„Dzieli nas tylko czas” – koniec życia, na blogu też

Witajcie kochani, nazywam się Basia.. i jestem żoną Romualda. Dziękuję, że przyszliście pożegnać tego dobrego człowieka.
O Romku można by mówić dużo i wiele dobrych rzeczy. Zapewne każdy z Was ma takie wspomnienia. 

Chcę opowiedzieć Wam kilka „okruszków” z naszego życia.

Kiedy poznaliśmy się 15 lat temu, Romek po krótkim czasie powiedział do mnie tak: -„Basiu, był czas, że w pewien sposób znalazłem się na bocznych torach życia. Jak stary, zniszczony miś. I wtedy zjawiłaś się Ty. Podeszłaś, podniosłaś mnie, otrzepałaś i powiedziałaś:
-„Jeszcze się nada!!!”
I powiem Wam kochani, że nadał się, jak żaden inny chłop.

Łagodny, troskliwy, uczciwy, życzliwy, zawsze wszystkim pomocny!! Z błyskotliwym poczuciem humoru, choć czasami trzeba się było chwilę zastanowić, aby zaskoczyć.  Lubił się śmiać, żartować.
To czego będzie mi brakowało najbardziej, to wymiany myśli przy śniadaniach i kolacjach. Naszych rozmów o polityce, historii, literaturze, muzyce, o tym co wkoło nas.

  To wielkie szczęście umieć ze sobą rozmawiać.

Te rozmowy budowały nas, rozwijały i scalały. Był moim przyjacielem i w pewien sposób nauczycielem. Miał ogromną wiedzę i chętnie dzielił się nią. Ale nigdy nie zawstydzał rozmówcy, że czegoś nie wie. Przy nim w rozmowie nie czułam się gorsza, czy głupsza. On był wielkim człowiekiem i nie potrzebował wywyższania siebie.  Kiedy zobaczył, że dany temat zainteresował mnie, natychmiast ożywiał się i pokazywał wszystkie jego aspekty. Wy- jego uczniowie mieliście go tylko na lekcjach, ja na co dzień. Jednako mieliśmy szczęście słuchać go!!

„OSTATNI PORANEK – 17 listopada”

Chcę, abyście wiedzieli o nim.

Wstaliśmy, jak to emeryci bez obowiązków, czyli bez pośpiechu. Obudziłam się taka pogodna, a słońce zaglądało do okien, choć był to listopad. Czułam radość i ciepło. Pełna skowronków w sercu, zaproponowałam śniadanie i kawę. Ale zanim wstałam nastawić wodę, Romuald podszedł do mnie i uroczyści ujął moją dłoń. Ucałował, elegancko, z wielkim szacunkiem, jak to tylko on robił. Popatrzył mi w oczy i przeprosił, za jakieś gafy, które kiedyś uczynił, a przecież nie chciał i podziękował za to, że jestem i opiekuję się nim w chorobie. Zawsze rozczulał mnie swoją dobrocią. Przytuliłam go, poklepałam po pleckach, ucałowałam i powiedziałam, że wszystko było i jest dobrze, tylko musimy przetrwać ten trudny czas choroby.
I tacy uśmiechnięci zaczęliśmy dyskusję na najróżniejsze tematy. Miał apetyt, czuł się silny. Nic nie zapowiadało jego rychłego odejścia.

Pierwsze omówiliśmy temat naszej działki warzywnej. Znał się na uprawie winogron i robił z nich najpyszniejsze wino.  Słyszał nieraz o moim życzliwym podejściu do roślin ruderalnych i teraz kiedy jest słabszy zaproponował, abyśmy założyli kwietną łąkę i pozwolili żyć tak samo pokrzywie, jak i róży. Przyklasnęłam temu pomysłowi i zrealizujemy go wraz z córką dla Romualda.

Poruszyliśmy temat koloru ścian w jego pokoju. Poprosił o podpowiedź, nie chciał szarego. Śmiejąc się obiecałam, że nie będzie to wściekły różowy. Jego kochanymi kolorami był rudy ( tu pokazuję moje włosy :-)) i butelkowy. Latem mieliśmy zrobić mały remont w pokoju.

I przyszedł czas na ostatnio najmocniej zajmującą go sprawę- Letnie podróże!!! Marzył, że sprzeda samochód i kupi większy, abyśmy mieli tam spanie i kuchenkę do gotowania pomykając po europejskich drogach. Najpierw wspólnego podziwiania krajobrazów Rumunii. A z każdym rokiem innego miejsca.

I tak do południa siedzieliśmy sobie w piżamach i snuliśmy plany. Będzie mi brakowało tej zgody, tego spokoju, poczucia bezpieczeństwa, ciepła życiowego u boku Romka. Człowiek w pewnym wieku nie oczekuje rwącej rzeki tylko spokojnych strumieni wijących się wśród urokliwych krajobrazów.

Za ten najpiękniejszy poranek dziękuję Ci Romku. I Jezusowi, że na koniec dał nam taki czas!!!. Kochany Romku Zawsze będziemy razem. Zawsze!!

Teraz dzieli nas tylko czas.

Proszę na koniec pozwólcie mi przeczytać jeden z piękniejszych wierszy Romualda, napisał go dla mnie i jest o nas.

„Spotkanie na Piwnej”

„Kiedy szłaś do mnie, wtedy na Piwnej. Pragnąłem Ciebie takiej, nie innej.

W pokoju marzeń zbłąkanej duszy

Była dziewczyna, co się nie puszy

Szczera i skromna, miła, uczciwa

Dobry przyjaciel i nieleniwa

Wierna kochanka, wrąca, gorąca,

Tak gorejąca, jak kula Słońca..

Zakres przymiotów wcale niemały

Ale od czegóż są ideały?

Kiedy szłaś do mnie, wtedy na Piwnej. Pragnąłem Ciebie takiej, nie innej.

Choć rozum mówił, że niemożliwe,

Żeby ktoś taki istniał prawdziwie

Teraz wiesz wszystko, szły dwie osoby

Ciało poprawne – Dusza bez głowy

Na pozór kukła, człowiek spokojny

W środku podróżnik, żołnierz bez wojny.

Szukałem ciebie, ciebie szukałem

O twym istnieniu nic nie wiedziałem.

Choć przeczuwałem – wierzyłem w Ciebie.

I jestem z Tobą, mężczyzna w niebie

Kiedy szłaś do mnie, wtedy na Piwnej. Pragnąłem Ciebie takiej, nie innej”.  

PODZIĘKOWANIA
Na koniec pragnę podziękować Wszystkim, którzy pomagali mi i oferowali swoją pomoc. Bardzo dziękuję!! Konstancji, która od początku tej tragedii była ze mną we wszystkim. Za wsparcie psychiczne i najpiękniejsze słowa o miłości w rodzinie, które dostałam od Julii i Huberta. Bardzo dziękuję, potrzebowałam tego. Ogromnie dziękuję synom Romualda: Szymonowi i Radkowi, wzięli na siebie trud organizacji wszystkich spraw związanych z pożegnaniem taty. Za życzliwe słowa otuchy i chęć wszelkiej pomocy otrzymaną od rodzeństwa Romualda : Lucynki i Irka. Dziękuję Bożence, która zajęła się powiadamianiem pracowników obu zaprzyjaźnionych szkół i władz miasta. Dziękuję uczniom, byliście Romka radością, zawsze was bronił i pięknie myślał o młodych.

Dziękuję wszystkim tu zebranym.

To była moja mowa na pogrzebie żegnająca męża. Jest mi strasznie źle z tym, że nie wykorzystałam lepiej czasu danego nam razem. Człowiek jest głupi, myli uczucia. Mam na myśli siebie. Czepiałam się małych niedociągnięć. A przecież kwintesencja jest ważna. Żałuję...

Dziękuję Wam wszystkim, że byliście ze mną przez ten czas mojej pisaniny. Może jak wyciszę emocje, nauczę się żyć naprawdę sama, odezwę się. Teraz czasami otworzę komputer i tylko poczytam co u Was. Życzę każdemu z Was umiejętności dobrego przeżycia swojego czasu na Ziemi. Dokonujcie mądrych wyborów i nie naginajcie się do złych rzeczy nawet jak macie nóż na gardle, bo od siebie nie uciekniecie. Jako i ja!

Spieszmy się kochać ludzi..

Niby wyświechtane zdanie, taki stereotyp, a jednak prawdziwy.

.. Tak szybko odchodzą. Zmarł mój mąż. Jest mi bardzo źle bez niego. Nie wiedziałam..

Zacytuję słowa Konstancji, które może będzie miała siłę przeczytać na pogrzebie.

„Zawsze łagodny dowcipny i pomocny – takim go zapamiętam.

Romek był bardzo dobrym i mądrym człowiekiem. Wspierał mnie i Julię jakbyśmy były jego własnymi córkami. Zawsze był bardzo pomocny i nawet nie widział tego, że pomaga – dla niego to było zupełnie naturalne. Jak po kolei z Julią wyprowadzałyśmy się z domu, byłam spokojna, że mama zawsze ma Romka, że mają siebie nawzajem. Byli nietypowym małżeństwem, ale bardzo dobrym, bo opartym na zaufaniu, przyjaźni i poczuciu bezpieczeństwa. Romek był prawdziwym przyjacielem.

Romku mam nadzieję, że jeszcze pozwiedzasz świat tak jak planowałeś, tylko tam zza drugiej strony mostu. Wierzę, że kiedyś spotkamy się tam wszyscy przy mojej szarlotce i Twoim domowej roboty winie. Odpoczywaj i do zobaczenia”.

Kiedyś dawno, na początku naszej znajomości Romuald powiedział do mnie:

-„Basiu był czas, że znalazłem się w pewien sposób na śmietniku życia, jak stary zniszczony miś. Podniosłaś mnie, otrzepałaś i powiedziałaś: – „Jeszcze się nada”

Kochani i nadał się, jak żaden inny chłop!!

Dziękuję Romku. Nikt już tak pięknie, elegancko i staroświecko nie całuje w dłoń, jak Ty. Zawsze zostaniesz w moim sercu, jako przyjaciel.

Ile w tym prawdy?

Dostałam od męża w prezencie na bloga (lubi kiedy piszę dla Was) trochę prześmiewczy tekst o wzajemnych potrzebach płci, (trochę zmieniłam) i czytając szczerze uśmiechałam. Na pewno wiele w tym prawdy, ale czy rzeczywiście chłop oczekuje od nas kobiet zaspokojenia tylko tych dwóch potrzeb? Zapewne lista takowa też byłaby długa.

Panowie podobno uszczęśliwienie kobiety jest bardzo proste:

Należy tylko być jej:

Przyjacielem, partnerem, kochankiem, tragarzem, kucharzem, stolarzem, mechanikiem, elektrykiem.. i najlepszym ojcem waszych dzieci.

Ważne są też inne cechy. Należy być:

Sympatycznym i wyrozumiałym. Stałym i wiernym. Ciepłym, namiętnym (to drugie z umiarem dla niektórych kobiet). Gotowym do poświęceń. Wysportowanym i silnym, ale inteligentnym. Kulturalnym, ale twardym, ale łagodnym. Czułym, ale zdecydowanym. Romantycznym, ale męskim. Dowcipnym i wesołym, ale poważnym i dystyngowanym. Odważnym, ale misiem. Energicznym, kreatywnym, zapobiegawczym, zdolnym, ale skromnym i opanowanym. Eleganckim, szarmanckim, ale stanowczym. Tolerancyjnym, ale zasadniczym w wielu kwestiach. Honorowym, szlachetnym, ale praktycznym. Praworządnym, ale gotowym dla niej zrobić wszystko. Rozmarzonym, ale ambitnym. Godnym zaufania, szacunku i przede wszystkim wypłacalnym!

Jednocześnie należy uważać na to, aby:

Nie był zazdrosny, ale stale zainteresowany. Wierzył w nią i wspierał każde działanie. Dobrze rozumiał się ze swoją rodziną, ale nie poświęcał jej zbyt wiele czasu, na pewno nie więcej niż jej. Pozostawiał kobiecie swobodę, ale okazywał troskę, opiekę. Ubierał się w garnitur, ale był gotów przenosić ją na rękach w błocie po kolana (mile widziane nenufary 🙂

Ważne, aby nie zapominać:

O jej urodzinach, imieninach, rocznicy ślubu, poznania się, pierwszego pocałunku, daty narodzin dzieci..

Niestety nawet najbardziej doskonałe wykonanie powyższych zaleceń nie gwarantuje pełnego sukcesu. Kobieta mogłaby czuć się zmęczona życiem z ideałem i przytłoczona w pewien sposób jego nieskazitelnością, albowiem nie łatwo żyć ze świętym. I mogłaby uciec z pierwszym lepszym menelem z gitarą.

Natomiast uszczęśliwić mężczyznę jest zadaniem daleko trudniejszym, ponieważ ten potrzebuje tylko: SEKSU i JEDZENIA! Większość kobiet jest oczywiście tak wygórowanymi męskimi potrzebami mocno przeciążona.

Wniosek:

Harmonijne współżycie można łatwo osiągnąć pod warunkiem, że mężczyźni pohamują swoją roszczeniową postawę i solidnie przyłożą się do zaspokojenia potrzeb partnerek. Panowie do dzieła!! Panie nie bądźcie dłużne, a życie już jaśniejszym jest.

Taka Kasia jest radością

I przywraca wiarę w to co jeszcze robię, daj radość z masowania ludzi.

To była sobota. Miałam tylko jeden masaż. Ten nowy -„U stóp gejszy”. Człowiek normalny, nie zmieniający toru masażu. Już się cieszę, że może być tak fajnie nawet na masażu, który rozbudza zaciekawienie, kiedy wbijam kolana pod łopatki, by za chwilę sunąć stopę po naoliwionym ciele, zaczynając od dołeczków Wenus, prostowników, zjeżdżając na pośladki, uda i łydki. A wszystko to z jednego wykroku, trzymając się chusty umocowanej na haku do sufitu.

Wychodzę z masażu i pytam, czy mogę się już przebrać. -Tak, ale za dwie godziny masz masaż sportowy. Zamówiła go sobie klientka u naszego masażysty Andrzeja. Ale on w soboty ma szkolenia, więc recepcjonistka dzwoni do pani i pyta czy może być Basia. Zaakceptowane, więc myślę – W porządku, bo gorzej jakbyśmy ją zaskoczyli tuż przed masażem i mogłoby być niezręcznie, bo może ona liczyła na silny męski uścisk, a tu mała szczupła babka. Ten, kto już nas trochę zna wie, że Andrzej łagodnie ciepło sunie dłonie i nie lubi mocnych masaży w przeciwieństwie do mnie, kiedy to nawet w „Siódmym Niebie” mocno gniotę prostowniki, zginając nogę w kolanie, trzymając stopę między nogami, a drugą przy biodrze na podłożu i siłą całego swego ciężaru masuję plecy, by później w pozycji klęczącej „rolować” przedramionami prostowniki zaczynając u podnóża kręgosłupa, a kończąc w okolicach kręgów szyjnych.

Pani Kasia jak tylko weszła do salonu, wniosła dobrą energię. To skromny w zachowaniu, miły i mądry człowiek. Na początku trochę rozmawiałyśmy i zauważyłam, że ta kobieta dobrze prawi. Naprawdę miło słuchało się jej. Zgadzałam się z trafnymi opiniami, dobrymi porównaniami i życiową mądrość tej kobiety łatwo było dostrzec. Zajęłam się ciałem tej pani najlepiej, jak potrafiłam. Czułam ją jakby była moją córką. Umówiłyśmy się na masaż następnego dnia, choć była to niedziela chętnie dla tej pani przyjechałam. Jak dobrze, że u mnie w gabinecie masażu bywa też fajnie i normalnie, a nawet przemiło. Na szczęście nie tylko „Romanów” spotykam!!

Dziękuję pani Kasiu. Zawsze, kiedy będzie pani w Gdańsku zapraszam na mocny masaż pleców.

Kolejny powód do cieszenia, to Kostek.

Ten chłopak napawa mnie radością każdego dnia. Uwielbiam, jak sprytnie wślizguję się pod kołdrę i szuka nogi do czułego podrapania. No z tym czułym to przesadzam! Czasem nawet krwawię. Godzinami bawi się, bo to dzieciaczek, godzinami śpi wtulony i słodko mruczy. Ach, jak mi dobrze!! Polecam takiego Kosteczka na każdą depresję. Powinien być przepisywany na receptę.

Dzięki Konstantemu zachciał mi się żyć.

A jak jesteśmy radośni, to planujemy zmiany, chociażby w wystroju swego pokoju. Sprzedałam to wielkie, jak na mój pokój łóżko i kupiłam sofę. Jeszcze zdjęcie tapety i malowanie ścian na tropikalną zieleń (Dulux). Do miodowej sofy chyba będzie pięknie a na pewno wyraziście :-))) No i dwie pozostałe są w kolorze lodów waniliowych z waniliową cegłą i dobór tej szarej tapety ze srebrną nitką nie był dobrze przemyślany. Choć może trochę pasuje do narzuty i dywanu. Ale jutro malowanie i już! Do tego stary po babciny zegar już ponad 100 letni zajmie godne miejsce w tym pokoju a nie na korytarzu przy mopie. Renowacja 1200 zł i czas oczekiwania na wykonanie pracy około pół roku. Niewielu zegarmistrzów zostało, co chcą naprawiać starocie, woleliby wymieniać baterie, tak ze smutkiem rzekł stary zegarmistrz. Ubolewał, że polikwidowano wiele dobrych szkół zawodowych i teraz zegarmistrza, czy kominiarza jak na lekarstwo.

Życzę Wam wielu powodów do małego i wielkiego radowania.

Pora przedstawić go – „Kostek”

To było dokładnie dwa tygodnie temu. Piękny słoneczny poniedziałek. Wzięłam wolny dzień z pracy i pojechałyśmy na wieś na Kaszuby. Jest tam stary, bardzo stary rodzinny dom taty Konstancji. Zawiozłyśmy różne klamoty, których Koncia nie chciała się pozbywać na zawsze, tylko przechować. Pomyślałam, że dobrze byłoby odświeżyć pokój po powrocie mojej córci z Wójtówki. Kobiety od razu są szczęśliwsze, jak mają nowy kolor ścian, kanapę, zasłonki czy lampę. A wszystko pasujące do siebie. Ale wszelakie chcenia, zachciewajki i pragnienia przychodzą nam wtedy, kiedy nie przeżywamy żadnej tragedii, złego czasu, nieszczęścia.

Wjeżdżamy do wsi, na kopce jasnego piaseczku siedzi mały zwinięty koteczek. Taki przycupnięty, jak w pozycji bólowej, bo brzuszek nie dotyka piasku tylko przednie łapki przytrzymują go. Widzę, ale nic nie mówię, Koncia natomiast z rozrzewnieniem pochwaliła maluszka. Pojechałyśmy jeszcze kilka metrów i po drugiej stronie ulicy „nasz” domek. Rozpakowałyśmy co potrzeba, podchodzimy do samochodu, a tu z daleka pędzi to maleństwo.

Schyliłam się i wskoczył na ręce. Maleńki kilku tygodniowy Okruszek. Tulił się pięknie, ale ja jakaś sztywna byłam. Ciało mówiło- to zdrada Kleosia. Nie jesteś gotowa na miłość. Bronisz się odruchowo, bo strach że znowu możesz pokochać bez granic i cierpieć po stracie zniewala cię. Nie! Nie mogę!

Oddałam go na ręce Konci. A ja porozmawiałam z dawno nie widzianą sąsiadką, która szybko pojęła co się kroi i głośno oznajmiła, że to kilkudniowa znajda z innej wsi bez mamy i rodzeństwa. A u nich każdy ma już swoje zwierzaki i dobrze byłoby abyśmy go zabrały, bo nie przeżyje zimy. Myślę, no nie. To nie Kleoś nie mogę go wziąć, ale ten pcha się pod szyję, we włosy i tak głośno mruczy ze szczęścia, że Warszawa go słyszy. Koncia pyta -„Mamo i co my teraz zrobimy”? Odpowiedź moja była błyskawiczna, -„No co zrobimy? Zabierzemy, przecież nie zostawimy go, jak on tu na nas czekał .”

Miał być Konci, bo ona ma prowadzić dom tymczasowy dla kotków, ale u niej remont więc Kostek (takie imię dała mu Konstancja) od razu pojechał do swojej babci Basi i jest już 2 tygodnie. Po pierwszym tygodniu oznajmiłam, że jakby Kostusia chciała oddać do adopcji, to ja zabieram go sobie. A po dwóch tygodniach otworzyłam szeroko serce i kocham Kostka. Jest wdzięcznym, uroczym 6 tygodniowym checnikiem. Znowu za sprawą kotka odzyskuję radość istnienia. Zachciało mi się nawet remontu pokoju mojego. Jak marzymy, chcemy czegoś to dobry znak . Żyjemy.

Cóż ale nie mogę całkowicie pozbawić Konci tego szczęścia bo ona też ostatnio miała wiele strat. Kleoś i koty, pieski, krowy z Wójtówki, musiała opuścić, a przecież oddała im serce a one jej. Więc obie jesteśmy mamami dla Kostka. Szczęśliwy kotek. Już nigdy nie będzie głodny i opuszczony. Teraz patrzę na niego, śpi na mojej podusi. Dom bez kotka był zimny, jakby bez duszy. Teraz przyśpieszonym krokiem wracam do domu, pragnąc zobaczyć co mój zwinny szczupaczek czyni ( wisi na firance, wspina po tapecie..:-).

Pierwszego dnia jak go przywiozłyśmy zabrałyśmy do weterynarza. Zarobaczony, biegunka, wszoły i pchły. Ale jest na to rada, ma opiekę dobrego weterynarza i dziwne zupełnie nie boi się chodzić do lecznicy. Był już 3 razy. Teraz dostał antybiotyk. Na wszystko się zgadza, połyka leki i nie piśnie przy zastrzyku. Jestem pewna swojej miłości do tej bezbronnej małej istotki i w większości będzie u mnie, ale nie pozbawię Konci tego szczęścia. Więc czasami będę miała wolne. Może jeden tydzień w miesiącu. On tuli się jednako czule do każdej z nas :-)))

Kochani z całego serca życzę Wam miłości, ona naprawdę uskrzydla, znowu chcecie żyć.

Kiedy Kleoś namilejszy mój odchodził, gdzieś tam rodził się Kostek, może zgadali się i .. . Dziękuję Konstantemu, że przybiegł do nas, że nie chciał zejść z rąk, że nie dawał za wygraną i po swojemu prosił „Zabierz mnie do domu i do serca”

Oszacować zyski i straty

Nie jest jednoznacznym i prostym. Zyski, jak i straty zawsze są przy każdych rozwodach. Trzeba pomyśleć, co jest dla nas lepszym, mimo wszystko, albo raczej mimo to!

Gdy kupujesz nowy efektowny samochód i kolega pyta, czy to ci się opłaca, mówisz. To inwestycja w moje bezpieczeństwo, kontrahenci lepiej na mnie patrzą, żona zadowolona, mniej burczy, że musiała starym po rodzicach autem jeździć. Mam poczucie, że jestem kimś. Nawet paszportu i bagażnika na granicy tak nie przeglądają. I myślę, że to mi się ostatecznie opłaca, nawet gdy za pięć lat będę czuł gorycz straty, gdy go będę sprzedawał. Tak rozumiem Unię i wiem, że nie da się obiektywnie obliczyć zysków i strat, bo są jeszcze niepoliczalne kwestie- nie wiem, jak banki by nas traktowały, a może Chiny by weszły, a może Rosja… itd. Co z naszymi dziećmi, które pracują za granicami Ojczyzny i tam się z nimi, jako członkami Unii liczą. Wiele ułatwień w funkcjonowaniu na obczyźnie wynika właśnie z bycia członkiem. Nie da się uwzględnić wszystkich zysków i strat.

Liczę na jedno. Jesteśmy wielką montownią dla Niemców i innych krajów Unii. Będą o nas walczyć, a przynajmniej nie pozbędą się tak łatwo. Gdyby nie to, dawno by nas wykopali, ale patrzą co dzieje się w Brytanii po rozwodzie z Unią i wyciągają wnioski.

Ojczyzna do góry nogami

Obca u siebie! Nie wiem, czy u siebie? Ale tu się urodziłam, wychowałam, przyjęłam tak jak większości Polaków wyznawaną wiarę. Wyszłam za mąż za Polaka, urodziłam troje dzieci, pracowałam i zestarzałam. Żyłam w komunizmie, ale za mojego życia nigdy w Polsce nie było tak źle politycznie, jak obecnie. Stoję w kolejce i słyszę, jak mężczyzna około 40 tki, schludnie ubrany z grubym łańcuchem na szyi i złotym krzyżem z ukrzyżowanym Jezusem przekazuje swoje „mądrości” takim głosem, aby wszyscy słyszeli – „..A uchodźcom, obić mordy i pogonić z powrotem. I nie robić afery, że ich dzieci cierpią, to przecież muzułmanie, niech umierają. Jeszcze tę zarazę gejowską i zoo.. coś tam sprowadzą”. Boże myślę, z takim nawet nie warto dyskutować, a krzyż z Jezusem jak wsiał tak wisi. I po co?

Wchodzę na masaż. Młoda dziewczyna opowiada, jak jej wujek starszy pan zmarł i że wirusa opracowano, aby wybił stare słabe jednostki. – I dobrze, za dużo nas jest! Mówię -„Naprawdę tak pani myśli?” -„A co pani nie wie, że to wielkie koncerny zmówiły się, wyhodowały wirusa, wypuściły na świat. I całe szczęście, bo dla moich dzieci może by kiedy wody zabrakło, a tak wszystkie kaleki i starych ten wirus zabije”. Przysłuchuję się Polakom i myślę niby człowiek jak człowiek, a jednak..

Kiedyś i my będziemy uchodźcami. Ja już nie buduję życia, chcę tylko spokojnie dożyć, ale gdybym była młoda rozejrzałabym się po świecie.

Teraz jestem starsza, a jednak biorę pod uwagę możliwość szukania innego kawałka nieba. Jakby sprzedać to mieszkanie i wyjechać? Tylko, gdzie się zadomowić? Jedni mówią, Chorwacja, jak Makłowicz. Inni Grecję chwalą. Małe miejscowości pełne słonka i spokoju. Są tacy, co Kanadę proponują, bo politycznie mądra. No, ale daleko. A Kona mówi, że jeśli wyjechać to tylko Skandynawia wchodzi w grę. Ale za duży koszt emocjonalny. Zwłaszcza dla starszej osoby. Starych drzew się nie przesadza.

Cóż, na starość opieki zdrowotnej będę bardziej potrzebowała niż do tej pory. Czy jako obca dostanę ją i jaką? A może niepotrzebnie martwię się na zapas. Na pewno chciałabym mieszkać w małej miejscowości, z dala od większej cywilizacji. Ludzie pytają- a co Ty tam będziesz robić? Mówię dożywać resztek życia. Może gotować dobre jedzenie, zapraszać na masaże i poczęstunek. – A jak rozmawiać? Nie wiem. Powoli, uczyć się od nich, a oni ode mnie. Nigdy nie sądziłam, że ja strachoput życiowy pomyślę o zmianie miejsca żywota swego. Na razie tylko myślę. Oby nie było za późno, bo jak nas z Unii wykopią, to nie wiem, czy takiego burka będą inni chcieli.

Byłam kiedyś we Francji i na mapie zobaczyłam, że niedaleko jest Cluny. No być tak blisko i nie ujrzeć tak znaczącego historycznie opactwa, to jak być w Rzymie i nie widzieć papieża. Po drodze jeszcze zaliczyłam Tezee, miejsce spotkań młodych katolików. Wjeżdżam do Cluny, szukam najsłynniejszego klasztoru benedyktynów. Wzór wzorów. A tu małe miasteczko. Wzięłam ulotkę turystyczną i zrozumiałam – całe to miasteczko zbudowane jest na miejscu klasztoru, który został w czasie rewolucji zburzony przez lud. Wycięli kościół do kości. Francja w XVIII wieku stała się laicka, w salonach brylowali libertyni, a w podziemiach zamków zbierali masoni.. Tak rodziła się Europa jaką znamy – liberte, egalite, fraternite. I znieśli niewolnictwo. Przypomniał mi się list pasterski ks. Jankowskiego z okresu naszej akcesji (przystąpienia).

-Tylko nie do Unii, pisał. Gdy się przyłączymy, do naszej świętej, chrześcijańskiej polskiej ziemi przyjdzie zgnilizna moralna Zachodu, wejdą masoni, libertyni, zagrożą wierze i Kościołowi. Czyli przed 2004 rokiem każdy mógł dowiedzieć się do jakiej formacji wchodzimy. Ale może naród oślepiony był wizją dudków, dopłat. Zachował się jak kredytobiorca, który widząc finał wysiłków, podpisuje umowę nie czytając jej. I nagle – no nie, my do takiej unii nie wchodziliśmy.. . Mogły przeczytać gały do czego się zapisywały. Teraz płacz i wydziwianie. Albo plany informowania Unii, katolicyzowanie jej, plany powrotu do wspólnoty węgla i stali. Jakie to dziecinne. Jak się weszło między wrony, trzeba krakać, jak i ony. No można też zrobić drugie referendum i zobaczyć- może naród wybierze życie poza Unią, ale jak znowu powie Unii tak, to ruki precz i zmieniać naród nie Europę zachodnią, bo to donkiszoteria. To jakby mówić byłym niewolnikom, że bawełniane pola to był dobry pomysł na ich egzystencję. Europejczycy z Francji i Niemiec na to nie pójdą.

Weszliśmy do Europy laickiej, bez wojen, do której pchają się wszyscy – Rosjanie, muzułmanie, Afrykanie i niektórzy Brytyjczycy. Nie ma na świecie i nie było lepszego projektu kulturowego. Wiem, że ta Europa przeminie, nic nie jest wieczne, ale póki co należy chuchać i dmuchać, żeby trwała. Nie tylko PiS, ale i Konfederacja dokopuje Unii. Dla mnie to relikt minionych epok, jakiś archaiczny patriotyzm flagi, pieśni i dumy z naszych klęsk narodowych. I ta autarkia (samowystarczalność gospodarcza), jak byśmy byli Brytanią, która może sama sobie poradzić. Nie mamy kwalifikacji na mocarstwo, jesteśmy ciągle biednym krajem, któremu trafił się dobry los- zestaw wzorów, jak stać się Finlandią, Szwecją. To były niedawno biedne kraje, dziś bogate. Liczę na rozum Polaków i może nie przeliczę się, a szukanie lepszego miejsca na ziemi przejdzie nie tylko mnie, ale i młodym Polakom. Póki co, stoimy, jak ten dom, do góry nogami.

Kaszuby. Szymbark.

Jesienne dreptanie

Spacery nad morzem, w lesie i polu. I myśli o moim Miejscu na Ziemi, po głowie drepczące. Boję się jak wielu z nas, że przyjdzie obudzić się w smutnej, zniszczonej, obcej, i nie daj co w pewien sposób po rozbiorach, Polsce. Historia kołem się toczy. Wierzyć chcę, że Rosja nie zrobi sobie z nas drugiej Białorusi. Danzig, to już kiedyś było, może i to wróci. Jak już wolę – Wolne Miasto Gdańsk! Ale tak naprawdę

chcę mądrej, eleganckiej Polski, gdzie inni będą nas poważać, nie przaśnego swojsko-buraczanego i zarazem siermiężnego zaścianka.

I jeśli z wiarą, to kraju Chrześcijan, nie tylko Katolików!!! Ale każdy niech sobie wyznaje lub nie wyznaje co chce. Tylko jeśli już to robi, jak obecna większość Polaków, to z myślami i ideologią Jezusa (między innymi Dobry Samarytanin), a nie myślami ludzi kościoła katolickiego.

Słysząc „Pan Tadeusz” A. Mickiewicza myślimy o gotowaniu bigosu, polowaniu, ks. Robaku czy.., Wojskim. A ja chcę przytoczyć inną myśl

” ..Bo Pan Bóg, kiedy karę na naród przepuszcza,

Odbiera naprzód rozum od obywateli..”

Czyżby jakaś kara nam się należała, bo już rozumy odbiera?!

Wówczas zastanawiano się, jak doszło do rozbiorów, co i kto zawinił? I my siadniemy kiedyś pospołu.. Za późno będzie… na oczach naszych kraj już prawie zaorany! Myślisz, no tak, ale co ja mogę, przecież z motyką na słońce nie rzucę się!! Kobiety też manifestowały i co wyszło, zrobili swoje.

I tu mam dla Was słowa Czesława Miłosza z „Traktatu Moralnego”

– „Lawina bieg od tego zmienia,

Po jakich toczy się kamieniach”

Utwórzmy lawinę! Lawinę zwartą silną!! Na wiecach, manifestacjach.. Nikt nie oczekuje samospalenia, jak w powieści Konwickiego -„Mała Apokalipsa”. Kiedy to bohater, znany pisarz dostaje propozycję podpalenia się w proteście przeciwko przyłączeniu Polski do Związku Sowieckiego. 

Ale naszej obecności, aby pokazać, że nie ma zgody całego narodu. Podokuczajmy trochę. A może tylko na dokuczaniu nie skończy się! Obecna panorama rozbitego i zdezorientowanego społeczeństwa, znawców od wszystkiego, często porusza tematy, wydaje opinie, a wiedzy brak.

Nie wiem co innego mogę czynić? Pisać do Was. Dreptać na Starówkę -„Gdańsk przeciw polexitowi. My ZostajeMY w UE”!

I ten, co ze mną- ucieszy się. A kto za wypierpolem uszczypnie słowem. Zdaję sobie sprawę, ale nie takie szczypanie człowiek w życiu przeżył.

Czasami tak niewiele trzeba, kwiaty w domu

Aby się uśmiechnąć, aby zrobiło się lżej, aby rozwiązać konflikt, aby poczuć się lepiej we własnej skórze, czy swoim mieszkanku.

Zawsze lubiłam kwiaty w domu. Bukiet kwiatów na stole, to dla mnie uroda, ciepło, przytulność. Nie mieszkam na wsi i nie mam dostępu do polnych kwiatów. Aby stanęły w moim pokoju jakieś kwiatki musze je kupić. A na taki zbytek nigdy nie było dodatkowych pieniędzy. Musiałaś mądrze gospodarować, aby było co zjeść i w co ubrać rodzinę. Przedwczoraj robiłam zakupy w warzywniaku. Chciałam ugotować leczo, ale bez kiełbasy, to chyba bardziej warzywny gulasz. Już zapłaciłam, ale tam w kącie sklepu od początku kiedy tam weszłam uśmiechały się do mnie kwiaty. Przeróżne: lilie, róże.., ale moje oczy zechciały astry, kwiatki mojego dzieciństwa. Kupiłam!

Wracam do domu i myślę, nareszcie stać mnie na bukiet kwiatów, doczekałam tego luksusu :-))) Chyba dobrze mi finansowo :-))) Kosztowały tylko 6 zł lub aż 6, kiedy liczysz każdy grosik. Zauważyłam, że od kilku lat stojąc przy kasie nie liczę w pamięci, ile za te zakupy zapłacę, czy mam tyle w portfelu? Nie mam wielkich pieniędzy, ale gdybym miała tylko emeryturę jadłabym dziennie 1 jajo i szczypior wyhodowany z cebuli 🙂 No na pewno skromnie. Musiałabym sprzedać samochód, bo nie byłoby na benzynę i utrzymanie go. Nie miałabym na żadną pomoc, prezencik, na coś miłego dla dzieci, a to tak mocno cieszy rodzica, kiedy może dać.

Złoszczę się na to masowanie, bo różnie bywa, ale to właśnie masowanie pozwala mi bez fajerwerków, ale spokojnie żyć pod względem finansowym. Wprowadzam tylko niewielkie zmiany, aby jakoś w tym świecie masażu cało przeżyć psychicznie. Masaż tantryczny z Polakiem (obcokrajowiec nie pozwala sobie na dziadowskie zachowanie, chyba nie ma śmiałości, nie wiem, ale z Norwegami.. nigdy nie miałam problemów) zaczynać będę od rozmowy, na czym to polega i jakie on ma oczekiwania, bo niechcianego dotyku już nie życzę sobie. To nie jest warte żadnych pieniędzy.

Kiedy byłam pracownikiem na etacie tego salonu dostawałam 10% od każdego wykonanego masażu, teraz kiedy jestem tylko dojeżdżającym pracownikiem tzw. kobietą na telefon :-))) i rzucam wszystko np. lepienie pierogów, bo wzywają mnie na masaż (to nie jest wygodne, zawsze musisz, czy powinnaś być do dyspozycji) dostaję 25% od każdego masażu. Więc wykonanie droższego masażu jest korzystne dla mnie. A czasami jadę tylko na jeden półgodzinny masaż pleców za 100 zł, co oznacza, że jadę po 25 zł, a z tego jeszcze wydam na benzynę, czy bilety tramwajowe i wybiję się z rytmu domowych prac.

Kiedyś dawno opłaciłam sobie prywatnie kurs masażu moimi stopami, chcę to wykorzystać i włączyć do nowego zabiegu. Ale to w kolejnej notce. Dziś chcę, aby królowały astry. Zapewne i Wy macie swoje małe przyjemności, taki zbytek na który ciągle żal lub nie ma pieniędzy.

Domowe pizzerki. Podzielę się z Wami

Moim przepisem na wyjątkowo pyszne jedzonko. To jest przykład na to, że można najeść się smacznie daniem niemięsnym i przykład na dobre wykorzystanie bułek, niedzisiejszych, jak najbardziej też!!

Co miałam i ile miałam składników to dałam do farszu moich domowych pizzerek. Romuald w chemioterapii stara się nie pić alkoholu, nie jeść ciast i tego, co ma cukier oraz zdecydowanie ograniczyć mięso. Ja z nim! Nie piję, żadne to wyrzeczenie, bo nigdy nie piję alkoholu. Niezwykle ograniczyłam zjadanie mięsa, a tym samym przestawiłam moją kuchnię na niemięsną, jeśli już, to kawałeczek piersi z kurczaka. Ale słodycze są ze mną niestety każdego dnia. W tym nie jestem solidarna. Te pizzerki z wykorzystaniem bułek są wegetariańskie. Uwierzcie mi znakomite.

Podstawą farszu są świeże jaja i starty żółty ser, a pozostałe składniki dowolne.

Ja dzisiaj wzięłam smażoną cebulę, pieczarki, paprykę, pomidora i szczypiorek. Innym razem: pokrojoną szyneczkę, czarne oliwki, wędlinę salami, czy paróweczki w kawałkach, natkę pietruszki, chili, cukinię, może anchois.

Kup kilka bułek kajzerek, a jeszcze lepiej podłużnych (są takie w Biedronce, idealne). Lub użyj takich, które zostały ci z poprzednich dni. Zetnij wierzch, wydłub miąższ (przeznacz na suszenie na tartą bułkę). Do takich „łódeczek” nałóż farsz, czubato, czyli nie żałuj! Ułóż na blasze i piecz w piekarniku, ok 20- 25 minut w 180 stopniach. Zajadaj prosto z pieca. Uwierz mi będziesz oczarowana/ny!! Możesz polać dobrym ketchupem lub ulubionym sosem. Ja zajadam ze słodkim sosem chilli lub moim domowym czosnkowym (trochę gęstego jogurtu, majonezu, czosnek przeciśnięty i szczypta soli).

Mój dzisiejszy farsz (bo zmienia się):

Podsmażyłam na oleju 3 mniejsze pokrojone w kostkę cebule, 30 dag pieczarek, 1 słodką paprykę, 1 pomidora. Na koniec po podsmażeniu dodałam garść szczypiorku, sól, pieprz. Trochę ostudziłam ten farsz, a w tym czasie starłam kawałek około 20 dag żółtego sera. I wymieszałam w misce: rozkłócone 2-3 jaja, ser żółty i podsmażone warzywa. To było z Koną nasze dzisiejsze późne śniadanie. Ona to jedzonko uwielbia. Miło wiedzieć, że innym smakuj, to co gotujemy.

Wróciłam do Was na dobre. Już mogę się skupić. Już uśmiecham się całą sobą. Już nie widzę wszystkiego w ciemnych kolorach, jak złowrogi wiatr. Jeszcze nie mam nowego kotka i nie wiem, czy będę miała, ale obiecałam, zresztą ku mojej radości wszelaką pomoc Konstancji. Ona będzie ciepłym schronieniem – domem tymczasowym dla porzuconych kociaków. Fundacja KOTangens. To jej postanowienie.