„Na czyje siły, na czyj rozum obliczone jest życie”. Ból po stracie

Maria Dąbrowska pisała,

„Na czyje siły, na czyj rozum obliczone jest życie”? („Noce i dnie” – tom III).

Dziś uczestniczyłam w ogromnie smutnej uroczystości Pożegnaniu i  ostatniej drodze, Mateusza. Nie znałam go osobiście. Usłyszałam od męża, że ich absolwent nie żyje. I wraz z uczniami, wychowawcą.., jedzie na pogrzeb. Pierwsza myśl, chcę tam być. Towarzyszyć mężowi i nie chodziło mi o opiekę nad nim, tylko pożegnać tego chłopca.

Nie ma takich słów, które w tej chwili ulżyłyby cierpiącemu. Tu będzie potrzebny czas.  Czas nie leczy wszystkiego, ale wraz z jego upływem, nowymi doświadczeniami w pewien sposób może zdystansować od bolesnego wydarzenia. Nigdy już nie będzie jak dawniej. Jednemu potrzeba 15 lat, drugiemu kilku. Tylko on może  uśmierzyć piekący, palący ból, rozpacz zamienić  w smutek i ciszę. A stargane, zorane serce uspokoić.

Pamiętam, ogrom bólu naszej całej rodziny po stracie taty. Wszyscy pogrążyliśmy się w rozpaczy. Po miesiącu, czy dwóch po pogrzebie, odwiedziła nas babcia, mama taty. Starała się pomóc w tych ciężkich chwilach. Opowiadała o tacie, jakim był dzieckiem. Pewnego wieczoru siedziała przy uchylonych drzwiczkach pieca i grzała kolana, ja na kuckach przy jej stołeczku, oparłam głowę. Pogłaskała i spokojnie powiedziała,” Nie płacz Basiu, tata nie chciałby, abyś tak rozpaczała, bądź dzielna, on patrzy na Ciebie”. To zdanie, a właściwie zadanie, zapamiętałam. Ono choć trochę pomogło mi. Niedawno będąc na terapii, usłyszałam, że już wtedy świat, bliscy narzucili mi rolę,  robienia czegoś, czego ty nie umiałaś, nie rozumiałaś. Jak przekuć cierpienie, płacz w spokój.  Dziecko potrzebowało  wykrzyczeć swój ból, ale nie, bo tata nie chciałby tego.  Babcia chciała dobrze, psychologiem nie była. I na ten czas, choć trochę pomogła. Wzięłam  świat na ramiona. I dźwigałam długo. Takich sytuacji było tysiące. I tak kształtujemy człowieka wtłaczamy go w ramy i pewne role do spełnienia. Nie o tym chciałam pisać, za daleko odeszłam.

Psycholog może pomóc, ustalić granice cierpienia, ale nie każdy potrzebuje takiej pomocy. Cierpiący człowiek na początku analizuje pewne rzeczy i stale pamięta o nieobecności tej osoby. Oby przyszedł taki czas, że wspomnienia nie będą paliły. A ciągły ból ustąpi miejsca wyciszeniu i na nowo wzbudzi zainteresowanie życiem. Aż odbudujemy to, co runęło. Życie!

Strata dziecka, największa tragedia na tej ziemi. Współczuję.. Podeszłam, przytuliłam i obiecałam modlitwę taką, jak potrafię o zelżenie bólu jej matczynego serca.

Nie napiszę wiele, bo trudno. Mateusz był zdolnym, skromnym, życzliwym człowiekiem. Pomagał mamie po śmierci taty. Podziwiałam przemowę jego kolegi, który stwierdził, że najgorsze jest to, iż już nigdy nie porozmawiają. Zostanie w pamięci i sercach najbliższych.

Reklamy

Wakacje z przyjaciółką.

Mam niespodziewany urlop, z czego ogromnie cieszę się. Spędzam go w domu. Dochodzę do wniosku, że wyleniuchowanie też nam potrzebne, nie tylko zwiedzanie świata, pstrykanie fotek, hamaczek pod palmami, wędrówki w skwarze, śniadania z obiado-kolacjami i nabrzmiałe kostki u zdeptanych stopek.

Mój urlop w tym roku zaplanowany jest na drugą połowę sierpnia.  Koleżanka ma (jak chcesz czyt.moja) i przyjaciółka w jednym, zaprasza mnie do Eger. Jestem szczęściarą, niejeden mężczyzna w tym roku to uczynił i w daleką podróż chciał porwać (póki co, nie skorzystałam), ale i kobieta też to uczyniła.  Jest mi ogromnie miło i doceniam to, bo to oznacza chyba tylko jedno; lubi moje towarzystwo, potrzebuje mej radości i energii. Z Matrą będziemy tańcować, pić winko, opalać cycuszki i trajlować, podjadając bograczem i langoszem, węgierskim smażonym plackiem drożdżowym.  Nacieszymy się sobą. Przegadamy wiele babskich spraw, pociągniemy niejeden wątek z minusami, obecnej sytuacji politycznej.. Obgadamy, no może ładniej zabrzmi, poddamy analizie niejedną męską osobowość. Weźmiemy pod lupę związki i może jednogłośnie stwierdzimy, którą drogą lepiej dalej podążać; singla, czy lekko zniewolonej w związku jakowym. Kiedy poznałyśmy się ona była szczęśliwą kobietą w związku z piekielnie urodziwym przystojniakiem (sobowtór George Clooney). A ja już uczyłam się, sama stąpać po mojej drodze życia. Podziwiała mój optymizm i radość z takiego istnienia. I pewnego dnia, a wówczas też już  dreptała ścieżką singielki, powiedziała z podziękowaniem w tonie, że gdybym nie ja, gdyby nie poznała mnie, teraz byłaby przestraszona, jak żyć samej? I że w tym wieku kobietę samotną nic już dobrego, wesołego nie czeka. Patrzyła na moje rozentuzjazmowane oczy, kiedy opowiadałam o spotkaniach z ciekawymi ludźmi, o wypadach na koncerty i pod namiot i mała nadzieję, że i ona sobie poradzi i będzie umiała znaleźć radość w takim stanie rzeczy. I jeszcze będzie szczęśliwą kobietą.

I poradziła sobie! Najpierw płakała..,  przepłakała, wybaczała, wybaczała..  i wybaczyła, aż z czystym sercem pochowała tę miłość. I teraz podskakuje na tej ścieżce singielki. Cieszy i ekscytuje niejednym mężczyzną, niejedną sytuacją, na którą nie mogłaby pozwolić sobie w związku. Ale wciąż ma nadzieję i czeka na jeszcze jeden cud w jej życiu.  Martusiu życzę Ci tego. Choć słabo wierzę w związki w drugiej połowie życia, bo są trudniejsze, z wielkim bagażem. Ludzie zranieni, zjechani przeżyciami, rozczarowaniem, często złamani, nieufni, wszystko widzący lepiej, choć wzrok się pogorszył, nie mający już czego tak mocno trzymać się, jak w młodości; a to nieodchowanych dzieci, niespłaconego kredytu.. .  Ale Ty tego potrzebujesz, to obyś znalazła.  I z tym ciepłem u boku zmieniła swoją egzystencję w intensywne, mające znaczenie i przynoszące satysfakcję życie. Ono powinno być spełnione.

Póki co,  cieszmy się planami wyjazdu. Odkurzajmy walizki, notujmy co zabrać, nie zapominając o kieckach na te hulanki.  Zahaczymy też o miasto Kraka. Wypijemy kawusie z kremowym ciachem, połazikujemy i do łóżka w hotelu. A o świcie dalejże za kółko, już prosto do bratanka. Wyjątkowo czekam na to samotne ubijanie kapusty, czyli podskoki i wyluzowane podrygi Baśki w tańcu. Dlaczego nigdy nie robiłam tego w pierwszym i drugim małżeństwie? A już pamiętam ,”szkoda było czasu na takie dyrdymały, jak taniec, lepiej było książkę poczytać, coby mądrzejszą nasza dyskusja była. I oczywiście, poszerzone horyzonty matki Polki”. Jedno nie zaprzeczało drugiemu i czytać i pohulać, no ale to moje babskie myślenie. A i jeszcze czekam na to podsmażanie ciałka włącznie z pupcią, no i ma się rozumieć z filtrem pięćdziesiątką! Fajnie jest mieć przyjaciółkę, która lubi spędzać czas z Tobą, słuchać właśnie ciebie i nie nudzić się. Kiedy robię coś szalonego, odważnego, mówi, „Ożeż Ty..”!!  Niby karci, a podziwia. Taka jest Marta.

Dzisiaj będzie u mnie na pomidorówce, a wyszła mi wyjątkowo soczysto- pyszna i na domowych łazankach z kapustą i grzybami.  Mam nowe fajne ubranko, założę i zatańczę, ale tym razem nie do LP, bo jej Lost On You nadaje się do pokazania radości  życia.  Tylko wolna, kojąca muzyka i w takich rytmach taniec, przy utworze „Song”, Kirpi. Tym razem będzie prawdziwy striptiz, czyli powolne rozbieranie się z tego, co nałożę najpierw. A będzie to: króciutka plisowana spódniczusia  w kratę czerwoną nie całkiem zakrywająca pupcię. Takie same stringi, krótki topik z cienkiej czarnej niby skórki z siateczką na piersiach i  czarne nakładki sznurowane na nadgarstki i trochę wyżej. A i szpileczki czerwone od Ryłki w rozmiarze 33! Omówimy też, co i jak z kursem, na który się wybieramy. Chyba już dojrzałyśmy do tantry.  

Teraz przeżywam wstęp wakacji, czyli pierwszą część urlopu. I robię to, o czym marzy niejeden: wypożyczyć książki, które chodzą nam po głowie (mi z półeczki psychologia), upiec pierś z indyka, zaopatrzyć się w colę, czekoladę, owoce, zmienić pościel na nieskazitelną, coby kilkakrotny sen w ciągu dnia był w anielskiej bieli. Ogarnąć swój pokoik, aby bałagan nie zakłócił odpoczynku. I tak na zmianę spać, ćwiczyć na drążku, biegać, czytać, pisać do was, pojadając pieczystym, popijając colą, leżeć odłogiem na łóżeczku mym, słuchać jazzu, czytać i czytać.. . Błogi raj! Taki odpoczynek też każdemu jest wskazanym i zalecanym. Życzę Wam tego, a nie tylko oglądania krańca świata.

PS Mój przyjaciel, Leszek depcze teraz piaski Kenii, podziwiając zieleń wokół. Podobno cud dla oczu. Zazdroszczę. Chyba dla tej Kenii oddałabym jednak tę pierwszą część urlopu. Ale tylko dla Kenii. No tegoż właśnie przyjaciela. Piękne, tajemnicze czarne oczy. Hm.. dotknąć jego ust.., rozmarzyłam się. A może kiedyś będzie nam to dane. Kto wie. Pozdrawiam Cię, przyjacielu!!

 

Myszy, ślimaczki, robaczki… . Nie krzywdź także siebie!

Może nie odkryłam Ameryki, jeśli chodzi o globalne spojrzenie na ten mój problem, ale dla mnie to odkrycie i zaskoczenie. Dziwne, że dopiero teraz doszłam do tego. Cóż niektórzy długo dochodzą.. .

Opiszę Wam wycinek wspomnień, pokażę krąg, który zatoczyła historia i mój ból, złość z odkrywczym wnioskiem. Powiecie, co do tego mają myszy. A no mają i to wiele.

Biegnę na skróty do pracy, ułamek sekundy i..  nie nadepnęła, ślimaczka. Schyliłam się, ujęłam za skorupkę i mówię, „biedaku na ścieżce zgniotą cię”. Niosę opodal na zieloną trawkę. Dostałam sałatę z działki, niepryskana, więc niejeden robaczek, ślimaczek tam mieszka. Myję ostrożnie odkładam biedaków wykąpanych w zimnej wodzie do szklaneczki. I ze strachem, bo boje się tężących robali niosę na podwórko,  bo wyrzucone z okna na beton, nie wiem jaki byłby ich los. Myję mopem podłogę w gabinecie, zamach jeden i drugi i  znowu ułamek sekundy, widzę pajęczynkę, pajączka więc..  i stop. O Boże, moja mania sprzątania zmiotłaby to maleństwo. Niech żyje, ile mu się uda. Wiem, że to są drobnostki, maleństwa, okruszki wyborów moich. I pewnie łatwo mi, kiedy oni nie specjalnie wadzą;  i pajączek i ślimaczek, i robaczek.

Piszę to po to, aby pokazać, iż mogę i chcę robić wysiłek dla istotki maleńkiej, bezbronnej. I teraz świat wspomnień, młodości mojej, zderzenia z rzeczywistością, z życia w wielkiej, starej ponad stuletniej kamienicy. Przeprowadziliśmy się tam, kiedy miałam urodzić trzecie dzieciątko, a mieszkanko na Grunwaldzkiej jednopokojowe tylko było. Przywitała nas dzielnica Gdańska ze złą sławą. Nikt jakoś na szczęście mi i rodzinie nie zrobił krzywdy.  Tylko lokatorzy na dziko w tej przestronnej, wysokiej przedwojennej kamienicy. Już oglądając to mieszkanie zauważyłam w jednej szafce bobki myszy chyba, ale właścicielka zbyła mnie, że to tylko czasem jedna mała myszka ich nawiedza. O matko, jedna pomnożona, a właściwie rozmnożona ekstra! Codziennie miałam ślady ich grasowania. Była tam spiżarka, jak to w starych domach. Uroczystość szykuje się, pełno gości od strony męża ma zrobić najazd. Ja gotuję, piekę, wynoszę do spiżarki, lodówki, a o poranku w tym ważnym dniu widzę pełno szkód; pieczyste, wędzone, pasztety i sernik nieźle nadgryziony. Załamuję ręce, co teraz? Na co moje kompletne przeciwieństwo, czyli niebrzydliwy mąż rzecze; tu i tam odkroi się i będzie dobrze. Ja jeść nie mogę. Już od dłuższego czasu chudnę. Mam kłopot z apetytem, a w takich warunkach, to już całkiem zaciśnięty żołądek. Mąż postanawia zadziałać. Kupił łapki na myszy. Na tym jego rola się skończyła, a moje i myszek cierpienie zaczęło. Ja karna, więc robię, to czego świat wymaga, żeby nie było, że jestem „sierotą” i nic nie umiem. Mając starszego brata, który umiał  zrobić wszystko, my urocze wrażliwe dziewczynki musiałyśmy z siostrą starać się, aby nie usłyszeć, „a królewny nic nie potrafią”?! Latami udowodniałyśmy z Anią, że też nadajemy się do czegoś więcej niż  tylko recytacji wierszy na akademiach i sypania kwiatków na procesji, ubrane jak dwa kruche aniołki.

Mężczyzna dał łapki na myszy i pokazał, jak nastawiać. Reszta do mnie miała należeć. Nastawiałam, a rano z duszą na ramieniu wchodząc do kuchni patrzyłam, jakiej przemocy dokonałam. Przerażona  karnie sprzątałam, te małe, wiotkie ciałka. Ciężko o tym pisać, nie sądziłam, że kiedyś to zrobię. Ten wpis jest po to, aby ostrzec Was,  – wszystko co macie w życiu do zrobienia, róbcie zgodnie ze swoim sumieniem, nie łamcie go, nic na siłę. Nie jestem nic lepsza, ani gorsza, tylko za wrażliwa i lubię żyjątka. Robiłam coś wbrew sobie, bo myślałam, że muszę. Widzicie, jak łatwo krzywdzić siebie. Nie zwracamy na to uwagi. Jak nie krzywdzić drugiego, bliźniego wiemy, jak siebie i że tego też nie wolno, nie!

A one jak były tak były. Te myszy! Wchodziły kominem połączonym z kuchenką na fajerki mnóstwem dziur, bo remontu to od lat nie widziało. Ta nieużywana kuchenka, była właśnie dobrym miejscem na rozmnażanie się ich. Byliśmy kompletnie zamysieni.  Cóż mąż uczony, nie do takich celów, jak remonty powołany. Poszłam do pracy, kiedy najmłodszy Okruszek mój miał roczek i ciułałam grosik do grosza. Przez kilka dobrych lat nie kupiłam sobie nawet nowych majtek, co dopiero torebki czy płaszczyka. Gotowałam kopytka, pierogi z kapustą, którą sama kisiłam, pyzy z ziemniaków, które sama sadziłam na swojej działeczce.. . Potrafię być bardzo oszczędna, wyniosłam to z domu.  I żyliśmy skromnie, a ja składałam do banku, bo wtedy jeszcze się opłacało (10-13 %), aby zarobić na remont kuchni. Dokonałam tego cudu. Kuchenka na ogień zlikwidowana, ściany do imentu odnowione. Remont generalny z kafelkami, nowymi meblami, dziury wszystkie załatane i skończyła się mysia gehenna, dla nich i dla mnie.

Postarałam się dogadać z umysłem moim, coby nie wracał do tych krwawych scen. Naprawdę można uśpić, wyprzeć, to co złem było w Waszym życiu.

Do ostatniego miesiąca, kiedy to mieszkająca w tamtym mieszkaniu, moja starsza córka dzwoni z przerażeniem, że widziała w pokoju i kuchni mysz, i to całkiem okazałą według niej. Przyjeżdża do mnie, pokazuje łapkę CUD, bo ŻYWOŁAPKĘ!! Tak istnieje takie zmyślne urządzonko. Powiedziała, że nie chce przykładać ręki w zabijaniu tych stworzeń. Odsuwa skobelek, podaje coś apetycznego w menu i łapka gotowa na przyjęcie gościa. Myszka wchodzi zaproszona zapachem, a skobelek puszcza zasuwę i siedzi takie przestraszone zwierzątko,  czeka, co człowiek z nim zrobi. Dziecko moje wraca z pracy i idzie z myszką na spacer. Wypuszcza na łące. I tak ostatnio chodziła od czasu do czasu, aż tu jednego razu wróciła po 12 godzinach taka zmęczona, poprosiła tatę o pomoc w uwolnieniu zwierzątka z żywołapki. Zrobił to a jakże, pomógł dziecku, coby z bolącymi nóżkami nie człapała się po schodach i..   wyrzucił gościa przez okno. Żaliła mi się, że tam beton, że jak można było, że ona stara się.. i po co poprosiła o pomoc.., mogła sama..  . Wróciły i moje dylematy, moje wspomnienia, mój wstyd.

Płakałam i myślałam, dlaczego mąż mi to zrobił. Przecież widział, znał mnie, że wrażliwiec ze mnie wielki. Czuł, że bardzo męczę się z tym zadaniem, a nie pomógł mi. Taka rozżalona, znowu w duchu myślę sobie źle o chłopach, że to wszystko nic nie warte, ta cała miłość o kant stołu. Wyrzekam  sobie pod nosem i wyrzekam, chlipię i mówię półgłosem, – „dlaczego on mi to robił”?

nagle olśnienie, to nie tylko jego wina. Moja także! Nie można być zbyt karnym, spolegliwym, bo inni to wykorzystają. Sama musisz wziąć życie w swoje ręce i zadbać o siebie!! Należało mi porozmawiać z mężem, ale nie bojaźliwym, pytającym tonem, tylko łagodnym, aczkolwiek stanowczym!. Oznajmić, że jego rolą jest zrobienie z tym porządku, a jeśli z jakiegoś powodu nie może teraz pomóc, zadziałać, to pojadę do mamy, ona mieszka sama przyjmie nas na jakiś czas, dopóki nie uporasz się z tym problemem. Jestem pewna, że szanowałby mnie bardziej za taką postawę, a nie za wiecznie zginającą i przerażoną małą Basię. Ale ja wtedy nie byłam gotowa. Moja postawa wobec mężczyzn zdecydowanie służalczą była (wyniosłam to z domu rodzinnego). Dlatego, tak cenię w sobie także  Baśkę, kobietę świadomą swojej wartości, niezależną, zdecydowaną, a nie tylko cichą Basię, nie umiejącą wyrazić swojego zdania, wiecznie przestraszoną.

Kiedyś w przyszłości będziecie tego żałowały, np. że nie obroniłyście przed agresywnym mężem swojego dziecka. W imię tego, aby z nim żyć w zgodzie, zgadzałyście się na pas, krzyki, wygórowane wymagania wobec bezbronnego dziecka. Gdybym była mężczyzną, nie chciałabym takiej kobiety- podnóżka u swego boku. Po terapii znalazłam także Baśkę w sobie. I bycie Baśką, to nie tylko bycie cudną, słodką kochanką, ale przede wszystkim, mądrze rozgrywającą swoje życie kobietą. Z dużą dozą asertywności.

Piszę to do kobiet, takich grzecznych Baś, -walczcie o siebie!! Nie bójcie się mężczyzny, że się pogniewa, że was przestanie lubić, kochać.. . Czasami w życiu trzeba się postawić. Zadbajcie o siebie i swoje sumienie.  Życzę mądrości, właściwych wyborów i ODWAGI!!

Wiele dróg do przyjemności, ach ten języczek! Minetka.

Grecja to piękny, słoneczny kraj. Chce się wracać wiele razy. Przeglądam czasem moją statystykę i widzę, że ktoś stamtąd czyta małą Basię. Witam Cię! Proszę napisz do mnie na maila barba2601@wp.pl lub tu na blogu w komentarzach. Byłoby mi bardzo miło.

Stosuje płodozmian na moim blogu (hm, rolniczka!), skoro był poważny wpis i polityka rozsiadła się, to dziś prosi się lekki, zwiewny. Lekki będzie, ale z tym zwiewnym raczej nie. Powiedziałabym  lepki, smaczny, zniewalająco pachnący. Minetka. Już po tym słowie można się wycofać, jeśli nie jesteśmy zainteresowani i może to tylko wywołać nieprzyjemne uczucia. To wpis dla tych, co chcą, a nie bardzo wychodzi im, ta miłosna sztuka.

Nie chcę nikogo zaszokować, ani zniesmaczyć, tylko może pomóc. Nikt o tym nie mówi, nie uczy, bo to podobno samo przychodzi. Jednemu tak, drugiemu nie. Jak posiąść tę sztukę, aby językiem sprawić kobiecie przyjemność? Oj, nie jest to proste, bo kobiety są różne. Nie ma instrukcji, krok po kroku, jak osiągnąć szczyty erotycznych doznań. Kobieta nie mówi tego swojemu mężczyźnie, bo on nie pyta, a ona wstydzi się instruować i  myśli, że on wie, choćby z wyczucia.  Mężczyzna natomiast szuka wskazówek w internecie, a tam wiele rad, różnych, czasem sprzecznych. I tak się męczą z tym lizaniem, aż ona w końcu udaje, jak jej dobrze, bo żal chłopskiego języka. Myślę że nie jeden z was pamięta, jak naderwał sobie wiązadełko, czy zwyczajnie bolał go język od tych oralnych ćwiczeń, czy to kobietę, czy mężczyznę.

Do tanga trzeba dwojga, a do minetki zwłaszcza, czyli chęci mężczyzny i kobiety. Jeśli nie masz na to ochoty, brzydzisz się, nie rób tego. Będzie wymuszone, bojaźliwe  i przez to sztuczne. Ona od razu wyczuje, że zmuszasz się. Sztywnym koniuszkiem języczka tylko dotkniesz główki, dwa razy mlaśniesz i wycofasz się. Co osiągnąłeś?! Dałeś jej znać, że śmierdzi i kwaśno smakuje, takie rozkosze nie dla ciebie. Jeśli natomiast zrobisz to z pasją, ogniem i nawet, jak jej nie doprowadzisz na szczyt, jest urozmaiceniem waszego wariowania w łóżku. I jakże  cenną od teraz jej świadomość – „On pragnie mnie całej. Pożąda każdego kawałeczka mego ciała. Nie brzydzi się mego smaku i zapachu, kochany”!!

I dochodzimy do kroku pierwszego, – higieny, czyli absolutnej czystości całego ciała, przed spotkaniem pod kołderką, czy na.  Niby wszyscy to wiemy, ale „rowek” niedomyty, rozchylając półdupeczki zionie nie perfumą.Umył się, czy umyła, ale potem jeszcze kilka razy susiała i już mamy wyczuwalny mocz. Po co to sobie i partnerowi robić. Odciągamy skórkę i mydlimy dokładnie.. . A już facet, dorosły mężczyzna ze stulejką, zgroza!! To zaniedbanie swojego zdrowia i partnerki. Nie,  pewnie nie ma partnerki, bo uciekła.  Żadna ze stulejką nie poliże, bo tam szaleją bakterie, a leżący odłogiem mocz cuchnie. To jest karygodne! Trzeba udać się na zabieg. Nie bójcie się, jesteście silnymi facetami z jajami, tylko ze stulejką.

Załóżmy, że czyści spotykamy się na materacu i .. . Najpierw roznamiętniamy partnerkę, pobudzamy pieszczotami, słowami, pocałunkami. Powinna być podniecona, wilgotna i i teraz dopiero wkładamy nosek między jej kochane nóżki. Ach ta minetka, to swego rodzaju masaż.

Dochodzimy do pierwszej sprzecznej informacji. Jednorodność, monotonia ruchów, to nuda. I tak i nie. Na początku rzeczywiście powinniśmy pozwolić sobie na zmiany kierunku lizania. Przyjemnym jest, kiedy jego język jest ciepłą, wilgotną miękką łopatką, która nagarnia, ruchami kolistymi, poprzez wargi, okalając całość. Delikatnie ssie główkę łechtaczki. Nigdy nie wolo dotykać jej suchym palcem, kiedy ona sucha i naciskać mocno punktowo, bo to najwrażliwsza część i takie działanie może wywołać ból. Z apetytem smakuj, obserwuj partnerkę, kiedy leży cicho bez ruchu i prawie oddechu, a kiedy pręży się unosi i jęczy. To, co teraz robisz sprawia jej przyjemność, pobudza, działaj dalej, czyli idź w tym kierunku. Możesz urozmaicić wkładając jeden, dwa paluszki do przedsionka, ale nie szoruj nimi w przód w tył, jak w dawno nieczyszczonym kominie. Raczej nie zginaj palców, które są w środku, aby zwiększyć objętość. I absolutnie, nie naciskaj mocno w poszukiwaniu punktu G, bo znajdziesz tylko jej pęcherz, a naciskając wywołasz u niej uczucie, „o matko siku”. Zacznie skupiać się, jak nie popuścić, a nie jak dojść.

Następnie skup się na jednym, długo powtarzanym ruchu, najczęściej jest to ruch z dołu do góry i z góry na dół, ale nie spiesz się to nie wyścigi i nie chlip, jak spragniony pies pijący wodę. A już broń cię przed parskaniem, dmuchaniem, udającym wibracje, bo kobietę to tylko śmieszy i rozprasza. Myśli sobie, „a ten co, udaje trzmiela”? Z tą wibracją ustami, to wyższa szkoła jazdy, można sobie darować. Paluszkiem, może dwoma naciskaj i masuj delikatnie raczej trzon łechtaczki, niż samą główkę. Trzon znajduje się nad samym „guziczkiem”, czyli główką i sztywnieje, jak penis, kiedy kobieta jest bardzo podniecona. Jak usłyszysz jej głęboki oddech, lekkie unoszenie ciała, weszła w trans i teraz choćby miał ci odpaść język, nie przerywaj spokojnego, zaznaczam spokojnego lizania.  Absolutnie nie zmieniaj kierunku, nic nie ulepszaj. Nie ponaglaj pośpiesznymi ruchami, słowami. Nie pytaj, czy dobrze, bo ona i tak nic nie odpowie, jest w swoim świecie. Sama już dojdzie, lekko przesuwając się na twoim spokojny, rozłożonym i twardym języku. Brawo!

Pamiętaj, seks oralny może doprowadzić do raka krtani. Lepiej nie zmieniaj za często partnerów i nie liż każdego przygodnego faceta. Chociażby dla swojego zdrowia, nie wchodzę na ścieżki moralności. Wszystko jest możliwe, jeśli nie krzywdzisz siebie i bliźniego. A sfera erotyczna naszego życia ma ogromne znaczenie. Weselszym staje się dzień, po ekscytującej nocy. Lepiej i wydajniej pracujemy, jesteśmy uśmiechnięci i życzliwsi wobec wszystkich.. . Snujemy plany i życie nabiera barw. Kochajcie się, starajcie, zabiegajcie, walczcie o siebie. Razem łatwiej i weselej przez życie iść, z minetką, czy bez. Jak zechcecie, to od was zależy.  Mądrze rozegrajcie swoje życie, także tę jego część –  łóżko! Powodzenia, kochani!

Mój kraj, mój smutek, moja bierność

Zmieniłam stację w moim internetowym radiu, z RFM classic na Bossa Jazz Brasil. Chciałam poczuć, że  jeszcze na coś mam wpływ. Mogę posłuchać muzyki, jakiej pragnę, póki co! Kupować już muszę, tak jak posłowie zechcieli.  Pracuję  w niedzielę, to mój wybór i wracając zrobiłabym sobie zakupy, wpadła po ciuszek dla lepszego poczucia, jak to kobieta. No, ale najpierw zajrzyj do kompa, czy dziś mogę. Może to nic takiego, ale mam poczucie, że wchodzę w ramy, może jeszcze słabo zarysowane, ale jednak pachnące zniewoleniem. Od czegoś trzeba zacząć.

Czesław Niemen śpiewał, „Dziwny ten świat..” nadal aktualne. Coraz dziwniejszy. Rządzi prezes nie premier, prezydent lala malowana. Żyjemy w środku Europy, ale już na progu przaśnego zaścianka i z wyprostowanej postawy zostanie cień. Dojdzie do tego, że jak nie przyjmę pisprawdy, zegnę kolana. Jako nauczycielka denerwowałam się,  że rośnie sterta papierkowej roboty, a na naukę i zabawę mało czasu i nikt specjalnie o to nie pyta, tylko czy zrobiłaś sprawozdanie, analizę, plan wynikowy, ewaluację, projekt.. . Teraz kościół pcha tę politykę, gdzie może, a modlitwa szczera bez hipokryzji z czystym sercem na uboczu. Idę na mszę, słucham uważnie ewangelii, czasem kręcę nosem, że okrutna lub jej nie rozumiem. Teraz rola księdza, sługi bożego, aby ładnie na kazaniu objaśnił, co i jak. A on co? Politykuje, a ewangelia w lesie. Ja zła i smutna. Muszę wrócić do domu otworzyć kompa i poczytać tłumaczenia słów z dzisiejszej ewangelii. A kościół nawołuje do różańca na granicach kraju, jakby coś nam zagrażało oprócz samych swoich, co dzielą Polaków na lepszy i gorszy sort. Hipokryzja, zakłamanie, obłuda, jak taki pan Pięta. Nie mam nic do niego, człowiek jak człowiek, ale po co z wartościami chrześcijańskimi na ustach, o świętości małżeństwa, rodziny.. , a w alkowie chowa kochankę i obiecuje cuda wianki. A później tłumaczy się, jak miał zostawić w nocy kobietę na przystanku, więc, jako dobry człowiek zabrał do łóżka. Boże mój, ja bez winy nie jestem. Niejednego wstydzę się i od 10 laty stoję w kruchcie, bo gdzie mi maluczkiej i złej na salony się pchać, a on publiczny, na świeczniku i zdeklarowany święty, a w sercu.. .

Narozrabiali z puszczami, sądami, unią, invitro, aborcją, patriotyzmem osiłkowym, z ludźmi o piękniejszej karnacji- z narzucaniem nam postrzegania ich, ze sklepami, z reformą szkolnictwa, gdzie pani minister wciąż zadowolona z siebie, szczerzy zęby i chwali edukację dzieci i młodzieży, jednocześnie starając się o nieposzerzanie ich horyzontów.

Pięćset plus, trzysta plus.., i balanga trwa. Kto posprząta po nas? Wnuki, prawnuki. Lipa i jeszcze raz lipa, a przy tym nasza bierność, moja też.

Gałczyński pisał,

„Gdy wieje wiatr historii, Ludziom, jak pięknym ptakom rosną skrzydła, natomiast Trzęsą się portki pętakom”.

Strofa do dziś aktualna, tylko w odwrotną stronę. Rok 1953 komunistom rosły skrzydła, teraz wyznawcom prezesa, a pętakami były mieszczuchy, tacy ludzie którzy boją się stanąć po „słusznej”stronie, teraz pętakiem jestem także ja, gorszy sort Polaków. Jakiego kraju doczekaliśmy.  Po słowach,- ” Ta Europa..”, i – ” Nasza Europa..”, poznajemy, kto po której stronie stoi. Zgubiliśmy się w wolności.

Z kolei Martin Niemoller  (1892-1984), napisał wiersz- swoje przemyślenie będąc w obozie w Dachau.

„Kiedy przyszli po Żydów, nie protestowałem. Nie byłem przecież Żydem.

Kiedy przyszli po komunistów, nie protestowałem. Nie byłem przecież komunistą.

Kiedy przyszli po socjaldemokratów, nie protestowałem. Nie byłem przecież socjaldemokratą.

Kiedy przyszli po związkowców, nie protestowałem. Nie byłem przecież związkowcem.

Kiedy przyszli po mnie, nikt nie protestował. Nikogo już nie było.”

Tak mogą skończyć bierni.

Basia mama, cd. Stopowanie!

Przychodzi kolejne lato i kolejna operacja. Wiedziałyśmy, że jest potrzebna, niezbędna, aby sensem było zrobienie tej pierwszej. Kolejny pobyt w szpitalu i moje tam czuwanie. Tym razem wynajęłam pokój i byłam na sali z chorymi całymi dniami. Pomagałam im i córeńce w czym mogłam.

Wracamy do domu, nauka chodzenia, zastrzyki, opatrunki, sączki.. . A tu lato. Ona oprócz Woodstocku jest miłośniczką innej, trudnej komunikacji, czyli przemierzania drogi stopem. Tak zjeździła całą Europę. Dojechała nawet na plażę w Barcelonie. Poopalała bez stanika i pojechała dalej.  Jej stopowanie zaczęło się od 18 roku życia Ja musiałam nauczyć się z tym żyć, z tym strachem o nią.  Oj, nie było mi łatwo! Dobrze, że teraz czasy komórek i internetu, bo można by oszaleć martwiąc się o swój Skarb. Jej pierwszy wyjazd całkiem niedaleczko, bo tylko Niemcy i  Holandia. Pojechały obie z koleżanką Justyną, tą samą Justynką. Ależ ja się bałam! Na szczęście dziecko dawało znać, gdzie kwitną  czekając na zmiłowanie i z kim pędzą po autostradzie.  Wróciły szczęśliwie. Później były Węgry, Chorwacja, Włochy, Francja, Hiszpania.  Okiełznałam strach do sensownych dla mojego przeżycia granic.

I teraz jej kolejny rok uziemienia. Ani Woodstocku, ani przemierzania stopem Europy. Jest smutna. Myślę, cóż ja mogę dla niej zrobić? W ubiegłym roku zaliczyłam jej ukochany festiwal muzyczny, to w tym roku nic innego mi nie pozostało, jak po stopować. Może się uda. I dość, że przeżyję, to i nie zagubię w świecie. Nie porwą mnie do lasu i nie zarezerwują na lata, jako kucharkę. Kiedyś moja młodsza córeńka powiedział, że nie mogę biegać nocami, bo ktoś mnie porwie i „jak zobaczy, jaką jesteś mamo świetną kucharką, nigdy cię już nie odda”. Kochane dziecko!

Do tej pory nigdy nie odważyłam się na czyn łapania stopa. Zupełnie obcym mi to jest. Trochę wstydzę się, trochę boję. Myślę, oj matko, jak ja to zrobię? Już się wycofuję i znowu nabieram odwagi. Przyszła kolej obmyślania trasy. A dokądże mam tym stopem, z tymi chłopami kierowcami i  tirami udać się? W takiej sytuacji, kiedy dziecko przeżyło kolejną operację i  wszystko na dobrej drodze, to Częstochowa mi się kłania, a właściwie ja jej!! Oj, jak tylko pomyślę, jak to daleko i którą trasę obrać, już miękną mi kolana. Coś nie mogę się z tą myślą zgrać.

I  naraz, mam!!! Jest pomysł! Góra Grabarka!! Od tej pory już wiem, pojadę!!! Nigdy tam nie byłam, a to takie święte miejsce dla prawosławnych. Jam otwarta na wiarę. Jadę, postanowione!!  To miejsce, gdzie podążają prawosławni pielgrzymi i teraz Basia mama. Pragnę zobaczyć Podlasie, pokłonić się i tam podziękować Bogu za łaski dla mojego dziecka. Wiedziałam, że jest tam las krzyży. Są ich tysiące, zwane krzyżami wotnymi. Za zdrowie, spokój na świecie, miłość.. .  Oglądałam w telewizji, kiedy jeszcze miałam telewizor. Zabrałam krzyż mój i córki. Przygotowań ruszył czas. Najpierw odszukałam znanego w naszym mieście guru stopowiczów. Dowiedziałam się o nim od mojej córki, też nim zachwyconej. Przemysław Skokowski, stopem dotarł prawie do Indii. Umówiłam się z nim na rozmowę, a  przy okazji poprosiłam o autograf z dedykacją dla mojej córki. Jego książkę, „Autostopem przez życie” przeczytałam od deski do deski. Wiecie, że książki kiedyś oprawiane były w deski, stąd to powiedzenie. Patrzył na mnie z zainteresowaniem, udzielił rad, np.gdzie najlepiej łapać stopa, co zabrać, jak się nie ubrać. Pobłogosławił mówiąc, że uda się na pewno, bo widzi moją determinacje.

I pojechałam, a właściwie postałam godzinami przy wylotówce na Elbląg. Kwitłam na progu przygody i kwitłam! Nikt nie chciał zabrać tego kurczątka. Już od 5 rano, a tu 9 się zbliża, chyba szybciej byłoby na piechotę lub biegiem, tylko że tu często brak chodników. I pobocze nie specjalnie jest. Gdzie mi się tam plątać! Wracam do domu z postanowieniem, że jutro wyjdę jeszcze wcześniej i może ustawię się dalej. Romuald ma nadzieję, że już mi się odechciało, bo on raczej nie błogosławił tego pomysłu. Patrzy tak na mnie z politowaniem, na moja determinację i pyta, -„czy to będzie zaliczone, jak mąż podjedzie zatrzyma się i wywiezie żonę kawałeczek  z miasta, zostawiając w polu”? Mój dobrotliwy uśmiech, bo znowu chce mi pomóc i szybka, jak strzała odpowiedź – „O tak, chyba tak”! I tak to wydostałam się z miasta. A dalej nie macie pojęcia, czasem nie zdążyłam podnieść ręki, a tir stoi. Pierwszym razem, to zastanawiałam się, czy ja tam wejdę, tak wysoko. Podskoczyłam i schodkami do nieba, a właściwie do kabiny. I już pomykamy. Ja zabawiam kierowcę, trajlując, po cóż mnie nogi  niosą, a właściwie on, na tę świętą górę. Kręci nosem, mruczy z zachwytem i udziela rad.  Pewna mama z synkiem zabrała mnie z polnej drogi, bo bała się, że mnie kombajny rozjadą. Ostatni odcinek drogi, stoję z napisem , „Góra Grabarka”. Na każdy odcinek miałam przygotowany karton z napisem,  dokąd zmierzam w najbliższym czasie. To była ostatnia karta i ostatnie 15 km. Podjeżdża piękny biały mercedes,w środku cały w skórach. Ja zakurzona zasiadam ostrożnie. A małżeństwo z Poznania, bardzo zresztą sympatyczne dopytuje się, co mnie tutaj gna? Kiedy opowiedziałam moją historię, wyściskali mnie. Poprosili o adres maila, aby wspierać  i podbudować  ich przestraszone dziecko. Zosia przygotowywała się do takiej samej operacji. Czekała ją ta sama droga leczenia. Oni, rodzice jadą prosić o opiekę. 

Miejsce Święta Góra Grabarka niezwykłe, pełne zadumy.  Cudowne miejsce kultu prawosławnych. W sierpniu ściągają tam  także turyści z całego świata i wyznawcy innych religii. Co roku 19 sierpnia odbywają się uroczystości święta Spasa – Zbawiciela. W sąsiedztwie znajduje się prawosławny, żeński monaster. Dziękuję Bogu, że to zrobiłam, że odważyłam się. Zostawiłam nasze krzyże. Poklęczałam, pomodliłam w Cerkwi Przemienienia Pańskiego, odetchnęłam. Zabrałam wody ze źródełka u podnóża góry i wróciłam.

A tu córeńka nie w skowronkach tylko zła na mnie, – „mamo, jak mogłaś tak się narażać!? Ja nigdy na stopa nie wybrałam się sama! Tak nie wolno, a jakby coś  Ci się stało…”.  Wysłuchałam z pokorą, miała rację. Ale co przeżyłam to moje. Jakoś udobruchała się, kiedy dowiedziała o mojej wizycie u guru stopa i książce z dedykacją. Wycałowała i już łaskawiej dopytywała o szczegóły. Musiałam tylko obiecać, że już nigdy sama nie ruszę na stopa. O matko, a gdzieżbym ja miała ruszać na stopa bez potrzeby! Ma to, jak w banku. Ona robi castingi na towarzysza podróży. Po podróży z Anią do Francji, wie że musi to być człowiek zahartowany w bojach, cierpliwy, umiejący odnaleźć się w warunkach polowych i kiedy trzeba przespać w polu kukurydzy. Ona jest w tym wielka, zwłaszcza, że ma chore nóżki, a nie poddaje się. Raz nawet o kulach poleciała do Mediolanu. Nie mogła usiedzieć. Świat  ją ciągnie. A doskonała znajomość język angielskiego, odwaga, cierpliwość, umiejętność odnalezienia się w gorszych warunkach bytowych, a zwłaszcza rozwaga pomagają.  Chylę czoła przed moim Okruszkiem. Teraz wróciła z małej wyprawy po Skandynawii. Pracuje, ciuła te pieniążki i jeździ tanio, często śpiąc u ” kanapowców”. Fajne mam dzieciaczki. Piszę o tej starszej, bo mam jej pozwolenie. Ona zna mojego bloga. A młodsza córka i syn nie wiedzą o mamy blogowaniu, więc nie poczuwam się do większego ich opisywania.

Radujcie się swoim życiem, róbcie czasem rzeczy szalone. Mając 80 lat usiądziecie na ławeczce w parku i powspominacie z uśmiechem na ustach i w myślach powiecie, „Niczego nie żałuję! Nie bałem się żyć, Panie”.

PS Kochani, tym wpisem przekroczyłam sto pięćdziesiątkę!

Basia mama, Woodstock i piwo!

To niesamowite, jak często wyrażamy opinię o czymś, czego nie doświadczyliśmy, nie znamy się na tym lub znamy, ale tylko z teorii.  Zasłyszeliśmy, może w stronniczej stacji. Poczytaliśmy, nie wiem, czy w jednej, czy wielu gazetach. Obejrzeliśmy na tym, a nie innym programie telewizyjnym. I już jesteśmy znawcami. Czy aby na pewno? Łatwo wszystko potępić w czambuł. Skrzywionym i zniesmaczonym przekonywać babcie w kolejce, jaka to zgnilizna, antychrysty, nic tylko polać smołą i posypać pierzem.

Boże mój, bez miłości to i wiara stanie się fanatyzmem.

 Jak jesteś na rozdrożu z ułożeniem sobie czegoś w głowie, ze swoim osądem.., zakładaj dobro, nie brnij w czarną stronę myśli.

To, że ja byłam raz w tym miejscu, też nie czyni mnie znawcą, ale przynajmniej zobaczyłam, doświadczyłam. Spróbuje opisać Wam, co tam czułam.

Moja starsza ukochana córeńka, maleńki Okruszek od 17 roku życia zaczął nawiedzać to pole radości. Pierwszym razem pojechała ze starszym kuzynem (bez zarzutu, z rodziny męża). Miał się nią opiekować. I dobrze to zrobił. Okruszek szczęśliwy i zmęczony wrócił cały do domu. Długo jeszcze podekscytowana opowiadała. I tak rok po roku poznawałam to miejsce z jej opowiadań. Jeździła tam ze swoimi ukochanymi koleżankami z liceum, najczęściej z Anią i Justynką. Aż przyszło pewne lato i jej ciężka operacja. Wróciła do domu i dochodziła do zdrowia. Bardzo żałowała, że będzie musiała zrobić sobie przerwę od Woodstocku. Pomyślałam, że zrobię ukłon w jej stronę i ja pojadę za nią. To była dla niej wielka niespodzianka, kiedy stanęłam w drzwiach  pokoju i zwróciłam się do jej ukochanych koleżanek, które odwiedziły ją, – „Dziewczyny jedziecie ze mną na Woodstock”? Każda z nich zaniemówiła. Okruszek też! Aż dotarło do nich, co mówię i już następnego dnia z pomocą Romualda (wyraził chęć doświadczenia tego), jego samochodem pomykaliśmy do Kostrzyna. Na to pole radości i ponoć rozpusty, jak to mówi bogobojna Marzena (stateczna nauczycielka przesiąknięta polityką PiS-u). Sprawiłam sobie luzackie ubranko, trochę z posmakiem Indii. Drugie z krótkimi spodenkami moro, białą koszulą z odkrytym pępkiem.  Pożyczyłam od córki łańcuszek zrobiony z zawleczek od puszek piwa. Kupiłam puszkę babskiego piwa do pozowania do zdjęć i lepszego wtapiania się w tłum. Nadmienię, iż z tą samą puszką i jej zawartością  powróciłam do domu. Ja nie piję piwa, ani żadnego innego alkoholu. W szampanie tylko moczę usta. Raz w życiu wypiłam 2 kieliszki wódki, a po latach 1 piwo z sokiem malinowym i jak się to skończyło, kiedyś opowiem.

Przygotowałam plakaty z napisami;

Kona wracaj do zdrowia!

Do zobaczenia za rok w tym miejscu radości!

I podchodziłam do różnych, nieznanych mi, a ciekawie wyglądających ludzi. Opowiadałam krótko historię mojej córki. Jak wielką fanką jest Woodstocku i że teraz nie może tu być po ciężkiej operacji. Jest jej smutno. Więc ja pojechałam za nią i dla niej i jestem tu pierwszy raz. Prosiłam o wspólne zdjęcie, trzymając jeden z plakatów. Wszyscy bardzo życzliwie podchodzili do tego. I wróciłam z wieloma fotkami i życzeniami zdrowia dla Okruszka.

Ludzie, których tam widziałam, z którymi rozmawiałam, bawiłam się na koncertach jawili się z wielką dozą radości, optymizmu i życzliwości. We wszystkim chcieli pomóc. Nawet namiot do spania odstąpić lub miejsce. Nie ważne było, że jesteś już niemłodą  kobietą,  podchodzili do Ciebie, rozmawiali, zapraszali na bungee, na kąpiel błotną, częstowali przepysznym jedzonkiem z przystanku Hare Kryszna. Ja też tam jadałam. Zapamiętałam zachwyt córeńki mojej, kiedy opowiadała o jedzeniu na Woodstocku w pokojowej wiosce Kryszny. Ogromnie podobały mi się pogadanki w namiocie warsztatowym Akademii Sztuk Przepięknych. Woodstockowicze dyskutowali m.in. o problemie faszyzmu. A był to rok 2013, zobaczcie, że teraz po 5 latach problem nabrzmiał i stał się bardziej realny. Straszne!!

Tam nie można się nudzić. Każdy znajdzie coś dla siebie.  Słuchałam B.Wołoszańskiego, mojego idola z „Sensacji XX wieku”, który stwierdził, że Woodstock to jego bajka. Klaskałam A. Andrusowi o rock’n’rollowej duszy i podskakiwałam na głośnych koncertach, a na klepisku tańcowałam. Podziwiałam pląsy uroczych dziewcząt z wrzosowisk irlandzkich z zapachem wzgórz i celtyckim brzmieniem.  Naprawdę było tam co robić i czym zająć swoją głowę i nogi, bo teren rozległy.  Do miasteczka kawałek drogi. Poszliśmy z Romualdem na kabanosy z Biedronki (nigdy nie były tak dobre)!

Bardzo urokliwym był moment, kiedy pod gołym niebem słuchałam koncertu grupy Accept heavy-metal, głośno, jak piorun, a tu drży i wibruje mój telefonik . Więc odbieram, bo to mój syn kochany, dzwoni z Danii do mamusi. Próbuję wydostać się i przekrzyczeć. W końcu mówię „oddzwonię Synku, zaraz”. Nim wyszłam dostaję sms od syna;

„Mamuś baw się dobrze, ja tylko chciałem sprawdzić informację z fb, czy to prawda, że moja mamusia jest na Woodstocku?  Jesteś wyjątkową mamą”!

A córeńka moja zdążyła pochwalić się na fb, że jej skromna mamusia, nigdy nie paląca papierosów, nie pijąca w ogóle alkoholu, bojąca się tłumu i zbiorowisk, zrobiła to dla niej. Kiedy syn to przeczytał nie mógł uwierzyć. I zadzwonił, by sprawdzić, czy to fałsz, czy prawda. On sam nigdy tam nie był i takie klimaty nie ciągnęły go. To też nie są moje klimaty, ale czego nie wymyśli się dla dziecka? A swoja drogą, tam naprawdę było miło, wesoło, żadnego chamstwa, ani rozpusty nie zauważyłam. Może moje oczy dobrze patrzą na ludzi. To zbiorowisko życzliwie do siebie nastawionych istot. Każdy chce ci we wszystkim pomóc. Szkoda, że ten festiwal muzyczny odbywa się w mało życzliwej atmosferze politycznej. Próba pokazania go, jako ogniska zła, zarazy, zepsucia.. Ogólna nieprzychylność.  A że w drodze zdarzy się wypadek, wszędzie może, na pielgrzymkę świętą też. Jak ktoś ma złą wolę, jest okuty i zakuty w swoim przekonaniu, to nawet jak tam pojedzie nic nie pomoże, będzie wypatrywał złych stron, np. zaśmiecenia, hałasu. Jeszcze raz powtarzam;

zakładaj dobro, bądź otwartym i uśmiechniętym z dużą dozą optymizmu. A życie Twoje zaiste spokojniejszym i ciekawszym stanie się.