„Rysiu jestem..”

Jałmużna, czyli gest dobroci wobec bliźniego. Trudny i niejednoznaczny temat. Proszę doczytajcie do końca ten list, bo potrzebuję Waszych przemyśleń, podpowiedzi na ten temat.

Znacie mnie już trochę i wiecie, że lubię zagadać z bezdomnym, zjeść z nim w KFC lub wziąć chłopa czekającego na pociąg za bezdomnego i chcieć stawiać mu kurczaki w panierce. I o tym chciałaby dziś trochę popisać.

Teraz zdarzają mi się pojedyncze masaże, jeden, dwa. Przez to rozleniwiłam się, bo kiedyś 5-7 masaży, ręce mdlały, przytyć nie było jak, bo ciągle praca, ruch, wysiłek.

Wracam autkiem wieczorem z masażu. Jestem już blisko domu, widzę przy drodze stoi skulone, obdarte biedaczysko. Zatrzymać na  jednokierunkowej nie mam jak i szukać grosza, a tak bardzo chciałabym mu cokolwiek dać. Ja jeszcze mam możliwość dorobienia jakiegoś grosza, to chętnie podzieliłabym się. Rozglądam, szacuję gdzie zaparkować. Mam! Wjeżdżam w dobre miejsce i szukam w torebce tych niedużych pieniędzy, bo rzadko wielkimi obdarowuję! 5 złotych, akurat. Zamykam samochód i biegnę, gdzie ten dygocący biedak stał. Nie ma! Nie widzę! Biegnę w jedną stronę, nie ma! To w drugą i mam go! Jest!! Zziajana  zwalniam kroku, podchodzę do niego. On nachylony przy sklepowym śmietniku. Patrzy na mnie lekko przestraszony. Uśmiecham się i mówię, jak do starego znajomego:

-„Jadąc samochodem mijałam pana i chciałam dorzucić trochę do kolacji, aleś mi pan zniknął. Biegałam szukałam..”

Chłop patrzy, słucha i wyciąga do mnie dłoń, ale nie po ten datek, co już próbuję mu wcisnąć, tylko przywitać się:

– „Rysiu jestem”.

Pogadaliśmy, wziął pieniądz i na odchodne powiedział, że będzie o Basi pamiętał przy modlitwie, choć zaraz dodał, że rzadko modli się i może lepiej wypije za moje zdrowie. Uśmiechnęłam się od ucha do ucha i jakaś lekka poszłam do domu.

Kolejny raz. Wstaję rano i pierwsza myśl, och zjadłabym coś dobrego słodkiego do czarnej mocnej herbaty. Idę do cukierni i z daleka widzę: spodnie za duże, opuszczone w kroku, nogawki przygniecione przez stare buciny, kurtka rozpięta, dłonie czerwone, zmarznięte. Szuka, przelicza na dłoni, ile grosików ma. Tak bardzo zrobiło mi się go żal. Myślę, a zrobię mu niespodziankę. Już naszykowałam 2 zł,- przechodzę, zatrzymuję, podaję pieniążek i mówię:

– „Co zabrało trochę”.

I podaję pieniądz.  Chłop bierze, patrzy na mnie i jakby oniemiał, zaniemówił. Przykląkł w powietrzu na jedno kolano i przemówił z pokorą -„Bardzo pani dziękuję, co mnie spotkało”. Myśli- Nie prosiłem, a dostałem. W końcu zaczyna się śmiać, cieszyć, jak bym go ozłociła, a to był tylko mały gest i jest mi obojętne na co dorzuci. Miałam potrzebę tak ucieszyć tego człowieka. A wołał za mną, że zdrowia, zdrowia życzy. No i jak tu nie być zdrową :-)))

Ale w tych gestach jest też inna strona, mniej łaskawa. Nie lubię być nieprzygotowana na obdarowywanie, czyli nie lubię, jak ktoś mnie zatrzyma i mam przy nim szukać w przepastnej torbie portfela i jeszcze martwić się, że może mam tylko 50 zł i co wtedy. Często pamiętam, aby w kieszeni mieć te 2 zł i wówczas jestem gotowa.

Nie lubię też braku umiaru w proszeniu. Ja daję, kiedy poczuję silną tego potrzebę, a kiedy jestem zatrzymana i czuję że to lipa, mocno naciągane, albo ktoś prosi o jałmużnę z tupetem, to potrafię powiedzieć, nie.

Na przykład często przy dworcach kolejowych są bezczelni naciągacze i oni życzą sobie konkretnej sumy pieniędzy, bo podobno tyle im zabrakło do biletu, aby wrócić do domu (najczęściej jest to 50 zł). Odmawiam.

Raz kupiłam pół kurczaka jakiejś kobiecie, co stała przy mięsnym. Chciała całego kurczaka, ale pomyślałam, że to przesada. Była niezadowolona. Później niejeden raz widziałam ją przy tym sklepie i niejednego, którego naciągnęła na konkretny zakup, bo pasztetówki nigdy nie wołała, albo żeby cokolwiek kupić, chciała konkrecizny. Poczułam się naiwniaczką. Innym razem dałam na ratowanie koni, na operację kotka dziewczyny naszego blogera, na obiady dla biednych dzieci.. . 

Kolejny to mężczyzna ładnie ubrany (ma tam stały dyżur) przy barze, prosi o kupno mu obiadu, a ja w ręku z hot dogiem z Żabki za 3,99. Zaproponowałam, że mogę mu takiego kupić, sama tak się czasem żywię. Odmówił i jeszcze burczał złowrogo na mnie.

Jest też prawdziwa potrzeba na ratowanie człowieka, dziecka chorego. Często na leczenie za granicą potrzeba milionów, aby uratować zdrowie, albo podratować. I właśnie jestem wkręcona w takiego chłopca za namową mojej kuzynki. Obejrzałam filmik, jak płacze, jak rodzice proszą, zwiotczenie mięśni, zabieg w USA za miliony. Tego dnia zarobiłam 200 zł za masaże. Te pieniądze naprawdę przyszły mi z wysiłkiem, ale nie żałowałam, bo czułam że oddaję je na dobry cel!!  Jakbym była bogatsza oddałaby wiele na ratowanie życia tych  chorych dzieci. Ale to nie ma końca. No i nie mam tylu masaży. A czasami bardzo ciężko zarobić mi te pieniądze. A tu kolejna prośba, że ta operacja może być zrobiona tylko do jakiejś wagi dziecka. Trzeba się spieszyć. Właśnie wróciłam z masażu, więc ślę kolejne pieniądze. Teraz że została  już do nazbierania nieduża kwota, a czas nagli, proszą o kolejną wpłatę. Kuzynka dzisiaj już dwa razy wysłała mi kolejne filmiki z tym płaczącym chłopczykiem. Myślę, niech dadzą inni. Zaczynam czuć się dziwnie, jak nie dam kolejny raz, to zła kobieta jestem. Ale to nie ma końca, zawsze znajdą się potrzebujący, chorzy, bezdomni. 

Także z tą jałmużną, nie jest tak prosto!! A ja marzę, żebym miała większą emeryturę, abym nie musiała dorabiać masażami, jestem tym zmęczona. Ludzie są roszczeniowi, czasami bezczelni, z głupimi uwagami. Zaczynam myśleć, że trzasnęłabym drzwiami i poszła, gdzie oczy poniosą, jak uczyniła Konstancja. Ale po zrobieniu opłat zostaje mi 900 zł na cały miesiąc. Więc póki co nie mam innego wyjścia.

Do tej pory myślałam, że ważna jest nie tyle ilość, czy wielkość złożonego daru, ile raczej wewnętrzne nastawienie dającego, czyli jego intencja. I mnie właśnie najczęściej uskrzydla taki gest, jak z Rysiem, czyli mam taką potrzebę. I na te myśli usłyszałam, takie zdanie:

-” Czy kupujesz sobie kolejne buty, czy dajesz datki ubogim, jednako robisz to dla siebie, aby poczuć się lepiej sama ze sobą.”

Co Wy o tym wszystkim myślicie? Temat ciężki, więc pozwoliłam sobie ubarwić go pięknymi fotkami z Norwegii. Dziękuję Erlend.

.. i bądź tu człowiekiem, zamruczał kot

Jak wiecie mój mały pokoik od kilku miesięcy okupuje córka. Przy własnym laptopie kontynuuje kolejne studia, a przy służbowym odbiera maile i telefony od klientów hiszpańskojęzycznych i angielskich. Kleoś w tym wszystkim trochę wytrzymuje, ale jak mu się znudzi,  żałośnie miauczy, na co Basia  pędzi z kuchni z odsieczą.

W biurach domowych różne rzeczy słychać i widać. A to biegające, krzyczące z nudów dzieci, a to mąż z kawą półnagi o późnym poranku przespaceruje przed ekranem, a u mnie Kleofas, jak zacznie swoje arie, to słychać najmniej darcie ze skóry. Nie wiem, co ci klienci sobie myślą.  Koty syjamskie słyną z mocnego głosu.  Oj mój Kleoś to potrafi głośno zabiegać o atencję swojej opiekunki i raczyć cały dom bogatą gamą kocich arii. Na wsi ludzie mają koguta do budzenia, ja kotka. Codziennie około piątej, szóstej Kleofas śpiewa. Wchodzi na stół niby ambonę i zawodzi. Umarłego by obudził. Więc co robić. Wstaję, przytulam go, mówię, że kocham i idę upolować coś dobrego z lodówki dla mojego śpiewaka, a zza drzwi zabieram pudełka Julii z Maczfit dietą.

Wracając do klientów, co to zakupili biżuterię w zacnej firmie, a do Julii ze skargami pukają. A to nie doszło na czas, a to uszkodzone, nie takie jak klient sobie wyobrażał… . Julia grzecznie słucha, tłumaczy, zapewnia, informuje.. . Po pracy około 18 głowa jej paruje, pada ze zmęczenia, a zdziwienia nad ludźmi w jej młodym umyśle nie ma końca.

Ostatnim klientem, któremu córka poświęca dużo czasu, a on psuje jej nerwy, jest pewien  Anglik (Julia twierdzi, że Anglicy, to ogólnie bardzo roszczeniowi i często bezczelni klienci). Krzyczał i groził na zmianę, głosem pełnym gniewu (aż Kleoś się spłoszył i uciekł do Basi w ramiona)

..że jak coś takiego mogło mieć miejsce!! ..że on już nigdy więcej.!!. że domaga się tego i tamtego!!, że napisze do najwyższego!! że nie popuści i nie odpuści!!.. . Napiszę Wam o co poszło, bo to ciekawostka, jacy my ludzie też potrafimy być. 

Ów pan zamówił on-line dwa takie same różowe serduszka z kryształkami (na wyprzedaży). Nie wiem, czy dobrze to wytłumaczę, ale chyba system widząc inny adres dostawy i inny z przelewu płatności definiuje, że oba prezenty są dla jednej osoby. I dorzuca wówczas jedną firmową torebkę papierową gratis.  No i zaczęło się!! Obrażony pan dzwoni. Trafiło na Julię, co on ma teraz zrobić, bo jedno serduszko jest dla przyjaciółki na urodziny,  a drugie dla żony na Walentynki, a torebka papierowa jedna. Podnosi głos, domaga się natychmiastowego dostarczenia gratisowego opakowania, choć serduszko w pięknym granatowym etui już jest, no ale ta torebeczka spędza mu sen z powiek. Julia przeprasza, tłumaczy, jak to się stało i że mogą wysłać koleje opakowanie, tylko prawdopodobnie do Dnia Walentego nie dojdzie. Pan jeszcze krzyczy i zaznacza, że on do samej góry tejże firmy już napisał skargę i nie spocznie dopóki nie dostanie papierowej torby. No bo której z tych kobiet dać serce w eleganckim etui, i torebce, a której tylko w etui.

Żona i przyjaciółka tak samo cenne. Zasłużyły na serca z kryształkami. Ciekawe, czy wiedzą, że żadna z nich nie jest wyróżniona? Kilka dni spokoju i dziś pan ponownie zaatakował Julię, że papierowa torba nie doszła i on zmuszony był dać żonie serce bez torebki. I dlatego domaga się całkowitego zwrotu pieniędzy za to jedno serce. Zaznaczył, że to będzie zapłata za jego stres i dyskomfort ostatnich dni. Julia mogła z firmy jedynie wysłać mu kartę podarunkową w kwocie 10 funtów. Pomyślałam – „Oj człowieku, dyskomfort to Ty będziesz miał, jak żona dowie się o kochance”. A może należy go pochwalić, że żadnej z tych kobiet nie faworyzuje, traktuje na równi. Widocznie obie są mu tak samo potrzebne.

Nie specjalnie interesuje mnie, jak to jest z tymi jego kobietami tylko fakt, że dla nas ludzi często błahe, nieistotne rzeczy są bardzo ważne. Przywiązujemy do nich zbyt dużą wagę. Małostkom poświęcamy wiele naszej energii, czasu, a nie zauważamy co wartościowe umyka. Na czym warto skupić swoje siły, a komu i czemu odpuścić. Obyśmy umieli!! Obyśmy wiedzieli!!

Znalazłam czapkę miłą, ciepłą, ocieplaną w środku polarem, wygodną, nie ściskającą, w której mogę mieć związane włosy do góry, jak lubię. I która podoba mi się, a przecież my kobiety zazwyczaj nie lubimy czapek, mówimy, że w każdej źle wyglądamy. Hi hi, czy to przykład na moją małostkowość? Trochę strawiłam czasu zanim ją znalazłam. Ulubioną czapusię.

nie przyklejać..

Nie  przyklejać się do niczego, ani do nikogo na śmierć i życie. Nie uzależniać swojego szczęścia, samooceny i samopoczucia od tego, co zewnętrzne. Nie potrzebować rozpaczliwie niczego, ani nikogo.

Wydaje się niemożliwe.

Psycholodzy powiedzą- da się. Od około dekady staram się osiągnąć ten stan. I powiem tak: jak nie masz dzieci, jak nie masz swojej miłość-partnera/partnerki, zwierzaczka, które stało się radością życia, jak  nie masz wymarzonej pod każdym względem pracy, w której się spełniasz, to Ci łatwiej. Jak posiadasz! Jak kochasz!  Trudniej być wolnym. Martwisz się, zabiegasz, starasz.., a myśli o stracie paraliżują.

Kiedyś przerażało mnie wiele. Co będzie, jak stracę pracę, jak przestanie mnie kochać (miłość), jak odejdzie na zawsze (rodzic), jak zachoruje, pogniewa się, źle o mnie pomyśli, jak kogoś zasmucę.. . Teraz nie powiem, że mam to wszystko w d…e, bo nie mam i mieć nie powinnam. Byłaby to bardziej taka impulsywna odpowiedź na to, że  nie potrafię poradzić sobie inaczej ze swoją zależnością i uciekam w skrajność. Jak dziecko, co zabiera zabawki z piaskownicy i obrażone odchodzi. Z powodu tego, że nie potrafię postawić granic, albo nie potrafię robić rzeczy w zgodzie ze sobą, wbrew komuś czy czemuś, decyduje się na to, żeby porzucić wszystko i uciec. Wszystko po to  żeby móc być niezależnym, ale to nie jest niezależność!!! To jest ucieczka od zależności.

Dojrzałam do tego, że jak stracę pracę znajdę inną, jak pogniewa się to głupi, jak przestanie kochać, to może lepiej wcześniej niż później, mniej zaboli, jak pomyśli źle, to jego problem, nie mój. Ja nie muszę niczego nikomu udowadniać. Nie jestem świecidełkiem na choince i nie muszę błyszczeć, jestem zwyczajnym człowiekiem i mam prawo dbać także o siebie, a nie tylko o samopoczucie innych. Wszystko, to wiem, a jednak wciąż boli mnie, kiedy zawiedzie moje oczekiwania (ojciec dzieci), źle osądzi  najbliższa sercu osoba, np. partner. Jak się pogniewa, jak się do mnie nie odzywa np. dziecko. Widzę, że to dotyczy tylko osób, które kocham, albo są ze mną jakoś związane.

Wiem, że jestem także mocno przyklejona do kotka, bardzo mocno. Potrzebuję jego istnienia, jego bliskości. On ma 16 lat. Niby wiem, że głową muru nie przebiję, że tak świat urządzony, ale tak niewidocznie tupię, że nie chcę tego przeżyć.

W sobotę ponownie ożenił się ojciec moich dzieci. Nie powiadomił ich o tym fakcie. Córki dowiedziały się z facebook. Nie dał im możliwości wspólnego dzielenia jego radości!! Niby jestem już odporna, a zabolał mnie ich ból i ich rozczarowanie postępowaniem taty, którego kochają i mają kontakt (tak myślały). To, co zewnętrzne jednak nadal ma na mnie wpływ. Nie tak wielki, jak przez całe życie, bo ostatnie lata bardzo nad tym pracuję. Wiem, że w tym procesie bardzo pomaga wewnętrzna siła, mocno osadzone poczucie własnej wartości, Nasze Światło!

Zbuduj silną/silnego siebie, a łatwiej stawisz czoła czarnym ćmom w swoim brzuszku.

A to czysty, świeży, urokliwy świat mojej Miłości. Chciałabym kiedyś siedzieć na ławeczce z Alanem i patrzeć na takie obrazy wokół nas!

 


Dobre myśli, dobre pączki :-)))

W tym roku na urodziny dostałam dość dużo prezentów. Zaprezentuję Wam jeden z tych, co ujął moje serce. Obrazek w białej ramce. Kobieta o długich, rudych włosach w szuwarach, jak Basia wodnik. Niby taki zwykły obrazek, ale myśl tam umieszczona dla mnie niezwykła. To przesłanie dla takiej osoby jak ja, która przeżyła już wiele, odhaczyła wykonanie zadań życiowych, ma swoje pasje, nie nudzi się ze sobą i nie czuje zdesperowania na żadnym punkcie.

„BĄDŹ Z KIMŚ KTO CIĘ USZCZĘŚLIWIA”  i po skreśleniu „z”, bo tak jest na obrazku

„BĄDŹ  KIMŚ KTO CIĘ USZCZĘŚLIWIA”

Konstancja wie, jaka jest moja sytuacja emocjonalna, osobista. I chce wdrukować we mnie przekonanie, że jestem w takim momencie życia, że nawet jak czasem doskwiera brak dłoni, co pogłaszczą, przytulą, to moje życie nadal jest piękne. I ma racje!! Mam wiele. Lubię siebie i to nie narcyzm, tylko pełna akceptacja. Są pasje, na które nareszcie mam czas.

A to coś dla uśmiechu. Otwieram kolejny prezent, a tam od razu rzucają się w oczy pieniądze: dwa banknoty 10 zł i 50 zł. Ciekawe, myślę i czytam:

„Kochana Mamusiu” Chciałabym, żebyś wiedziała, że jesteś najwspanialszą istotą na świecie.  Najukochańszą mamą i NAJLEPSZYM PRZYJACIELEM. I załączam dowód na to, że 60 to wcale nie tak dużo.

No nie da się zaprzeczyć, że te moje 60 lat to też nie tak wiele,  w zależności z jakiego wieku patrzymy. Przekonam się mając 70, czy 80 lat i wspomnę, „Ach, kiedy miałam 60 lat, to jeszcze biegałam po łące, ćwiczyłam na drążku… Hi hi.

Miłego mroźnego dnia. Jak Wam zmarzną noski rozgrzejcie się gorącym pączkiem. Proste w wykonaniu, udają się zawsze, są tanie i smaczne!  Serdecznie polecam ten przepis.

„Pączki”

Składniki : 1 i 3/4 szklanki mąki tortowej,  1 łyżka cukru,  1 małe opakowanie suchych drożdży (7g) 1/2 szklanki ciepłego mleka i 3 żółtka, szczypta soli, łyżka spirytusu lub rumu czy po prostu octu ( aby ciasto nie piło łapczywie tłuszczu, ale raz zapomniałam o spirytusie i też były pyszne).

I ćwiartkę ciepłego masła do wlania na koniec  przygotowania ciasta.

 

Z powyższych składników ( jeszcze bez masła) zagnieść rzadkie ciasto.  Teraz dolać ćwiartkę kostki roztopionego, ciepłego masła. Wyrobić dłońmi jeszcze około 10 minut. Uformować kulkę i odstawić na 30 minut w ciepłe miejsce.

Przełożyć ciasto na stolnicę, spłaszczyć dłonią, ale nie cienko, bo nie wyrosną na okrągłe pączki tylko placuszki. Wykrawać szklanką, może być ciut mniejsza średnica i dla wygody wycinania ciasta z cienkim rantem.  Z tej ilości wyjdzie wam około 8 pączków tradycyjnej wielkości. Jak zrobicie to szklaneczką o mniejszej średnicy też są pyszne i macie ich więcej do obdzielenia domowników.

Te wykrojone pączki nakryjcie ściereczką i odstawcie na kolejne 30 minut. W tym czasie ja wyjmuję mniejszy garnek, wlewam około 2 szklanek oleju i kostkę smalcu. Na rozgrzany olej wrzucam po 3 pączki i smażę po około góra  1,5 minuty z każdej strony. Wykładam na ręcznik papierowy, przekładam na talerz i obsypuję cukrem pudrem. To są nienadziewane pączki. Kto chce i ma szprycę może zaaplikować pączusiom konfiturę, budyń.. Ja lubię bez, czyli samotne pączki :-))) Wiem, że macie raczej marne doświadczenie z robotą pączkową, ale ten przepis wypróbujcie, ucieszy Was. Długo są mięciutkie, rozpływające się.. A Tłusty Czwartek tuż tuż.

„Dzieło sztuki kulinarnej”

Mówią: smutek człeka truje,

Mówią: życie nic niewarte,

lecz jest dzień, co nas ratuje,

Raj Łasuchów- Tłusty Czwartek!

W piątek człowiek odchoruje,

Dziś w kuchni: evviva l’arte!

Gdy tak pączki przygotujesz,

Zostaną w mig pożarte.

Gesslerowej precz nauki!

Pączki Basi- dzieło sztuki!

napisał: R.C

 

Dobre jadło.. dobry ruch

Wiem, dziwne połączenie; jedzenia i aktywności. Albo może prawidłowe. Ostatnio jedno i drugie nakręca mnie, zajmuje głowę i czas. Kombinuję z przepisami, od rana krzątam w kuchni. Zjadam tego niewiele, samo gotowanie i szukanie dobrego przepisu sprawia mi przyjemność. Może wybierzecie coś dla siebie z półeczki „Jedzonko” i „Ruch”.

„Soczyste kawałeczki mięska”

Kup pierś z kurczaka, skrzydełka, może kawałek polędwiczki z indyka. Tyle, ile potrzebujesz. Ja tym razem kupiłam tylko podwójnego fileta kurczaka, bo póki, co nie mam dla kogo gotować,  a nie lubię jeść tego samego przez kilka dni, a po za tym takie prosto z patelni, gorące, chrupiące smakuje najlepiej!

Kurczaka umyj i pokrój na mniejsze części. Zalej solanką. Na litr wody, takiej prosto z kranu weź 1 łyżkę soli, wymieszaj. Odstaw na około godzinę. W tym czasie przygotuj  panierkę. Możesz zrobić jej więcej i nie zużyć całej. Spokojnie postoi zakręcona w słoiku do następnego razu.

Panierka: 3 szklanki mąki wymieszaj z: łyżeczką proszku do pieczenia, po 1 czubatej łyżeczce soli, kurkumy, pieprzu czarnego, pieprzu cytrynowego, czosnku suszonego, imbiru, sezamu, papryki słodkiej i ostrej (jeśli lubimy pikantnie) i  2 łyżki stołowe  cebulki suszonej. Wymieszaj składniki i gotowe. Teraz należy podzielić panierkę na dwie miski, ale ja nie do końca wsypuje wszystko, bo jak mam mniej mięsa, to prawdopodobnie zostanie, a taką już używana, lekko mokrawą tu i tam nie ma co zostawiać na później. Jak zabraknie mi panierki to dosypuję z tego, co odłożyłam do słoika już na początku. do trzeciej miski wbijam 2-3 jajka, roztrzepuję rózgą kuchenną (uwielbiam to narzędzie w kuchni) i wlewam pełną szklankę maślanki. Jak nie macie można użyć jogurtu naturalnego. Przyprawy: łyżeczka kurkumy, pieprzu cytrynowego, szczypta płatków chili, soli i dla mnie obowiązkowo kilka kropli tabasco.

Ustawiam na blacie talerz z mięsem wyjętym z solanki, miskę panierki, miskę z masą jajeczno-maślankową i znowu miskę z panierką. Zanurzam kawałeczki w zawartość trzech misek i odkładam na kwadrans. A w tym czasie na patelni rozgrzewam olej, około szklanki. Dla polepszenia smaku wrzucam gałązkę rozmarynu i kilka ząbków czosnku. Po kilku minutach smażenia wyjmuję łyżką cedzakową. Mogą być inne gałązki i przyprawy, np. tymianek, kolendra natka, chili, krążek cebuli, imbir.. . K woli waszego uznania. Do tak przygotowanego gorącego oleju wrzucam kawałki mięsa panierowane w:  posypce – jajku  – posypce. Smażę kilka minut, jeśli to same piersi to około 4-5, a jeśli  skrzydełka to kilka minut dłużej.

Osączam na ręczniku papierowym. Przekładam na talerz i podaję z frytkami własnej roboty lub tylko sałatką, w roli głównej świeże warzywa polane sosem vinegret. Ocena 6

„Pycha frytasy”

Obierz kilka ziemniaków (ja na frytki kupuję Irys), pokrój na plastry i na paski, aby powstała grubsza frytka. Wlej do miski litr wody z kranu i po łyżce stołowej soli i cukru, wymieszaj i zalej frytki. Odstaw na około godzinę. Odsącz na ręczniku kuchennym i przełóż do pudełek. Jednego czy dwóch w zależności, jak wiele przygotowałaś tego przysmaku (ja używam plastikowych po diecie pudełkowej Julii). I wstaw do zamrażalnika na pół godziny.  Rozgrzej olej we frytkownicy, na patelni, czy woku i do gorącego wrzucaj partiami. Nie za dużo, aby mocno nie spadła temperatura oleju. Odsącz na ręczniku papierowym. Lekko posypane solą zajadaj z sosami, sałatką, czy naszymi soczystymi kawałkami mięska.

Ocena 6

„Szybkie danie z makaronem”

Ugotuj w osolonej wodzie makaron, taki lekko twardawy, czyli  około 8 minut. Odcedź i nie przelewaj zimną wodą. Na patelni rozgrzej łyżkę masła i wrzuć pokrojone w kostkę warzywa: 1 mniejszą marchewkę, pół czerwonej słodkiej papryki, pół małej cukinii bez obierania ze skórki i kilka ząbków czosnku, sól, pieprz. Można użyć innych warzyw, np. brokuł, kalafior, jarmuż, szpinak. Przesmaż i odłóż do miseczki. Teraz na tę patelnię wrzuć 2 łyżki masła, roztop i wsyp łyżkę, dwie mąki pszennej. Mieszaj, aby nie było grudek i powoli wlewaj szklankę mleka, ciągle mieszając. Szczypta soli, pieprzu, płatków chili i jeśli masz garść listków szpinaku czy bazylii.. Do tego przełóż usmażone warzywa i makaron. Razem wymieszaj i zagrzej na patelni. Gotowe. Szybkie, tanie danie!

Ocena 5

„Bułeczki drożdżowe na maśle z żółtym serem”

 200 ml czyli niepełna szklanka ciepłego mleka

200 ml ciepłej wody

po 2 łyżeczki cukru, soli i suchych drożdży.

 

Wymieszać odstawić.

Do miski wsyp 60 dag mąki pszennej, 2 łyżki roztopionego masła i zaczyn z mleka i drożdży. Wymieszaj drewnianą łyżką, następnie wyrób ręką. Zwiń w kulę i odstaw w misce wysmarowanej olejem na 45 minut. Odpowietrz ciasto, pougniataj piąstką. Podziel ciasto na pół. Uformuj 2 wałki i  każdy podziel na 4 do 5 części. Wyjdą dość duże bułeczki. Jak wolisz mniejsze to podziel na więcej mniejszych części.  Uformuj bułeczki (kulki) ułóż na blasze wyłożonej papierem do pieczenia  lub na blasze wysmarowanej masłem i posypanej mąką. Przykryj ściereczką kuchenną i odstaw na kwadrans. Łyżkę mąki wsyp na siteczko i posyp bułeczki. Każdą natnij ostrym nożem lub żyletką przez środek i tam włóż pasek twardszego masła.  Po wierzchu posyp suto startym żółtym serem i małymi paseczkami chili. Chyba, że nie lubisz ostrego to odpuść sobie. Można połowę zrobić z serem a połowę tylko z masłem. Jak robisz dla siebie, czy dwóch osób, to zdecydowanie z połowy porcji. 60 dag mąki, to dla całej rodziny. Piecz w 200 stopniach przez 25 minut (moim zdaniem lepiej zrobić więcej a małych takich bułeczek, niż dużych one zapychają). Ocena 5

„Kruche bułeczki na dobry początek wolnego dnia”

Rozgrzewamy piekarnik do 200 stopni.

Do miski wsyp 2,5 szklanki mąki pszennej, szczyptę soli, 2 łyżeczki proszku do pieczenia, pół szklanki cukru, ćwiartka kostki zimnego masła. Mieszamy i rozgniatamy palcami, jak kruszonkę. Dolewamy szklankę mleka i szybko wyrabiamy. Starajmy się nie miętosić długo. Wałkiem spłaszczamy do wysokości 2 cm i krążkiem czy szklaneczką wycinamy kółka. Układamy na blasze na papierze do pieczenia. Każdy krążek po wierzchu smarujemy mlekiem. Pieczemy około kwadransa w 200 stopniach. Podajemy z miodem, może powidłami czy po prostu posypane cukrem pudrem. Ocena 4

„Roladki z jajem”

 

 

 

 

 

 

Filet z kurczaka lub indyka, pokrój na 6-8 ukośnych plastrów. Lekko rozbij tłuczkiem. Oprósz sola i pieprzem.  Przygotuj nadzienie: drobno posiekaj garść szczypioru, mały strąk chili, ząbek czosnku. Do tego zetrzyj 2 małe ugotowane jajka i dodaj garstkę drobno startego żółtego sera. Każdy filet smaruj tym farszem i zwiń w roladki. Boki nie musza być szczelnie zamknięte, żółty ser w środku rozpuszcza się i przytrzymuje farsz. Panierka: ubij białka z 2 jaj, wmieszaj żółtka, dodaj 2 łyżki mąki i opcjonalnie łyżkę sezamu.. Sól, pieprz. W tym maczaj roladki i układaj na patelni na koniecznie już rozgrzany olej. Smaż po kilka minut około 4-5 z obu stron. Podawaj z czym masz ochotę. Może być tylko z surówkami, sosami, bagietką, a może jako obiad. U mnie z makaronem sojowym i krótko smażonymi warzywami. Ocena 5+

Chyba dość na dzisiaj tego jadła. Teraz coś dla spalenia tych kalorii. Przyznam się nie wznowiłam biegania. No coś mi się okropnie nie chce. To zimno, to ślisko.. ble. Ale od jakiegoś czasu wkręciłam się w proste, najprostsze spalanie tłuszczyku.  Otwieram laptopa, przeglądarkę i mam tam zakładki z ćwiczeniami. A to na płaski brzuch, a to na silne ręce, a to ciche cardio.. Wstaję rankiem, każdego dnia około 5, 6 budzi mnie kotek, przymilnie woła JEŚĆĆĆĆ. Wstaję podaję jedzonko z tabletką dla Kleosia. Idę za drzwi zabieram torbę z dietą pudełkową Julii tym razem Maczfit (chwali bardziej niż Chodakowską) i otwieram laptopika co w kuchni na straży czeka. Przedtem ubieram stanik sportowy, choć wiecie, że od prawie roku obywam się baz stanika, ale inaczej piersi za mocno hulają, a to boli.  Zamykam drzwi za sobą klikam zakładkę z energetyczną chudą kobitką

– Monika Kołakowska 

Na początek serdecznie polecam  -Odchudzający trening Cardio  dla początkujących/ bez maty/ proste ćwiczenia  -niezniechęcające, a wręcz zachęcające, albo jak macie chęć na coś mocniejszego -Najskuteczniejszy interwałowy trening (5 serii po 4 minuty).

A ręce ćwiczę z ukochaną blondynką – Boho Beautiful- „Best Arm Tone

Wiosną jest szansa, że ruszę pupę na to bieganie. Przypomniał mi się taki humor – Siedzi zmartwiona kobieta, kiwa głową i mówi sama do siebie „Nie pobiegałam dzisiaj. Szkoda. Szkoda.. . I tak już drugi rok”.

Zimowe krajobrazy

Czekaliśmy na zimę i mamy. Gdańsk też.

Śniegu wkoło, mięciutki puch w lesie, ślizgawica na ścieżkach, bruzdy śniegu, koleiny na drogach, a mróz szczypie w małe i duże noski.

Jeden się cieszy, inny narzeka. Babcia z laseczką kroczek za kroczkiem, a dziatwa z górek pomyka na saneczkach, listkach, jabłuszkach. Pisk i wrzawa. Teraz maseczka nawet przydaje się nie tylko do ochrony przed tym mikroskopijnym szkodnikiem, ale i do ogrzania. 

Basia ze zmiotką sięga na dach toyotki, chucha na szyby.. .  I za wycieraczką widzi karteczkę-” Uderzyłam w to auto, proszę o kontakt tel. ..” Pani Żaneta okazała się uczciwą osobą. Sprawa polubownie załatwiona. Toyotka świeżo polakierowana, tylko trochę odrapaną była.

 

 

 

 

 

 

W ogrodzie moim sikorki dokarmiane słoninką, choć widzę, że wolą słonecznik. Czapy śniegu i śnieżna cisza pokryła poletka.

Erlend, miłość moja, w swoim żywiole. U nich w Norwegii teraz – 28 stopni!! Wędruje po górach, szusuje na nartach i wciska w takie szczeliny, że mnie boli serce patrzeć na to!!

Jutro wylatuje na Lofoty. Tam spędzi na wspinaczce kilka dni. To jego pasja, żywioł, szczęście.. . Cieszę się, że robi to, co kocha.

Erlend – mam nadzieję, że zabierzesz swoją Basię-króliczka. Zamknę oczy, jak będziemy nad przepaścią :-))) A jak zmarznę, wsuniesz mnie do kieszeni :-)))

A to czarujący ośnieżony świat Konstancji. Widoki z okolic Lądka Zdrój


Podziwiam Twoje dobre serce, Córeczko kochana. Umiałaś zejść z karuzeli życia, aby przyjrzeć się sobie i światu.

Cieszmy się zimą, bądźmy bezpieczni i czekajmy z utęsknieniem na lato i upały :-)))

On-line „na linii”

Nie zrozumcie mnie źle- ja w tym wpisie nie nawołuję do niechodzenia, czy chodzenia do kościoła. Nie trzeba być wierzącym, aby być dobrym człowiekiem. Każdy postępuje, tak jak czuje. Jeden potrzebuje mieć świadomość siły sprawczej większej niż on, inny polega tylko na sobie. Nikt nie jest tu tylko zły, ani tylko dobry.

 Ja dziś chcę wspomnieć o pomocnej dłoni obecnych czasów – Internet. Często słyszymy, jakim jest złem, ale i wygodą też. 

Wychowałam się w tej, a nie innej wierze, w domu ludzi bogobojnych i pokornych. Gdybym urodziła się np. w Egipcie, prawdopodobnie byłabym teraz muzułmanką. Oni też wierzą w Jezusa, ale jako jednego z proroków. W dreptaniu do świątyni jestem rzetelna przez całe życie. Po części ze strachu, że będzie mi to policzone na Sądzie Ostatecznym, ale po zdecydowanie większej części, że Jezusowi będzie przykro widząc leniwą Basię, co tego świętego dnia wybrała  wycieczkę, plażowanie, zabawę, spanie, sprzątanie… , a nie mszę świętą. Kiedyś był taki czas w moim życiu, że pracowałam także w niedzielę, to do kościoła biegałam na 18 tą zaraz po pracy w sobotę. Aby była mi sobotnia, wieczorna msza policzona za niedzielną. Ha ha, jakby Bóg był rachmistrzem. Ale kiedy wierzymy i bardzo staramy się, aby jakoś wyjść z opresji myślę, że Jezus docenia właśnie to staranie.

I przyszła pandemia.  Na początku mocno wystraszona, ale jednak zakutana w chustę, maskę.. chodziłam na wspólną modlitwę, stojąc w kruchcie w kąciku. Później widząc, że zarażają się tysiące z nas, omijałam wszelkie zbiorowiska (galerie handlowe też :-))) ), a  kościoły na pewien czas zostały zamknięte. Poradziłam sobie inaczej i zajrzałam do laptopa. I wiecie, ja nie robiąca nigdy zakupów przez internet, a tym razem pokusiłam się. Hm, bo nie wiedzieć czemu :-)))  spodnie zrobiły się za ciasne, kupiłam wygodne dresowe, co to w rowek nie wbijają się!!  No i tą samą drogą z pomocą córki znalazłam sposób „bycia” na mszy. Klikam -„Msza online” i można powiedzieć, że jestem na linii z Bogiem. Mam do wyboru, do koloru i godzin wszelakich, nawet z kwadransem po pełnej godzinie i o w pół do.. i kościołów, księży, a wraz z nimi kazań na różnych poziomach. Jak ksiądz zaczyna uprawiać politykę, zamiast skłonić się do wytłumaczenia wiernym słów z danej ewangelii, jak ją rozumieć, jak interpretować to politykuje i wiadomo w jaką stronę, przełączam na inną mszę w innym kościele z innym kazaniem. Widzę że tylko kazanie może mnie zmusić do kliknięcia zmiany.., bo ono dla mnie jest bardzo ważne. Chcę wiedzieć więcej na temat ewangelii czytanej tej niedzieli. A każda msza online zajmuje 45 minut, więc śmiało mogę przełączyć się i jestem w tej samej części w innej świątyni. Słuchając mszy zachowuję się z powagą.  Nie jem śniadania, kiedy trzeba klęczę i wstaję, odpowiadam. To nadal jest moje bycie w kościele. Jak kiedyś upadnie ta instytucja, to mnie już nie będzie tutaj. A jak bym jeszcze jakim cudem kołatała się po tej ziemi, bo tak szybko to nastąpi, to zachowam Jezusa, świętą Basię..  w całym swoim jestestwie. I wtedy bez pomocy księdza modlić się będę w swojej izdebce.

W dzisiejszych czasach, dość, że pandemia nie ustaje, to jeszcze afery pęcznieją, jak drożdże, a to z molestowaniem, pedofilią, przepychem i bogactwem niektórych duchownych, a to jeszcze filmem o klerze dobijają i tak to tracimy wiarę w instytucję kościoła, nie w Jezusa. Przecież on chciał dobrze.

Ach te pokusy: cielesność, mamona.. może opętać. Gdybyście zobaczyli pałac z hodowlą danieli emerytowanego abp. Głódzia.., no zniesmaczenie wielkie! I pytamy, gdzie to ubóstwo? I po co to bogactwo? Do grobu nie zabierze. Zbyt duże pieniądze mogą przewrócić w głowie i zabrudzić serce. Nam to chyba kochani nie grozi :-)))

Jeśli chodzi o modlitwę, to trzymam się słów ewangelii św. Mateusza 6,5-8 (czytanej zawsze w środę popielcową)

„..Gdy się modlicie, nie bądźcie jak obłudnicy. Oni lubią w synagogach i na rogach ulic wystawać i modlić się, żeby się ludziom pokazać. Zaprawdę, powiadam wam: otrzymali już swoją nagrodę. Ty zaś, gdy chcesz się modlić, wejdź do swej izdebki, zamknij drzwi i módl się do Ojca twego, który jest w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie..” 

Często nasze zagniewanie się na duchowieństwo, nie skutkuje duchowym zerwaniem relacji z Jezusem, tylko odejściem z Kościoła.  Przecież z powodu ciągot cielesnych niejednego pasterza owieczek, czy przewrotnego ubóstwa księży- antyreklamy Kościoła takich jak Głódź, Rydzyk..  nie pogniewam się na Jezusa. Jemu to dopiero trudno na to patrzeć. Dbajcie o siebie kochani, szukajcie rozwiązań w trudnych sprawach, bo życie zmienia się.

A to zdjęcie z obecnego pokoju Konstancji. Ona tam w Wójtówce sieje miłość do zwierząt i chorych ludzi. I wiem, że nie jest to tylko jednoznaczne, czyli proste. Może to jej msze. Jakże miłe Bogu.

To nadal dobry czas

Tak wygląda polska sześćdziesiątka!!

Można by biadolić, utyskiwać, że życie tak szybko mija. Ale po co? Ten świat tak urządzony i głową muru nie przebijesz. A przecież każdy czas ma także plusy. Czy naprawdę młodzi mają lepiej? Oni dopiero budują swój świat i jak sobie pościelą, tak się wyśpią. Ich odpowiedzialność za wybory, większa niż moja teraz.  Ja już się wyspałam i różnie bywało. Jak u każdego. Przewracałam  na boczki, przeciągałam, smacznie do podusi przytulona spałam, ale i marzły stopy, poduszki źle ułożone i brzydki sen gonił, aż cała cierpłam. W dzieciństwie raczej ładnie pościelone, wyrównane, a w młodości i życiu dojrzałym skotłowane, ale koniec końców bruzdy wyrównane, okruchy, co uwierały otrzepane.

I nawet w tak dojrzałym wieku przyszedł zachwyt mężczyzną. Erlend. Oby w moim sercu był dłużej, niż będę pamiętać. A może demencja, której tak bardzo się boję, bo rodzinna, mnie nie dopadnie!

Tak, to nadal piękny czas.  Pełni zdrowia, witalności, dobrej silnej energii, ciągłej ciekawości świata i marzeń.. . I co ważne czas bez większych trosk! Jestem wdzięczna za te 60 lat. Może to dziwne, ale nie czuję smutku, że wchodzę w koleją jakże stateczną dekadę. Raczej uśmiechnięta i zdrowo pogodzona, nie złamana. Zdecydowanie mocno, to ja  przeżywałam ubiegłe urodziny, no bo świadomość, że nigdy więcej nie będę miała pięćdziesiąt ileś.. trudna była do pogodzenia. Dziś budzę się rano,  pierwszy raz z przodu z szóstką, ale nie czuję jakiejś zmiany. Może dogadałam się z głową, a ona mówi mi, że -„Nadal jesteś dobra, piękna i zdrowa. Co z tego gdybyś miała teraz 30, czy 40 lat i walczyła o zdrowie, o życie. Ciesz się, że było ci dane przeżyć te wszystkie lata”.

Przy tak okrągłej, zacnej rocznicy zastanowiłam się, co takiego jest, że patrząc na przeszłość, mam dobre uczucia o swoim życiu?

  Poczucie spełnienia

– zrobiłam wszystko, co było ważne dla mnie. Nie chowałam głowy w piasek. I nawet, jak coś mocno bolało zaciskałam zęby i mówiłam sobie – musisz wytrzymać, tak wiecznie trwać nie będzie.  Dasz radę.  Nie czekałam, że coś samo przyjdzie, tylko wychodziłam temu na przeciw, budowałam i nawet, jak sknociłam starałam się bez ociągania naprawić, ale przyznaję zawsze spadałam na cztery łapy. Miałam opiekę losu!! Mojego Anioła Stróża i świętej Basi. Czułam to przez całe dotychczasowe życie.

Zostałam mamą trójki dzieci, a przecież mogłam ich nie mieć, różnie to w życiu bywa. Jestem z nich bardzo dumna. I to są moje największe Skarby!! Bardzo pragnę dla nich szczęścia. Dzieci- Wielka Wartość!!  

Dwa razy próbowałam być w związku z drugim człowiekiem i nawet, jak było koszmarnie źle dawałam nam szansę.

Mam kochaną siostrę, co jest także moim przyjacielem. Na nią zawsze mogę liczyć. To niezwykle ciepła i dobra osoba. Nigdy nie osądza drugiego, pokochalibyście ją. Nasza mama nadal żyje, co daje mi i Ani wielką radość. Nie znacie tak dobrego człowieka, jakim jest moja mama!! Ona, to czyste dobro, pokora i ciepło. Przy niej każdy człowiek nabiera wiary wszelakiej i mocy do istnienia! Za życie i za tak wiele jestem jej wdzięczna. Dziękuję Mamo! Miałam kochanego tatę i braciszka. Opiekowali się mną.

Mam przyjaciół, ludzi którzy mnie lubią, cenią.. Nie czuję się samotna.

Moje dwie najlepsze i całkiem różne prace, były spełnieniem zawodowym. Czułam się w nich szczęśliwa, zwłaszcza z dziećmi w szkole. To była miłość i dobro.

Bardzo starałam się, tak stąpać w życiu, aby nie krzywdzić. To dla mnie ważne, bo to budowało mnie, taką osobę, jaką jestem. Warto w budowanie siebie wkładać dobry materiał, a krzywda jest toksyczna.

Jestem zdrowa, sprawna, taka skoczna powiedziałabym. Z lekkością i łatwością tu wskoczę, tam podskoczę i nadal kocham drążek. Podciąganie i zmaganie się z nim nakręca mnie. A dziś wznawiam biegi. Biegałam ostatnie 15 lat, tylko w ten ubiegły rok opętał mnie leń. Koniec z tym. Zaraz wskakuję w dresy i biegnę- kierunek Brzeźno :-)))

Ha ha ha i ciągle podobam się sobie. :-))) Wiem, wiem, że skóra już nie ta, siatka zmarszczek duża, ale idę wyprostowana i odważna w kontakcie wzrokowym z ludźmi. Julia podczas moich porządków zauważyła stare zdjęcie z przed 12 lat i mówi – „Mamo ty teraz lepiej i młodziej wyglądasz, niż wtedy. Czuję się naprawdę dobrze. Każdemu z Was tego życzę (jak już będziecie w moim wieku 🙂 )

Mam jedną prawdziwą porażkę na koncie i muszę z nią żyć. Zrobiłam wiele, jeśli nie wszystko, co mogłam, aby naprawić to. Cóż, nie udało się.

A teraz coś dla Waszego uśmiechu.

Kilka dni temu byłam w salonie masażu. Tam spotkałam dawno niewidzianą klientkę. Tym razem była na farbie u naszej fryzjerki. Nachylam się do niej i mówię:

– „Aniu, a wiesz, że ja za kilka dni będę mogła robić zakupy między 10 a 12 tą! Na co ona nachyla się do mnie i mówi:

– „Basiu, a wiesz, że ja za dwa tygodnie będę mogła jeździć tramwajami za darmo”.

Pytam, a od ilu to? -„Od 70 ciu”. Spotkały się dwie starsze kobiety zadowolone ze swojego życia. I ubiorem starające się, nie podkreślać wieku.

Witam moją sześćdziesiątkę, to ostatnia dekada przed starością (tak myślę, chyba, że zmienię zdanie i 80 tka będzie starością). W jakiś sposób przeżywając te urodziny czuję przede wszystkim wdzięczność. Na tę chwilę mam dwa życzenia; – Niech omijają mnie tragedie rodzinne, bo jestem za słaba i mogłabym nie chcieć dalej żyć. I drugie – Obym zdrowa była tak, jak jestem!! 

Dziękuję Bogu i kochanej mamie za życie. Urodziła mnie choć była chora. Wiele przeżyłam, a co jeszcze przede mną zobaczymy. Jestem pełna wiary.

Ten wpis powstał przede wszystkim dla tych, co boją się zbliżającej 40, 50, 60, 70.. w dojrzałym, czy starszy wieku może być całkiem fajnie, pod warunkiem, że jesteśmy w miarę zdrowi. Wszystkiego dobrego kochani na każdy czas życia.

Apetyczna kolacja. Coxinha

Były Walentynki na słodko, a dziś na słono za podpowiedzią naszej Szarej Bajki – mam propozycję na gorącą brazylijską przekąskę z kurczaka Coxinha. Ja mówię na to jadło- Koszynia.

 Ugotuj lekki rosołek. Ja daję małą podwójną pierś lub jedną większą i korpus z kurczaka oraz warzywa i natkę kolendry lub pietruszki. Odlej 2 szklanki rosołu, a pierś ostudź trochę i pokrój na małe cząsteczki, kosteczki.. przełóż do miski. Na patelni podsmaż na łyżce masła 1 mniejszą cebulę drobniutko pokrojoną, trochę chili (lub łagodnej papryki w proszku, jak wolicie), ząbek czosnku, posól, na koniec dodaj  łyżeczkę koncentratu pomidorowego.  Wrzuć do miski z mięsem i dodaj 100 gr serka śmietankowego np. Philadelphia, czy Pątnica, Kiri.., garść pokrojonej zielonej natki kolendry lub pietruszki (jak lubicie, ja daje kolendrę) i garść drobno! startego żółtego sera. Lekko dosmacz solą i pieprzem. Wymieszaj. Nadzienie gotowe.

Zabieramy się za ciasto. Zasadą jest  tyle samo rosołu, co mąki. Na dwie szklanki gorącego rosołu i 3 łyżki masła powoli wsypuj 2 szklanki mąki pszennej, mieszając energicznie rózgą kuchenną. Pamiętaj żeby posolić, porządną szczyptą, bo sam rosół nie da słoności ciastu i będzie jak trawa (tak mawiała moja mama, jak coś było niesłone). Gotuj mieszając do około minuty. Wyjmij z garnka, przestudź trochę, aby nie poparzyć paluszków. To ciasto jest cudownie plastyczne i z błyszczącym polotem od masła i rosołu. Lekko podsyp mąką blat i uformuj wałek. Odkrawaj po kawałku, jak większe kopytka. Z każdym pojedynczym kawałkiem postępuj w ten sposób: ciasto rozłóż na dłoni, rozgnieć, umieść farsz, zawiń w sakiewkę i uformuj kształt stożka (aby przypominały małe pałki z kurczaka). Na koniec każdy zamocz w rozmąconym jajku i obtocz w bułce tartej.  Smaż w głębokim oleju najlepiej we frytkownicy, do rumianej chrupkiej skórki, tak ok.7 minut. Podawaj gorącą przekąskę z sosem np. czosnkowym, czy słodko-kwaśnym i surówkami.

 

 

 

 

 

 

To moja propozycja na kolację we dwoje, troje.. z okazji Walentynek :-))), czy na każdy inny wieczór!

Moja rada, jeśli robisz to tylko na dwie, trzy osoby wystarczy Ci szklanka rosołu ze szklanką mąki. Ja tak robię i z tej porcji wychodzi 8 dużych przekąsek. Jak jesteś cierpliwa rób mniejsze stożki, np.12 z tej ilości. I nie martw się, jak placuszek przerwie się zlep tym plastycznym ciastem i jeszcze obtoczone w panierkę farsz nie wypłynie. To jest w tej pracy wygodne i nie stresujące. Podałam 2 szklanki na 2, bo myślę, że większość z Was ma rodziny i nie warto mu się zabierać do roboty, jak za jednym zamachem wszystko zjedzą. Tym bardziej, że to też dobra przekąska na zimno, ale na gorąco większa pycha! Oj większa. Do tego zimna cola, czy pepsi, bo słabo je rozróżniam i mogę nie wychodzić do KFC :-)))

Ach jeszcze jedno- nadzienie lubi zostawać, mi zawsze trochę zostaje. To następnego dnia zapiekam w moim małym mini piekarniczku z kromką bułeczki, czy bagietki z poprzedniego dnia i jest niebo w gębie. 

Deser dla mojej Walentynki- „Czekoladowa lawa”

Nim się obejrzeliśmy przyszedł 21 rok, spadł śnieg i zdążył stopnieć, a za pasem czeka święto zakochanych, lubianych, ubóstwianych.. :-))) Dla mnie Walentynką może być ukochany, ukochana, dziecko, przyjaciółka, kot, .. . Kiedy pracowałam w szkole moimi Walentynkami byli uczniowie, kochane dzieciaczki! A może się mylę i tylko facet lub baba mogą nią być. A z drugiej strony, kto nam zabroni mieć kota za Walentego :-))) Miłość niejedno imię ma!! A ja pojemne serce mam!

Był czas, kiedy, jako młoda dziewczyna patrząc na innych czułam ekscytację tym świętem. Pełna nadziei, że jak zakocham się, co pewnie nastąpi niebawem, no bo dlaczego nie, to będę z radością świętować tego amorka 14 lutego. Nie zakochałam się i nie świętowałam. I przyszedł czas, kiedy ukradkiem, z lekką zazdrością patrzyłam na przytulone pary, na kobiety obejmowane i obdarowywane bukietami kwiatów. Myśląc, te to mają szczęście!

Przyszedł czas, długi czas mojego macierzyństwa i to święto stało mi się zupełnie obojętne. Ledwo wiązałam każdy koniec. I finansowy, emocjonalny i fizyczny. Ciągle zmęczona, zorana, gdzie mi było myśleć o amorkach.

Po wielu latach przestałam z taką wiarą i uśmiechem patrzeć na obściskujące się pary w dniu Walentego, myśląc -„No no, zobaczymy, jak długo ta idylla będzie trwać”, albo – „Ciekawe, ile łez już wylała w tym związku, a tego dnia udaje (dla siebie i dla niego), jak to dobrze jest”. Wyraźnie wyłaził mój cynizm. 

Po kolejnych latach widząc zakochanych, już bez cienia zazdrości myślałam -„Dzieci, oby wam się udało, komuś przecież musi. Męczcie się z budowaniem dobrej relacji, teraz wasza kolej, ja już nie muszę. Mogę odpocząć”.

Wielu z nas ma za złe, iż to święto takie mocno komercyjne, jak dzień kobiet, czy halloween. Myślę tak – jak się ktoś wkręci, zafiksuje, to tego dnia krocie może wydać, ale przecież wystarczy bukiecik fiołków i całus, pamięć. 

To święto nie mówi, że tylko tego dnia mamy starać się w związku. Tak jak święto babci, czy mateczki kochanej, że tylko wtedy o nich pamiętamy i kochamy. Zawsze pomagamy, myślimy.. ale akcentujemy właśnie tego ogólnie przyjętego dnia, no chyba, że ta osoba nie życzy tego sobie i mówi, że jak przyniesiesz jej bukiet kwiatów, to cię zdzieli po łbie tą wiązanką. To się nie wychylaj i mów tak, jak niektórzy – „Ja moją kobietę kocham zawsze i obdarowuję wszelkim dobrem każdego dnia, a nie tylko tego wymyślonego. Nie muszę jak te barany chadzać utartymi ścieżkami, jestem indywidualistą”.

Ja powiem tak, jak alkoholik!! Każda okazja jest dobra!! Obdarowujcie się, przytulajcie, czy to Walentynki, urodziny, imieniny, rocznica, czy taki sobie zwykły dzień!!

Pokazujcie, że ta druga, ukochana osoba może dla świata wiele nie znaczy, ale dla Was jest Całym Światem!!

Ja dla mojego Walentego opracowałam przepis na czekoladową słodkość. Nie wiem, kiedy zobaczę Erlenda, ale jak już to nastąpi zrobimy sobie nasze Walentyki. Zjemy słodkość wzajemnie oblizując paluszki. Podam i Wam przepis na małe co nieco  do lizania paluszków swoich i Waszej Walentynki!

„Czekoladowa lawa” (nazwę nadał Erlend)

Składniki: tabliczka gorzkiej czekolady i połowa mlecznej, garść mrożonych wiśni lub parzonych z własnych zapraw, pół kostki masła, pół szklanki cukru, 2 jajka, 3 łyżki mąki najlepiej krupczatki, 2-3 łyżki kakao, chlust likieru wiśniowego, góra 50 ml lub bardziej wytrawne truflowe wyjdzie, jak połączysz spirytus z sokiem wiśniowym (ja wykorzystuję mojej roboty wiśnie parzone i sok, a spirytus w dobie pandemii jest chyba w każdym domu:-)))

Potrzebujesz około 6 kokilek ceramicznych do wypieku deseru.  Nagrzej piekarnik do 180 stopni.  A w tym czasie gorzką czekoladę połam na kawałki i rozpuść razem z masłem w kąpieli wodnej. Jajka utrzyj z cukrem i dodaj mąkę, kakao, spirytus z sokiem lub likier. Powstałą masę połącz z masą czekoladową. Teraz kokilki do połowy napełnij masą, na środek ułóż wiśnie i posiekaną mleczną czekoladę ( te pół tabliczki podziel na te 6 kokilek). Przykryj kolejną warstwą czekoladowej masy. Wstaw do nagrzanego piekarnika na 8 – 10 minut. Test „suchego patyczka” tu nie sprawdzi się, bo masa ma być w środku mokra, płynna.

Ten deser jest znakomity na gorąco, jak i na zimno. Ze spirytusem smakuje truflowo. Polecam i bez Walentynek zrobić sobie to słodkie co nieco! Samą siebie też możecie rozpieszczać.