„You are safe in my hands”

Pamiętacie, kiedy nauczyłam się tego zdania? Tak, jadąc na moją pierwszą tantrę z Finem. Zajrzałam do tłumacza. I w drodze powtarzałam, aby nie zapomnieć zdanka wypowiadanego na początku masażu.

-„You are safe in my hands”

To samo zdanie jeszcze dwa razy przydało mi się w sytuacjach adekwatnych do treści.

Pierwszym razem było to pod koniec czerwca. Na spotkaniu z uroczym, najmilszym mi mężczyznom (Norwegiem) postanowiliśmy jechać na plażę, wystawić ciałka na słonko. Wcześniej dowiedział się, że od niedawna mam prawko i nadal nie czuje się mocna, pewna za kółkiem.  Naopowiadałam mu, jak się boje nowych tras i wjeżdżania na większe skrzyżowania.. . Oczywiście zapewniał mnie, że jestem świetnym kierowcą i przesadzam. Okey myślę, zobaczymy. No i spakowani wsiadamy do autka. On na miejscu pasażera. Ruszamy z lekkim piskiem opon.Widzę, jak obrócił głowę i patrzy na mnie.  Z uśmiechem kieruję moje lico w jego stronę. Widzę lekko strwożone oczy i jego bezdech. Spokojnie, ciepło z uśmiechem mówię zdanko z początku tantry – „You are safe in my hands – Jesteś bezpieczny w moich dłoniach”. Obopólne parsknięcie śmiechem i jedziemy. Było dobrze, to znana mi trasa.

Ten drugi raz z przydatnym zdankiem było podczas masażu, ale nie tantrycznym tylko lomi lomi. Wchodzi młody klient z Ghany. Przystojny sportowiec. Mówię Wam śliczne ciało, umięśnione, zadbane, czyściutkie i pachnące. Tłumaczę, że na tym masażu wykonywanym przedramionami masażystki w dodatku tanecznym krokiem wzdłuż ciała i dookoła, wskazane jest zdjęcie także bielizny. Wychodzę, wracam, a pan trochę strapiony stoi przy łóżku w slipkach bokserkach, a ręce nieśmiało złożone na klejnotach męskich. Podchodzę blisko, otwieram swoje dłonie, uśmiecham ciepło i mówię:

– „You are safe in my hands”.

Widzę jego uśmiech i przyzwolenie. Ściąga posłusznie ostatnie odzienie i kładzie na brzuszku. Okrywam go ręcznikiem złożonym w tzw. rakietę, czyli ręcznik wzdłuż między nogami. I było to moje najpiękniejsze w życiu  Lomi  Lomi Nui. Człowiek, pełna kultura i patrzenie prawie z czcią, kiedy sunęłam dłonie od pięty po kark i z powrotem, nie odrywając ich, tzw. „pełen opływ oceanu”. Przy tym kołysałam biodrami i ruchem naprzemiennym lekko stawiałam stopki. A w tle hawajska muzyka i marzenia ze snu nocy letniej.

Ciekawe, kiedy jeszcze użyje tego zdania

Reklamy

„Gwóźdź programu”

Od tej pory tak go będę nazywała. Penisa, o nim mowa.

Dzwoni młode dziewczę po radę.

A wiecie, że odkąd weszłam w świat masaży, to najczęściej mam młode koleżanki, w przeciwieństwie do szkoły. Tam, jak kobieta weszła, to rzadko przed emeryturą wyszła. Wszystkie poważne, lekko zgorzkniałe, a  tematów  łóżkowych nie podejmowała żadna, bo przecie są rzeczy ważniejsze na tym świeci, jak: rady pedagogiczne, ewaluacje, dzienniki, oceny, plany wychowawcze… .

A tu młoda kosmetyczka zastanawia się, co robić. Te dziewczyny traktują mnie jak mamę, której można powiedzieć wszystko. A ona nie wyśmieje, nie zbulwersuje się tylko poszuka rady. A łatwiej im ze mną taką rozmowę przeprowadzić, bo otwarta i szczera jestem.

Nasza bohaterka jakiś czas temu poznała mężczyznę (oboje są lekko przed 30), postanowili stworzyć parę, spróbować, czy uda się im na polu partnerskim, bo przyjaciółmi już są. Wyznają podobne wartości, lubią włóczęgę po Europie, rozumieją się często bez słów. Wspierają, gdy chandra zagląda im w oczy. Czasem odwiedzają się po pracy, oglądają filmy leżąc pod kocykiem, zajadając chipsy. Zdarza się im robić sobie pidżama party, ale wszystko to w relacji koleżeńskiej. Wypić piwo, przegadać jakieś problemy, a to o pracy, o mamie, o chorobie w rodzinie… . Brzmi, jak sielanka, ale nie jest. Właśnie zadzwoniła z prośbą o radę, bo po dwóch tygodniach wspólne łóżko to udręka. Nie zamieszkali razem, ale teraz skoro tworzą parę, wskakują do łóżka nie tylko po sen.

Jest smutna, twierdzi, że z seksu z nim, to ona przyjemności mieć nie będzie. I co robić, machnąć ręką, bo chłopak w sumie dobry. Ojej mówię, seks jest ważny, nie czekajcie aż się coś dotrze, wytrze tylko przegadajcie temat i słuchajcie jeden drugiego. Prawie płacze i mówi – „Nie da się, on ma swoją koncepcję i nie słyszy mojej”. Hm myślę, jaka to męska idea nie do ruszenia? Nawet nie zdążyłam zapytać, ona chętnie zaczęła mówić, zapewne szukając rady.

Pierwsze; on bardzo lubi dłłłłuugą grę wstępną. A ona dość temperamentna, zdecydowanie szybciej chce dostać „gwóźdź programu” (to jej słowa), doczekać się dania głównego. Już zaczyna marznąć, myśli jej się rozpraszają. I jak jeszcze na początku gry zachęcającej do czegoś więcej, chciało się czegoś mocnego, tak z biegiem kolejnych kwadransów i  rozwleczenia w czasie, ochota mija, a kobieta nerwową się robi, bo miało być, a ni ma.

Drugi problem jeszcze większy. Chłopak zapewnia, że dla niego najważniejszą jest jej przyjemność. I on pierwszy nie chce dochodzić, zanim ona nie osiągnie swego nieba. A wiecie, że wszystko jest w głowie i taka świadomość, że muszę, że on czeka, że on chce usłyszeć ten cud najpierw u mnie, nie pomaga, oj nie pomaga. Blokada. I co? Dziewczyna pierwszy raz w życiu udała orgazm dla świętego spokoju. Teraz jest na siebie zła, bo kiedyś obiecała sobie, że nie będzie jak inne wiecznie udawała. A z nim  chyba trzeba, bo nawet nie chce słyszeć, że ona może nie dojść. Bez sensu. A niby normalny! A Wy, jakie macie myśli, rady na ten temat? Babcia i mama moja powiedziałyby – „Dziecko przyzwyczaisz się”. Och, czy o to chodzi!!

 

 

Urodzaj na tantrę. Marcin

Zamęczę Was tym masażem. Kto ma po uszy tantry, niech nie czyta. Dziś opiszę piękne spotkanie z drugim człowiekiem. To był wyjątkowy dzień. I spotkanie z ciekawym mężczyzną.

Kilka dni wcześniej umówił się na masaż tantryczny. Podczas spotkania powiedział mi, iż specjalnie jechał do Gdańska na tantrę ze mną. Przeczytał na blogu i chciał doświadczyć tego. Miłe, prawda. Tego dnia stawił się w salonie, jako pierwszy klient. Przystojny mężczyzna po 30 tce. Widać, że sportowy duch, pełen energii, a jednocześnie stonowany. Krótko rozmawialiśmy przed masażem, za to po, popłynęłam w poznawanie człowieka (słowne poznawanie)! Był żywo zainteresowany reiki, czakrami, energią.. .  Na masażu ujął mnie wyjątkowym zdyscyplinowaniem. Przy tak zmysłowym dotyku trudno leżeć spokojnie.  Wiem, że zrobił wiele, aby wytrwać do końca. A przez to pozwolił mi na radość z tego masażu. Wszystko było płynne, lekkie w prowadzeniu. A dotyk ciała tego mężczyzny sprawiał ogromną przyjemność. To takie pomieszanie bliskości męsko ludzkiej. Nie wiem, czy rozumiecie. Było miło, nawet bardzo miło wtulać dłonie w niego, a jednocześnie czuć ciepło na swojej czakrze serca. Miłość bliźniego. On zapoczątkował cały dzień mojej radości. Marcinie bardzo dziękuję Ci za to spotkanie. Masz wiele do zaoferowania drugiemu człowiekowi. Twoje szczęście jest tu i teraz, a nadal przed Tobą. Powodzenia.

Wracam do macierzystego salonu po drugiej stronie ulicy, a przede mną wchodzą starsi panowie dwaj. Anglicy, zamówili dwie tantry. Myślę, co za urodzaj dziś na tę magię. Zabieram obu panów. Jednemu parzę herbatkę  i zostawiam w pokoju z piękną muzyką klasyczną. Starszego o imieniu Matt, niebieskich oczach, siwym wąsiku, klasycznej elegancji, a po masażu radości, jakiej dawno nie doświadczył, tak rzekł, przewiązuję chustą i zabieram w podróż z energetyczną Barbarą.  Cóż, mogę rzec, ten jegomość był po prostu fajny. Żywo cieszyło go wszystko; oczyszczanie aury i obmywanie.. , a przy dotyku do końca zachował się, jako dżentelmen.  Wychodząc rozpierała go energia. Przyjaciel jego jednakoż zachował się z kulturą. Tylko, że on trzymał na wodzy i nie pokazywał, aż tak fruwającej energii przepełnionej radością. Ucałował moje obie spracowane dłonie, wsunął w nie 50 euro napiwku. Skłonił nisko i przed wyjściem upewnił, czy moje imię, to Barbra. Miło było patrzeć na ich szczęście tej chwili życia.

Tego dnia były dwie ładne tantry i jedna magiczna, można było się w niej zapomnieć.

P S

– Marcinie, gdybyś zechciał napisać kilka zdań na stronie naszego salonu, o Twoich odczuciach, byłabym wdzięczna. Chciałabym to usłyszeć. Dziękuję

 

 

Nasza tantra. Michael z Sycylii

No i ten Michał okazał się plasterkiem gojącym po poprzedniku. Może nie było tu nadzwyczajności, ale tamten tak dał się we znaki, że cichość drugiego Michała już była radością.

Tego dnia miałam wole od pracy. Słonko cudnie grzało, wystawiłam pupcię nad wodą i błogo leżałam. Na plaży trochę ludu, ale znam fajne wejścia, gdzie luźniej.

A tu dzwoni recepcjonistka, zresztą urocze miłe Kurczątko. Pyta, czy dziś zechciałabym zarwać odrobinę wolnego czasu i stawić się na tantrę z Włochem. Pierwsza myśl – „Oczywiście tantra zawsze”. Druga –   „O matko, a jak to kolejny Niszczyciel”!  Szybka odpowiedź – „Będę tylko proszę spróbować zamówić na najpóźniejszą godzinę, np. 17.30, cobym jeszcze te słodkie cztery litery opaliła i szumem fal nacieszyła ucho. Powiem Wam, że z tym szumem; odgłosami morza i krzykiem mew było źle, bo trzech „siusiumajtków” zaległo obok i muzę podwórkową włączyli. Taka tam filozofia mówiono-śpiewna dla podrostków. Chyba zwie się to Trap. Z tego na szczęście wyrasta się. Ale Ci, póki co słuchali namiętnie, jak jakiej wyroczni. O kobiecie, co krzyż niesie- matce, o kręceniu du.., dokładnie; „Kręć dupą, kręć..”. Repertuar niewybredny, ale dla nich, jak hymn. Poprosiłam coby lekko ściszyli. Nawet bez marudzenia większego zrobili to, ale na chwilę, bo dołączyła do nich trójka dziewcząt cudnych. Tak myślałam dopóki buzi nie otworzyły. Same „ku..” same „chu..”  leciały i mocno przyklepane „zajebi… rżnąć” i w kółko – „suka, suka suka.. „. Matko jedyna. Myślałam, że dziewczynie w dzisiejszych czasach trudno znaleźć fajnego chłopaka, ale chłopcu nic nie łatwiej. O, nie. Dajmy pokój temu zjawisku. Smutnemu chyba z dobrobytu naszego. Ludziom w głowach zdaje się przewraca wtedy, kiedy nie muszą zamartwiać się, co do garnka włożyć.

Jadę do salonu, biorę mężczyznę. Grzecznie mu z oczu patrzy, nawet skromnie i uroczo cielakowato. Sorry, ale taki potulny mi się wydał, kiedy nie śmiał unieść powiek na pierwsze popatrzenie witając się. Myślę, o tu odpocznę, będzie pięknie. Odda swoje jestestwo i będziemy sobie czerpać z siebie. No i tak było, tylko całą godzinę martwiłam się o jedną niewielką sprawę. Chyba muszę nadmienić, że jednak nie była taka niewielka. Podaję ręcznik i chustę. Proszę o wzięcie prysznica i przewiązanie chusty na biodrach. Ja w tym czasie robię to samo obok w strefie spa. Obmywam ciało, obwiązuję luźno chustą, coby łatwo było zsunąć, kiedy trzeba. Stoję ze świecą i czekam. Pan wchodzi, ujmuje ją ze mną i patrzymy tak sobie w płomień. Jakiego kolor i jaki ruch ukazuje. Po oczyszczeniu jego aury z rzepów i po… następuje rozwiązanie chust. Moja płynnie opada na podłogę, a Michaela nie. Wisi na dorodnym członku. Cóż robić. Próbuję ściągnąć. Delikatny ruch i nic. Chyba za delikatny. Leciutko schylam głowę i poprawiam. Ukazuje się najjjwiększe przyrodzenie, jakie moje już dojrzałe oczy widziały. I co teraz. Odruchowo wskazuję dłonią łóżko i proszę o położenie na brzuszku. Chłop karnie wykonuje. A ja patrzę, jak on mości te klejnoty. Układa tak i tak. Teraz to żałuję, że mu jakoś nie pomogłam, ale on taki zawstydzony! Cichaczem próbował ratować sytuację. W końcu chyba się udało, ale jednak przez cały czas opracowywania tyłu jego ciała pamiętałam, aby za mocno nie naciskać i nie dusić tego cudu. Swoją drogą, to nie wiem, czy on się kiedykolwiek, gdziekolwiek zmieścił? To chyba tak, jak z za dużymi piersiami kobiety. Choć one nigdzie nie muszą się mieścić, tylko w staniku. I tak źle i tak niedobrze. Za mały źle, za duży nie wiem, czy dobrze. No i na rozmiary zeszło.

Widzicie o jakich głupotach ja Wam tu piszę.

Dość, że na masowałam się dziś do woli i więcej, to jeszcze mam siłę klikać  w klawiaturę. Ale obiecałam, że napiszę też o drugim Michale, więc napisałam. Śpijcie spokojnie. Północ dochodzi, kot Kleofas czeka, patrzy błagalnie i mruczy: -„Kobieto wróć do łóżka”. Co zrobić, idę. Dobranoc

Niszczyciel tantry. Michael z San Diego

Przyszedł i zmiótł ją z powierzchni mojego uroczego pokoiku.

Dzień po dniu stawiło się dwóch Michałów. I nie jeden duży, drugi mały, tylko jeden z San Diego, a drugi z Sycylii.  Darujcie mi, że znowu tantra, ale ostatnio ogólnie leń mnie zaatakował i nic mi się skrobać na blogu nie chce.  Tylko o tych „Michaelach” warto, bo znalazł się jeden taki, co to…, księżyca nie ukradł, ale moją kochaną tantrę zrównał z ziemią, to tak jakby skradł. Na szczęście Michał Michałowi nierówny i drugi otrzepał to imię z moich złych myśli. Ale o drugim w następnym wpisie będzie.

Pan z Kalifornii.

Widzę oknem, jak dziarskim krokiem maszeruje mężczyzna w moim chyba wieku. Włos rzadki, rozwiany. Brzuszek porządnie zaokrąglony, dość widoczny, bo w przyciasnej sportowej koszulce. Krótkie spodenki, do tego jaskrawe, barwne adidaski.  Cały uśmiechnięty, staje i już w drzwiach opowiada, opowiada. Taki typ wodzireja.  Oj myślę wyciszenia tu za grosz. Za mocny luzak.

I rzeczywiście nic nie robiło na nim wrażenia, ani nie uspokajało. Mrugający płomień świecy w naszych dłoniach. Ściąganie „rzepów” z jego aury, moje prawie czołobicie, kiedy od czubka głowy do stóp dłonie oczyszczały i ściągały energię, coby zrobić miejsce na świeżą, czystą.

Ledwo udało mi się położyć pana na brzuszku. Dłonie na sakralnej i czakrze serca; staram się poczuć przepływ energii. To był jego jedyny spokojny moment. Za chwilę zaczynam masować łydki, ale on ściska mnie nimi, zakleszcza, obłapia. To zmykam i sunę ręce wyżej. Tylko biernie leżą  na pośladkach, nawet spokojne ruchy okrężne boję się uczynić. No ale ile mogę tak przytrzymywać pupę. Więc próbuję ruchów kolistych. Ledwo zaczęłam, on unosi pośladki. I to wyżej, coraz wyżej i wyżej. Zaraz na suficie zawiśnie. Więc próbuję przytrzymywać, hamować zapędy.  Przyduszam dłońmi do materaca, ale chłop nie daje się, wije, pręży i dźwiga moje małe rączki do góry. Miałam taką nieodpartą ochotę przyrżnąć mu w te cztery litery. Ale pohamowałam się myśląc, że to może wywołać odwrotny skutek. Dopiero pan rozochoci się na ostre amory.

Kręciłam głową. Smutek przejmował, że zmarnowane spotkanie dwojga ludzi. Z biegiem czasu robiło się śmieszne i żałosne. Żebym ja musiała się tak mocować z niesfornym klientem!

Miziam już tak byle jak, bo tu skupienia nie ma. Moje oczy spotkały się z posągiem Buddy ( stoi na komodzie przy łóżku), co na szczęście powieki miał przymknięte. Mówię sobie w myślach – „Och jak dobrze, że nie patrzysz na to, bo to tantrę ośmiesza”.

Spokojnie proszę – „Ease”, choć zdegustowana jestem jego próbą przewodzenia. Od początku nie poddaje się tylko rządzi po swojemu. Żadnej czakry nie pozwala mi opracować. Łapie za dłonie, wciska swoje palce, ma się rozumieć w część wewnętrzną dłoni, próbując roznamiętnić. Matko, ile ja się z nim nawalczyłam. Ale robiłam to ze zdumiewającym spokojem. Myśląc, – „czy energia wie, że ma popłynąć i doenergetyzować jego ciało? Chyba nie, bo ja tego nie czułam. Zupełnie. I to rozżaliło, rozzłościło, zasmuciło.

Odpuszczam tę falującą pupę i idę na plecki. Ledwo pomiziałam lędźwie, kark, a chłop sapie, dyszy. Nic w tym złego, trzeba oddychać. Prawa strona już prawie „zrobiona”, ale chłopina nie wytrzymuje i smyrg w jednej chwili obraca się i już uśmiechnięty leży na plecach, czekając nadarzającej się okazji pokazać mi, jakim to on masażystą jest. To ja zmykam w jego nogi i ruszam czakramiki stóp, ale szybko rezygnuję, bo od poruszania nóg,  klejnoty się budzą, te między nogami. O nie myślę, energia pomieszała drogi, płynie tam, gdzie jeszcze nie trzeba.

Byłam zła, że w tym cudnym pokoiku z dobrą energią pojawił się niszczyciel tantr. Jakoś dotrwaliśmy do końca. Chłop wstaje, odziewa się i pyta po angielsku, czy go lubię. Leciutko wzdycham i mówię – „of course, very”. Przecież to była szarpanina, czy on naprawdę tego nie czuł?

Także donoszę Wam, że w tym pokoju bywa różnie. Wszystko zależy, od tego, kto legnie na łóżeczku z twardym materacem. Ja zawsze mam dobrą wolę i niewyczerpane pokłady cierpliwości. Póki co!! Kiedyś któregoś ugryzę, hi hi!!

 

Gdzie naprawić autko?

Oczywiście u pana Łukasza.

Mam takiego majstra, co mucha nie siada na jego solidność, profesjonalizm, uczciwość i rzetelność. Bardzo konkretny człowiek z Automar, Gdańsk Trakt św. Wojciecha 167 ( ani pan Łukasz, ani ta firma nie mają pojęcia, że opisuję ich). Nie znam właściciela, nie wiem, jakim mechanikiem, czy szefem, człowiekiem jest. Poznałam tylko pracownika, pana Łukasza.

Polecił mi go pan Mariusz, rodzic mojego ukochanego  dziecka z klasy i szwagier tegoż mechanika samochodowego.  Jestem mu bardzo wdzięczna. Ten pan Mariusz wspomnę Wam, że na zakończenie roku szkolnego tak od siebie prywatnie odwiózł mnie z naręczą kwiatów, coby nie powiedzieć wiadrem róż najśliczniejszych i pod domem wręczył coś od siebie. Pióro, a na tabliczce wygrawerowane słowa z Pisma Świętego -” Cokolwiek uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili”. To tę tabliczkę oprócz cudnych listów córeczki mej kochanej zażyczyłam sobie włożyć do urny z prochami moimi. Coby świętemu Michałowi Archaniołowi łatwiej było zważyć moje uczynki.

Ale wracając do mechanika samochodowego, co zawsze pomoże, feler odnajdzie, rozpozna i uleczy autko, to pan Łukasz ostatnio pomógł przy samochodach mojej koleżanki Marty (bardzo go chwali, a to kobieta twarda, rzeczowa..) i mojego syna. Syn zaś człekiem krytycznym jest i trzeba mocno  postarać się, coby zjednać jego serce czy umysł. Pan Łukasz  wywarł dobre wrażenie od początku. Podobno czuć od niego znawcę wnętrza autek różnych. I choć nie miał czasu, od tak z dnia na dzień przyjąć auta syna, pomógł. Zrobił, co trzeba, o co syn prosił, a nawet więcej. Uparł się, aby rozpoznać inną bolączkę tego auta. Drążył i drążył, co to za dźwięk i doszedł, choć w tej beemce nie było łatwo. Z tym umówili się z synem na konkretny termin naprawy.  Skasował niewygórowana cenę, tylko uczciwą, a ode mnie absolutnie nie chciał wziąć tego, co dodatkowo trzymałam zwinięte w dłoni. Zdecydowanie powiedział „Niech pani to zabierze, pani Basiu”. A ja chciałam odwdzięczyć się, tak podziękować. Przecież podjął się naprawy samochodu syna kosztem swego czasu. Wrócił właśnie z urlopu. Na warsztacie pełno samochodów, tylko czekały głowy i dłoni pana Łukasza, a on poproszony o pomoc nie odmówił, chociaż śmiało mógł. Pomógł. Fajny chłopak. Dość, że super fachura w swoim fachu, to przystojny i urodziwy jak piorun. Niestety dziewczyny,  on zajęty! Dziękuję panie Łukaszu!

Nie wiem, czy przeczyta, bo nie zna mojego bloga, ale może szwagier mu ten wpis udostępni.

Także, jakby co, to do pana Łukasza podjechać do naprawy. Oczywiście jeśli z Gdańska, czy okolic jesteście i  nie macie swego, takiego dobrego pana Łukasza!

Pelle – istny miód dla tantryka

Czuję, że robię się nudna z tym tematem. Ale mam taki ciekawy przykład. Przystojny Szwed o imieniu- Pelle. Ten człowiek wart wspomnienia.

Zaskoczona i to mile, skąd w nim tylllleee wiary w przepływ energii i wypuszczanie jej gardłem?

Powiem Wam, jak uczyli nas na szkoleniach. Godzinami ćwiczyliśmy, co robić, jak energia zbierze się w członku. Pierwsze nie dotykać go czule ani nieczule, tylko zacząć akcję przepychania energii swoimi dłońmi przez kolejne czakry, aż wyjdzie gardłem, a członek opadnie, skoro pozbędzie się energii. Jeszcze nie miałam osoby, która by tak usilnie chciała to uskutecznić co Pelle.

Na wstępie zapytałam przystojniaka, czy to jego pierwszy masaż tantryczny. – „Nie! Czwarty! Trzy poprzednie w Berlinie”. O se myślę, to nieźle! Tam mają dobrych tantryków. Ten klient chyba wie, z czym to się je. No i wiedział.

Zamówił sobie dłuższą wersję 100 minut. Ja już byłam po godzinach pracy, no ale odmówić klientowi tantry, co usilnie prosi dziś, bo jutro opuszcza piękny Gdańsk. Nie godzi się.

Pierwsze 60 minut to powitanie wręcz mistyczne z ukłonami wszelkiej maści i rodzaju. Ja nazywam to „czołobiciem” ze „ściąganiem” energii, a raczej rzepów: złych spojrzeń, słów, co przyczepione i tylko Basi dłoni czekają. Oraz masaż, kiedy klient leży na brzuszku.

Po zrzuceniu chust, co czasem utrudnionym jest przez wesołość członka, co już merda ze szczęścia, jak psi ogon na powitanie. Ale ten spokojnym był, chusta smyrg opadła. Ja na łoże zaprosiłam i to nie Madejowe! O nie, raczej rozłożyste, jak leśna polanka.

Pan przez całą godzinkę leżał na brzuszku, a ja czary mary wyczyniałam na stopkach, bo tam czakramików pełno i energia moja do niego się pchała. Dalej łydeczki popieściłam, na udach przysiadłam i oparłam dłonie o pośladki. Pooddychałam głęboko, wizualizując kolor danej czakry. Teraz poszukałam kości ogonowej i tam czule głaskałam, gdyż napotkałam ważne centra energetyczne. No, a na pleckach to już istna uczta czułości i trochę mi to czasu zajęło, bo tam, aż cztery czakry czekały na do energetyzowanie.

W czasie tego masażu stymulacja pleców odgrywa ważną rolę.  To w plecach „przechowujemy wiele nieświadomych, wypartych z pamięci aspektów, podobnie jak zaniedbanych elementów własnej osobowości. Dzięki ostrożnemu masowaniu mogą one znów wpłynąć w obszar świadomości. Usuwane są natomiast lęki i zahamowania.

Pan karnie leżał i wczuwał się w to, co czuje. Czym właściwie to jest? Czułością, namiętnością, matczynym tuleniem.. ? Na pewno z harmonijnym przepływem energii.  To nie podlegało dyskusji, zwłaszcza u tak wierzącego w tantrę człowieka i moją moc czynienia cudów z jego energią. Starał się namiętność odrzucić, bo przecież za szybko energia nie może zebrać się tam, gdzie jeszcze niedotykane.

Dzielnie wytrzymał tę godzinę. Emocje na postronkach, a ta obraca na plecki i  zaczyna smyranie po dłoniach. Wręcz skrzydła motyla suną od paluszków po kolce barkowe. Teraz kładę główkę na swe kolana i miziam po twarzy, wczepiam paluszki w kędziorki długich włosów Pellego. On tylko głęboko oddycha i w myślach prosi energię, coby jeszcze zimną ostała i do członka za szybko nie popłynęła. Ale stało się. On stoi! Pelle głęboko oddycha, pewnie w Berlinie tak kazali. No i pomogło. Spoczął!  O ooo, to teraz już ostrożna jestem. Przysiadam tylko przy biodrze leciutko dotykając moją gołą nóżką i głaszczę czakrę serca, rysuje tajemne znaki łącząc czakramy: brzucha, serca i głowy.

No i nie ma zmiłuj, spotkanie dobiega końca, ostatni kwadrans, z brzuszka rączki moje małe wpływają na czakrę podstawy. Pieszczę jąderka z myślą, no teraz już energio możesz wpłynąć do członka, bo co będę przepychała gardłem? Oni tam w Berlinie słyszałam, że bardzo indyjsko podchodzą i nie pozwalają na uwolnienie się energii na zewnątrz tradycyjną, tak przyziemną drogą, jak orgazm, tylko chłopu nakazują ziać, charczeć, szeroko trzymać gardło otwarte, co by energia nie błądziła i drogę znalazła.  A tu nic! Myślę może od tych rysunków chłopu pomieszało się, bo próbuje rozszyfrować, co za znaki tajemne rysowałam. No ale energia nie głupia wpływa tam gdzie trzeba  i zaczyna się kochani moja męka. Nigdy się tyle nie namachałam. Sunę dłońmi prawie w powietrzu, pcham energię przez brzuch, serce do gardła. Polle bardzo pomaga charczy i podgląda na mnie, czy ja dobrze głaszczę, bo chyba słabo to idzie. Jego ciało unosi się, faluje! No istna magia! Szkoda, że nie widzieliście!  Trwa to  dobre 10 minut, ja już zmęczona się robię, Pele chyba też. Słyszę po nim, ze słabnie. Unosi się leciutko i jakby błagalnie patrzy myśląc

– „No przepchajże kobieto tę energię, bo spać nie pójdziemy”!

Masaż już przedłuża się, ja tracę wiarę, że odpocznę, a klient uzyska duchowe przeżywanie seksualności swej.  Pelle coraz to słabiej współpracuję, już ledwo oddycha, a mi z tego wszystkiego zachciewa się śmiać. Dobrze, że nie roześmiałam się, bo w tym momencie, ostatni wydech, członek opada, Pelle  szczęśliwy, a ja dumna. Dokonaliśmy tego. Jeszcze nie miałam mężczyzny tak wczuwającego się w akcję poszukiwania drogi ujścia energii, co Pelle. Fajny chłop, ale nie wiem, czy ucieszę się, jak go ponownie zobaczę.

Opisuje to w trochę zabawny sposób, bo jak zobaczylibyście nas w akcji,  to i wam byłoby do śmiechu.

A niejeden powiedziałby- „Hm, dziwny sposób zarabiania pieniędzy ma ta Basia”.

Może zdziwicie się, ale ja lubię ten masaż i ludzi, którzy do mnie przychodzą.