układ, ale rodzina „cała”. Aż dowiadujesz się od psychologa, że dla dziecka rozwód rodziców, najlepiej kiedy nastąpi póki dzieci małe, góra do ich 10 roku życia. A między 10 i 20 rokiem dziecka lepiej nie, bo to najgorszy czas, najgorsza pora!!

A z urodzeniem dziecka, też często nie pora. A to studia nieskończone, a to w pracy brak umowy na czas nieokreślony, a to wciąż w wynajmowanym kącie, a to doktorat nęci i kariera, pieniądze większe, a to partner jeszcze nie gotowy lub nas po prostu nie stać na dziecko!

Nigdy nie ma dobrego momentu na pożegnanie bliskich. Na odchodzenie, najczęściej też nie pora.

Ani na twoją ucieczkę w głuszę, bo masz dość!!!! Wszystkiego i wszystkich !!! Nie poradzą sobie bez ciebie, bo tak się nie robi, bo to nie jest wyjście, słyszeliśmy, jak nie w swoim życiu, to na filmie. Ktoś komuś wykrzyczał, że ucieczka nie jest rozwiązaniem. A to że on tak czuje, że tego potrzebuje, nieważne, bo na ucieczkę od ludzi, od obowiązków nie ma dobrego czasu. A czy to i to i jeszcze to… na pewno jest twoim obowiązkiem?!!! Ale podobno nie możesz mieć wszystkiego w dupie. Aaa bo dupa za mała na to wszystko. Tak, jestem trochę zła.

Za mało doceniamy zwierzęta. Te, są teraz pod moją opieką. Nie wiedziałam, że żółwik żółtolicy jest całkiem kontaktowy. Bardzo go polubiłam, a on pokochał moją nogę, ale to przyszło z czasem. Pragnie dostać się do mnie na kolana. Rudy kotek godzinami spałby na moim brzuszku, a ten drugi nazywam go Żbiczkiem jest nieufny, ale błogo zastyga, jak masuję brzuszek (na stojąco). Zwierzęta są ciepłem, radością. Od nich nigdy nie stronię. Przez nie nie płaczę, bo nie traktują mnie źle.

Ta jedna chwila

Z nią zmienić może się wszystko. Nagle świat staje na baczność lub ginie. Innym to się zdarza, słyszałeś! Ale Tobie?

A może być i tak, że uśmiecha, jak mała dziewczynka. Na ten uśmiech losu już nie czekałeś, nie wypatrywałeś i w cynizmie swoim nie wierzyłeś, że się zdarzyć jeszcze może. Obyście już nigdy nie byli postawieni na baczność w swoim życiu, a ciepłe uśmiechy losu zdarzały się Wam jeszcze nie raz.

Zastanawiałam się nad tą ćmą. Nocny motyl, a w takim jasnym kolorze odwiedził mnie w pokoju. Trochę , jak duch i jeszcze usiadł na martwej Barbie. Nigdy takiego nie widziałam, znacie go?

Nigdy nie przestanę marzyć

Aby mieszkać samej. Kocham ludzi, chcę dla każdego, jak najlepiej. Kocham bliskich, nieba bym im uchyliła, ale potrzebuję być sama. Chyba wiem, na czym to polega u mnie. Ostatni tydzień mieszkałam sama. Było mi naprawdę dobrze. To było szczere poczucie wolności. Później pojawiła się córka na dwa dni i zrozumiałam dlaczego jest mi ciężko. Ja mam poczucie winy, że coś robię w domu lub nie robię, że wyjdę lub nie wyjdę, że położę się o tej porze dnia spać, czy że nie robię tego, co według domowników powinnam. Ja to czuję całą sobą. Czasami słyszymy, ze ktoś mówi -„Jestem wolnym człowiekiem”. Tak też myślałam o sobie od jakiegoś czasu. Ale nie jestem pewna, póki jesteś w jakiś relacjach z ludźmi, nie jesteś wolny. Nie umiem patrzeć na siebie, na to czego potrzebuję nie martwiąc się, że córka się naburmuszy, a mąż odbierze moje postępowanie za mało troskliwe.

Od 3 tygodni nie biorę tabletek na sen. I śpię. Lekko, czujnie, ale śpię. Taka Basia bez tabletki budzi się wyspana o 5 czy 6 rano i nie przejmuje się, bo przecież ma swój pokój i może położyć się spać w dzień, np. o 11 do 13 i wstaje pełna życia. Pod warunkiem, że ma swój pokój, a najlepiej mieszka sama. A i nie ma pracy na pełen etat, jak ja.

Teraz chylę czoła przed wszystkimi, co zajmują, opiekują się chorym, czy starym człowiekiem. Aniu, siostrzyczko, pewnie nawet nie zdaję sobie sprawy, jak to naprawdę jest. Brakuje siły fizycznej, cierpliwości, oddechu pełną piersią. Dzwoneczek, który dałam dzwoni, co chwilę w pokoju obok. -„Wynieś talerz, przynieś dzbanek, brzoskwinie twarde, a arbuz za mało soczysty, usiądź tu, przymknij okno, zrób zastrzyk, ale żeby nie bolało, a opatrunek przyklejaj mocniej. Zostaw pracę, nie wychodź z domu, bo możesz mi być potrzebna, siedź przy mnie, czuwaj w nocy. Zdejmij skarpety, załóż skarpety, ugotuj to, to i to. Nieee, nie taki kurczak, na parze nie lubię, mdły..”

Pomyliłam współczucie z miłością. To nie miłość!! Czasami też mylimy głupotę z dobrocią. Bywa różnie. I obyśmy szybko zrozumieli, co czujemy, bo skrzywdzimy siebie i innych.

-„Jajko mogę jeść, ale zrób tak, żeby nie było mdłe..”

-” Już robię”

Może spróbujecie, czy nie wyszło mdłe?

Ugotowałam 4 jaja i rozdrobniłam widelcem w misce z łyżką majonezu, trochę szczypiorku wkroiłam i małego ogórka świeżego w drobną kosteczkę. Szczypta soli, bez pieprzu, bo może zaszkodzić i bez chili. A sobie z połową strączka chili.

Ach, to żółte żelastwo!

Jak wiecie jestem pracownikiem na telefon. Jest praca, zapotrzebowanie na masaże, to rzucam wszystko i jadę. Tym razem robiłam strucle drożdżową z serem. Przerwałam i popędziłam toyotką. Zaparkowałam na niepłatnym, bo tam u nas w Gdańsku straszne stawki. Od 9.00 do 20.00, w świątek piątek i niedzielę- 5,50 za pierwszą godzinę, 6,60 za drugą i 7, 90 za rozpoczęcie trzeciej godziny, a każda następna po 5,50. Tego dnia wezwano mnie do trzech masaży na 5 godzin. Przycupnęłam obok apartamentowca na Tobiasza za szkółką przerobioną z kościoła. Można by powiedzieć, że nie na widoku, a w kąciku.

Masaże były stresujące, ludzie udziwnieni tylko Norweżka, jak plasterek miodu miła i wdzięczna. Po- musiałam zostać, posprzątać wszystko, kupić proszek świeczki.. . Nastawić pranie, bo szef swoją naprawą kranu wywołał potop. Na kolanach wieloma ręcznikami ratowałam dwa całkowicie zalane gabinety, a za kwadrans miała przyjść pierwsza klientka. Ledwo uratowałam sytuację. Wracam taka spracowana, oklejona, koszulka do pleców się lepi. Nie jadłam, nie piłam od kilku godzin i jeszcze na koniec miałam płaczącego mężczyznę, jak zorientował się na czym polega tantra. Zapisała go siostra, chcąc dobrze, bo ma problemy z erekcją (myślała, że czakry uaktywnię), ale wyszło beznadziejnie. Żal mi go było, przestałam masować, jak zobaczyłam że on autentycznie płacze i ma wyrzuty sumienia. Mówię Wam, masowania też mam dość. Albo ognisty wariat, kozaczek się trafi, albo cnotliwy wrażliwy mężczyzna. Jak bym miała normalną emeryturę nigdy bym już nie masowała, ani świątynnej tantry, ani tanecznego lomi, czy magicznego reiki.

Podchodzę do schowanej toyotki i już z daleka widzę żółte żelastwo na kole- blokada!! Myślę trudno takie życie. Do dziś ciężko zarobionych pieniędzy dorzucę i jakoś to będzie. Już układam w głowie, że teraz sama mieszkam to skromnie się wyżywię, na młodych ziemniakach i mizerii. Ile to ja razy w kryzysowych sytuacjach byłam. Tylko mi wstyd, że zostałam złapana na niewłaściwym, cwaniackim parkowaniu. Dzwonię i mówię, że mam blokadę, czy może ktoś przyjechać, bo chcę zapłacić i wrócić do domu. Miła pani zapytała tylko o nr blokady. Usiadłam na ławeczce nieopodal i myślę poczeka ja zapewne. Nie, byli w 3 minuty chyba. Wychodzi wielka blond kobieta w mundurze, stoi w rozkroku, w ręku dzierży jakiś metal i uderza nim o swoją dłoń, ale to tylko pozory, to miły człowiek w roli stróża prawa. Pan – najmilszy wzrok, uśmiechnięty, życzliwie pyta:

-A dokąd to pani tak się spieszyła, że tak byle jak porzuciła samochód? Wprawdzie nie ma tu napisu „Nie parkować”, ale to teren gminy miasta.

Opowiadam, gdzie pracuję i że jest mi wstyd za niewłaściwe parkowanie, ale przy pracy na płatnym to ja zapłacę połowę z tego, co zarobię.

– A ile dzisiaj pani zarobiła?

– O dużo, wyjątkowo dużo, bo 140 zł.

– No to zarobiła pani 40.

O, myślę sobie już go lubię, że tylko stówkę chce ode mnie. Ja naszykowana byłam na 300, bo tyle kiedyś Kona płaciła, jak zdejmowali jej blokadę. Notuje coś w kajecie służbowym i zadaje różne pytania, a to dlaczego wybrałam taki zawód, bo przecież jestem drobną kobietką. Mówię, że ta praca to kwiatek na dodatek w moim życiu. Przez lata pracowałam na Stogach w szkole z dziećmi i to była moja miłość.

-A jakie dzieci pani uczyła, bo jak mam tak kilku znajomych.

-Najmilsze, najmłodsze. O może nawet pan zna, bo to córeczka pana kolegi z pracy Zuzia.. . Byłam jej nauczycielką i w pewien sposób drugą mamą (dzieci z klasy jej zazdrościły, że ma takie fory, pani robi jej śniadanko, czesze warkoczyki przed pracą i..), bo kiedy chodziła do zerówki, jej mama była w szpitalu z młodszą córeczką ciężko chorą.

-A tak tak, wszyscy trzymaliśmy za nich kciuki. I udało się.

Jeden ruch skreśla wszystko, co notował i mówi – Lubię dobre nauczycielki, a dzieci z panią dobrze miały, bo pani taki miły wesoły człowiek.

-Nie, nie tak nie można, zasłużyłam na karę. Ja nie szukałam żadnej protekcji, ulgi. Gdybym chciała, to od razu zadzwoniłabym do taty Zuzi, który u Was pracuje, ale jestem dorosła, sama odpowiadam za swoje czyny.

-Niech pani zmyka. Ale już!!

I pojechałam

Oswajanie

To, co było strasznym powoli oswajanym jest. Może jeszcze będzie dobrze. Wiem długa droga. Przedziwnie skonstruowany jest nasz organizm. Możemy w jednej chwili zemdleć, czy być bliskim omdlenia na wieści straszne i niespodziewane. Podziwiam ludzi, którzy spinają się w sobie, nie załamują, walczą i jeszcze uśmiechają. Ja z tych, co wyrywają włosy z głowy w rozpaczy, a rano nie chcą wstać, istnieć, nic wiedzieć, nic pamiętać.

Oglądałam kiedyś taki sobie filmik, chyba „Zakochany bez pamięci”, o klinice, co czyściła mózg ze wspomnieć przeżytych w jakimś związku. Był January, Ksawery, Klara, Donata.. i już śladu po nich nie ma. Przypomniał mi się ten film wraz z natłokiem męczących wspomnień. Łapiesz się za głowę i myślisz:

– „Boże nie dam rady, już nie mogę, nie chcę o tym myśleć i tak niczego nie zmienię, nie cofnę, nie naprawię. Proszę uwolnij mnie od wspomnień”.

Gdyby tak można było poddać się zabiegowi usunięcia niepożądanych wspomnień i nie koniecznie o byłej miłości, ale złych obrazów, zdarzeń, decyzji, przeżyć, słów, ludzi, historii rodzinnych.. . Wiem, nie można i może tak musi i powinno być. Nie wiem.

Istnieje też coś takiego, jak –wyparcie. Zdarzyło się i mi. To jest dopiero przedziwne w nas. Jeden z mechanizmów obronnych człowieka, który uaktywnia się automatycznie, bez naszego świadomego udziału. A wszystko po to, aby uchronić naszą psychikę od wspomnień, z którymi z pewnych powodów człowiek nie jest w stanie sobie poradzić. Wystarczyło, że ktoś opowiedział mi jakieś zdarzenie i włączyła się pamięć we mnie. Straszne!!

Te wszystkie światełka kiedyś zgasną!

„-.. Zetrę ten twój słodki uśmiech..”

To był czwartek. Zły dzień, ale kolejny może być gorszy. I był. Zaczął się od 7 rano. Pełno złych zdarzeń, stresu, kolizji, próśb w przychodniach, przekonywania, że muszą wydać te wyniki, w końcu sfingowania upoważnienia. Pomogła jedna z pielęgniarek, która niechcący usłyszała moje skomlenie . Podała świstek papieru i wyszeptała: – Ja pani to daję, a co pani z tym zrobi, to pani sprawa”. Kolejne parkowania w miejscach, gdzie nie można, ale inaczej się nie da, bo tam już czekają – „mędrca szkiełko i oko”. Załatwiłam ile mogłam. Usiadłam i rozpłakałam się.

A w Mabe jeden masaż na 16.00 zapisany. Jadę spokojna, że to pani i że zwykły masaż bez udziwnień, po prostu klasyczny, bo na mężczyzn i ich magiczne czakry (wszystko to o kant stołu) dziś nie miałabym siły. Wchodzi Polka po 50 tce. Ostre rysy twarzy. Witam ją z uśmiechem, zapraszam, a ona już na wstępie.

„O, inna pani” !! I kręci głową

„A muzyki innej nie macie”. Zmieniam na ptaszki i strumyki

-„Zamiast wałka proszę mi dać poduszkę”!! Oczywiście.

Przez cały masaż chrząkała i jakby znudzona wydawała krótkie dźwięki „hm, och”. Dopytałam, czy co nie boli i może ma jakieś życzenie, np. żeby dłużej opracować plecy, ręce.. 🙂 Odpowiadała krótko i ostro- „Nie”.

Widzę że trudny człowiek, to tym bardziej nieba bym jej uchyliła. Starannie masuję każdą część. Zwłaszcza kark, bo widzę, że woła o pomoc. Pracuję przy nim dłużej. Stopami z haluksami też z czułością zajęłam się. Przedłużyłam masaż o 10 minut. I naprawdę wykonałam go najpiękniej, najsolidniej, jak umiałam. Na koniec podeszłam do leżącej pani, położyłam dłoń na ramieniu i z uśmiechem powiedziałam:

-„Wszystkiego dobrego, życzę pani.”

Ta lekko uniosła się, zrobiła duże oczy, zamilkła jakby przygotowując ciężką myśl i rzekła:

„Zrobiłam wiele, aby zetrzeć ten pani słodki uśmiech, a pani życzy mi szczęścia!!? Czy pani dobrze się czuje!!?

-„Jest pani dobrym człowiekiem, tylko zranionym wiele razy, a teraz samotnym, dlatego dobroć, życzliwość drażnią panią. Ja to rozumiem”

(miałam trudny dzień, może dlatego nie zabrakło mi odwagi odpowiedzieć szczerze)

I wyszłam z gabinetu. Pani też chyba ekspresem ubrała się i w milczeniu spieszyła do wyjścia. A kiedy na pożegnanie mówiłam -„Do widzenia”, obróciła się chwytając klamkę, popatrzyła na mnie, moment zastanowienia i nic nie odpowiedziała.

Pomyślałam, a masz Baśka chciałaś kobiety na masażu, to Ci dowaliła tym paskudnym zachowaniem. Wracam do domu i myślę sobie głośno:

„Co ja się tak uparłam z tym kochaniem bliźniego!!”

Cóż jesteśmy różni i w różnych okresach swojego życia spotykamy drugiego człowieka, który też ma problemy, albo szczęście go unosi. Niech tej kobiecie wszystko się ułoży!!

Kochani, obniżę aktywność, zamilknę na jakiś czas, mam niespodziewanie trudny okres w życiu. Ale nadal pozostaję najmilszą Basią, życzliwą każdemu.

Dobrze, że mam Kleosia. Odzyskał cały stół. Julia w Warszawie.

A ja całe łóżko :-)))

..podstępnie szczypie ścięgna, stawy

Bolą cząstki całości, straszna słabość,

Człowiek chyli się coraz bardziej, psiakość!

Już czuć woń kwiatów, już czuć zimno trawy..