Tajemnica

Może nie każdy, ale wielu z nas nosi w sobie tajemnicę. I męczy się z tym balastem. Nie wie, czy może zabrać do grobu, czy ma takie prawo, czy raczej należy powiedzieć, ludziom, których to dotyczy?  Myślę o tym, bo niedawno moja przyjaciółka ze szkolnych lat, była strapiona, tym iż jej tata dowiedział się, że jego jedyna dużo starsza siostra, to biologiczna mama. Czyli mojej koleżanki babcia, a nie ciocia.

Czasem są to rzeczy, które nam ciążą i pomimo, że mamy świadomość, iż zrzucenie tego ciężaru przyniosłoby ulgę, to ryzyko jest zbyt duże, więc…ukrywamy.  Boimy się zawierzyć i zwierzyć. Pokazać na światło dzienne, tego, co najczęściej nie jest naszą chlubą. Nie mamy się czym chwalić, bo albo pokazuje nas w złym świetle, albo naszych kochanych. Może i chcielibyśmy rady, zrozumienia, rozgrzeszenia, ale gdzie go szukać? Nie mamy pełnego zaufania do nikogo.

W konfesjonale? Ale tam potrzebny mądry duchowny. Na kogo trafimy? Sekret Twój ujawniony, Ty zjechany, przeczołgany, pognębiony i jak klękałeś pełen obaw z brakiem wiedzy, co zrobić, tak i z klęczek z niczym odchodzisz, bo może i rozgrzeszenia nie dostałeś. Chyba, że trafisz w ręce księdza tzw. „dusza nie człowiek”. Wysłucha, wesprze dobrym słowem, rozgrzeszy, ale czy weźmie odpowiedzialność za udzieleni porady -„powiedz to córko, głównym zainteresowanym”, czy „zamilcz, jak grób”? 

U koleżanki? Nie, za mała więź. Obawiamy się niedyskrecji. Ona może puścić dalej i to w „największej tajemnicy”, z zaznaczeniem -„tylko nie mów nikomu”. I za chwilę wielu patrzy na Ciebie dziwnymi, okrągłymi oczyma, albo unika Twojego wzroku. Trzeba wiedzieć komu zaufać.

Może przyjaciółce od serca. Tylko,czy da nam to cokolwiek? Zaznamy spokoju, czy będzie umiała poradzić, co masz dalej ze swoim sekretem zrobić, i czy jest życiowym autorytetem Twoim? A stracić możesz jeśli nie przetrzyma próby ognia, a raczej „długiego języka”.

To może psycholog, on powinien wiedzieć o nas wszystko. Kiedy oni zapisują w komputerze wszystko, co płacząc wynurzysz z siebie. I  już się boisz. Możliwym jest, że kiedyś ktoś niepowołany przeczyta notatki z terapii! I co z tym zrobi? No co? Różnie może być, bo świat jest mały. Ale jak się leczyć, nie mówiąc prawdy?

Zostajesz ze swoją tajemnicą na wieki. Koniec podróży Twej na tym padole bliski. Nie wiesz, czy możesz odejść do św. Piotra i przed oblicze Archanioła, co zacznie ważyć dobro i zło, którym obdarzyłeś siebie, innych, swój ziemski żywot.

Pomyśl, czy wypowiedzenie tajemnicy coś zmieni, naprawi? Jeśli nie, to może zabierz ją przed oblicze pana? Właśnie najgorsze jest to, że nie wiesz, czy przyznanie się, pomoże głównym zainteresowanym, czy raczej zniszczy ich życie, zaważy na decyzjach, wyborach. I tkwisz w pułapce. Często zrzucenie tajemnicy i obarczenie nią drugiego, to przerzucenie ciężaru.

I dalej nie wiem, co zrobić z tajemnicą. A nic z nią nie zrobię. Może z nimi nic nie powinno się kombinować. Kładę się i hipnotyzuję muzyką, dźwiękami mistrza transu,  o jednej sprawnej dłoni. Lubię Yasmin Levi i Black Coffee. Dziwne połączenie. Yasmin to moje drugie ja. Mogę jej słuchać na okrągło, ale ten chłop, o pięknym kolorze skóry coś w sobie ma. Ciągnie mnie do jego rytmów, ale tylko czasami w specyficznych warunkach moich emocji.

Black Coffee @ Salle Wagram for Cercle

Reklamy

Zanim zacznie się biesiada – sałatka z brokuła

Sałatka z brokuła i fety, posypana słonecznikiem koniecznie świeżo uprażonym, to doskonałe rozwiązanie na kolację przy świecach, na przystawkę na imprezie, czy lekkie danie do pracy. Zawsze coś innego, niż chleb z serem. Dla mnie najważniejsze w tej sałatce jest posypanie prażonym słonecznikiem zaraz przed podaniem na stół. Całość może być zrobiona trochę wcześniej i leżakować w lodówce, ale bez ziarenek, bo jak namokną, zmiękną, nie mają już tego uroczego chrupkiego pod ząb!
Sałatka z brokuła i fety
1 duży brokuł
1 opakowanie sera feta 
1/2 szklanki ziaren słonecznika
sos:
4 łyżki jogurtu naturalnego
2 łyżki majonezu
szczypta soli
szczypta pieprzu
1-2 ząbki czosnku
  •  Brokuły obrać, podzielić na drobne różyczki i ugotować al, dente w osolonej i lekko osłodzone wodzie – ma być chrupki, lekko twardawy.
  • Zabieramy się za sosik. Czosnek obieramy i przeciskamy przez praskę. Następnie dodajemy majonez oraz jogurt. Wszystko mieszamy dokładnie i doprawiamy solą., pieprzem
  • Ser feta kroimy na małe kosteczki.
  • Słonecznik prażymy kilka minut na suchej patelni. Musimy uważać by nie przypalić.
  • Sałatkę układamy warstwami: brokuł, feta, sos i prażony słonecznik.
  • Tak samo układamy 2 warstwę. Można też na dużym półmisku jedną warstwę ułożyć. Odstawić na ok.5 minut, by smaki się „przegryzły”. I  przed samym podaniem posypać prażonym słonecznikiem. Ja tak robię No, pycha!

U mnie już po spotkaniu rodzinnym. Narobiłam frykasów, a wiecie co gości najbardziej zachwyciło i usłyszałam wow, jak na stoły zajeżdżały pierogi ruskie. Och!

Maleńki temat pod rozwagę. Dziś  moje myślenie strapiło mnie trochę. I możecie pogrozić mi palcem za to. Wysiadam z yariski, włos mój świeżo umyty, lśniący płomieniem, tupią zgrabne buciki rozmiar 33, czarna skórzana kurteczka, butelkowy, czyli zgniłozielony kolor torebki, czarny berecik z błyszczącymi oczkami, ciemnozielona przylegająca sukienka z przerzuconym szarym szalem. Czuję się zadbana, dobrze i wygodnie ubrana, spryskana kilkoma kroplami, dziś Calvin Klein. Energicznie tupię bucikami na obcasach, a tu drogę przecina mi przystojny, jak piorun mężczyzna. Krótki jasnoszary płaszczyk, rudobrązowy szal, rdzawego koloru spodnie, brązowe lekko podpalane, czyli cieniowane butki, w dłoni brązowa, skórzana aktówka. Powiało pięknymi klasycznymi perfumami. Raczej nie oglądam się za mężczyznami, ale ten tak mnie ujął dbałością o wygląd, że odruchowo za pięknem pociągnęłam wzrokiem. I w tej samej sekundzie z pewnym smutkiem przeleciała myśl, czy to jest gej? Zawstydziłam się tego. Dlaczego tak pomyślałam. Kiedyś, to znaczy za króla ćwieczka i mojej młodości,  w sklepach niewiele było. I kupić lub dostać w prezencie dżinsy z pewexu graniczyło, no może nie z cudem, ale wielką radością, chyba nie specjalnie zwracałam uwagę na dbałość o image mężczyzn. Dziś, kiedy jest tyle możliwości, tylko chcieć, uważam, że to często ich lenistwo. Oni wzrokowcy lubią oglądać się za wystrojoną kobitką, a sami w rozciągniętym po kolana swetrze.. .  Smuci mnie to. Oczywiście nie wszyscy, nie można generalizować. Żałuję tylko, że moje doświadczenia w ich dbałości są tak marne, że jak już zobaczę pana nie młodzieniaszka, i zadbanego to myślę , że gej, bo oni zawsze dbają o wygląd.

Twoja wędlinka z szynkowara. „Indyk z zielonym pieprzem”

„Indyk z zielonym pieprzem”
Pracę zacznij dwie noce wcześniej niż np. masz imprezę domową.
Przygotuj składniki:
1,2 kg udźca z indyka bez skóry 
2 płaskie łyżeczki soli peklującej  
1 łyżka cukru 
2 płaskie łyżki żelatyny 
3 -5 łyżek wody
3 ząbki czosnku, przeciśniętego przez praskę lub łyżeczka czosnku w granulkach  
1 łyżka świeżo zmielonego czarnego pieprzu 
2 łyżki zielonego pieprzu z zalewy 
2 łyżki zalewy od pieprzu
  1. Odkrój kości i ewentualne ścięgna. Na kościach i resztkach mięsa, co zostały na nich możesz ugotować zupę, np.krupnik.  Mięso pokrój na różnej wielkości kostkę.
  2. Przełóż całe mięso do miski, dodaj przyprawy, żelatynę, wodę oraz zalewę od zielonego pieprzu (jeśli takiego użyłaś, a nie suszonego).
  3. Całość wymieszaj robotem kuchennym z założonym hakiem do wyrabiana ciasta przez 5 minut, lub jak ja ręcznie, do kwadransa. Tak wolę.
  4. Dodaj świeży, zmiażdżony czosnek, zielony pieprz i dokładnie wymieszaj, by równomiernie rozłożył się w mięsnej masie.
  5. Masę nakładaj porcjami do szynkowara ( ja jeszcze do specjalnego woreczka wkładam, którym wyścielam szynkowar. Są w komplecie, ale bez, też się znakomicie udaje). Każdą porcję mocno ubijaj  np. za pomocą tłuczka do mięsa, czy drewnianego, okrągłego, takiego do ucierania. Szynkowar zakręć ze sprężyną, która dociska masę i wstaw do lodówki na kilkanaście godzin, najlepiej na noc.
  6. Do wysokiego garnka (kupiłam w komplecie) na dno połóż małą ściereczkę, wstaw zimny szynkowar, wlej tyle wody, by była 1 cm niżej od górnej krawędzi. Włącz średni ogień i podgrzej wodę do 75-80 stopni (termometr w komplecie). W tej temperaturze gotuj przez 2 i 1/2 godziny. Pamiętaj, by temperatura cały czas była w tym zakresie i nie przekroczyła 80 stopni. Ja nie przykrywam  garnka.
  7. Po gotowaniu wystudź szynkowar pod zimną bieżącą wodą przez kilka minut lub za oknem, kiedy zimno i wstaw do lodówki na noc. Indyka wyjmij z szynkowara – czasem trzeba w niego mocno stuknąć i „objechać”” szynkę w szynkowarze dookoła nożem. Można też szynkowar włożyć na 2 minuty do gorącej wody. Smacznego kochani. Warto robić swoje przysmaki do chlebka. Ja zrobiłam na rodzinną uroczystość.

Strużki ciepłego olejku.. . Erotyk

Dawno, dawno temu, jeszcze na samym początku mego „wordpressowania”, napisałam otwarty wpis „Bacówka – wstęp do erotyku”.  Dziś przypomnę go lekko zmieniając i dopisując ciąg dalszy. Może niejeden z Was wybierze się w góry, a tam lista przygód rozlicznych czekać go będzie. I może cosik podobnego spotka wasze ciało.

Apetyt na seks lub jego brak, to jeden z elementów naszego „ja” (często zależne od hormonów). Testosteron, mimo że nazwany, „męskim hormonem”, organizm kobiety też go produkuje. Obu płciom jest potrzebny. U mężczyzn wytwarzają go jądra, zaś u kobiet – jajniki. U naszych facetów hormon ten decyduje o sprawności układu płciowego, zapewnia dopływ energii i ochotę na seks.. Nadmiar może decydować o skłonności do przemocy. U kobiet hormon ten daje życiowy napęd. Gdy mamy go za mało stajemy się apatyczne i  nie pociąga nas wariowanie w łóżku.

Niejeden, niejedna z was czyta moje wpisy i myśli sobie, cóż za opętana baba. Nawet podając przepisy kulinarne chce przemycić „wirusa”, aby czytelnik zaraził się chcicą i miał przyjemność  częstego obcowania ze swoją niewiastą, ze swoim „macho”. Czy tej kobiecie zawsze się chce? Nie, ale  często.  I na pewno ma w  sobie tyle testosteronu, że prawie wszystko kojarzy się z seksem, intymnością, czułością.. . Na przykład jestem w „warzywniaku”, sprzedawca waży mi poproszone przeze mnie pieczarki i jedną ostrą chilli. Widzę, że wkłada papryczkę do pieczarek. Podaje towar i mówi,- ” Wsadziłem pani do środka”. Na co ja – ” Prawidłowo, jak to prawdziwy mężczyzna”. I tu następuje konsternacja, uśmiech. Układam zakupy w torbie, a uroczy sprzedawca już obsługuję starszą panią, która nie wie, wziąć mandarynki; większe, czy mniejsze. Pyta, jaka jest różnica. On odpowiada, – „W wielkości”. Na co ja, – „A wielkość ma znaczenie”.  Teraz już nie uśmiech tylko zawadiacki wzrok i prośba, – „A mogłaby pani rozwinąć temat”? Wychodząc  mówię, – „Następnym razem”. Przecież nie chcę nikogo zgorszyć.  Wam powiem-  nie koniecznie ma być długi, może być krótszy, ale gruby. Tak, abyś czuła, że ociera Twoje ścianki.. .   W wielu codziennych sytuacjach upatruję waszej  szansy i możliwości znalezienia się w objęciach pożądanej osoby.  Jest tylllee zrządzeń los, które marnujemy!
Jedni rodzą się „zimną rybą”, drudzy zmagają z nadmiarem apetytu, wyobraźni erotycznej i wszechogarniającej chcicy. Nie ma łatwo żaden z nich, jeśli znajdzie się w niesprzyjających warunkach.  Fajnie jest dobrać się podobnymi temperamentami i potrzebami w łóżku. Dobrze jak libido zgadza się, jak w prawidłowych rachunkach. Wtedy „łóżko” mamy z głowy i trzeba zadbać o resztę, niemniej ważną. Rozmowa!! Kolejny filar w związku. Czy lubimy i potrafimy ze sobą rozmawiać, a tematów nie brakuje nam? Seks i rozmowa,to ważne filary związku obok szacunku, zaufania.  Póki „tańcujemy” pod kocykiem i rozmawiamy przy stole, jest dobrze. Oczywiście mogę się mylić, to tylko wnioski z moich doświadczeń.
A teraz małe opowiadanko, które może być podłożem do fajnego erotyku. Kilka lat temu miałam sama jechać w góry i zaczęłam fantazjować. Nie pojechałam.  Piórem wyskrobałam tylko „Bacówkę”. A wiecie, że baca to oficjalnie zawód od 2010 roku.
    ” BACÓWKA DLA CIEBIE” 
Góry. Polskie góry.
Nie znam ich smaku, ani zapachu. Anka wciąż powtarza, -” Jedź, dopiero tam nabierzesz sił i migrenę wyleczysz. No może nie na zawsze…”.
To jadę.  Ania zorganizowała pobyt u zaprzyjaźnionego bacy, nic tylko ruszać w drogę.  
Starszy pan, ale całkiem krzepki pomaga mi z walizką, choć nie prosiłam go o to. Lubię radzić sobie sama. Bryczka zaprzęgnięta w dwa konie pomyka wśród wijącej się jak serpentyna drodze. ” Bacówka dla ciebie”, bo tak zwą to miejsce odpoczynku i relaksu dla niejednego przybysza z polskich miast. Dla tych, którzy szukają spokoju,wytchnienia, czasem natchnienia, ładnych widoków, sportowych zapędów, a nawet leku na babską przypadłość, migrenę.
Zjadłam proste, ale bardzo smaczne śniadanie, kromkę bułki wrocławskiej z wydrążonym miąższem i jajkiem sadzonym w środku. Pycha! Rozlokowano mnie w pokoiku na poddaszu, tuż obok pokoju tego sławnego, ludowego terapeuty, starszego syna właściciela. Młodszy, uroczy, wesoły chłopak od razu zaproponował swoje towarzystwo w spacerach na górską, podobno bardzo urokliwą polanę. Wieczorem, przy kolacji poznałam ”lekarza babskich głów”. Starszy syn właściciela, mruk, jakich mało, posępny, postawny, barczysty mężczyzna. Jego brwi zwracają uwagę, są bardzo ciemne, krzaczaste, a pod nimi oczy czarne, błyszczące, patrzące chłodno. Próbuję kleić rozmowę i opowiadam o Ani, o tym jak go wychwalała za wyjątkowy masaż. Burknął coś pod nosem, że przecież nie miał przyjemności jej pomóc i pewnie powtarza to, co usłyszała od innych.
Myślę, o nie – chyba wolę leczyć tę migrenę górskimi widokami, zimną wodą z potoku i świeżym powietrzem. Mijają dni, a każdego odkrywam coraz to ładniejsze miejsca. Często na wyprawy wędruję z młodszym synem gospodarza.
Właśnie wróciliśmy, jest piękny wieczór, niebo usiane gwiazdami, na schodach siedzi i pali fajkę Tomasz, już nie wiem, czy taki sławny znachor niewieścich bóli. Sucho, choć zdecydowanie milej rzekł, – „Mam czas, może zrobimy masaż, na ten ból głowy, bo leczenie wymaga czasu i powtórek”.
Myślę czemu nie, senna nie jestem. Za godzinkę zapukam. Pytam tylko, jak się przygotować? On na to – ”Zwyczajnie, paniusia przyjdzie i jak na pierwszy raz to trzeba godzinkę poświęcić”. Wracam i myślę właściwie to nie wiem, co zabrać, strój sportowy, czy… o nie przecież, o ból głowy chodzi. Biegnę myć włosy, wolę być pachnąca, choćby nawet zaraz miał je wytłuścić oliwką. Jego pokoik tuż obok, więc w kapciach i szlafroku mogę przemknąć. Ubrałam ładną, ale niefiglarną bieliznę, koszulkę, a duży kąpielowy ręcznik przerzuciłam przez ramię.
Puk, puk… już siedzę na starym, dużym drewnianym łóżku i czekam. Z łazienki słyszę -”Proszę się przygotować”. Myślę okej i pytam – ”Ale jak”? – ” Rozebrać i położyć na łóżko”. Dobrze, zdjęłam koszulkę, majtki i stanik, obwiązałam ciasno wielkim ręcznikiem myśląc, jakie to szczęście, że go zabrałam. Teraz dopiero przyszła refleksja, właściwie po co  rozbierać się, skoro to tylko, głowa boli, nie całe ciało. Cóż ma trwać godzinę, to może na początek trzeba poruszyć cały organizm.
Położyłam się na plecy, przecież głowę będzie masował i czekam. Wchodzi. Cicho mrukliwie mówi, a właściwie burczy – ” Widzę woli pani z przodu, ale najpierw trzeba od tyłu”. Obracam się i myślę – Mądry, a skąd ja miałam to wiedzieć, a on taki nieprzyjemny, że strach zapytać. Informuje mnie, że spotkania należy powtarzać rano i wieczorem, koniecznie minimum kwadrans każde, choć pół godziny lepszy efekt daje, tylko to pierwsze będzie dłuższe. W tym celu widzę nastawia budzik na godzinę. Myślę, no ładnie, czy będzie bolało, czy nie, trzeba ten czas wytrzymać. Nareszcie słyszę jego głos, mówi całkiem ładnie, zdaje się o tym, że tu w przeciwieństwie do wielkiego miasta, żyje się spokojniej, wolniej, a ludzie życzliwsi, stąd tutejsi uśmiechnięci, a miastowym dolega migrena. Cóż styl życia w mieście sprzyja temu… Trzeba wypędzić napięcie skumulowane w moim ciele. Chyba o to mu chodziło. Czuję się trochę nieswojo, ale leżę i czekam… . 
Auć!! Zapiekło. Zabolało. Auć! Co to? Ki diabeł siecze po łydkach moich. Dość, że zbolałe od włóczenia po górkach, pagórkach, to ten jeszcze dokłada im.  Auć, auć.., boli!! Krzyczę prawie! A ten nic, tylko siecze po udach, jakimiś witkami. Wyraźnie czuję zapach brzozy,mięty.  Albo mi się, co roi w głowie, od tej niespodzianki jego. Jęczę a ten nic, tylko smaga i smaga. Przy tym mruczy, że krążenie poprawia, toksyny miejskie wypędza, układ odpornościowy wzmacnia. O matko myślę, bierze się za plecy. Mówię, że nie chcę, że nie wytrzymam, że myślałam.. . Nie dokończyłam, bo ostro po pupie świsnął tymi wiechciami. – „A co paniusia myślała, że głaskaniem wypędzę to g.., co miastowy stres  narobił”!! Już nic nie mówię, tylko podskakuje, co mocniej gwiźnie witką. Główkuje, co to będzie, po moim obróceniu? Chyba mi cycków nie zsiecze. Nie dam się. Obmyślam plan ucieczki, że niby siku.. .  A tu gburowaty Tomasz kończy, odkłada narzędzie cierpień mych do wiadra chyba. I nim co powiem, strużki ciepłego olejku płyną po zbolałym ciele. Jego szerokie, miękkie i ciepłe dłonie okalają zbolałe nóżki, pupę i gładko suną po pleckach. Co za ulga. Chłop to wie, co zrobić, aby kobieta doceniła go. Najpierw zsiecze, aby cieszyła się zwykłym głaskaniem. Oj, to, zwykłym, tak całkiem nie było. Och nie! Roznamiętniał i roztapiał ciało. Powoli zapominałam o bólu. Zsuwał dłonie wolno, tak umiejętnie, że członki mdlały, a ty wchodziłaś w nieopisaną błogość.  Bałam się, że przestanie. Nie chciałam. A ręcznika już dawno nie było na mnie. Całym ciałem muskał moje. Może powinnam odezwać się. Powiedzieć, „stop”, ale ani nie chciałam, ani nie mogłam. Pragnęłam tego dotyku. Szepnął – „Obróć się, proszę”. Nasz gbur nawet szeptać potrafi. Dziwne, chyba zaczarował mnie, bo nie czułam wstydu, pokazując piersi.. . Zaczął od brzucha. Jego dłoń mieściła się na moim brzuszku. Czułam ciepło i delikatny ucisk kręconych kółeczek. Lekko i umiejętnie zsuwał dłonie między moje nogi. Nigdzie nie zatrzymywał się dłużej. Traktował ciało, jak mięciutki dywanik, po którym wydawało się, że dłonie płyną. A ja odpływałam razem z nim.
Nagle dźwięk budzika i moje bycie w chmurach opadło na ziemię. Wybudził z relaksu, jakiego nigdy nie doznałam. Otworzyłam oczy, a Tomasza już nie było. Z łazienki dobiegł głos -„Jutro o 7 czekam”. Powiem tak, opuszczałam góry bez migreny. I nie tylko oczy lśniły radością. Całe ciało tryskało energią. Jakież to cuda może zdziałać mężczyzna i jego biczowanie!! Panowie bierzcie się za uzdrawianie nas.
  

Bigosik

Nazywam go bigosikiem, bo trudno nazwać szumnie bigosem z mięsiwem, pieczystym, śliwką, miodem, pomidorami.., takiego  duszonego kilka dni. Mój jest lajtowy, na miarę Basi. Może ktoś powie namiastka bigosu. Może. Ale taki właśnie lubię.

Nie zapomnę uczucia, jak z piętnaście lat temu jedząc bigos u sąsiada staruszka przełknęłam kawałek mięsa z tłuszczem. Powoli przelatywało przez przełyk, coś w formie i odczuciu jak śliska ostryga, grzybek marynowany w śluzie. Świadomość, że  jest to kawałek trzęsącego się czegoś tłustego, ugotowanego i wchodzi we mnie, zatrzęsło mną. Nic nie rzekłam, ale zapamiętałam.

Jak robię bigosik z kiełbaską? Kupuję:

  • wiaderko, czyli 1 kg kapusty kiszonej,
  • ok 10 małych cienkich kiełbasek śląskich, kilka frankfurterek,  1 długą podwawelską,
  • 2 szalotki, 1 kostkę rosołową,
  • solidna garść suszonych leśnych grzybków i 30 dag pieczarek
  • z przypraw tylko utłuczony w moździerzu pieprz

Wyjmuję kapustę na deskę i wielkim nożem kroję na drobniejsze kawałki, wrzucam do garnka z garścią grzybków leśnych, kostką rosołową i zalewam ok 3 szklankami wody, przykrywam i gotuję. Nie spieszę się, na średnim ogniu gotuję, dolewam wody, jak się wygotowała i jest resztka. A w tym czasie na patelnię wlewam olej i wrzucam drobno pokrojone cebule i pieczarki w kosteczkę. Podsmażam na rumiano, pieprzę utartym w moździerzu czarnym pieprzem. Przerzucam do garnka z kapustą. Teraz na patelnię dolewam oleju i podsmażam pokrojoną w kostkę kiełbasę podwawelską (lub inną dobrą). A mniejsze cienkie kiełbaski przekrawam tylko na pół, na ukos i wszystko dorzucam do bigosu. Duszę spokojnie.  Cała ta praca zajmuje mi ok.2 godzin. Kawałek chlebka razowego i zajadam. Wegetarianie śmiało mogą opuścić kiełbasianą wkładkę i kapusta duszona z leśnymi grzybami, podsmażaną szalotką, pieczarkami też pycha. Mój bigosik można nazwać kapustą z grzybami, kiełbaską i cebulką. Wiem, że koło prawdziwego bigosu polskiego, z różnymi mięsiwami, moje maleństwo nawet nie leżało. Ale mogę sobie teraz pozwolić gotować po swojemu, bo przyszedł czas, że robię to tylko dla siebie. Swoją drogą dziwne uczucie. Z czasem zwyczajnie wygodne.

A na koniec maleńka myśl o naszych wyborach.  Filozof Alain ujmuje myśl z grubsza tak:

„Rzecz nie w tym, żeby uczynić dobry wybór; chodzi o to, aby sprawić, że wybór , jakiego się dokonało stanie się dobry”.

Jednym słowem, praca i jeszcze raz praca nad naszymi czynami. Nie cofać się, nie załamywać rąk, tylko myśleć, jak z tego najlepiej wyjść, aby to co już zrobiłem miało sens. Wiem, często, to ogrom trudu i chce się powiedzieć-  „nie da się”, a jak da, to i tak efekt marnym będzie. Starajmy się, póki widzimy najmniejszą szansę powodzenia!

PS wróciłam z pracy, gdzie bigosikiem poczęstowałam szefa. Wierzcie mi, miło było patrzeć z jakim apetytem zajada. Bardzo pochwalił i podziękował. Czasem nie trzeba wydać dużych pieniędzy, aby dobrze zjeść.

 

Pączusie

Jak wiecie lubię gotować, piec. To mnie nie męczy, raczej nakręca.  Myśl, że dziś mam wolny dzień, budzi lepszy poranek. Jak wstaję nigdy nie maszeruję do kuchni, tylko łazienka, kotek, ćwiczenia z drążkiem, przegląd komentarzy i dopiero myśl, może bym coś zjadła? Spacerkiem do sklepów, wracam i z radością obmyślam jakie pierożki, kluseczki, pieczyste, czy krokiety zrobię. Sama myśl o gotowaniu, już mnie nastraja dobrze, daje swego rodzaju poczucie bezpieczeństwa, spokoju w życiu.

Chętnie zaglądam na blogi kulinarne i właśnie znalazłam uroczą dziewczynę o zacięciu cukierniczym @kulinarnyblogsamanthy. Polecam! Ostatnio wrzuciła prosty przepis na pączki serowe.  Dzięki pani Jolancie mam wiele słodkości do wypróbowania. Pierwsze na tapetę, czy stolnicę poszły pączki serowe. Choć nigdy nie przepadałam za pączkami domowymi, jakieś twardawe i przypalone wychodziły, a jak jaśniejsze, to w środku niedopieczone. A te serowe mnie skusiły.

  Już zadanie wykonane, tylko trochę musiałam pokombinować, bo dałam wilgotny twaróg śmietankowy, a nie suchy, zbity i ciasto wyszło zdecydowanie za rzadkie. Wszystko po kolei opiszę i jak najdzie Was chętka na pączusia, to otworzycie kompa i do roboty. Tym bardziej, że zbliża się dzień obżarstwa pączkowo-faworkowego. Tłusty czwartek obchodzimy w ostatni czwartek przed  Wielkim Postem. W tym roku wypada dość późno, dopiero 28 lutego.

Przygotuj składniki i głęboką miskę do wymieszania ciasta, oraz garnek do smażenia pączków lub frytkownicę. Ja wzięłam mniejszy garneczek i smażyłam po ok 6 pączusiów.

PĄCZUSIE SEROWE według pani Joli i Basi kombinacji

Składniki:

  • 2 szklanki mąki pszennej (ja dałam krupczatkę i później dosypałam jeszcze jedną szklankę)
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia (płaskie , ja pokusiłam się o dosypanie jeszcze 1 małego opakowania suszonych drożdży)
  • 1/2 łyżeczka soli
  • 420 g twarogu białego (ja dałam wilgotny, śmietankowy)
  • 3 łyżki drobnego cukru (dałam 5, bo zwiększyłam ilość ciasta)
  • 1 łyżka cukru wanilinowego
  • 4 jaja (moje były duże)
  • 3 łyżki kwaśnej śmietany 18%
  • olej do głębokiego smażenia
  • cukier puder do posypania (można z dodatkiem cynamonu, kto lubi)

Wykonanie:

  1. Mąkę z solą i proszkiem do pieczenia wymieszać (ponieważ było za rzadkie dałam jeszcze szklankę mąki i małe op. suchych drożdży)
  2. Dodać twaróg przeciśnięty przez praskę (ja ugniotłam widelcem, bo był bardzo mokry od śmietanki)
  3. Cukier i cukier wanilinowy.
  4. Jajka lekko rozmieszane i śmietanę (ja rozkłóciłam jajka i dolałam śmietankę do tego, wymieszałam)
  5. Połączyć wszystkie składniki do uzyskania jednolitej masy.
  6. Formować małe kulki za pomocą łyżki do lodów lub ręcznie.
  7. Smażyć w głębokim oleju w temp, 170-180 C przez 3 minuty z obu stron.
  8. Gorące posypać cukrem pudrem.

Ja dałam twaróg śmietankowy, ugnieciony widelcem, bardzo wilgotny i ciasto wyszło dość rzadkie, takie, że nie dało rady formować kulek, więc dosypałam jeszcze szklankę mąki krupczatki, dwie łyżki cukru i przyznam się 1 malutkie opakowanie suchych drożdży. Więc ciasto rosło na proszku i drożdżach. Usmażyłam z 1/4 części ciasta, a resztę osypałam mąką i włożyłam do woreczka foliowego, umieściłam w lodówce. Następnego dnia powtórka z rozrywki, tylko do pomocy w zjadaniu zaprosiłam córeczkę. Było miło.

Te z ciasta proszkowo-drożdżowego, które leżakowało w lodówce i nabierało mocy przez noc, formowało i smażyło się lepiej. Po usmażeniu miały gładkie ścianki, bez pęknięć, chropowatości, nierówności.  Zwilżałam tylko dłonie wodą i kręciłam małe kuleczki. Lepiej mniejsze niż większe, bo ciasto może nie dopiec się w środku. Te z ciasta po nocnym leżakowaniu wyszły zdecydowanie delikatniejsze, lepsze.

Filiżanka kawy, kilka małych pączków i ładnie kończy się dzień. Moja córeczka nie jest fanką pączków żadnych, ale spróbowała, posiedziała z mateczką i porozmawiała. Zastanawiała się nad tematem, który wraca jak bumerang, -„co z moim życiem, mamo?” Nie chce, aby przeleciało jej przez palce. Usłyszałam od niej wiele mądrych  zdań. Opowiadałam jej, jak swoje wolne dni chcę poświęcić na sprzątanie i wystrój nowego salonu (szef otwiera kolejny, takowy cudny, kameralny). Odwodziła mnie, mówiąc:

-„Mamuś, ty zawsze, tak mocno cieszysz się na każdy wolny dzień. Masz tyle pomysłów, zapału w zapełnianie ich, urozmaicaniu. Poświęć ten czas dla siebie, nie na pracę. Nikt z nas umierając  nie będzie żałował, że za mało czasu spędzał w pracy, za mało oglądał telewizji.., tylko za mało żył z bliskimi, za mało odpoczywał, cieszył się życiem, drobnostkami, na które zawsze brakowało miejsca w naszym kalendarzu”. 

Pomyślcie o tym. I nie bądźcie nadgorliwi. Życie mamy jedno. Przeżyjmy je dobrze, bez złego.

Nie być na liście

Wiecie, jak ja mam dobrze, jeśli chodzi o dostęp do książek. W tej samej kamienicy, pode mną mieści się biblioteka publiczna z mnóstwem książek i sympatyczną obsługą. Choć ostatnio zaczytuję się w swoim prezencie mikołajkowym, w słowach ks.Bonieckiego. Zatrzymałam się dłużej przy fragmencie o pomaganiu. Opisuje tam krótko zdarzenie podczas pobytu w Paryżu. Niedaleko jego mieszkania, młoda kobieta rzuciła się pod metro, zostawiając na ławce zawiniątko. Swoje dziecko i list. Wyliczyła w nich miejsca i ludzi, u których daremnie szukała pomocy. I tak jak ksiądz, pomyślałam- u kogo mogę być na takiej liście?

Te kilka słów zostawiam wam na dzisiejszy dzień. Zamykam kompa i dłuższy trening robię. Pobiegam sobie po lesie, a jak się zmęczę, to ubitą ścieżką nad morzem. Życzę Wam miłej niedzieli. Odpocznijcie.