Reiki

Reiki, to dobrodziejstwo płynące z energii.

Wszystkie skrajności są niedobre, kiedy pochłaniają nas bez reszty, wtedy zaniedbujemy innych i siebie także na wielu polach. Do każdej sprawy dobrze jest podchodzić ze spokojną głową i  tak staram się wtapiać w wiedzę o reiki. Nie zatracać, a czerpać radość z wtajemniczania.  Myślę, że to piękne, kiedy niezależnie od naszego wieku, nadal mamy chęć zgłębiania tego świata, czy to wiedza o reiki, czy archeologii, a może historii lotnictwa i podziwiania świata z lotu ptaka. Fajnie, kiedy jeszcze coś potrafi wzbudzić w nas żar poznania. Oddajemy się temu w wolnych chwilach, mamy jeszcze coś do zrobienia. I to jest cenne, nie tyle samo reiki, co chcenie, pragnienie istnienia, bo ono dla nas nadal ciekawym jest!!

Zmieniłam się od kilku lat i nie umiałam wytłumaczyć na jakiej podstawie, co wpłynęło na tą inną Basię. Upatrywałam „winy” w rozmowach z psychologiem, pogodzenia się, że miłość płci przeciwnej, zresztą też całkiem pięknej ominęła mnie. Ale radość życia, energia, łatwość komunikowania z ludźmi, przyciąganie ich do siebie, jak nigdy dotąd…, skąd, dlaczego..? A może moje czakry były zablokowane? To jeden z wielu powodów, myślę. Wiele spraw nałożyło się i spowodowało zmianę.

Pamiętacie, jak pisałam Wam o tantrze. Wtedy jeszcze czakry, energia ki, moc płynąca z wszechświata, atomy.. nie imały się mego umysłu. Okazywałam jeden z wyższych stopni ignorancji dla tego tematu. Z dnia na dzień zmieniało się to. Ostatnio noc po nocy zaczytywałam się o czakramach, sadzawkach energii, jak to pięknie nazywała Agnieszka Robakiewicz. Czakry to odbiorniki, przetworniki i przekaźniki energii. Każda czakra związana jest z ośrodkiem hormonalnym i dostarcza energii do jego funkcjonowania. Mamy siedem podstawowych czakr: Korzeniowa (gruczoły nadnerczy), kolor czerwony, Sakralna (jajniki i jądra) kolor pomarańczowy, Splotowa (trzustka), kolor żółty, Serdeczna (grasica) kolor zielony, szyjna (tarczyca) kolor błękitny, Czołowa (szyszynka) kolor fioletowy, Ciemieniowa (przysadka) kolor biały. Pomocnicze są w stopach, kolanach, dłoniach.

Zapewne słyszeliście o uniwersalnej energii życia, płynącej z kosmosu, wszechświata, źródło miłości.  To ten pierwszy człon – Rei. Natomiast – Ki, to energia indywidualna. Każdy z nas ma własną, niepowtarzalną Ki. Zarówno człowiek, zwierzę, roślina, jak i minerał, Ziemia, Słońce, Księżyc. I to zajęło mój czas, głowę, bo jeszcze nie serce. Serce o tyle, że mam ognień posiadania wiedzy w tym temacie, ale rezerwa nieufności zostaje, póki co. Wczoraj ukończyłam pierwszy stopień wiedzy o uzdrawianiu, czy też pomocy ciału, duszy, przez dotyk. A przecież ja w pracy zwłaszcza dotykam ludzi. Nie ośmielę się pomagać innym, to znaczy prowadzić odpłatnie takich sesji- terapii reiki. No chyba, że zostanę wielkim mistrzem, czego absolutnie nie przewiduję. Ale chciałabym wykorzystywać to w mojej pracy podczas masażu. Więcej skupiać się na czakrach (centrach energetycznych) i miejscu, które dokucza człowiekowi, a poznam je także po wywiadzie z pacjentem.

Za półtora miesiąca mam drugi stopień. Robię to u Wielkiego Mistrza pani Kingi Roberts, akurat jest w Polsce (Sopot). Niezwykłe przeżycie, ale bez wiary w czakry, których nie widać, nic człowiek nie zdziała. A jakże trudno uwierzyć nam w coś, czego okiem nie widzimy.  W każdej żywej istocie płynie energia, jak woda w strumieniu, wpada do sadzawek, tam krąży i jeśli połączenie między czakrami nie jest zablokowane wpada do następnej sadzawki. Kogo zainteresuje ten temat, polecam lekturę Bogusława Waśkiewicza – „Tajemnice Reiki”.

PS Wiem, że będą tacy, co powiedzą uważaj na tę wiedzę. Też tak myślę, dlatego nie brnę mocno po kolana. To tak, jak z moim bieganiem. Biegam od 10 lat, ale nigdy nie pokusiłam się o maraton, czy pół maraton, bo robię to dla siebie, dla samego biegania, dla zdrowia, dla ćwiczeń nie pewnego rodzaju poklasku i wkręcania się na maksa.

Kochani, jeszcze o tym napiszę, powrócę do tematu. Póki co idę oczyścić moja aurę i naładować się, a mówię to poważnie.  Wam wszystkim życzę „takiego reiki”, czyli tematu, który zostanie waszą pasją. Póki mamy ciekawość świata, życie smakuje, i to aromatycznie. Pragniemy go bardziej, niż zwykle. Tego Wam życzę.

Reklamy

„Ławeczka Marzeń”

Po prostu, był. Był tego dnia z nią.

Czasem jeden telefon odmienia nasze życie lub jego kawałeczek, czy dzień. Mogła swój wolny czas, swoje małe święto przesiedzieć w bamboszach, układając koszulki w szafach. Mogła.. . A wchodzi z nim w bajkową scenerię choinek, światełek, wirujących płatków śniegu. Ich oczy pełne iskierek, iskiereczek. Może, to te neony, świąteczne girlandy chłodnych gwiazdek? Może. Chciała jeszcze poczuć jego dłonie, jego ciepło, jego oddech i muśnięcie chłodnych ust. A oczy, jego oczy! Te same, nic się nie zmieniły. Śmiejące się tysiącem bajek , ich bajek.

Widzą, jest! Nadal jest!! Ławeczka marzeń, ich ławeczka. Biegną. Oboje schylają się, aby sprawdzić. Są! Wyryte inicjały z okalającym  serduszkiem. Siadają zaciekawieni odczucia. Hm, jednak inaczej. Czas zrobił swoje. I widoki z niej, nie te same. W tym miejscu kilka lat wstecz snuły się marzenia. Tu lubili bujać w obłokach. Była to nieodłączna część młodości, ich czasów licealnych. Większość z nich, zbieżna: stabilna praca, własne ich cztery kąty. On stał na rozdrożu zawodu: informatyk, czy teolog. Mówił; – „Jedno i drugie, jakże dalekie od siebie a takoż ciekawym jest”! Teraz mógł jej powiedzieć; wybrał to drugie i zawiódł. Spełnienie drobnych, prozaicznych marzeń dało im więcej niż ślepe podążanie za wielkim celem. On do prozy zaliczy porządne narty. Na nich to się śmiga! Ona; okna drewniane, solidne a zarazem z półeczki – wiejska angielska sielanka.  Przy tym kominek, taki z żywym ogniem. Niektóre z tych marzeń przeterminowały się i przestały być pragnieniem, np. ich własna firma. Życie osobiste i zawodowe razem. Nie było ich, nie było firmy.

Teraz wtuleni w siebie, analizują swoje marzenia. Ile się ziściło, których realizacja dostarczyła strat na różnych polach. I czy któreś zostało aktualne? Które się zdezaktualizowały i dzisiaj od wyczynowego sportu na deskach, medali.., wolimy mieć więcej czasu na co dzień dla siebie.

Obejmują się,  przytulają, bo zimno, bo chcą. Poczuć siebie nawzajem i tę radość, która zawsze rozpierała ich w tym miejscu. Tu składali sobie obietnice. Tu zrodziło się ślepe dążenie zdobycia pieniędzy na progi ich domu. Wyjechał. Ona czekała, jak ta madame butterfly. Tylko zakończenie inne. Spokojniejsze. Całkiem prozaiczne. Na ich drogach stanęli inni . I tak zostali.

Parzy herbatkę, z imbirem. Pamięta i to. Lubi ten dodatek. Jego kuchnia, wówczas babci nabierała aromatu wschodnich przypraw. Przepełniona magią wspomnień, stanęła za jego plecami. Objęła, wsuwając dłonie pod koszulkę. Obrócił się i pocałował jej zmarznięty nosek. Na moment zastygli patrząc sobie w oczy. On czytał z niej, jak z czystej karty. Wiedział. Oboje wiedzieli, że tego chcą. Całował , całował te usta zlizując słone kropelki.  Ta jedna maleńka chwila, była chwilą ich szczęścia. Choć oboje wiedzieli, że to tylko moment.  Moment ich życia. Ale przecież mógł nie zdarzyć się.

Lizał jej kark, całował ramiona, pozwalał jej poczuć ciężar swojego ciała. Pamiętał, że uwielbiała mieć go na pleckach. Uniosła ręce wzdłuż głowy. Wpiął swe dłonie w jej palce. Zacisnęła. Pragnęła, aby tak został. A czułych słówek, ognia wtuleń i miarowych ruchów nie było końca. Chciał zobaczyć twarz, jej oczy zamglone od pożądania, ale ona potrzebowała go jeszcze. Czuła bliskość „nieba”. Szepnęła, „Zostań, proszę, zostań jeszcze”. Był. Jej palce zaciskały się coraz silniej, a plecy próbowały unieść. Podziwiał tę siłę, tę moc. Nic się nie zmieniła. Tak samo mocno przeżywała. Słyszał szloch. To były łzy szczęścia, jej „nieba”. Mocnego..

..Odgarniał splątane włosy z twarzy, tulił, całował, jakby chciał uczynić to na zapas.

Rano, nie było jej.

– Sen?

– Nie!

– Życie.

 

 

Fundament. Okładka a treść.

Wartościowa treść i piękna, błyszcząca okładka. Dlaczego tak rzadko idą w parze!!

– Ona, podstarzał panna.  – On rozwodnik. Elegancki mężczyzna.

– Ona nie czekała już na niego, ani żadnego innego. Miała za sobą kilka trudnych związków. Zawsze pragnęła dla siebie tego wyjątkowego, a nie namiastki wyjątku. Nie było takich. A przynajmniej nie stanęli na jej drodze.

– On świeżo upieczony rozwodnik. Szybciutko ogarnął się z portalami i rozpoczął erę zwaną „Karuzelą randek”.

Na szczęście, nie to randkowanie połączyło ich drogi, tylko wspólny przyjaciel. Ona, kiedyś lata wstecz zapisała się i żałowała. Szybko wyszła i już więcej na portale nie wróciła. Miała złe doświadczenia z takimi portalami. Poznała tam samych zdesperowanych lub  nastawionych na konsumpcyjne podejście i to bez ogródek. Wtedy poczuła, że jej imię to numerek, który ten po drugiej stronie nalepia na ciebie, stojącej w kolejce do „sprawdzenia”. Obrzydliwe. Czasem sprawdzają kilka numerków dziennie, bo trzeba szybko odsiać ziarno od plew.

Teraz oni patrzą na siebie i nie mogą wyjść z podziwu.

– On, że taka słodka, ciepła, pełna uroku. Kobieta z pasjami.

– Ona, że „On” istnieje. Taki człowiek, o którym marzyła. Jednak jest na tej ziemi! Zadbany, aktywny nie tylko fizycznie, ale i społecznie.  Człowiek, który mówi, że należy pomagać innym, dawać swój czas bezinteresownie, bo przecież nie żyjemy li tylko dla siebie. Słuchała z wielkim podziwem, tego starszego  mężczyzny, który prowadzi własną, dobrze prosperującą firmę, a przy tym oddaje się swoim rozlicznym pasjom. Bierze udział w konkursach tanecznych. Kilka razy w tygodniu ćwiczy na parkiecie. Ma na swoim koncie niejeden medal. Rzeźbi figurę, doskonali kondycję.. . i cieszy się ujmując kobietę w piękną ramę.

To nie wszystko. Opiekuje się i ujeżdża swoje kare koniki. Trzy czarne pioruny. Stara się do swojej trójki o rasowych pęcinach zajrzeć choć raz w tygodniu. A zbliżające zawody wzmagają częstotliwość spotkań pana z wierzchowcami. Konie, to jego wielka pasja od lat młodzieńczych. Na szczęście w firmie ma swoje prawe ręce, ludzi oddanych. Może im zaufać. I na tym polu też ma zacne osiągnięcia.

Tu nie kończy się miłość do zwierząt. Zna każdego ptaszka, stworzonko opierzone, domorosły ornitolog. Potrafi wstać o trzeciej nad ranem; jechać, wędrować, założyć gumowe buty prawie po pachy i cykać fotki w szuwarach urodziwym kaczorkom, dostojnym kormoranom, czy łabędziom krzykliwym.

Zaczęła się bać, marzenie może być spełnionym. On jest! I co teraz? Zaznacza, że potrzebuje czasu, że pragnie spotkań, ale jeszcze nie wspólnego budowania. Chce cieszyć się czasem z nim. Chłonąć radość z jego pasji, uczestnicząc w nich. Kto wie, co z tego wyniknie. Uczucie przecież ma moc. I może wiele zmienić, nawet w jej głowie.

Życie samo przyniosło rozwiązanie. On nie zrezygnował, nie odłożył ad akta konta na portalach i chęci zgłębiania wielu Motyli. Nawet posunął się dalej. Zaprosił jej koleżankę na randkę.

Ta historia daje dużo do myślenia. Mi, przede wszystkim, że może zwracam uwagę na „okładkę”, a treści nie doceniam. Treść była OCZYWISTA. We wpisie o poszukiwaniu idealnego mężczyzny dla mnie, czyli kwiatu paproci, bo trudnego do znalezienia, wymieniłam całą piękną otoczkę. Jego uroczą oprawę, nie wspominając o FUNDAMENCIE, bo to nie ulegało dla mnie żadnych wątpliwości. Oddanie, lojalność.

Jak ma wtulić nosek.., kiedy po jej głowie chodzą noski Motyli z portali. Ile z nich .. ?

Ona już wie. Nie da rady. NASZ CZAS spotkań, ma być wyłącznie naszym, w tym kluczowym miejscu. Na wędrowne wyprawy, a i owszem zabierze swoją ferajnę: koleżanki i kolegów, ale do łóżka, pod kocyk, czy na kocyk, tylko tę jedną. Teraz ich czas.

  • Czy to zaborczość?
  • A może nie powinno jej to przeszkadzać?
  • Czy kochankowie mają prawo wymagać wyłączności?
  • Może powinna być wyluzowana, w końcu nie wie co dalej z nimi będzie?

Nie wiem, jak ONA? Ja nie dałabym rady. A Wy, co o tym myślicie?

Nieźle namieszane. Twórczy bałagan – Brownie

Miałam zamilknąć i nie pisać już o kuchennych wariacjach, ale koleżanki poprosiły o wrzucenie przepis na ciasto, zwane „Sanepid”.

Cóż robić, muszę się przyznać, jak to nieźle namieszałam. Szef poinformował nas pracownice, że za 3 dni możemy spodziewać się odwiedzin zapewne miłego pracownika sanepidu. Zaraz zaczęłyśmy myśleć, czy wszystko u nas w porządku, co ulepszyć, co zmienić, poprawić. Każda już miała jakieś doświadczenie z takimi paniami, więc starała się na swój sposób. Jedna pamiętała to, druga tamto, a ja, że nawet filiżanki kawy nie wypiła, dopóki protokół nie był gotowy.

Salon błyszczy, już nie wiem co poprawić. Najważniejsze aktualne badania lekarskie mamy i narzędzia sterylizowane, bo autoklaw zakupiony u nas od samego początku ! I przychodzi poranek tego ważnego dnia. Drepczę po śniadanko i oprócz ciepłych bułeczek wpada mi w oko Brownie, ciasto w proszku. Mam jeszcze 2 godziny do wyjazdu do pracy. W jednej sekundzie świta pomysł – „Nasza pani „niuchacz”kawę wypiję po wszystkim, to i może kawałek ciasta chętnie chapsnie”? No bo przecież trochę czasu jej to zajmie, a swoją drogą – „Gość w dom, Bóg w dom”. Jakikolwiek by ten gość nie był. Taki krokodyl z sanepidu też. Kupuję gotową mieszankę pierwszy raz w życiu. Nigdy nie piekłam  ciasta z torebki. W pewien sposób było to dziewicze pieczenie.

No i biegnę do domu, wpadam do kuchni. Forma silikonowa przygotowana, piekarnik nagrzany i zaczynam czytanie przepisu, co z czym połączyć. Na początku każą rozpuścić margarynę (masło biorę) i ostudzić, będzie potrzebne do polewy na sam koniec. W pudełku znajduję dwie torebki. Mała, biały kolor i duża srebrna. Ale, co czym jest nie wiem, na kartonie pisze, że zawiera 2 torebki: z ciastem i z polewą. Otwieram je. Obie zawierają kakaowy proszek. Z lodówki wyjmuję 3 jaja. Chlup do miski, do tego 3/4 szk. oleju i jedna z tych torebeczek, ta z ciastem. Tak myślę, skoro większa.  Mieszam 4 minuty, jak każą, przelewam do formy i wstawiam do piekarnika, bo polewę w mniejszej torebce mam wymieszać z masłem  i polać pod koniec pieczenia. Ujmuję tę torebkę, a tam małymi literkami napisane – „ciasto”. O matko, wymieszałam czekoladową polewę!!  I co teraz, chyba bez wkładu zwanego ciastem nie uda się, no bo ni mąki, ni spulchniacza tam nie ma.Wyjmuję z piekarnika, bo dopiero co włożyłam i trudno namieszam, przecież nie wyrzucę. Coś zawsze wyjdzie z tego. Biorę miskę wsypuję proszek, zwany ciastem, wlewam chlust mleka, oleju, 1 jajo  i miksuję. Tę masę dolewam do istniejącej już w formie polewy. Delikatnie mieszam je. Wstawiam na pół godziny, bo tak pisali. Teraz mam nakłuć widelcem i powinnam polać polewą, której nie mam. Więc do tego rozpuszczonego masła wrzucam dobrą gorzką czekoladę, 2 łyżki miodu, mieszam i polewam ciasto. Piekę jeszcze ok.10 minut. Przekładam ciasto  do pudełka plastikowego. Na studzenie nie było już czasu. Próbuję kawałeczek. O matko, co za wilgotna czekoladowa pycha napełniła moją buzię! Boskie, myślę. Oby, nie zmieniło się, jak dowiozę.

    I wiecie co? Sanepid wypisał nam bardo dobrą opinie, bez zasługi mego namieszanego ciasta. Protokół bez uwag, bo to solidnie urządzony salon. A kawę i ciasteczko zwane odtąd- „Sanepid”, wzięła do ust przed pożegnaniem się. Podziękowała i poszła. Swoją drogą żaden krokodyl z niej, miła pani. Może są takie, kiedy wszystko jest po ich myśli.

Dziewczyny rzuciły się na mnie z prośbą o przepis na cud – ciasto czekoladowe. No naprawdę nigdy nie widziałam takiego zaangażowania w chwaleniu mnie. Rozpływały się w zachwytach. Nawet jedna z nich, która nigdy nie piecze, bo mówi, że szkoda czasu i kupuje gotowe w cukierni, tym razem poprosiła -„Basiu, dasz mi przepis? Tylko proszę napisz go najjaśniej jak się da, bo w pieczeniu niekumata jestem kompletnie”.  Najjaśniej! No ładnie!

Może i wy kupcie sobie ciasto Delecty Brownie (za 5 zł).  Do tego musicie mieć 4 jaja, 3/4 szklanki oleju, 1/3 masła lub Kasi. Ja już kupiłam kolejne i tym razem upiekę nie myląc torebek ciasta i polewy. Zobaczymy, które lepsze. Moje namieszane, czy ich rozsądnie ułożone. Czasem bałagan jest twórczy.

Miłego dnia kochani, ja biegnę masować. Dziś i jutro całkowicie zapakowany czas masażami. W piątki i soboty wracam nosem po ziemi. Cóż, przynajmniej czuję się potrzebna.

Daruję Ci..

Zbliżają się święta. Czas, także obdarowywania.  Co kupić, aby prezent sprawił radość? Często prostym zadaniem to nie jest. Ładnie pisze o tym blogerka kodMAMA.

https://kodmama.com/

Młodzież najchętniej chciałaby kasę. Dzieci zabawki, a my dorośli różnie. Myślę, że miło jest dostać coś osobistego, a nie patelnię, czy młotek. Chyba, że ktoś marzy o pile elektrycznej, czy szybkowarze, który pomoże w pasjach. Są i tacy, którzy nie przykładają do tego wagi, ani do obdarowywania ani do otrzymywania. Kupią skarpetki, albo dezodorant i mają z głowy. Sami też nie czekają na Bóg wie co. Jeszcze inni kupują coś przy czym sami korzystają, np. żona mężowi dwa bilety do opery. On nie lubi, nudzi go, ona uwielbia. Fajnie jest, kiedy włożymy w prezent nasze staranie, myślenie o tej drugiej osobie, niekoniecznie duże pieniądze. To moje zdanie i rozumiem, że nie każdy je podziela.

Ja czasem robię dla gości naszej wspólnej wieczerzy, własnoręcznie wykonaną zaprawę, np. oliwę smakową lub konfiturę wyjątkową, bo z płatków róży, czy mojej roboty kartę z kuponami na kilka darów, np.: masaż, wspólne wyjście do kina, kolacja przy świecach.. (ja funduję). Sama uwielbiam perfumy, jestem węchowcem, jeśli tak to można ująć. Każde ucieszą mnie, niekoniecznie drogie.

Kiedyś na wigilii pracowniczej wypowiadaliśmy się na temat dziwnych, czy nietrafionych prezentów. Szybkie skupienie i mam. Było to ze dwadzieścia lat temu. Szkoły biednymi były, wciąż na coś brakowało. Mi magnetofonu w mojej klasie. Zgłosiłam to i czekałam w kolejce. Czekałam, czekałam.. . Nieraz wspominałam o tym w domu, że trudno było mi przeprowadzić niejedną lekcję bez użycia tego sprzętu. I przyszedł czas wigilii. Pod choinką leżą skromne paczuszki, a dla mamy od Mikołaja duża. Owinięta w szary papier pakowy. Nie wiem skąd mi przyszło do głowy podnosząc prezent, iż to magnetofon. Może, że ciężki. Rozwijam taka podekscytowana, a tu kilka słoiczków, chyba z 8,  konfitury śliwkowej, Łowicz. Mąż ją bardzo lubił. A magnetofon kupiłam z pieniędzy aukcji klasowej. Zafascynowałam się malowaniem kosmosu za pomocą farb w sprayu i pokrywek. Widziałam, jak to robił artysta na Długim Targu, czy nad Motławą w Gdańsku. Zrobiłam swoje dzieła. A dzieciaczki z klasy swoje innego rodzaju  i przy okazji Jasełek  zorganizowaliśmy sprzedaż naszych arcydzieł. Poszły, jak świeże bułeczki. Każde dziecko chciało mieć obraz swojej kochanej pani. Magnetofon miałam. Po około miesiącu drugi dany na wyposażenie sali. Mój mniejszy przenośny zabierałam na hol, kiedy naszła nas chętka potańczenia walczyka, trojaka.. jakże one pięknie, żywiołowo tańczyły.

Może warto kierować się myślą, że prezenty wybieramy zgodnie z upodobaniami osoby obdarowywanej, a nie w oparciu o to, co podoba się nam. Już niedługo Mikołajki, nie zapomnijcie wyczyścić butów.

A pamiętacie Klausa, który w prezencie dał mi kwiaty – wiązankę pogrzebową z napisem „Ostatnie pożegnanie” i ozory wieprzowe w galarecie (wpis z dnia -22.02 „Ach ten Klaus. Uważajcie na prezenty”).  Proszę podzielcie się z nami swoimi wyjątkowymi darami

PS U mnie szykuje się kolejna Wigilia międzynarodowa. Już zgłosili chęć uczestniczenia w naszej wieczerzy: dwóch Hindusów, jeden Peruwiańczyk, i młoda Turczynka, no i oczywiście Egipcjanin, miłość młodszej córki. Kto nie pamięta o czym mowa, po co ja to robię, czyli zbieram ludzi różnej wiary przy jednym stole w domu chrześcijańskim, to proszę poczytać wpis z 27 lutego „Polska Wigilia, nie z obrazka”. Cieszę się i szykuję prezenty, śpiewnik kolęd i logistykę przygotowywania potraw.

Jeszcze jedno, chyba odważę się i poproszę o kontakt osobę ze Stanów, która tak pięknie systematycznie czyta mnie. Proszę napisz do mnie na maila        barbra2601@wp.pl

Będzie mi  bardzo miło poznać Ciebie. Choć już jest, bo mogę zawsze liczyć na Ciebie, że przeczytasz moją pisaninę. Pozdrawiam. Basia

Kochani życzę Wam radości z tych świąt. Aby każdy mógł usiąść z bliską, miłą sercu osobą przy jednym stole. I może warto pomyśleć o przebaczeniu. Może już czas!

Czasem wydaje się to niemożliwym. Wszystko jest możliwe, póki żyjemy. Zróbmy to także dla siebie. Pisze o tym, bo w moim domu jest taka sytuacja i bardzo, bardzo boli. Do żywego. Czekam, kiedy sobie przebaczą. Modlę się o to. Mijają lata.. Takie jest moje życzenie, pod choinkę.

Pasztet z żurawiną

Sprawcie go sobie koniecznie na święta, oczywiście jak czas pozwoli. Ostatnio dużo piszą o szkodliwości nawet  kilku plasterków dziennie wędliny wędzonej, szyneczki „kupnej”. Choróbsko prawie gotowe na późniejsze lata. To może warto pokusić się o zrobienie swojego „wkładu” do kanapek. To wersja chudego pasztetu, bez boczku, słoniny, z mniejszą ilością wątróbki. Ja nie jestem fanem pasztetów, ale czasem chętnie zjem kawałeczek, tylko swojego wyrobu i nietłustego, nie za mocno wątróbkowego. Może i Wam posmakuje.

                                

Składniki: 80 dag karkówki, 1 kg udek z kurczaka lub indyka, 30 dag mięsa świeżego mielonego np. z łopatki, 50 dag wątróbki drobiowej, pół pora biała część, 1 cebula, marchew 1 duża, 10 dag żurawiny suszonej, garstka suszu grzybowego, 4 jaja, przyprawy: po łyżeczce soli, pieprzu zielonego w ziarnkach, kuminu rzymskiego niemielonego, płatków chili, pół łyżeczki gałki muszkatołowej.

Tylko karkówkę kroję na mniejsze kawałki i rumienie na oleju. To samo robię z udkami i wątróbką. Mięso (bez wątróbki) zalewam gorącą wodą, dodaję marchew, por, cebulę, sole i gotuję. Po ugotowaniu i ostudzeniu mielę przez maszynkę do mięsa, wraz z cebulą, marchewką i porem oraz wątróbką. Z udek zdejmuję skórę i odrzucam kości. Do masy dodaję te 30 dag mięsa świeżego z łopatki, 4 żółtka, grzybki suszone zgniecione w dłoni, żurawinę i przyprawy. Mieszam starannie. Na koniec ubijam białka i delikatnie łączę z całością. Dwie foremki keksówki (już mam wypróbowane i plastry są wtedy mniejsze, bardziej zachęcające dla mnie do jedzenia). Smaruje masłem i posypuję bułeczką tartą. Wykładam masę, a wierzch lubię obłożyć krążkami cebuli czosnkowej ( ale nie koniecznie). Nakrywam folią i piekę. Najpierw  ok.kwadransa w temperaturze 200 stopni, a następnie około 50 minut w 180 stopniach. Pod koniec pieczenia zdejmuje folię, aby zrumienił się na wierzchu. Ostudzony wykładam z formy, kroję sute plastry i zajadam (pół!). Polecam tym, którzy nie przepadają za pasztetówkami, ten pasztet jest bardziej zwarty niż mazisty, a zarazem delikatny. I ten przebijający się zapach kuminu, no pycha! Kto nie lubi tej przyprawy, oczywiście niech nie sypie. A jeszcze wspomnę o chili, ja jestem fanką płatków tej ostrej przyprawy i mam jej kilogramowe woreczki, dlatego prawie wszędzie dodaję, wy nie musicie, tam jest żurawina, a ona zachęca do łagodnego smaku.  Tylko Baśka wścieklica chce pikantności.  Powodzenia w tworzeniu swego pasztetu. Możecie zrobić go tylko z mięsa drobiowego z wątróbką drobiową, dla tych, co nie jedzą wieprzowiny.

Wróciłam. Było apetycznie!!

Obiecuję, następnym wpisem nie będzie przepis kulinarny.

Masełko czosnkowe. Gotowanie.., z fajnym facetem

Ach ta Basia, jak nie smalec, to masełko. Chce nas za tuczyć? Nie. Wszystkiego w życiu próbujmy z umiarem. Wiem, że czosnek ma specyficzny zapach i objadanie się nim przed pracą, czy spotkaniem nie jest wskazane, ale w masełku, gdzie często też mamy natkę pietruszki jest zdecydowanie lżejszym kalibrem. Czasami macie dość tych samych śniadań, kolacji. A to płatki, jajecznica, czy wędlina. Wtedy z pomocą przyjdzie masełko czosnkowe i pachnący, dojrzały pomidorek. Cóż więcej trzeba. No może gorącej herbatki z cytryną imbirem i miodem. To było dziś moje pożywienie o poranku. Ale równie dobrze można masełko wykorzystać do przygotowania późnego obiadu, czy kolacji. Ugotować kilka ziemniaczków w mundurkach. Takie gorące obierać kolejno ze skórki, przekrawać na pół lub łódeczki i smarować masełkiem. Ono jest słone, to ziemniaka można już nie solić. I od razu zajadać z apetytem. Sprawdza się także jako dodatek do pure. Tłukąc ugotowane ziemniaczki warto dodać po 2 łyżki śmietany i naszego masła ziołowego.

Jak robię masełko czosnkowe? Prosto. Wcześniej wyjmuję kostkę masła z lodówki, przekładam do miseczki i kiedy zmięknie solę, dodaję przeciśnięte 2-3 ząbki czosnku, ugniatam widelcem i gotowe. Przekładam do zamykanego pojemniczka.

Możecie dodać np.natkę pietruszki, czy drobniutko pokrojony koperek, może świeży tymianek, płatki chili.. . Stwórzcie swoje ulubione masło. Ja lubię podstawową wersję.

Można je wykorzystywać w tworzeniu potraw, np.idealnie pasuje do usmażonej ryby. Na taką gorącą, jeszcze na patelni kładziemy kawałek naszego masełka. Rybka nabierze charakteru. Chrupiący dorsz przesiąknięty czosneczkiem w maślanej pierzynce. No pycha!!

Jeszcze na mnie nie krzyczycie, że wpadłam w wir pichcenia, a gdzie Baśka w pończoszkach? Póki co szykuję się na spotkanie, na którym mamy coś wspólnie ugotować. Chyba to będzie kurczak w sosie sojowym z ananasem i makaronem ryżowym. Co Wy na to? Na to menu? Dziwne, ale jednak można spotkać całkiem fajnego faceta. To był ten czas, kiedy za dnia wrzuciłam post, o tym, że jeszcze chciałabym zaznać wspólnego pichcenia z ciekawym facetem. A wieczorem kończąc nasze pierwsze spotkanie umawiamy się na wspólne gotowanie. I to była jego propozycja. Myślę, o matko, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki! Mówisz i masz. Myślisz, piszesz o tym, a wieczorem zapowiedź spełnienia. Aż strach pomarzyć, bo może się spełnić. Napiszę, jak nam wyszło, to wspólne gotowanie. A mężczyzna, no cóż słuchałam go z zainteresowaniem. A myślałam , że wyginęli i tacy luzem nie chodzą. A ten jest i chodzi!! Świat jednak potrafi mile zaskoczyć. No nie rozpędzajmy się.. Obiecuję, dam znać, samą mnie to ciekawi. Może zmienię zdanie o męskiej linii. 

Kochani, wiecie czego Wam życzę? Aby i Was tak mile i w ekspresowym tempie zaskakiwało życie, a marzenia spełniają za pstryknięciem palców. Trzeba uważać, jakie kiełkują w głowie, sercu, czy na pewno tego pragniesz? Marzenia mogą się zdezaktualizować. To, co było młodzieńczym pragnieniem, nie koniecznie jest w życiu dojrzałym.

Jedno z moich spełni się wkrótce, napiszę jak smakowało.