Moon, Twoja baśń

Wielkimi krokami zbliża się pełnia Księżyca w znaku Bliźniąt, a to ważne, bo kiedy nachodzi pełnia w znaku Bliźniąt, człowiek ma szanse otworzyć się na nowe: pomysły, potrzeby, marzenia, intencje. To ta pozytywna część pełni, ale jej wielka moc działa też na nasze emocje, a w efekcie może sprzyjać napięciom i konfliktom. Tym rodzinnym, zawodowym, partnerskim. Przemilcz, nie daj się wciągnąć w potyczkę słów, bo szansa na lawinę złych jest wielka, jak nigdy dotąd. I ja odczułam wyjątkowo przykro na własnej skórze, choć nie miałam kłótni w planach.

Niestety, ta pełnia może też wpływać na naszą bezsenność.

 

Pełni towarzyszyć będzie półcieniowe zaćmienie, ale w Polsce trudne do zaobserwowania.

Kumulacja pełni już jutro, 30.11.2020. godzina 10.32. Ale marzyć, projektować zmiany możesz do 8 grudnia, zanim Księżyc wejdzie w inną fazę. Ja czynię to dzisiejszej nocy. A jutro nie zapomnę tych marzeń wypowiedzieć na głos. Wymodlić, wykrzyczeć nad morzem.  Na pewno nie zaszkodzi.  Niejeden z Was pomyśli, tonący brzytwy się chwyta. I ma rację, ale może złapię za rączkę, nie ostrze.

Teraz jedno zdanie takie sobie rzucone dla wszystkich. Nie bądźcie głupi, nie wierzcie, że z miłości, czy dla miłości zmienicie alkoholika. On musiałby sam dla siebie tego chcieć, nie tylko dla Was!!

Usiądź wygodnie, może połóż pod kocykiem, czy wygrzewając w wannie  układaj scenariusz swojej baśni, jak ma wyglądać Twoje życie w kolejnych latach. Pozwól sobie nie oszczędzać fantazji. Czego tak naprawdę chcesz?! Odpowiedz teraz.  Możesz to wypowiedzieć lub napisać. Powodzenia Kochani. I ja oddam się marzeniom, a później pomyślę o realiach. Chcę wierzyć, że przyjdą spokojne wieczory, miłe poranki , a to o czym myślę jest możliwe. ŚWIĘTY SPOKÓJ!

PS Tak dzisiaj wyglądało morze w Sobieszewie.

A pani, seniorka?!

No i  doczekaliśmy czasów, że ten komu brakuje z pół roku do sześćdziesiątki, już jej chce. Tu i teraz. Kiedy ma się naście lat, a nawet 40 tkę, nie oddalibyśmy naszego czasu życia, za swobodne robienie zakupów, ale kiedy brakuje 2 miesiące. Eh, też nie warto, każdy dzień cennym jest!

Wczoraj zaplanowałam lepienie pierogów z kaszą gryczaną, pieczarkami i leśnymi grzybkami. Kuchnię wysprzątałam po mężowskim śniadaniu, bo każdy bałagan wprowadza mnie w zły nastrój i wręcz ból brzucha. Zwłaszcza teraz, kiedy kuchnia taka miła po remoncie. 

Ubieram buty i biegnę do pobliskiego warzywniaka. Wiem, jest 10.04  ale ryzykuję wchodzę, oczywiście w maseczce. W sklepie nie ma nikogo, a i przed sklepem nikt nie czeka. Ekspedientka udaje, że mnie nie widzi. Stoję i czekam, aż zwróci na mnie uwagę, ale ona nic. Więc odzywam się:

-„Proszę 70 dag. pieczarek.

Ona nic. Powtarzam bardzo mile. Pani unosi wzrok i rzecze:

-„A pani, to niby seniorka”?!

– „Och, bardzo przepraszam, ale nie ma nikogo przed sklepem, może sprzedałaby mi pani tylko te pieczarki, potrzebuję do pierogów. Za dokładnie 2 miesiące, będę miała te 60 lat”.

– „Hm, akurat! Już to widzę!”

Zła, ale wkłada do woreczka grzyby i podaje. Podziękowałam i przeprosiłam za utrudnienie.

Pierogi zrobiłam. I część zamroziłam już na święta. W tym roku całe święta będą bezmięsne.

Dziś piątek. A około tygodnia temu zrobiłam sobie małe postanowienie, że będę się bardzo starała nie jeść mięsa. No trochę inaczej. Sama do swojej kuchni już nie kupię mięsa, zjem tylko czasami, jak będzie jakaś okazja wpaść ze znajomymi na kebaba ( z  kurczakiem), czy skrzydełka z KFC. albo z Erlendem na sakiewki gruzińskie. Ale to musi być wyjątek. A do swojego jadłospisu, do swojej kuchni już nie chcę mięsa. Mam swoje powody, kiedyś Wam o nich napiszę, ale to smutne.

W Brzeźnie niedaleko mojego osiedla Wrzeszcz  jest znakomity sklep rybny. Znany na całą okolice i nie tylko. Do tej pory byłam słabym zjadaczem ryb, ale teraz myślę, brak mięsa nadrobię rybką, ale tylko czasem, bo słabo mi ona idzie do żołądka. Kotkowi Kleosiowi kupię też kawałek świeżej i wędzonego halibuta, tak do posmakowania, chociaż ździebko.

Pomna nagany i bury, jaką dostałam dnia poprzedniego w warzywniaku, jadę toyotką wcześniej, niż czas seniorów.  A tam kolejka przed sklepem. Tak około 8 osób przede mną, a w zacnym sklepie 4 klientki. Sklep dość duży, wybór znakomity i świeżej rybki i garmażu. Stoję, stoję, aż przychodzi za mną starsza pani i mówi do mnie

-„A po co pani teraz stoi, nie obsłużą pani”!

-„Jak to, dopiero 9.20”

-„Nie zdąży pani, bo tu ludzie zawsze dużo kupują, a to rybki takiej, a to sałatki ze śledzika, a to kilka kotlecików, a to … „

-„Och, to ja pójdę zapytam ekspedientki, czy jak stoję od 9.20 przed sklepem, to zostanę obsłużona, kiedy minie 10, a ja dopiero wtedy dostane się do tego przybytku”?

-„A niech pani pyta, ja mam doświadczenie i wiem, że nie”!! 

Miała rację. Ekspedientka, starsza, zmęczona pani poinformowała mnie, że mogę przed sklepem stać już od piątej, jej to nie interesuje, tylko ile mam lat, kiedy już wejdę do jej sklepu.  Myślę nie mam szans, bo kolejka idzie w żółwim tempie.

Poszłam na spacer nad morze, nawdychałam jodu, porobiłam filmy dla Erlenda z Basią morzem i mewami w roli głównej. Pospacerowałam po lesie i nie odpuściłam rybnych zakupów. Po godzinie 12  stawiłam się tam z powrotem. Wierząc, że wrócę do domu z rybką i Kleoś wycałuje swoją panią za tę szczyptę halibuta. On jest, jak pies na baby, ale w tym wypadku, jak kot na rybę, łasy!!

Nic z tego, tym razem młodzi ludzie przed sklepem, ale naliczyłam ich 22 osoby. Myślę -„Hm, do zimy nie kupię tej ryby. Wróciłam do domu i dałam Kleosiowi mięsko z ekskluzywnej kociej saszetki, dostał w prezencie od mojej siostry, też kociary wielkiej. 

Zajęłam się ciastem, serniczek na zimno, bo lubię słodkie śniadania. Będę miała prawie na tydzień. Ale ta ryba nie dawała mi  spokoju. Było po 15 tej, jak ponownie ruszyłam toyotką po upragniony zakup.  Eh, przejechałam, zobaczyłam i odjechałam. Taki sam długi sznurek ludzi w kolejce przed sklepem. Jutro spróbuję. Chyba, że mi przejdzie ochota i ugotuję fasolkę w pomidorach. Też dobrze, a rybę kupię w zwykłej sieciówce (Lidl, czy Intermarche). Nie!!! Chyba jednak kiedyś ponowię próbę ataku na ten sklep. Trzymajcie kciuki. A jak u Was z zakupami, w ten trudny czas?

 

Dwa kroki do przodu

Myślę, że często nie warto rozgrywać swojej wojenki tu i teraz, tylko pomyśleć dwa kroki do przodu, co mi to da? Co da mi, „moje dopięcie swego”, co przyniesie dla naszego związku.  Może i udowodnię żonie, że Bóg, to tylko wymysł człowieka, aby miał co czcić i czuć  opiekę. Ale, czy przez to scementuje związek, jeśli ją dorosłą, ukształtowaną osobę będzie próbował zmienić? I to metodami wyśmiewania, wytykania. Budowanie relacji między dwojgiem ludzi wymaga mądrości życiowej, naszej dobrej woli i umiejętności patrzenia do przodu.

Podam Wam trzy przykłady, które mocno wciskają się w moje życie.

Jest młoda para ludzi z dwójką małych dzieci. Za każdym razem,  kiedy się tylko z nimi widziałam, od początku ich małżeństwa, zawsze wychodziłam z myślą- „Ciekawe, jak długo ten chłopak będzie to znosił”. Ona, żona zawsze mądrzejsza. Ale to zawsze!! Cokolwiek mąż nie powie, ona zaraz poprawia go, a to, że ta sytuacja miała miejsce podczas innej wycieczki, a to, że nie w styczniu tylko lutym, a to, że on źle mówi, bo wtedy miała niebieską sukienkę, nie czerwoną i pomylił trasy i że w ogóle o inny zabytek chodzi. Rzeczy, które nie są ważne, a on zawsze ma wytknięte, że głupi, że nie pamięta.

No fakt kobieta pamięta wszystkie detale, niuanse, ale tak na forum wiecznie go sztorcować i wytykać każde potkniecie, nawet błąd językowy. Żal było ich słuchać i patrzeć na to. On zawsze czuł się jak uczniak. Już nie! Zamieszkali osobno, sprawa rozwodu w toku.  Ona „wygrała” każdą potyczkę i swoją samotność. Chłopak odszedł, wykorzystał pierwszą nadarzającą się okazję. Nadal jest dobrym tatą. Rozmawiałam z nim kilka dni temu. Mieszka sam, jest szczęśliwy. Dużo pracuje, ale i opiekuje dziećmi, zarabia ładne pieniądze, a w wolnej chwili siada na swój ukochany motor i jeździ po Polsce. Ona zawsze wygrywała potyczki, ale bitwę póki co przegrała (nie chciała tego rozwodu). Może nauczy ją to czegoś, a może znajdzie też wojownika, co to mądrzejszy jeszcze od niej i też nie patrzy dwa kroki do przodu.

Te- „dwa kroki do przodu” – to nie tyle spryt, co mądrość życiowa. Trzeba wiedzieć, co jest ważne, a co ważniejsze.

Teraz po krótce opisze Wam młode małżeństwo starszych ludzi po 60- tce. Pobrali się niedawno.  Tu padła kosa na kamień. Jedno zawsze było najmądrzejsze i znalazło drugie, co to też nigdy nie ustępowało i jest naj, naj.. . Ci nie przebierają w słowach. Żrą się tak, że przykro słuchać, ale koniec końców najczęściej kobieta wygrywa, choć i on straszy pan bywa zwycięzcą, bo ten już nie taki potulny i wycofujący, jak młody poprzednik. Zawsze wychodzę od nich strasznie zmęczona i smutna. Żyją razem do dziś i choć coraz starsi kłócą z wyzwiskami, przekleństwami i to zawsze przy gościach. Dobrze, że jeszcze przy nas nie biją, ale co jest, kiedy my wychodzimy, nie wiem. Im to chyba nie przeszkadza i czuję, że nawet pasuje, taka ciągła walka, szarpanina o byle co. Nie, jak poprzednikom, bo tam zawsze smutnym i przegranym był on.

Ostatnia para, powiedziałabym beznadziejna, bo nadal siedzą razem, ale tylko, jako małżeństwo na papierze. Nie wiedzą, jak z tego wyjść.  I prawdopodobnie na stare lata już się nie odważą. Pobrali się po swoich życiowych przejściach, po czterdziestce. On ateista, ona wierząca w Stwórcę, ale nie koniecznie w instytucję kościoła, choć co niedziela na mszy. On czujny, nie omieszka przy najmniejszej  i największej katastrofie: tsunami, pożar, wielkie straty w ludziach, wojny, katastrofy lotnicze, kolejowe… wytknąć, że ma takiego Boga, który na to pozwala i wyśmiać go.  Po co? Co mu to da? Poczucie wygranej, że on mądrzejszy, bo w takiego Boga nie wierzy. Co przyniesie dobrego dla budowy ich związku?

Ścieżki uczuć z wielu powodów dawno się rozeszły. Po latach on wyciszył się, zobaczył, że na powrót do swojego pierwszego małżeństwa nie ma już najmniejszej szansy i wtedy na kobietę obok zaczął patrzeć łaskawiej, jakby chciał lepszej relacji. Czy nie powinien wykorzystać szansy, np. pasterki. Ona sami idzie ciemną ulicą o północy. On nawet nie wierząc i patrząc na tradycję pasterki, jak na cyrk, może powinien spróbować przemóc się i iść dla niej, z nią, dla bliskości ramienia podczas półtoragodzinnej ceremonii. Ale nie! On nie umie patrzeć na swoje decyzje o dwa kroki dalej, a przynajmniej jeden.

Kolejna, coroczna uroczystość w rodzinie, urodziny jego wnuka. Idzie sam, bo jak twierdzi nie usiądzie przy jednym stole z mężczyzną, który zabrał mu pierwszą żonę. A jak on nie przyjdzie ze swoją, to i ona-była żona nie przyjdzie ze swoim, co kością w gardle nadal stoi. I w ten to sposób z obecną żoną nie pokazują się razem w rodzinie.

On wygrywa swoje wojenki kosztem dobrej relacji z obecną żoną. A podobno mu na niej zależy.  Tylko że wojna z facetem, co kiedyś zabrał mu żonę, a ona dała się zabrać, jest ważniejsza, niż obecny związek. To dobry przykład tego, że tu i teraz kuje żelazo, nie patrząc, co traci. Nie widzi  o ten krok dalej. Jakby nie przewidując konsekwencji swoich słów, wyborów, decyzji.

Wygrywając swoje wojenki, patrzcie, czy nie tracicie znacznie więcej.

Piękno i smutek

Już teraz każdy z nas ma „koronę” bliżej. Trudno ustrzec się naszego strachu o siebie i bliskich i.. lekkomyślności innych. Życie, także to domowe zmieniło się. Jedni pracują, studiują zdalnie, zawiadując ze stacji- pokój, a inni cichutko przemykają. Wytrzymujemy to, bo co innego nam zostaje. Choć im więcej domowników, tym trudniej ogarnąć.

Teraz u mnie, to czas spacerów. Dużo wychodzę nad morze i stare miasto. Gdańsk jest pięknym miejscem na ziemi. Wiele tu zakątków, które zachwycają. Ale na zdjęciach, oprócz piękna łatwo zauważycie pustkę. Jakby miasto wymarło. Smutek! Zdjęcia robiłam około 10 rano i  na wieczornym spacerze przed snem. Pustka tu i tam jednako zatrważa! Tym, którzy chorzy życzę zdrowia, a zdrowym roztropności.

Moja przyjaciółka Marta była przeziębiona. Poprosiła  o zakupy. Kupiłam świeże, wiejskie jaja i pachnące pomidorki na rynku od babuni. Zaniosłam, posiedziałam, z godzinkę potrajlowałyśmy i poszłam, życząc zdrowia. Herbaty nie piłam, ale ciasto zjadłam używając łyżeczki. A następnego dnia słyszę, że to ta straszna korona, a nie zwykłe ludzkie przeziębienie. No ładnie! Cóż zdarza się. W te pędy wyprowadziłam się z domostwa, bo na dwoje babka wróżyła. Albo zarażona jestem, albo nie. Albo kogo poczęstowałam wirusem albo nie! Posiedziałam w izolacji cztery dni i wróciłam do rodziny wypoczęta, bez żadnych objawów. Przyjaciółka przeszła lekko, tylko nadal czeka na odzyskanie pełni zmysłów, co by wiedzieć i czuć co zjada!

Oto moja izolacja. W kieliszku schłodzona cola, na talerzu ukochane winogrona.

Mało mnie

Przepraszam, ostatnio mało mnie na blogach. Mam dużo wolnego czasu, jak nigdy w życiu. Ale chyba go trwonię!! Do szkoły nie chodzę, pracy prawie nie mam. Może dwa masaże w tygodniu.

Julia za pierwsze zarobione pieniądze kupiła sobie dietę pudełkową, bo mama wykańczała ją niezbilansowanym domowym jedzonkiem. I takie żywienie typu; zupa ogórkowa z zacierkami, ziemniaczki puree, panierowane pieczarki i mizeria ze śmietanką były przeciwko niej. Zwłaszcza, że całymi dniami siedzi przy laptopach, ogarnia pracę na pełen etat i studia dzienne online, a nocami pisze magisterkę. Tym to sposobem Basia nie gotuję.

Romuald, jak wiecie, już od wielu lat gotuje sobie sam po swojemu. Przedziwne dania, chyba miały być małokaloryczne, ale nie jestem tego taka pewna, za to w ogromnych ilościach. Głównym składnikiem wielu jego potraw jest ziarno ostropest. Na przykład na śniadanie papka z tegoż ziarna, mielonego siemienia lnianego połączone pastą pomidorową. Na obiad kopa kiszonej kapusty, prosto z wiaderka z twarogiem śmietankowym i na wierzch kawałki śledzia solonego. Nigdy nie mogę nadziwić się temu menu, ale cieszę się, że ludzie starają się i żyją po swojemu.

A i jeszcze jedno – bardzo raduje mnie, że póki co mogę jeść, skubać tak po Basinemu, bo dieta pani Chodakowskiej przyprawiałaby mnie najmniej o smutek, a chudnięcie z dietą Romualda o rozpacz.

Skoro nie zajmuję się kuchnią, ani do bloga nie przykładam, to na co trwonię czas?

Na codzienne spacery nad morzem. Ale i tu widać moje lenistwo. Od 12 lat biegałam nad morze, robiłam minimum 10 km. Teraz podjeżdżam toyotką do Brzeźna i lasem spacerkiem idę w kierunku Nowego Portu, a wracam plażą. Nagrywam krótkie filmiki dla Erlenda i pstrykam fotki. Obserwuję mewy, cieszę widokiem pędzącego pieska w moim kierunku (zawsze się jakiś znajdzie), który tak jak ja, wprawdzie nie na emeryturze, ale też raduje bliskością morza i zabawą w berka z falami.

I teraz pora przyznać się, co robię po spacerze.

Jak ta głupia godzinami oglądam hiszpański serial „Vivir sin permiso”, polski tytuł – „Życie bez pozwolenia”. Julia pokazała go mamusi, co by ta nie nudziła się. Chory na Alzheimera baron narkotykowy, Nemo z hiszpańskiej Galicji chce płynnie przejść na emeryturę, załatwiwszy wszystko do końca. Powoli może zjednać serce widza, w tym ludzkim bagnie. Jego zastępca urodziwy, jak piorun Mario i zarazem przebiegły cwaniaczek pod krawatem, planuje jednak wyrwać imperium z rąk spadkobierców. Wszelkim sposobami i nie przebiera w środkach.

Na początku patrzyłam ze zgrozą, że takim strasznym stworzeniem może być człowiek. Później z zaciekawieniem, co będzie dalej, a teraz pod koniec drugiego sezonu robię się zmęczona tymi wszystkimi morderstwami, matactwami, przebiegłością, okrucieństwem, pazernością i głupotą ludzką.

Chwilowo nie mam siły na polską politykę, Dziwisza, covida … . Piekę ciasto czekoladowe, zjemy z Martą. I pogadamy o jej nowym facecie. W nim jest trochę nadziei, bo jak do tej pory, Marta poznaje samych .. . Eh, szkoda moich nerwów.

Macie swój ulubiony serial na Netflixie? Coś proponujecie dla leniwej Baśki? Dziś kończę drugi sezon tego hiszpańskiego, a trzeciego póki co nie ma. I dobrze, bo tam za dużo głów spada i toczy w kałużach krwi. Coś łagodniejszego proszę.

Październik

                                     

To zdjęcia z ostatniej wyprawy z Kaszub. Pod koniec października wybrałyśmy się z  Konstancją nad jezioro Modrzejewo i Moczydło. Julia pracuje, studiuje i czasu teraz na coś więcej brak.

To niezwykle urokliwe miejsca. Jeziora położone między lasami, a polami uprawnymi. Zachwycające i ciche o tej porze roku.

 

Chciałyśmy mieć trochę czasu dla siebie, ale razem. W najbliższy piątek planujemy kolejny wypad za Gdańsk, ale tym razem nie Kaszuby, tylko kierunek Słowiński Park Narodowy. Nad Jezioro Gardno, tam gdzie urodziłam się i spędziłam dzieciństwo. Pospacerować w miejscach, gdzie mama chodziła do szkoły, zobaczyć domek w którym żyła. A wszystko okraszone opowieściami z dziecięcych lat. I dróżkami na uboczu przejść się na cmentarz, gdzie spoczywa mój brat, moja kochana babcia Anna i dziadek Paweł. Chcę pokazać, budynek w którym zaczynałam pracę z dziećmi- przedszkole i urocze jezioro z szuwarami, gdzie pluskałam się, uczyłam pływać i topiłam, jak niejedno dziecko w tamtym czasie, ale większość z nas wychodziła na szczęście cało z opresji. Wtedy dzieci miały dużo wolności, a czas spędzały na podwórku, nad jeziorem, w polu czy lesie… , a nie przed kompem, bo go zwyczajnie nie było. Moja Konstaneczka wyjeżdża na kilka miesięcy na wolontariat. Stowarzyszenie „Wspólnota” w Wójtówce niedaleko Lądka Zdrój. Małżeństwo z trzema dorastającymi córkami i synem założyło dom dla ludzi z zespołem Downa. Ich najmłodsza córka, ma tę niepełnosprawność.  To duży budynek i mieści się tam około 30 osób (obecnie chyba ok 20). Konstancja chce pomagać. Za wikt i opierunek będzie przygotowywała posiłki, sprzątała, czesała, głaskała :-))) kozy i krowy.. bo jest tam gospodarstwo, ogród, sad (zabrała kalosze). I poznawała ludzi chorych, ich możliwości, usposobienie i radość pomieszaną z bólem życia. Ten wolontariat znalazła na stronie „work away.info”

I zanim osiądzie w schemacie pracy, jako jeden z wielu trybików, na pełen etat z kredytami i  do emerytury, chce zobaczyć, posmakować tego, na co nigdy w życiu nie jest nam po drodze. Podziwiam ją. Jak mielibyście ciekawe miejsca w Polsce i za granicą, propozycje dla Konstancji, proszę dajcie znać.

Wszędzie razem

Pandemia, rozłąka.. trudny to czas. Latać do siebie nie bardzo jest jak. A to kwarantanna,  a to szef nie zezwala i wtedy cenimy komunikatory, które trochę ułatwiają podtrzymywanie relacji. Na pewno w dzisiejszych czasach mamy  łatwiej niż 50 lat temu. Teraz możemy codziennie porozmawiać na skype, whatsApp. Zrobić filmik i poczuć namiastkę bliskości.  Erlend od jakiegoś czasu radzi sobie z tęsknotą  za pomocą maskotki królika. To jego Basia. Zabiera mnie wszędzie: na wycieczki, w góry, te wysokie też. Mam nawet linę, żebym nie spadła!! W delegację, do samochodu i pociągu, namiotu.. oraz codziennie pod kołdrę. Jego córka widząc smutnego tatę – może samotność była bardzo widoczna, dała mu swoją maskotkę, aby był szczęśliwszy. Ktoś może powie, że to dziecinne, a dla mnie słodkie. Lubię oglądać zdjęcia, gdzie byłam i co widziałam. Ale na tej stromej górze, to prawie siusiałam ze strachu! Dobrze, że mnie przewiązałeś tą mocną liną pomarańczową, bo lęk wysokości to malutka Basia ma wielki :-))) Dziękuję Erlend za ten cudowny pomysł szeptania mi do ucha miłych słów i całusów w różowy nosek.

Wielu Polaków, tak jak nasza blogerka Dorotka, pracuje za granicami kraju i teraz bardziej niż kiedykolwiek cieszy się z istnienia telefonu komórkowego, który pomaga w  walce z tęsknotą. Bliskości życzę każdemu, kto tęskni.

„Zielonym do góry. Ma być normalnie”

Każdy z nas ma prawo do swoich poglądów. Ja czuję tak, ty inaczej. I dobrze. Ani ja, ani ty, nikt z nas nie jest lepszy, ni gorszy, po prostu myśli inaczej na dany temat.

Podobało mi się, jak bloger Marek z Ekwadoru, wcześniej mieszkający w Stanach opisywał obecny czas przed wyborami prezydenckimi. Mieszkańcy przed swoją posesją wbijają tabliczki z nazwiskiem kandydata, którego popierają i nikt nikogo za to nie chciał zagryźć. U nas przeciwnie i jednym z pierwszych kroków był podział, którego dokonał właściciel pewnego kota, dzieląc Polaków na lepszy i gorszy sort.

Byłam na demonstracji, już nie tylko flamastry kupowałam, ale podreptałam do młodych. Dzień wcześniej wracałam od koleżanki Marty, którą bardzo rozbolały plecy. Wymasowałam je z sercem. Wracałam późno i zwabił mnie ryk klaksonów na głównej ulicy Gdańska- Grunwaldzkiej, kiedyś tam mieszkałam w tej samej klatce, co śp. pani Anna Walentynowicz. Skręciłam, popatrzyłam. Zachwyciła mnie budująca więź tych ludzi, ich aktywność. Ja z natury jestem wycofująca, jak coś zaboli, nie wściekam się, tylko jest mi nieziemsko smutno. To na co pozwolił „wódz” Trybunałowi Konstytucyjnemu bardzo mnie zasmuciło. Jestem starsza i ktoś powiedziałby- czego się smucisz, to nie dotyczy Ciebie. Mnie dotyczy bardziej niż J. K. Mam młode córki, nie chcę, aby nie znalazły miejsca w kraju i uciekły. I ja nie chcę czuć się obco w miejscu, w którym przyszło żyć. Może to za wielkie życzenie. Ale na pewno warto zawalczyć.

No i przyszedł problem. Ten, kto mnie zna wie, że ja nigdy nie przeklinam. To tak, jak z papierosami- nie paliłam, bo wstydziłam się, że do takiej dziewczynki nie pasują. I tak zostało. Trzeba by ze mną poćwiczyć tę umiejętność siarczystych słów, a i tak pewnie wyszłoby sztucznie i przez to śmiesznie. Nikt z moich bliskich sobie tego nie wyobrażał. Dzwoniła Konstancja, że jej koleżanki podziwiają mnie i uśmiechają na myśl, jak mama- Basia, najmilszy człowiek na świecie będzie kląć i podskakiwać na proteście. Podskakiwałam, bo w haśle rzuconym przez megafon było, że ten kto nie podskakuje, ten PiS miłuje. Ale j**** do końca nie przeszło przez gardło, tylko „je”. Ale rozumiem, że słowa rewolucji mocnymi muszą być, nie ma się co cackać!!!

Myślałam nad hasłem, czego ja właściwie chcę. Np. czy potrzebuję j**** PiS? No nie!! Nikogo nie chcę j**** (Konstancja powiedziała, jak mogę to słowo zapisać przez gwiazdki, dobre dziecko, pomaga mamusi). Ja Basia chcę, żeby było normalnie i przypomniał mi się kawał z dawnych lat. Młodzi nie pamiętają, były takie kawały o milicji, pokazujący, jaka to tępa. Np. dlaczego milicja chodzi parami, bo jeden umie czytać, a drugi pisać. Oddział milicji sadził las, a komendant dowodził i wrzeszczał -Pamiętajcie ZIELONYM DO GÓRY!!

Czyli, żeby było normalnie, prawidłowo. Abym czuła się dobrze w swoim kraju, a nie obca! Abym miała możliwość wyboru w kluczowych sprawach. Ja nie mówię, że mamy usuwać ciążę, czy nie mamy. Chcę, aby człowiek miał wybór. Przecież, jak kobiecie damy przyzwolenie, to ona i tak zrobi to, co czuje, urodzi lub nie. A jak jej zabronisz zrobi to na Słowacji.. .

Pomyślcie mam troje dzieci. Gdybym teraz zaszła w ciążę i lekarz według prawa, bo takie dajmy na to w kraju byłoby, że kobiety mogą rodzić do 50 lat, dalej nie i koniec i kazaliby mi usunąć, bo jestem stara, bo nie zdążę wychować, a państwo dba o obywateli. Muszę zrobić to co chce państwo. A może ja chciałaby zaryzykować! Chciałabym mieć wybór. Właśnie o ten wybór mi chodzi. O mój wybór!! Urodzić, nie urodzić, sytuacje bywają różne. Każdy może znaleźć się w wyjątkowej, kosmicznej sytuacji i wara drugiemu od osądu. Nie jesteśmy Bogami. Każdy człowiek, nie sąsiad, nie stara panna u władzy, czy dziadek nad grobem mają zdecydować za drugiego. Zaznaczam to moje myślenie, nie musicie myśleć tak samo, jesteście wolni, mądrzy i dobrzy. Nie trzeba wgniatać w ziemię drugiego, aby poczuć się lepszym, mądrzejszym (niektórzy profesorowie robią to ze studentami, ale to inna bajka).

A zdecydował o wszystkim życiowy tchórz, ten który nie dał ani jednego życia. A może wprowadzimy coś dla panów i Jaro będzie mógł się wykazać. Nie podatek bykowy, tylko od razu pakę, za lenistwo rozwojowe. Co wy na to? I nie ma tłumaczenia, że nie spotkał partnerki życiowej, za bycie łamagą też kara. I jak czulibyśmy się w tak zniewolonym kraju? Najwięcej szczekają Ci, co mają marne „wyniki rozwojowe”.

Kobiety, a może pójdźmy dalej. Zniewolimy męskie przyrodzenia. Oni czepiają się naszego łona zabierzmy się za ich łona, też je mają. Może pora pogadać o ich męskości. Wielkie koguty w bamboszach. Wysuwam postulat, kobieta w związku ma czuć się zadowolona w łóżku do minimum 60 lat. A niech się starają i wezmą za swoje ciała. Dieta, sport, medykamenty… .

Na tym zdjęciu, ta starsza pani mnie zainteresowała, a właściwie jej plakat!! Zna kultowy film „Pulp Fiction” z gangsterami w roli głównej. Do języka potocznego weszło zdanie: „Zrobię mu z dupy jesień średniowiecza”. Bardzo adekwatny napis do obecnych wydarzeń. Ta staruszka bez użycia ostrych słów powiedziała to samo, co „J**** PiS” Istnieją nośne teksty kultury, które łączą pokolenia. Zapewne holenderski pisarz Johan Huizing nie sądził, że w tym kontekście będzie cytowany. Jego utwór „Jesień średniowiecza” mówi o schyłku średniowiecza i pierwszym powiewie renesansu. Średniowieczne myślenie osiąga końcowe stadium swego żywota. I u nas przyszła jesień. Jesień rządu. Jaro wmawia nam, że to nie on jest winny, ani jego słudzy i to co z Polską wyprawiają, tylko protestujący, bo taka „hołota” młodych spotyka się, zaraża, a starsi umierają. Jak się tak martwi, to niech coś zrobi odezwie się, zaproponuje. To on obudził gniew. A przecież, jak się sika pod wiatr trzeba się liczyć z konsekwencjami. I niech się przestanie zasłaniać się kościołem! Dom boży należy do Boga. Księża – inteligenci, jak np. Krzysztof Niedałtowski też mają dość babrania się w polityce. Mam na myśli ich dzisiejszy list otwarty.

No i przyszło nam w ciekawych czasach żyć. Oby w szczęśliwszych też!! Tego każdemu z Was życzę. I na szczęście nasi faceci blogerzy i czytelnicy, to chłopaki z jajami, bardziej elegancko mówiąc, Z klasą!!

Bajkowe ciasto – „Mech”

Przygotuj się, że czas na wykonanie tego ciasta to około godziny (samo pieczenie około 40 minut), ale ze studzeniem, tężeniem dłużej. Następnego dnia jak znalazł- bajkę do kawy. Lubię słodkie śniadanka.

„Mech”



Składniki na ciasto:

1 i 1/4 szklanka mąki krupczatki (lub tortowej), 1 opakowanie mrożonego szpinaku w liściach porcjowanego 450 g (świeży jeszcze lepszy, bo kolor bardziej intensywny), 3 jaja, po pół szklanki oleju i cukru, 1 cytryna 9skórka i sok), po 1 łyżeczce proszku do pieczenia i sody.

Składniki na krem i dekorację

  • 250 g śmietanki 30-36 %
  • 250 g serka mascarpone
  • 2 łyżki cukru pudru
  • 1 Śnieżka – 60 g (opcjonalnie)
  • pestki z owocu granatu, mogą być maliny, jagody, jeżyny, czy borówki oraz listki mięty do dekoracji

Wykonanie:

Żółtka, dobrze rozmrożony i mocno!! odciśnięty szpinak, skórkę z cytryny i 2 łyżki soku oraz olej zblenduj na gładki krem. Mąkę, cukier, proszek i sodę wymieszaj łyżką!! w misce i dodaj do papki szpinakowej. Białka (osobno) ubij mikserem z odrobiną soli. Na koniec delikatnie połącz z masą.

Dno tortownicy 18 cm wyłóż papierem do pieczenia i zapnij obręcz. Ciasto wylej do tortownicy i umieść na środkowej półce w piekarniku nagrzanym do 180 stopni. Piecz 40 minut do suchego patyczka.

Ciasto raczej wyrośnie w kopczyk, jest dość ciężkie i wilgotne. Ten kopiec będzie ścięty na dekorację, górę ciasta.

Wyjmij ciasto z piekarnika i poczekaj aż ostygnie. Ostrym nożem odetnij wystający fragment ciasta i odłóż go do późniejszego pokruszenia.

Dobrze schłodzoną śmietankę, serek mascarpone, cukier i śnieżkę ubij mikserem na bardzo gęsty krem. Krem wyłóż na ciasto. Taki śnieżnobiały lub w niego delikatnie wmieszaj w/w owoce. Następnie obsyp go pokruszonym zielonym ciastem z odciętego grzybka. Górę udekoruj pestkami owocu granatu, borówkami, malinami, jeżynami, miętą..

Piszę do tych, co nie lubią szpinaku, on jest w cieście zupełnie niewyczuwalny w smaku. Twórca przepisu dał go dla koloru i dobrej wilgotności ciasta. Szczerze powiem tak, mój wcześniej podawany przepis na deser z granatem jest słodką miłością dla podniebienia, a Mech dla oczu. Rzeczywiście jest bajeczny w wyglądzie, a w smaku po prostu dobry. Warto pokusić się i zrobić na uroczystość dzieci. Na pewno zachwyci małe buzie! Ale dla mnie miłością nr jeden nadal pozostaje – „Deser z granatem ” na spodzie z utłuczonych sucharków i nutelii.

Burzliwa jesień


(Konstancja w parku Regana, Gdańsk)

Liderka Strajku Kobiet z parasolkami (padał deszcz) Marta Lempart zapowiedziała marsz na stolicę w najbliższy piątek. Trochę stara jestem i niejeden przeciwnik powie, że już „nierozwojowa”, ale mam młode córki i nadal jestem obywatelem tego państwa, a tam już nie tylko o aborcję chodzi. To tak, jak w małżeństwie, o jedno się pokłócimy, bo zabolało mocno, a przy okazji wylejemy wszystkie gorzkie żale. Chłop wtedy oczy otwiera i mówi -„Nie wiedziałem, że jest, aż tak źle. Dlaczego nic nie mówiłaś wcześniej?” – „Mówiłam, ale Ty nie słuchałeś!”

Póki co finansuję markery, brystole.. na transparenty. Tak wspieram młode dziewczyny. To wyjątkowa jesień; ciemnogrodzki wyrok TK, bezsilność, złość, klaksony, brzydkie słowa i napisy, szalony, hulaszczy pęd covida przez Polskę. A Basia cóż, nie masuje, bo nie ma kogo, często zmyka z domu nad morze, bo córka całymi dniami okupuje wspólny pokój, na dwa laptopy. Studia i praca online, jej też nie jest łatwo!!

Basia pisze wiersze, tuli Kleofasa i ucisza, bo głośniki kamerki włączone. Karmi go smakołykami, głaszcze ile się da, nosi po kuchni, lula jak małe dziecko i tłumaczy, że jego beczenie nagrywa się i prosi niech ściszy te arie!!


Od wczoraj zabrałam się za nowe ciasto. Przypadkiem poznany przepis. Robię kolejną próbę z pewnymi zmianami tego bajkowego ciasta ze szpinakiem, jak się nie uda odpuszczę na trochę, może wiosną wrócę, kiedy szpinak będzie świeży, bo ta mrożona breja nie chce iść w górę . Zaraz zajrzę do piekarnika i zobaczę, co teraz wyszło, czy mam zieloną górkę…………………………………………………………………………………………………………………

Wow!! Przekroiłam, wyszło!! Będziecie mieli nowy przepis! (jutro)

Póki co trochę jesieni na fotografii i fragment wiersza

„… kot przy nogach, łyk herbaty, park, zżółkłe liście, zmarzłe kwiaty..”

Taką piękną, kolorową jesień ma Erlend. Żyje w cudownym miejscu na ziemi