„Niech ta chwila trwa..”

Jestem pod wielkim wrażeniem tego utworu. Pierwszy raz słyszałam go będąc w kinie na filmie -„Król Rozrywki”. Teraz czarujemy nim uszy, moje i Erlenda.

Zapraszam do wygodnego usadowienia się w fotelu i posłuchania razem.

” Próbuję wstrzymać dech
Niech ta chwila trwa
Niech to nie kończy się
Ty budzisz we mnie marzenie
Coraz głośniej brzmi
Słyszysz jego echa brzmienie?
Weź mą dłoń
Czy chcesz to dzielić ze mną?
Bo bez ciebie kochany

Całe światło lamp tysięcy
Wszystkich gwiazd na nocnym niebie
To dla mnie nie dość wciąż
Dla mnie nie dość wciąż
Złote wieże to za mało
Ty możesz wstrzymać świat
Ale to wciąż nie będzie dość
Nie będę miała dość
dla mnie
Nigdy, nigdy
Nigdy, nigdy
Nigdy, dla mnie

dla mnie
Nigdy dosyć
Nigdy dosyć
Nigdy dosyć
dla mnie
dla mnie
dla mnie..”

Od jakiegoś czasu, dokładnie tak na poważnie to od kilku miesięcy próbuję wstrzymać dech, ciesząc się chwilą marzeń. Chwilą nadziei. Chwilą wiary, pragnienia i spokoju płynącego z obecności.. .

Dziś są moje urodziny i choć lat mam wiele, nigdy nie czułam się tak szczęśliwa!! Spełniona i lekka, jak motyl. Miłość! Ona naprawdę uskrzydla!

Kiedy przypomnę sobie moją 20 -tkę, – rozpacz po stracie taty!

Kiedy wspomnę 30 – tkę – zgięta trudem znalezienia się w złym związku i ciężarem strachu – jak temu podołam!

Kiedy przyszła 40 – tka, pokonana, z goryczą w ustach mojej przegranej. I zaświtała błędna nadzieja.

Kiedy przyszła 50 -tka, jeszcze walczyłam, szarpałam się.

Kilka lat później zaczęłam swoje nowe życie;  odważnej i wesołej Basi. Nie przyszło samo, pracowałam nad tym.  A Konstancja była wsparciem.

Serce zaczęło nieść radość, z tego że istnieję i nie muszę posiadać miłości mężczyzny, bo sama jestem cudem! Córka moja przypominała mi o tym na każdym kroku. Już nie czekałam i nie oczekiwałam.. . Zobaczyłam, że można istnieć samej. Kochałam moje dzieci i cudze, bo tam w szkole, na ich starcie one potrzebowały mnie. Maleńkie, ufnie patrzące na swoją panią.  Serce moje zajęło się bliźnim, wolontariatem w hospicjum, rozwojem pasji i radosnym patrzeniem na wszystko, a na to, co trudne, mrużyłam oczy. I tak stałam się szczęśliwym człowiekiem!! Ktoś powie, że pokonanym, cóż nie czułam złamania, ani przegranej. I to był klucz do mojej szczęśliwości.

Teraz z mężczyzną.. – najszczęśliwsza!! Przyznam się Wam, że to nadal zadziwia mnie. Nie podejrzewałam siebie. Zwłaszcza, nie podejrzewałam moich oczu, że znajdą chłopa, na którego patrzeć będę z tak wielką fascynacją. Dla mnie to Cud! Teraz dziękuję drugiemu człowiekowi, że zobaczył mnie, malutką Basię. I zatrzymał się. Erlend i choćbyś postał tylko chwilkę i tak będę wdzięczna za to, czego zaznałam z Tobą, co było mi dane przeżyć.

Wyjątkowa gruzińska sakiewka – chinkali

Nie macie pojęcia, ile radości sprawiło mi wykonanie  swoich chinkali. Nie sądziłam, że to możliwe, że uzyskam ten tajemniczo wciągający smak. Jest!! Jest!! Odkąd jadłam je pierwszy raz w Stacji Food Hall we Wrzeszczu będąc z przyjaciółką Martą oczarowałam się tym daniem i czymś jeszcze. Pokochałam zieloną kolendrę. I to mnie też mocno zadziwiło. Słyszeliście zapewne, że ludzie dzielą się na tych, co uwielbiają  natkę kolendry i na tych, co jej nienawidzą. Smak jej jest, jak z apteki, że tak ujmę lekarstwowy, medyczny.Bardzo nie lubiłam go i kiedy poczułam pod zębem liść kolendry psuło całą potrawę. Kiedy nagryzłam sakiewkę, czyli tego pierożka, wypłynął pyszny rosołek z zapachem kolendry i to mi od razu bardzo posmakowało.Myślałam wówczas, jak to możliwe czuję kolendrę, a smakuje mi. To danie stało się  moim wybornym jedzeniem. Często idąc z Martą w to miejsce, brałam chinkali i zajadałam z wielkim apetytem. Podziwiając gruziński kunszt kulinarny. Ona najczęściej sushi.Byłam tak zachwycona tym jedzeniem, że zapragnęłam, aby i Erlend zjadł to ze mną. Było cudownie zajadając razem, trzymając w paluszkach, a rosołek spływał po brodzie. Tylko samemu, albo z Waszą już znaną, kochaną Miłością można to jeść. Nie na pierwszej, napuszonej, oficjalnej randce.  Ostatnio naszła mnie myśl, a może możliwym to jest posiąść umiejętność zrobienia sobie tego cudu. Poczytałam i wybrałam ten przepis, który najbardziej do mnie przemawiał. Dodać do mięsa zimnej wody, a nie rosołu. Zaraz wszystko wytłumaczę. Ale nadal jestem szczęśliwa i pod wrażeniem. Tego, że nauczyłam się je robić sama, że smakują tak samo dobrze, albo i lepiej i tego, że pokochałam natkę kolendry!!!Sugerowałam się przepisem Jakuba Kuronia. Ale lekko zmieniłam. On do mięsa dodaje zimnej wody, nie rosołu, jak większość i to wydało się logiczne. Przecież z surowego mięsa i przypraw powstanie rosołek . Podam Wam dokładnie, jak i z czego to zrobiłam.

Składniki:

  • po 50 dag mięsa mielonego wołowego i wieprzowego
  • 3 szalotki
  • 2 ząbki czosnku
  • po pół pęczka natki pietruszki i obowiązkowo kolendry (zamówiłam w moim warzywniaku)
  • 1,5 do 2 szklanek zimnej wody sól, pieprz świeżo utarty w moździerzu (nie żałować go)

Myję mięso i kroję na mniejsze kawałki, mielę w maszynce. Do masy mięsnej dodaję zimnej wody, aż się wchłonie, ale nie mieszam za długo. Następnie startą na tarce szalotkę i czosnek przeciśnięty przez praskę, sól, pieprz, można szczyptę chili (ja dałam), drobno pokrojoną natkę kolendry, a pietruszki opcjonalnie (ja dałam). Dłonią wymieszałam masę.

Jeśli chcecie tę prace podzielić na dwie tury, dziś farsz, a jutro ciasto i sklejanie sakiewek, to do masy mięsnej nie dodawać od razu wody. Wlać następnego dnia. Odstawić do lodówki na noc. O poranku pełni sił robimy ciasto takie, jak na pierogi: mąka, gorąca woda, sól i ze 3 łyżki oleju. Wyrabiamy i dzielimy na 3-4 części. Każdą rozwałkować trochę grubiej, niż na zwykłe pierogi, tak na 3 milimetry. Wykrawać koła najlepiej miską o średnicy ok 12 cm z ostrymi rantami. Nakładać sutą łyżkę farszu, tylko nie zapomnijcie  wlać tę wodę i wymieszać. Ona jest podstawą do rosołku pachnącego kolendrą. Zwijać w kształt sakiewki. Ja najpierw sklejałam bok do boku i po przekątnej (pokazane na zdjęciu). Ściągałam węzełek, uchwyt do trzymania sakiewki. Do garnka z gotującą się wodą wkładałam po 4 sakiewki trzymadełkiem do góry i gotowałam ok. 12 minut od zagotowania. Wykładałam łyżka cedzakową i zaraz po ostudzeniu i lekkim oprószeniu odrobiną pieprzu i chili, zajadałam. Można polać masełkiem.  Chwyt za trzymadełko, nagryzienie pierożka i wypicie rosołku, następnie zajadanie całości bez trzymadełka.

Nie macie pojęcia, jakim był mój zachwyt, jak zrozumiałam, że uzyskałam ten sam smak. Gdyby ktoś nie lubił natki kolendry i nie chciał przekonać się do niej, to proponuje użyć tylko naszej polskiej natki pietruszki.  Z tej masy wyszło 18 porządnych sakiewek. Smacznego kochani. Może znajdziecie czas na zrobienie tej pyszności.

Piękny czas

Emerytura. Słowo to, pachnie starością, chorobami i beznadzieją.

Powiem tak – Dożyjcie jej, a mam nadzieję, że zaskoczy Was mile, jak mnie!! Trzeba jednak spełniać kilka warunków. Podstawą cieszenia  jest –

  1. po pierwsze: posiadanie zdrowia, bo bez niego nic nie smakuje,
  2. po drugie: możliwości dodatkowego przyjemnego zarobku na pół etatu, z jakże nadal potrzebnym nam wyjściem do ludzi,
  3. po trzecie: pasja, dalsza ciekawość świata, z łagodnym patrzeniem na wszelkie aspekty życia, czyli na luzie z przymrużeniem oka.

Pracowałam wiele lat szkole z najmłodszymi, czyli najsłodszymi. To był mój świat. Moje życie, moje cieszenie. Dokuczało mi tylko poranne wstawanie dzień w dzień o 5.30, aby zdążyć na lekcje, a wówczas nie byłam jeszcze kierowcą i nie było tunelu pod martwą Wisłą, co oznaczało jazdę tramwajem dookoła, przez kawał Gdańska (ok. godziny). Dzieci zawsze były radością, a z rodzicami radziłam sobie dobrym słowem, uśmiechem i miłością do ich dzieci.

I kiedy niespodziewanie przyszło mi odejść na emeryturę, myślałam, że z żalu serce pęknie. Płakałam, że nie umiem bez dzieci żyć, choć już wtedy miałam drugi fach w ręku. Ale całe życie byłam nauczycielką dla tych małych dzieci i mamą dla moich własnych.

Teraz, kiedy zaczynam drugi rok tego swobodnego czasu, nie mogę nadziwić się jakim cudem jest ten okres w życiu człowieka. Boję się, aby się nie skończył, nie pękł, jak bańka mydlana. To stan błogosławiony, jeśli mogę tak ująć. Mając zdrowie i nie chudy portfel, z dalszym apetytem na życie to spokojnie płynąca rzeka w słoneczny dzień. Żyję bez budzika, wstaję o której dusza i ciało zapragną. Spokojnie robię wszystko, co mi potrzeba, poćwiczę, przytulę kotka i wyjdę po świeży serniczek na śniadanie. Spokojnie, bo bez pośpiechu i o ludzkiej godzinie a nie o 5.30, zaliczę toaletę, co ma ogromne znaczenie dla kobiet. Wtedy cały dzień czujemy się smukłe i lekkie jak motyle.  Na 14 skoczę na 4 godziny pomasować przystojniaków i przemiłe panie. Wracam bez pośpiechu, bo dzieci w domu już nie płaczą. Nic mnie nie goni, nie stresuje. Żyję spokojniej, bo obowiązki domowe w większości odpadły, wraz z opuszczeniem gniazda rodzinnego,  przez kochane dzieci moje.  One dorosłe i tylko ostatnie z nich jeszcze niesamodzielne, tak do końca. A wnucząt jeszcze nie mam i z nimi związanych obowiązków.

Pieniądze w dużej mierze są już na moje potrzeby, dlatego swobodnie mogę wyjść do filharmonii, czy opery, którą kocham. Na kolację do mojego ulubionego miejsca Stacji Food. Z Erlandem jedliśmy tam mój przysmak – chinkali, gruzińskie pierogi z mięsem pływającym w rosole pachnącym kolendrą. Koniecznie chciałam, aby poznał to miejsce.

Dopiero teraz, na emeryturze wychyliłam nosek z Gdańska i udałam na dobrą wycieczkę na Azory. W planach mam ich wiele. Niestety zapisany na marzec Iran pewnie nie dojdzie do skutku. Zobaczę, co w zamian oferuje biuro, może Tybet.

Przyszedł też czas czytania książek, które chcę, a nie które należy ze względu na pracę, na szkolenie swojego warsztatu.

Czasem tylko tęsknię za przytuleniem i zabawą z dziećmi. Za ich ufnymi oczkami, ciepłymi małymi rączkami, co wsuwają w pani dłoń na spacerze. Za wdzięcznymi rodzicami. Piszę z niektórymi do dziś. Pamiętają. I tu pozdrawiam panią Asię Ch. Za szkołą, jako skupiskiem pracowników, zakładem pracy, za radami, szkoleniami, ewaluacjami i innymi papierkowymi robotami, których w większości nikt nie czyta.., Nie!! Nie tęsknię.

Kocham moje obecne życie. Choć mam wiele zmarszczek. Praca zawodowa była miłością! Młodość- radością i obowiązkiem, ale emerytura nic w urodzie swej nie ustępuje. Wszystkim życzę doczekania jej. Nie bójcie się momentu przejścia na ten ładny, zasłużony czas.

Ja nadal odbieram go, jak długi urlop, wakacje. Nie mogę uwierzyć, że to już stały czas.

Nie lubię

Może nie, żebym aż nie lubiła, ale nie przepadam, tak jak przepadałam. Za jedzeniem z KFC, małym pudełeczkiem z kawałeczkami piersi, skrzydełkiem, czy udkiem w pikantnej panierce i garstką frytek. Dziwne, że to mnie, wielką fankę tego jadła  spotkało.

Na początku grudnia umieściłam wpis – „Był pies”. To smutny czas. Dużo rozmawiałyśmy z córką. Od tej pory, czyli półtora miesiąca nie jadłam mięsa. Takie ciche postanowienie zrobiłam sobie kolejny raz. Było całkiem okej. Jadłam ziemniaki, grzybki, jajka, warzywa.. Do czasu. Jak wiecie byłam w gościnie u syna w Danii. A on, aby ucieszyć mamę serwował, a to domowe hamburgery, kebaby..,  no i koniec z postanowieniem. W sobotę, późno po pracy wstąpiłam na skrzydełko i fryteczki. Czekając na jedzonko, zauważyłam młodego mężczyznę, który zawieszał na mnie wzrok. Patrzył tak ładnie, spokojnie. Dlatego zwróciłam uwagę. Usiadłam przy stoliku z widokiem na niego. Bo tylko tam było wolne miejsce. Zauważyłam, że wstał i rozglądał po sali. Zobaczył go!!  Bezdomnego!! Podszedł i zostawił mu frytki. Wychodząc uśmiechnął się do mnie, a ja pokazałam dłonią znak, że aprobuję jego czyn.

Teraz zajrzałam do mojego małego kubełka; garstka gorących frytek, zjadłam kilka, były dobre, kąsałam je po okruszku. Spojrzałam na udko, dokładnie pałkę kurczaka. Jakoś nie przekonało mnie do szybkiego, ani wolnego pożarcia go.  Popatrzyłam i odłożyłam do frytek. Zjadłam mały kwadracik piersi. Wstałam i ośmielona czynem chłopaka zrobiłam to samo. Podeszłam, przeprosiłam za moją śmiałość i podałam mięsko z frytkami. Nigdy nie wiesz, jak ten drugi zareaguje. Zareagował cudownie, szerokim uśmiechem i głośnym na całą salę – ” Ojej, bardzo pani dziękuję”. I od razu to udko tak zajadał, że serce rosło patrząc.

Chyba właśnie wzięłam rozwód z KFC, a przynajmniej separacja. Hi hi do czego to dochodzi – Basia rezygnuje z ulubionego jedzenia, bo przestaje być ulubione. Zakochuje się, choć wszem i wobec oznajmiała, że miłość, to już nie dla niej, że kocha samotność i wszystko ma za sobą. Teraz budzi się z uśmiechem, kiedy dochodzi świadomość i myśli o Erlandzie. Zasypia marząc i wspominając cudowne chwile razem. Dobrze być zakochaną, wszystko jest piękniejsze i łatwiejsze.

Życie potrafi zaskoczyć. Kochani u każdego płynie czas, coś się dzieje, pojawia, znika. Co u Was słychać zaskakującego?

„Panie ofiaruj każdemu z nas, czego mu w życiu brak”

Jeśli w życiu chodzi o chwile szczęścia, to właśnie je przeżywam.

Francuski poeta, epoki średniowiecza Francois Villon w utworze – „Modlitwa” prosi Stwórcę, aby każdemu dał to, czego mu potrzeba. Nawet nieuświadomione pragnienie, jak Kainowi skruchę. Lubię słuchać tej poezji śpiewanej w wykonaniu Sławy Przybylskiej.

” Dopóki ziemia kręci się. Dopóki jest tak, czy siak.

Panie ofiaruj każdemu z nas, czego mu w życiu brak.

Mędrcowi darować głowę racz. Tchórzowi dać konia chciej

Sypnij grosza szczęściarzom. I mnie w opiece swej miej

Dopóki nam ziemia kręci się. O Panie, daj nam znak

Władzy spragnionym uczyń. By władza im poszła w smak

Hojnych puść między żebraków. Niech się poczują lżej

Daj Kainowi skruchę. I mnie w opiece swej miej.. „

Tekst ze średniowiecza, epoki siermiężnej pełnej zakazów i nakazów, a ten tak mało średniowieczny. Po prostu modli się o spełnienie nie tyle marzeń, co potrzeb – Daj człowiekowi, czego pragnie i na dobre niech mu  wyjdzie.

Ja dostaje właśnie swój czas, swoje najpiękniejsze chwile życia z Erlendem (czytaj z Alanem). Wszystko, co razem robimy jest pełne uśmiechu, radości, dobrego patrzenia na siebie, ciepła i czasem ognia. Warto żyć, aby dożyć takich chwil. Pesymista powie: -” Poczekamy zobaczymy, ile to jest warte”.  Odpowiem tak: – Nie mam wielkich oczekiwań. Pragnę jego oczu, tak pięknie patrzących na mnie choćby na chwilę swego istnienia. Co przeżyję, to moje. To nasze. Dziękuję Erlend, że zaistniałeś. Znaleźliśmy się wśród tylu ludzi!

Z całego serca wszystkim Wam, co mnie teraz czytają przesyłam moc mojej życzliwej energii ze słowami -„Panie ofiaruj każdemu to, czego mu brak”.

Kochani moi czytelnicy, niech ten rok, ten czas, będzie waszym czasem krzyku z radości, ze szczęścia!!

Prawdziwa miłość

Jest takie określenie, jak prawdziwa miłość. Skoro jest ta prawdziwa, to musi być i fałszywa, czyli takie uczucie, co nie jest miłością, a mylimy z miłowaniem.

Najgorsze, że pod płaszczykiem miłości, czyli tej fałszywej ludzie zdolni są nawet zabić. Pozbawić życia żonę, czy dziecko w odwecie za niewierność kobiety, czy zwyczajnie ucieczkę od toksycznego związku.  Ile razy słyszałam o strasznym zdarzeniu w imię miłości zadziwiałam się, co to za dziwna konstrukcja w człowieku, że miłością to uczucie nazywa i do takiego czynu się dopuszcza. I tą miłością usprawiedliwia polanie dziewczyny benzyną i spalenie jej żywcem za to, że chciała odejść. A przecież gdyby jej było tak dobrze z ukochanym mężczyzną nie chciałaby uciekać. Rościmy sobie prawo do wyłączności, do władania drugim. Szantażujemy składaną kiedyś przysięgą przed Bogiem, zabraniem dzieci, targnięciem się na swoje życie.. . I wtedy myślisz, o mój Panie, oby mnie fałszywa miłość nie spotkała!

Ostatnio w kąciku filozoficznym Erlend znalazł ciekawe słowa, między innymi dotyczące prawdziwej miłości – ” Inside the chaos build a temple of love”- Rune Lazuli  – „W chaosie zbuduj świątynię miłości”

MIŁOŚĆ

„Wiesz, że to prawdziwa miłość, kiedy wszystko, czego pragniesz, to aby druga osoba była szczęśliwa, nawet jeśli nie będziesz mógł brać udziału w szczęściu tej osoby”.

Może trochę trudne, ale piękne. To jest miłość przez wielkie „M”!!! Dziękuje Erlend.

Co o tym sądzicie?

PS Zdjęcia pochodzą z dzisiejszego spaceru z nad morza (plaża w Sobieszewie). W święto Trzech Króli, powędrowały tam trzy koleżanki, nie królewienki, zwykłe, urocze i wesołe dziewczyny: Basia, Ewa i Marta. Było cudownie. Czasem tak niewiele nam trzeba do dobrego samopoczucia: spacer, dobra smażona rybka i miłe towarzystwo.

Spotkanie z Mon

Dla takich chwil warto pracować.

Mon – wyjątkowa kobieta. Pełna uroku, piękna, temperamentu i siły.  Zaplanowała dobrym masażem, wykwintnym obiadem i zimowym spacerem uczcić swoje urodziny.

Jak postanowiła, tak zrobiła. Stanęła w drzwiach MaBe Care. Czułam od niej moc.. . Wiedziałam, że jej energia nie śpi, ale jaka jest? To było zagadką, dopóki nie zaczęłam dotykać czakr. Z każdą chwilą interesowała mnie coraz bardziej, ponieważ energia płynęła u niej bardzo harmonijnie w każdym centrum. Tak samo silna głowy, jak i serca, czy brzucha. Dotykając jej ciała modliłam się, czyli wypowiadałam zdania, które wręcz pchały się na mój język.

Korona z duchowością, gardło z wyrażaniem siebie, czy sakralna z jej ogromną namiętnością królowały na szóstkę z plusem. Pozostałe niewiele ustępowały, może tylko bez tego plusa.

A kolana!! One mnie najbardziej zaskoczyły. Mówię – „Ciesz się zdrowiem,  skacz, tańcz, wspinaj się.. i nigdy nie klęcz zbyt długo”. Chciałam przejść dalej, ale coś nie pozwoliło mi, dopóki nie powiedziałam:

– „Dziecko, obyś także umiała zginać kolana. Tak samo jak prostować i prężyć ciało, trzeba umieć je pochylić”.

Była zaskoczona, tym, że tak bardzo trafione w sedno. Cieszyłyśmy się z tego spotkania, jak małe dziewczynki, ja z bliskości bliźniego, ona z niespodzianki, jakim okazał się ten masaż. Miał być tylko lub aż „Siódmym niebem”, a został połączony meridianami, drogami dwóch dusz.

Dziękuje Mon, że wybrałaś spotkanie ze mną.  Uczyniłaś mnie szczęśliwszą. Wierzę, że znajdziesz te słowa i zostaniesz z nami w komentarzach i czytaniu. Masz dużo mądrego do powiedzenia. Ściskam serdecznie.

PS  – Lecę na 3 dni do syna. Mogę leniwie odpisywać, ale będę zaglądać do moich blogożerców. Tańczcie, bawcie się, lub wylegujcie  pod kocykiem w ostatnim dniu roku. A Nowy niech będzie radością, mądrością i przebaczeniem. Dajcie sobie szansę na wszystko, co dla Was najlepsze, a nie krzywdzi bliźniego.  Cieszę się, że jestem z Wami, a Wy ze mną. To był cudowny pomysł z tym blogiem.

PS na zdjęciu widok z pokoju Erlenda. Cudny, prawda? Taki blisko Boga.