Torcik bezowy. Już nie wznoszę..

Nie każdy lubi bezę i nie każdemu chce się suszyć bezowe placki, woli kupić. I rozumiem go całkowicie, zwłaszcza jeśli ma sprawdzoną cukiernię. Trzeba się wspomagać, nie zawsze wszystko robić samej.

Gdyby jednak naszła Was wena na pieczenie polecam właśnie tę bezę z gotowym kremem w proszku, dla leniwych, ale mocniej zachęcam do; ubicia jednego pojemnika śmietany kremówki 30% ze Śnieżką i serkiem macarpone, a jak kupicie 36%, to ubije się bez Śnieżki. Beza jest słodka, więc krem może być bez neutralny.  A owoce, jakie chcecie i lubicie. Mogą być ananasy z puszki i świeże, kuleczki granatu, czy truskawki, maliny, porzeczki.. , jak jest na nie pora. Ze świeżymi owocami będzie mniej trwały niż z tymi pasteryzowanymi z puszki, ale to ciasto chyba i tak nie będzie stało dniami, bo za pyszne. W sumie łatwe do zrobienia, tylko czasu wymaga suszenie bezy. Krem śmietankowy można modyfikować. Wystarczy, że dodacie ździebko rozpuszczonej kawy i będzie kawowy, lub czekolady gorzkiej i mamy czekoladowy, z orzechami zostanie kremem orzechowym. Ja najczęściej zostawiam biały

                          

TORCIK BEZOWY

Składniki bezy:

5-6 białek, 1,5 szklanki drobnego cukru, szczypta soli i łyżeczka soku z cytryny.

Składniki kremu i udekorowania:

Duże opakowanie śmietany kremówki 330 gram, Śnieżka w proszku, 1 serek mascarpone 250 gram, dowolne owoce.

Wykonanie:

Białka ze szczyptą soli ubij na sztywno, powoli dodawaj cukier i miksuj. Teraz łyżeczkę soku z cytryny. Przygotuj dwie blachy, na nich ułóż krążki z papieru do pieczenia, średnica ok 16 cm. Ja nie mam 2 blach to biorę spód z rozpinanej tortownicy (prostokątny) na niej układam papier do pieczenia i kładę ją na kratkę, drugi taki sam kawałek papiery kładę na mojej jedynej blasze, na tym wykładam bezę. Ładnie rozsmarujecie łyżką. Należy piec ok kwadransa w temperaturze 150 stopni, najlepiej z termoobiegiem. Teraz zmniejsz temperaturę do 120 stopni i piecz ok 2,5 godziny przy lekko uchylonych drzwiczkach (w drzwiczki wkładam drewniana łyżkę lub zwinięty kłębuszek ściereczki 

  • Śmietankę w wysokim naczyniu ubijaj  kilka minut, dodaj Śnieżkę, jak nie chce stanąć i dalej miksuj. Teraz po łyżce dodawaj serek, ciągle ubijając, ale na niskich obrotach. Gotowe. Kremem przełóż blaty. Udekoruj owocami.

 Czasem można sobie pozwolić na przyjemność pieczenia, krzątania się po domu bez pośpiechu. Ja miewam takie dni i wtedy jestem szczęśliwa. Właśnie beza wysuszyła się, krem gotowy. Wrócę z pracy złożę w całość i do lodówki, a jutro Okruszek z Warszawy będzie zajadał ze mną, a przedtem „Ciasteczkowy potwór” w przerwie od tapetowania. Dobrze, że „Potwór” jest wielki, choć drabinkę mam, jak by co. Ale, gdzie ja nie sięgnę, on dojdzie.

Tak chciałabym, aby los pozwolił mi nacieszyć się tym spokojem, który osiągnęłam. Co było do ogarnięcia, ogarnęłam. Co do zapięcia, zapięłam. Już nie oczekuję, nie spinam, nie żądam, nie pragnę.. .  Żyję!! Los przyniósł mi tak wiele. Czuję się tak mocno poszarpana, że każde chwile spokojnego przypatrywania się życiu bez oczekiwań, cieszy. W dojrzałym wieku dostaje od życia więcej niespodzianek i milszych, niż za młodu. Dobrze, że przeżyłam tę młodość.  Teraz chcę „tylko” lub „aż” – czasu na spokojne cieszenie się życiem w zdrowiu, z moimi dziećmi i kotkiem. Już nie wzniosę żadnej wielkiej budowli.

                               

Dopisuje kilka zdań. Już po tapetowaniu. „Ciasteczko”, to mistrz, dobry przyjaciel i wesoły facet. Choć mi do śmiechu nie było, bo przeziębiłam się i to mocno. Ale bez fajnych chwil z uśmiechem nie obyło się. Kiedy Robi stojąc na drabinie poważnie mówi, cobym obciągała na dole. Wybuch śmiechu, on i ja usłyszeliśmy, jak to dwuznacznie zabrzmiało. Szybko dodał – „Tapetę, Baśka”! 

                               

Dziękuję, Robi!!

Reklamy

Wątróbka w lekkiej panierce. Kocia miłość – Kleoś

Z wątróbką najczęściej jesteśmy na bakier. Dla tych, co nie stronią od niej i lubią z cebulką, mam jeszcze jeden może do wypróbowania, przepis.

Wzięłam pół kilograma drobiowej wątróbki, umyłam, powycinałam żyłki, błonki. W miseczce przygotowałam panierkę, wymieszałam: po 3 czubate łyżki mąki kukurydzianej i ziaren słonecznika, 1 łyżka drobnych płatków chili, szczypta soli – panierka dobra dla bezglutenowców. Na patelni rozgrzałam olej, ułożyłam wątróbkę obtoczoną w panierce. Usmażyłam z obu stron. Na talerz wyłożyłam ulubioną surówkę (tu też pasuje kiszony ogórek),  kawałek chrupiącej bagietki, teraz kilka wątróbek i kolacja gotowa. Smacznego kochani!

                     

Wątróbka nie kojarzy się z niczym zdrowym i wartościowym, odkłada się w niej byle co, to i owo. Czasem można sobie na nią pozwolić, bo jest też źródłem dobrego, tego i owego. Najczęściej znienawidzone przez nas w dzieciństwie danie. Z siostrzyczką byłyśmy niejadkami, ale wątróbkę w rosole lubiłyśmy i zostało nam to do dziś. Może warto przekonać się do niej, ci którzy raczej jej nie lubią. Przyrządzić, tak, aby nam smakowała.  Wątróbka drobiowa chroni przed anemią. To doskonałe źródło żelaza (20 razy więcej ma niż pierś z kurczaka) i wysokojakościowego białka.  Dobrze wpływa na nasze oczy, wzrok. To potężna dawka pakietu witamin z grupy B. Wspiera układ nerwowy, odpornościowy. Kto nie ma ochoty, niech się nie męczy. W następnym liście wyślę Wam przepis na moje ulubione naleśniki. Może naleśnika wolicie.

A teraz kilka zdań o miłości do zwierzaczka.

                                

      KOCIA MIŁOŚĆ. KLEOŚ

Boję się, że za mocno miłuję, Kleofasa.

Do dobrego przyzwyczajamy się szybko i z biegiem lat uważamy, że tak ma być i będzie zawsze. Nawet do dobrego, zdrowego, wesołego kotka też. To żywa istota i w pewien sposób zapełnia samotność. Od lat rozpływałam się w zachwytach, jakie komunikatywne zwierzę, wyjątkowo czułe i miłe. Jednak nie doceniałam tego, co mam. To była sobota, wracam z pracy. Nie wita mnie, nie kręci pod nogami, nie ociera, nie woła jeść.., a zawsze tak robił. Zajęłam się sobą. Mijają godziny. Robię się niespokojna, brakuje mi go. Bardzo. Schylam się pod łóżko, tam ma swoje „leżonko” z kożuszka. Leży, ledwo łepek uniósł. Jest, ale dlaczego nie chce wyjść. Upiekłam kurczaka, wsuwam się głęboko pod łóżko z kawałkiem pieczystego. Proszę, namawiam, kuszę. Nic. Przestraszyłam się, że chory, a może postanowił umrzeć. Strach obleciał mnie nie na żarty.

Zaglądam do internetu, ile żyją balijskie kotki. Dzwonię pogadać z jedną córką, z drugą. No ale, co one mogą. Mówią, że jak na kota 13 lat to dużo. On nigdy nie chorował. Nie wychodził z domu. Był dla dzieci. One w świat, to kotunio i ja zbrataliśmy się mocniej niż węzłem małżeńskim. Wiem, myślicie, żem pomylona z samotności.To tylko kot. Ale mój kochany zwierzaczek. Mamy swoje rytuały, nieodzownie takie same od lat. To nietypowy kot, on nie chadza swoimi drogami, tylko za mną i do mnie. Nigdy nie zostawia mnie samej, jak kładę się na łóżko, nawet w dzień na chwilę. Wskakuje, patrzy, jak leżę. Jeśli na plecach zawsze podchodzi od strony piersi, wchodzi przednimi łapkami, pomruczy chwilę, zastyga i „powala” grzbietem, karczkiem wraz z opadającym łepkiem na moją twarz, tak że mój nos jest w jego futerku. I zaczyna się koncert mruczenia.

Jeśli na boku leżę, koniecznie idzie od strony twarzy, mruczy ociera łepkiem, czółkiem o moją twarz. Bodzie noskiem, gdzie się tylko da. Pakuje pyszczek, wąsy łaskoczą mnie , całuje czule jego główkę i szepczę mu – „dziękuje że jesteś”. Kiedy boli mnie głowa, chyba to wyczuwa i kładzie na czubku otulając  i nigdy nie pozwala mi zapłakać. Leżę na łóżku coś mnie boli w sercu, jakieś zdarzenie, załkam, zapłaczę, a on od razu zrywa się i chce ząbkami delikatnie, ale podgryźć. Jeszcze nigdy nie udało mi się przy nim na dobre rozpłakać. Goni mnie z tym płaczem.

Zawsze byłam kocią mamą. Tak mnie nazywano w dzieciństwie.

Wieczorem wyszedł na chwilę, zjadł trochę i pierwszy raz miauknął tego dnia. Te koty tak nietypowo urzekająco miauczą, dają prawdziwe koncerty. Wypił wody i przyszedł do mnie ale tylko na chwilę, przytulił się i poszedł. Nad ranem o piątej wskoczył do mnie pomruczał, po ocierał główką i poszedł. Po śniadaniu musiała jechać do pracy. Zaniepokojona przez cały dzień myślałam co z nim, jak się czuje? Nie macie pojęcia, ile radości sprawił mi Kleoś, kiedy zobaczyłam go pełnego energii.  Wita w drzwiach, prowadzi do kuchni, skąd biorę karmę. Ociera o nogi, unosi łepek. Oczka ma wielkie otwarte, piękne. Koncert miałków daje. Żyje, dobrze się miewa, a w nocy nie odstąpił na krok zasypiał wtulony i przytulony. Mój nos w jego karczku.

Potrzebuje tego zwierzaczka. Ja go po prostu potrzebuję.

     

Kilka słów o zazdrości. Moja historia

Kilka słów o zazdrości

Mała zazdrość, może być nawet przyjemna, chorobliwa już zdecydowanie, nie!! Nawet niszcząca. Moi mężowie nigdy nie byli o mnie zazdrośni, nawet okruszka.  Czasami to nawet chciałam, żeby choć trochę okazali jej, bo tak to myślisz, że się im nie podobasz, albo, że taką nieciekawą fizyczność masz, że nie ma o co być zazdrosnym. Natomiast boję się patologicznej zazdrości. Współczuję kobietom z takimi partnerami. Wolę moje zero zazdrości, niż ciosanie kołków na głowie za atrakcyjną fizyczność kobiety.

To był mój drugi chłopak w życiu.  Byłam młodym kurczątkiem, mało dojrzałym, choć 25 lat. Pojechałam do niego daleko za morze. I tam poznawałam, tego nowego w sumie dla mnie człowieka. Na początku patrzyłam w niego, jak w obrazek; że taki mądry, męski.., dość szybko, bo z biegiem dni, że furiat, szaleniec strasznie zazdrosny. To były czasy, kiedy ot tak nie wyjeżdżało się za granicę. Musiałam całymi nocami wystawać pod paszportówką. Napatrzeć się w te przenikliwe oczy urzędników, którzy węszyli Bóg wie co. Na kajać, że wrócę do kraju..   I teraz kiedy w końcu tu jestem myślę, chyba trzeba uciekać.  Nie chcę opisywać najbardziej drastycznych scen, bo i po co. Chyba tylko po to, aby utwierdzić siebie i Was, że zawsze bałam się mężczyzn i  miałam powody.  A i jeszcze, że głupia byłam!! Któregoś dnia wróciliśmy ze spaceru po jego mieście. Pamiętam było lato, ja w krótkiej do kolan, dżinsowej spódniczce i fioletowej koszulce z krótkimi rękawami. Dziewczynka grzeczna, miła, uśmiechnięta. Niestety takie ciele mele, bez języka w gębie.  Jak sobie przypomnę, to aż mi samej robi się żal. A ten zamyka drzwi i krzyczy na mnie, że spódnica za krótka, że koszulka ma za duży dekolt i że wszyscy na mnie patrzyli, a ja na nich. Tłumaczę, że nie wypatrywałam oczu za nikim. Nie dokończyłam kajania. Ten zrywa bawełnianą koszulkę ze mnie i nożyczkami wycina dziury w cyckach. Ja czegoś takiego, jak żyję nie widziałam, nawet sobie nie wyobrażałam. Skulona, zapłakana usiadłam w kącie kanapy. Trzasnął drzwiami i poleciał. Nie znam języka, tylko rosyjski z obcych dany mi był. Do miasta portowego daleko, skąd bym mogła odpłynąć. Zdana całkowicie na niego, jednak obmyślam plan, jakby dać nogę. Nie pomyślałam za długo, słyszę klucz w zamku, wraca. Jak gdyby nigdy nic opowiada, że jutro jesteśmy umówieni na obiad do jego rodziców. Jeszcze kilka mniejszych scen zazdrości i innych jego głupot, a miłość, która nie była miłością wietrzeje do cna!!  Gwoździem do trumny była jego straszna scena zazdrości. Tak mnie przestraszył, że w te pędy na piechotę i wpław do Słupska  wracać chciałam (tam wtedy z kochaną mamą mieszkałam).

A było to tak: on o poranku wychodzi do pracy, ja zostaję w domu. Miała tu za godzinkę przyjechać moja koleżanka, która wyszła za mąż i zamieszkała w tym mieście. Dostałam przyzwolenie „mojego chłopaka”.  Rzeczywiście Alina ze swoim Szwedem przyjechali. Poprosili, abym pojechała do nich na kawę. Ugościli mnie filiżanką zbożnego napoju z jednym ciasteczkiem typu delicja. Porozmawialiśmy, dali mi swój nr telefonu i odwieźli.

„Mojej miłości” jeszcze nie było w domu. Coś tam robię, sprzątam i wpadł mi genialny pomysł ugotowania obiadu. Byłam głodna po tym jednym małym ciasteczku. A że za wiele możliwości nie było, znalazłam tylko kilka marchewek, dwie parówki i paczkę makaronu. Pokroiłam w kosteczkę marchewkę. Ugotowałam i jeszcze makaron i parówki.  Wraca do domu. Widzi, że posprzątane, ugotowane, pewnie myśli – ” jednak nie wychodziła do koleżanki”. Podałam do stołu. Nie mógł wyjść z podziwu, że coś znalazłam i nawet  potrafiłam z tego obiad wyczarować. A duszona marchewka do cna skruszyła go. Siadamy i zaczynamy. Ja opowiadam, że podjechali tu Alina z Samem i zabrali mnie na chwilę do swego domu. Jakby ogień połknął. Wstał kopnąwszy krzesło, zaczął wrzeszczeć, że tam pewnie frykasów się najadłam. Dokładnie wołowiny pamiętam, wrzeszczał. Nie to, co w tym biednym domu. Tłumaczę, że tylko kawę i  ciasteczko. Nie słucha, podchodzi do stołu zabiera mój talerz, otwiera kosz i wszystko zrzuca do śmieci, to samo z jego obiadem. I już po obiedzie. Patrzyłam na to mała, przestraszona gąska i wiedziałam, że nie ma czego ratować, chyba że swojej skóry. Ten jeszcze latał po domu, jak opętany. Wyrzekał, że naoglądałam się szwedzkiego bogactwa, to po co wróciłam do biednego Polaka. I, że jeszcze zapewne wdziękami oczarowałam Szweda. Przeczekałam furię. W ubraniu położyłam się w pokoju obok. Było ciemno. Nie mogłam zasnąć. Obmyślałam plan, jak wydostać się stąd.  Pomogła mi koleżanka. Nigdy więcej nie widziałam go.

 Myślę, że nadmiernej zazdrości nie nakręca potrzeba bliskości, ale lęk przed opuszczeniem lub brakiem zaufania do własnych atutów i możliwości. Czy zauważyliście, że osoby zazdrosne z reguły mają niskie poczucie własnej wartości.  Kontrolują partnera przeszukując kieszenie, telefon, maile, dzwoniąc stosunkowo często z pytaniem, „gdzie jesteś?, co robisz”? W swojej chorobliwej zazdrości mają urojenia, próbują ograniczyć kontakty towarzyskie, zawodowe. Nierzadko urządzają sceny zazdrości, nawet w towarzystwie. Cóż nam wtedy zostaje? Rozmowa. Terapia dla par. Ale jak namówić zazdrośnika?! Wręcz graniczy z cudem.  On dałby nam popalić za taką propozycję.

Kobiety, jak najbardziej też są zazdrosne. Powiem Wam, tak krótko, jak to było u mnie. Kiedy na początku zależało mi, bo widziałam w NAS cały świat, czułam ukłucie w serce, kiedy była żona wydzwaniała nawet o 1 w nocy. Każdy sms stawiał mnie na baczność. Było mi przykro, że kiedy tylko ona zadzwoni, ten biegnie, coś tam ratować. Zmieniło się, a właściwie zniknęło zupełnie moje uczucie zazdrości, kiedy po latach zabiegania o uwagę partnera, a zwłaszcza wspólne spędzanie czasu musiałam odpuścić, bo ile można, kiedy ten drugi nie zauważa cię. Nie ma teraz na ciebie czasu. Pewnie myśli, żeś żoną, to już zawsze będziesz pod ręką! Dana raz na zawsze! Błąd.  Obecnie nie interesuje mnie kompletnie z kim i kiedy spotyka się,  rozmawia, esmsuje… . Nie kochasz lub nie zrujnował Twojego zaufania (zdrada), to łatwo ci nie być zazdrosną.

Zastanawiałam się, kiedy to już patologia. Myślę, że jeśli czujemy się całkiem dobrze z jego niewielką zazdrością, w pewien sposób bardziej kochane, to wszystko w porządku, zwyczajna zazdrość. Natomiast, jak przejmuje nas strach, czujemy się winne, albo zaszantażowane, to mamy do czynienia z patologią. Niestety często kończy się rozejściem pary.

Życzę Wam tylko odrobinę zazdrości, takiej nieszkodliwej. Oby nikt nie przeszukiwał torebek, kieszeni, telefonów, listów ..

Placki ziemniaczane bez jaj!! Zmęczona, ach!

Całkiem niechcący usmażyłam placki ziemniaczane w wersji wege, czyli bez jaj. Po prostu zapomniałam o nich. Jeden jedyny raz takie zrobiłam. Napisałam Wam o tym, bo teoretycznie nie sądziłabym, że jest to możliwe, twierdziłabym, że się pokruszą, połamią, nie scalą. A one wyszły, jak zwykle chrupiące i pyszne!  Może właśnie te ziemniaki – Vineta miały dużo skrobi i ona nie pozwoliła im rozlecieć się.

Lubię ziemniaki i kiedy wracam późno z pracy, wlokę nogi za sobą, bo trudno powiedzieć, że one mnie niosą. Jestem tak spracowana, bo masaż to zwyczajnie ciężka fizyczna praca, że telefonu trudno w dłoni utrzymać. Wchodzę do kuchni, obieram kilka ziemniaków. Trę na tarce na drobnych oczkach. To samo robię z 1 cebulką. Jeszcze sól, pieprz świeżo zmielony ( pieprzu lubię dużo), łyżka mąki pszennej i ziemniaczanej i duże jajo lub 2 mniejsze. Tym razem zapomniałam. Wymieszam łyżką i na rozgrzaną patelnie, na olej rzepakowy kładę płaskie placuszki. Smażę na rumiano z obu stron. I takie zjadam popijając herbatką. Można z cukrem, kleksem śmietany, czy sosem z obiadu np.pieczeniowym, gulaszowym, grzybowym. Ja „nie brudzę” niczym moich chrupiących placuszków. Zjem ze trzy (to moja porcja na ulubionym talerzyku deserowym), wypiję herbatkę. Odsapnę i do wanny. Wykąpana ciągnę nóżki do łóżka. I padamy z nóg; kotek i ja. On od czekania i czekania na mnie. Wtuli nosek w podusię pani i śpimy.

Wczoraj w piątek, masowałam bez przerwy od 10 do 19. Wracałam smutna, cicha, z żalu, że tak to u mnie jest. Jeszcze gdybym czuła się w pracy dowartościowana, wiedziała za co pracuję ( za godziwe wynagrodzenie, a tu 10 zł netto za godzinę i 10 procent od Twojego utargu, na koniec miesiąca) , może łatwiej byłoby znosić fizyczne skonanie. Teraz chyba każdy za dużo pracuje, ciągle spieszymy się, nie dosypiamy. Z kalendarzem pełnym spraw zaczynamy kolejny tydzień, aby dotrwać do niedzieli, bo w soboty też często zajęte. Stres goni stres i udary, zawały gotowe. Statystyki potwierdzają fakt: coraz więcej pracujemy, a coraz mniej odpoczywamy. Kiedy w końcu zdarzy się nam wolny dzień, nadrabiamy domowe braki w prządkach, gotowaniu, nauce z dziećmi.., a zmęczenie narasta. Chcemy być dobrymi matkami, pracownicami, żonami, córkami. Staramy się godzić wiele ról. Moja mama powiedziałaby, że trzymamy 10 srok za ogon. Co z tego wynika. Nasze rozdrażnienie, a i tak niemoc w dogodzeniu całemu światu. Robimy się nerwowi. Często powtarzamy – „ja muszę..”, „ja powinnam..”. Żyjemy pod presją wykonywania kolejnych zadań. To prawda muszę utrzymać, albo raczej pomóc dziecku na studiach w stolicy. Ale gdyby sił, zdrowia zbrakło, jakoś też wyuczyłaby się. A może by tak spróbować powiedzieć sobie- „nic nie muszę, najwyżej chcę”! I niektóre rzeczy skreślać. Z natury, czy wychowania, temperamentu jestem „Zosią samosią”, a może jednak warto nauczyć się przekazywania obowiązków domownikom. Po za tym, niech się wali i pali, jadę na wakacje. Obiecałam sobie każdego roku mieć urlop wyjazdowy. Za mało mi ich zostało, aby je tracić. Dziesiątkami lat nie jeździłam na wakacje, urlopy, zwiedzanie. Postaram się dotrzymać sobie słowa.

Kochani, życzę Wam odpoczynku. Róbcie czasem to, na co macie ochotę!

Papryka w zalewie słodko kwaśnej. Nadopiekuńcza mama

Coś mnie wzięło na gotowanie. Powiem tak, za chwileczkę zdradzę Wam najlepszą zalewę do: pikli, papryki, dyni, patisonów, ogórków konserwowych, sałatek warzywnych, buraczków.. . Ona jest wyjątkowa. Ani nie za kwaśna, ani za słodka. Harmonijnie wyważona. Sprawdza się do warzyw, które chcemy zamarynować na zimę.  Dziś odwiedziła mnie moja koleżanka z pięciokilogramowym workiem słodkiej papryki. Kupiła na rynku, zabrała słoiki i razem robiłyśmy zaprawy. W ubiegłym roku częstowałam ją  papryką w zalewie octowo-miodowej, a ona zajadała z wielkim apetytem. Zachwalała ją i już wtedy postanowiłyśmy, że następnej jesieni razem zrobimy do spiżarek ten przysmak.  Może i Wam posmakuje. A marynata jest wyborna; kwaśna i słodka zarazem. Proporcje są wyjątkowo dobrze dobrane. Szczerze polecam!!

Zalewa do zapraw marynowanych:

5 litrów wody, pół litra octu, 3 szklanki cukru, 1/3 szklanki soli, 3 łyżki miodu.

Do każdego słoiczka wrzucam po kilka ziaren pieprzu, jałowca, ziela, gorczycy, ząbek czosnku, kawałeczek ostrej papryki i listek laurowy. Układam paprykę, umytą, bez środków i ziaren, pokrojoną na większe cząstki lub szersze paski. Kupuję jej 5 kg na tę ilość płynu. Zalewam, zakręcam i układam w dużym garnku (na dnie mała ściereczka, aby słój nie stykał się bezpośrednio z garnkiem). Zalewam ciepłą wodą, do 3/4  słoików, przykrywam pokrywą i od zagotowania, gotuję ok.8 minut. Zaraz wykładam (chcę, aby była twardsza, chrupiąca), nakrywam suchą ściereczką i tak do wystudzenia. Następnie do spiżarki na półeczkę i zajadam z apetytem zanim zacznie się zima.  Możecie zrobić na próbę z połowy porcji. Polecam.

Ostatnio dość często rozmawiam z synem. Od wielu lat mieszka za wodą. Tam układa swoje życie. Właśnie usłyszałam , że miał piękne dzieciństwo. Jedyne, co zrobi inaczej, będąc ojcem,  zastosuje więcej konsekwencji, wymagań, samodzielność od swojej pociechy. Rzeczywiście byłam bardzo nadopiekuńczą mamą. Chciałam ustrzec  przed najmniejszym trudem. Nie wiem, co pomogło w tym wszystkim, że cała trójka jest mimo to bardzo zaradna. I kiedy syn zaraz po maturze znalazł się za granicą musiał nagle radzić sobie ze wszystkim sam. Poradził sobie i to doskonale, ale tylko on wie, jakie to było zderzenie!

Teraz wiem i wtedy też, że powinnam była cierpliwie pozwalać im na próby i błędy, a nie wyręczać, bo zrobię szybciej i lepiej. Często zabierałam im szansę wykazania się i poczucia satysfakcji z pokonania przeszkody. A powinnam była towarzyszyć mojej kochanej Trójeczce w zdobywaniu nowych umiejętności. Może czytają mnie młode mamy, może wezmą sobie te myśli za swoje i zastosują.

  • Stwarzaj sytuacje, możliwości, aby maluch mógł się wykazać. A tym samym poczuć satysfakcję z osiągnięcia swego zamierzenia.
  • Bądź cierpliwa. Nie popędzaj maluszka, nie spiesz się wiecznie. To nie sprzyja nauce i korci ciebie w wyręczaniu, że szybciej i sprawniej zrobisz.
  • Nie przeszkadzaj.  Pokazuj, jak wykonać pewną czynność, ale gdy próbuje poradzić sobie samo – nie wtrącaj się.
  • Z wiekiem zwiększaj dystans, dając mu przestrzeń do rozwoju, twórczego rozwiązywania problemów. Czuwaj, ale jednak ufaj mu. Pozwól (w miarę rozsądku), nawet jak wiesz, że to się raczej nie uda.

Ja, Polak mądry po szkodzie. Choć szkód na szczęście ta moja nadopiekuńczość nie narobiła wiele. Czasem się udaje, a to pewnie w dużej mierze zależy od dziecka, genów. Moje córeczki radzą sobie doskonale. Starsza podróżuje sama, np. przedostatnio po Azji (3 miesiące), teraz Grecja, Turcja. Miłośniczka stopem do Barcelony i w niejedno miejsce w Europie. Młodsza, bardzo dzielna, zdecydowanie kroczy przez świat. Wie czego chce i zdobywa śmiało. Dzieci, to Wielki Dar! A, my rodzice, nie ustrzeżemy się od błędów. Każdy chce dobrze dla swojego dziecka.  Jestem ciekawa, czy oprócz nadopiekuńczości macie coś niefortunnego na swoim koncie z bycia rodzicem? Kto zechce podzieli się z nami, może coś podpowie nam. Miłego dnia, u mnie za oknem spokojne słonko (a szyby brudne, idę myć).

 

Kopytko na talerz! Nasz azyl

Kopytka to nic innego, jak kluski ugotowane z rozgniecionych praską ziemniaków z dodatkiem mąki i jaj. Danie bardzo tanie. Łatwe do zrobienia, jak nabierzecie trochę wprawy. Ja zawsze robię je „na oko”. Tym razem dla Was liczyłam czego ile dałam.

        

 

Kupiłam 1,2 kg ziemniaków, bo ok 20 dag odeszło na obierzyny. Ugotowałam i od razu takie gorące przecisnęłam przez praskę (jak nie macie, użyjcie maszynki do mielenia mięsa). Ostudziłam i dodałam 2 szklanki mąki pszennej i 2 jaja surowe. Im mniej mąki użyjecie, tym są delikatniejsze. Posoliłam. Wymieszałam i ulepiłam kulę czy gruby wałek. Jak mocno klei się do rąk, należy podsypać mąką. Podzieliłam na 2-3 części i każdą rolowałam na wałeczek. Odcinałam nożem ukośne kawałki (kopytka), tak do 3 cm., ale można też drobniejsze, jak kto woli. Wcześniej w garnku zagotowałam wodę i wrzuciłam kluski. Od momentu zagotowania jeszcze 2-3 minutki pogotowałam i wykładałam łyżką cedzakową. Nie gotujcie za długo, bo się rozlecą.

Jeśli z jakiegoś powodu nie możecie użyć jajka, można w zamian mąkę ziemniaczaną. Jedno jajko, to łyżka mąki. Kluseczki zjadamy z różnymi sosami, np.grzybowym, na gorąco posypane cukrem, a może na zimno, odsmażane na masełku lub ze skwarkami, czy jako dodatek zamiast ziemniaków. Ja ostatnio odsmażałam  po prostu na oleju z dodatkiem łyżeczki adżiki. Dzieci i mężczyźni lubią te kluseczki, więc gotujcie je kobiety. Tanie danie, pieniążki  zaoszczędzone, może kupicie ładną apaszkę,  nową parasol, bo ta już lekko zwichrowana?

Mam te moje upatrzone nowe mebelki, przeszły drzwiami całkiem spokojnie. Zdobne i funkcjonalne. Dziś robiłam rozeznanie w oknach dębowych. Wymienię  stare, plastikowe, nieszczelne okno na świat. A przyjaciel „Ciasteczko” w przyszłym tygodniu kładzie mi tapetę (już kupiłam). W przerwie będziemy pili herbatkę z pigwą i zajadali frytki mojej roboty z sosem majonezowym i adżiką,  „żabimi udkami”, czyli kawałeczkami piersi z kurczaka w cieście, smażone w głębokim oleju. Będzie fajnie.

Cieszę się z mojego azylu. On także, jest mi potrzebny do radośniejszego,  spokojnego istnienia. Nigdy, przez całe życie nie miałam swojego schowanka. Czasem myślę, że do szczęścia nie potrzeba mi było drugiego męża, kiedy uwolniłam się, tylko może to dziwne, swoich własnych czterech ścian. Współczuję tym, którzy nadal  nie mają swojego kącika w domu.

Mój kocurek nie zainteresował się nowością. Komoda choć niska, jednak na jego lata (13) za wysoka.

       

Adżika, pasta rodem z piekła. Listopadowe myśli

A właściwie z Kaukazu. Rewelacyjny dodatek do wszelkiego rodzaju zup, sosów, mięs, baza do dresingu. Każda kanapka nabierze charakteru, jeśli na wędlinkę, czy żółty ser położymy np. plaster ogórka i posmarujemy adżiką. 

Ile gospodyń, tyle past. Każda gruzińska gospodyni ma swój sposób jej przyrządzania. Jedne dodają renety, dużo pomidorów, łagodnej papryki, inne marchwi, nać pietruszki.. . Podstawą jest ostra papryczka, czosnek i zioła. Ja przepis dostałam od koleżanki Ani, a ona od gruzińskiej koleżanki z korporacji. Proporcje dopasujcie do swoich upodobań i  umiłowania ostrości, pikantności lub nie. Ja już rozkoszuję podniebienie tegoroczną pastą i swego szefa poczęstowałam jednym słoiczkiem. Właśnie wczoraj pojawił się w salonie i rzekł ku mojemu zdziwieniu, że to był zamach na jego życie. Tak to jest z szefami, nie słuchają. Podając pastę mówiłam, że pikantna, jak piorun i czosnek aż paruje.. Nie posłuchał, nabrał łyżeczkę i do buzi. Paliło mu jelita kilka godzin. To jest cud do umiejętnego dawkowania. Np. 1 łyżeczkę adżiki wymieszać z 2 łyżkami majonezu i jogurtu. Pycha do frytek, kiełbaski na gorąco w zamian musztardy, czy nawet do odsmażanych kopytek, czy buły z kotletem i sałatą.

Przepis na adjikę

Składniki:

1 kg chili, 2-3 papryki czerwone łagodne, 3 główki czosnku (główki, nie ząbki), 2-3 cebule czosnkowe i zioła: 1 opakowanie bazylii, cząbru, kolendry w ziarnach i 2 łyżki kozieradki. Do smaku: po 2 łyżki soli (płaskie), cukru, octu i oleju i koncentratu pomidorowego (czubate).

Wykonanie:

Zakładam rękawiczki gumowe. Myję papryczkę, kroję wzdłuż strąka, usuwam środki. Choć zostawiam trochę pestek, one mi nie przeszkadzają, jak podejdą pod ząb, a dają więcej pikantności. Łagodną oczyszczam ze środków i kroję na cząstki. Obieram cebulę, kroję na ćwiartki. Wszystko przepuszczam przez maszynkę do mielenia mięsa, ale można też zmiksować w blenderze. Wsypuję zioła i dosmaczam (solą, cukrem, octem, olejem i koncentratem). Mieszam i całość przekładam do glinianego garneczka lub ceramicznej miski (nie metalowej czy szklanej). Nakryte odstawiam do lodówki na 3 dni. Teraz przekładam do małych słoiczków i krótko pasteryzuję ok.8 min.od zagotowania. Mogą stać w spiżarce przez całą zimę. Drugi sposób, przełożyć do dużego słoja i nie pasteryzować, tylko zakręcony trzymać w lodówce i na bieżąco zużywać. Ja wolę pierwszy sposób. Te na zdjęciu, są już po pasteryzacji.

Przewiązać rafią, czy wstążeczką, sznureczkiem i macie z sercem zrobiony prezent pod choinkę. Kto mnie zna wie, że jestem fanka ostrej papryczki, dawałabym ja wszędzie, ale jeśli Wy lubicie lekkie zaostrzenie smaku, użyjcie pół na pół papryki ostrej z łagodną. Ja kupuję chili na rynku, od ogrodnika, sprawdzam na miejscu, czy ostra i płacę 20 zł za kilogram. Warto spróbować, poeksperymentować z tą pastą, polecam Wam.

Po robocie, nóżki na ladę i odpocznijcie przy herbatce z pigwą. Kochani staram się nigdy nie wrzucać samego jadła, przepisu, tylko okrasić myślami dla ducha, umysłu naszego. Listopad, to zwiększony czas  wspominek, pamięci po tych, co kiedyś nieśli radość. Przyznam się Wam, że nie bardzo lubię wędrówkę w niekończącym się pochodzie na groby 1 listopada. Zdecydowanie wolę spokój  kilku dni później. Wchodzisz, a tu kolorowo od chryzantem. Przepych. Ludzie prześcigają się w ilości donic z kwiatami, lampionów, zniczy, wieńców. Robimy to dla siebie. Chyba. Ale są i skromnie ustrojone nagrobki. Z kwiatkiem i świeczką, a na ławeczce babulinka z różańcem. Siadam obok i myślę.

Śmierć, chyba zawsze jest nie w porę. Zostawia ból, czy wspomnienia mogą go ukoić?

  Śmierć i człowiek

Śmierć nieustannie goni człowieka. A człowiek przed nią ciągle ucieka. Do grobu chowa zgonione ciało. A sam w zaświaty rusza pomału. Śmierć, to rzecz ziemska – w innym wymiarze. Jest tak bezradna, jak czyn bez marzeń. Lecz niespodzianka, człowiek w bezczynie, niknie w pamięci, jak ciało w glinie. Po chwili z trudem sumienie budzi. Dawniej przyjaciół, dziś obcych ludzi. Lecz ten szczęśliwy, co już za życia stworzył fundament wiecznego bycia. Zdobył! Wynalazł! Zajął! Napisał! Zabił! Obalił! Ukradł! Wysysał..! Ten z śmierci zadrwił, lecz śmierć wytrwała. Nie dość, że z ciałem się uporała- Już ściga dzieło – dręczy człowieka.  Cierpliwie czeka, czeka i czeka. Aż, gdzieś się znajdzie pisarz, historyk, który odkryje wszystkie potwory. Wszystkie wampiry z grobu wywlecze. Rzuci na szpaltę błędy człowiecze. Zmiażdży, opluje chwały adepta. W mierzwę historii szczątki te wdepta. Zadziobie, skrzywi duchowe mienie. Resztki podmiecie pod zapomnienie. Które całunem wszystko pokryje.. Wtedy dopiero człowiek nie żyje.

Póki po nas pamięć zostaje i wspomnienia w sercach ludzkich.. Żyjemy dla innych!!

Wierzę, że po mnie zostaną ciepłe myśli w główkach Okruszków, dla których kiedyś byłam wesołą, sprawiedliwą panią od zabaw na kocyku, która dmuchała bolące paluszki i scałowywała łezki z policzków. Tęsknie za nimi. Nadal.