„.. tak to ja, jestem z Tobą tu..”

Seweryn Krajewski – „Każdy swoje 10 minut ma”

Każdy swoje dziesięć minut ma
by na jawie przeżyć wielki sen.
Teraz właśnie los mi szanse dał,
czuję że na całość mogę iść.

Patrz jak ja, zaczaruję świat,
on mi da, to co będę chciał,
coś Ci powiem, wierzę tylko sobie,
spróbuj tak, jak ja.

Przeznaczenie nagle daje znak,
sercu każe dużo szybciej biec.
Każdy chodnik twoje imię zna,
wypisane kredą metr na metr.

Tak to ja, ten z Twojego snu,
tak to ja, jestem z Tobą tu.
Otrzyj oczy, sercu sól zaszkodzi,
lepiej jest bez łez.

Patrz jak ja, zaczaruję świat,
on nam da, to co będę chciał,
coś Ci powiem, wierzę tylko Tobie,
spróbuj tak, jak ja.

/gitara solo/

Każdy musi swój egzamin zdać,
choć walka ma czterdzieści kilka rund.
Jedni godzą się ogony gnać,
inni gonią znikający punkt.

Tak to ja, ten z Twojego snu,
tak to ja, jestem z Tobą tu.
Otrzyj oczy, sercu sól zaszkodzi,
lepiej jest bez łez.

Patrz jak ja, zaczaruję świat,
on nam da, to co będę chciał,
coś Ci powiem, wierzę tylko Tobie,
spróbuj tak, jak ja.

Nasze pięć, dziesięć minut.

         

 

Everyone has their own ten minutes
to make a big dream come true.
Now fate gave me a chance
I feel that I can go all the way.

Look how I enchant the world
he will give me what I want
I will tell you something, I believe only
try like me.

Destiny suddenly gives a sign
makes my heart run faster.
Every pavement knows your name
chalked meter per meter.

Yes it’s me, the one from your dream
yes, I’m here with you.
Wipe your eyes, salt will hurt your heart,
it is better without tears.

Look how I enchant the world
he will give us what I want
I will tell you something, I believe only in You,
try like me.

/guitar solo/

Everyone must pass their exam
although the fight has forty-several rounds.
Some agree to chase the tails,
others are chasing the vanishing point.

Yes it’s me, the one from your dream
yes, I’m here with you.
Wipe your eyes, salt will hurt your heart,
it is better without tears.

Look how I enchant the world
he will give us what I want
I will tell you something, I believe only in You,
try like me.

Czy ja i moja miłość wieku dojrzałego, to tylko wielki sen na jawie? Nie wiem, może tak, może nie. Wiem na pewno, spędzanie czasu z Alanem i płynąca z tego radość, uczucie wielkiego ciepła w sercu dodaje wiary, że los nade mną czuwa, że mój Anioł Stróż, opiekun nie daje za wygraną i pragnie wypełnić moje życie, tym, co ważne do przeżycia. Można nigdy nie spróbować zioła, nie polecieć szybowcem, nie zrobić doktoratu i nie wybudować domu, czy nie nauczyć się hiszpańskiego.., ale nie poznać, co to miłość, tęsknota, radość co uskrzydla i snuje marzenia .. to żal. Tak zwyczajnie żal, bo życie tu na ziemi jedno jedyne jest.

Miłość, to ochota, by dać jeszcze jedną szansę.

Kochani życzę Wam nadejścia wyczekiwanego pięciu minut! Wówczas wykorzystajcie je dobrze. Nie chowajcie się za parawanem strachu, tylko zawalczcie o ten czas. Czasami nasze 5 minut może zdecydować o wszystkim.

Tajemniczy ogród. Obyśmy zdążyli..

Opowiem Wam, jak weszłam w posiadanie tajemniczego ogrodu.

Odkąd urodził się synek, moje pierwsze dziecko, przez następnych 8 lat byłam na macierzyńskich i wychowawczych. Nie wiem dlaczego nie zakładałam takiej myśli, jak żłobek, niania.

Mąż pracował na politechnice, a ludzie nauki wówczas bardzo mało zarabiali. Można powiedzieć, że poznałam biedę.  Wiedziałam, że taka jest cena, że tak ma być.  Byłam szczęśliwa, że mogę cały czas być z moją kochaną trójką dzieci, mieć duży wpływ na ich wychowanie, wspomnienia.. I kiedy najstarsze dziecko miało 8 lat, a najmłodsze roczek postanowiłam poszukać działki warzywnej, na której spędzałabym  z nimi czas.  Upatrzyłam sobie piękny, stary, tajemniczy ogród. Pełen winorośli oplatającej się w wielu zakamarkach i wiekowych drzew owocowych. Dosłownie 5 minut od domu. Dowiedziałam się, że jest wielu chętnych na ten opuszczony ogródeczek (518 m kw.). Ale chciałam właśnie ten, on miał duszę, czułam to. Miejsce z zacną energią.

Nie pracowałam i miałam tylko zasiłek wychowawczy 200 zł miesięcznie, a ogród kosztował 1200 zł mimo to postanowiłam porozmawiać z właścicielką, starszą panią, której została ta ziemia po zmarłym mężu, pasjonacie roślinek wszelakich. Od dwóch lat nikt nie uprawiał tam niczego i może dlatego wydał mi się ogródkiem z tajemnicami, zarośnięty trochę, ale z altanką, domkiem, wychodkiem z serduszkiem oraz, co ważne z wodą i prądem. Ta starsza pani nie chciała ogrodu, bo nigdy nie lubiła takich prac. Zostawiła go przy sobie, że może ktoś z rodziny będzie chciał. Ale młodzi nie garnęli się do takich przyjemności. Kiedy zobaczyła Basię, matkę Polkę z trójką małych uroczych dzieciaczków u nóg swoich, rozczuliła się.  I nawet zgodziła, abym spłacała go przez pół roku.

Mąż mój nie chciał działki, mówił, że szkoda mu czasu na grzebanie w ziemi, ale mi nie zabraniał, bo też widział w tym dobro dla dzieci. I tak zaczęła się moja przygoda z tym kawałkiem ziemi. Pokochałam ten ogród i mam z nim dużo wspomnień. Moje dzieciaczki też, chociażby dzikie maleńkie kotki znalezione w szopce. Karczowałam stare drzewa, wyrywałam do imentu, czyli ostatniego kawałeczka korzonka perzu, siałam i sadziłam. Od ziemniaków, ogórków, czosnku, marchewki, pietruszki, rzodkiewki, kopru, groszku, fasoli różnej… po truskawki, maliny, nowe drzewka czereśni, wiśni i krzewu aronii, agrestu, porzeczki, pigwy.. . Cieszyłam się nim i spędzałam każdy wolny czas. Biegałam tam już o 5 rano, wracałam nakarmić dzieci, zaprowadzić do szkoły synka i z córkami do ogrodu. I tak często do wieczora. On był swego rodzaju ucieczką…

Ale wtedy też wydarzyło coś nowego w moim życiu. Pierwszy raz umiejętnie przeforsowałam „swoje” w naszym zimnym małżeństwie. Mąż mój, to zwolennik kobiety pilnującej ogniska domowego, opieki nad dziećmi dopóki najmłodsze nie będzie miało 10 lat, aby nie biegało z kluczem, jak bezdomny pies (tak mawiał). Świetlica szkolna też nie wchodziła w grę. A ja już byłam 8 lat poza pracą. Chciałam wrócić, bo bałam się, że wszystkiego zapomnę. I że nie wypracuję sobie emerytury. Poza tym zdążyłam dowiedzieć się, czym pachnie zdanie się tylko na pieniądze męża.

Powiedziałam sobie, że jak mi się uda zdobyć ten ogród, to i pracę znajdę w nowym dla mnie od 8 lat Gdańsku.

Kiedy podpisywałam umowę  kupna działki przyznałam się tej pani, że zrobiłam postanowienie zawalczenia nie tylko o ogród, ale i o pracę w szkole. Na co życzliwa pani opowiedziała, że jej  córka pracuje w jednej z gdańskich szkół, jako sekretarka i że dla mnie popyta o pracę z małymi dziećmi. Wkrótce zadzwoniła, że dyrekcja czeka na rozmowę ze mną. Moje serce biło jak szalone, z jednej strony ciesząc się, że może wrócę do pracy, a z drugiej przejmowało strachem, jak ja do tego pomysłu przekonam męża. Julia najmłodsze wówczas dziecko miało tylko roczek, a więc do żłobka trzeba byłoby ją oddać. Konstancja 5 lat, to do przedszkola o poranku ciągnąć, a Hubert 8,  na szczęście blisko szkoła. Jakoś serce mi pękało, przecież one były dla mnie całym światem, sensem mojego pojawienia się na świecie. Mój plan zakładał, że pomoże nam babcia, czyli mama mojego męża, choć wolałabym moją mamę, bo zgodna, życzliwa, cicha, uśmiechnięta. W przeciwieństwie do groźnej, rządzącej teściowej. Ale nie ośmieliłabym się na pierwsze miejsce wysunąć propozycji mojej mamy.

Najpierw pojechałam do szkoły, zobaczyć co i jak, czy mam szansę. Przyjęto mnie z radością, kiedy zobaczono mój entuzjazm i nakreślony plan co chcę zrobić dla tych szkolnych dzieci. Wracałam do domu bardzo podekscytowana. Kilka dni bałam się podejść do męża i poprosić go o pozwolenie wyjścia do pracy. Na początku skoczył jak lew, z nerwami, że jak ja sobie to wyobrażam.. ?

– „Może Twoja mama nam pomoże? Powiedziałam cicho

– „Moja mama!? Wiesz, jaka ona jest!! Nie wytrzymamy tego!”

-„To może być moja mama, ona chętnie pomoże, jest samotna”.

– „Zobaczysz będziesz płakała, jeszcze pożałujesz tej decyzji”.

Widział, że wracam ze szkoły ze łzami radości. Opowiadałam z takim przejęciem o każdym dziecku, o zdarzeniu, o malowaniu krzesełek w zwierzątka różne, o dziecięcym zespole tańca  i opowieściach z Gdańska z pacynką. Miałam tyle werwy, zaangażowania i radości życia. Szkoła stała się drugim domem, a dzieciaczki w niej moimi dziećmi. Przez 35 lat pracy z dziećmi byłam najszczęśliwszym człowiekiem. Nadal uważam, że urodziłam się dla siebie oczywiści, ale i dzieci. One nadawały sens mojego życia. Pisząc ten wpis jeszcze raz zdałam sobie sprawę, jak wiele pomogła mi moja mama, abym będąc mamą własnej trójki dzieci mogła pracować zawodowo i kochać cudze dzieci. Dziękuję jej za to z całego serca. W jednej chwili idąc do sklepu wyjęłam telefon, zadzwoniłam i po latach podziękowałam jeszcze raz, bo teraz mama już wiele nie pamięta. A ona dobrotliwie odpowiedziała:

– „Basieńko, to były moje najpiękniejsze lata życia”.

Obyśmy wszyscy zdążyli: powiedzieć, co niewypowiedzianym było, a ważnym, przytulić, przyznać się, podziękować, może przeprosić. To ważne także dla nas.

Andrzej zwany przeze mnie „Wilkiem Morskim”, odszedł tej nocy. Na zawsze.

Andrzeju, niech Ci tam dobrze będzie. Biegaj po zielonych łąkach, graj w tenisa. Rób to, co kochałeś tutaj i jeszcze więcej.

„.. kiedy rozum każe zwątpić..”

Cały dzień „chodził za mną” pewien utwór, aż kliknęłam i nastawiłam go sobie. Sprzątałam, piekłam chlebek, gotowałam, a „Wielka miłość” Seweryna Krajewskiego leciała w tle. Posłuchajcie, może i Was opęta.

Wczoraj na chwilę musiałam jechać do salonu. Przygotowałam pokój z sauną i jacuzzi. Wiedziałam, że przyjdzie para ludzi na 2 godziny tej przyjemności. Zobaczyłam uśmiechniętą, skromną dziewczynkę i chłopca chyba w jej wieku. Mieli może po 20 lat. Pokazałam im wszystko, co i jak. Patrzyli na mnie tak ładnie, pożyczyłam im dobrej zabawy, odpoczynku i relaksu. Zapaliłam rząd świec, a w lodówce miałam szampana, którego kiedyś zostawili mi klienci z Niemiec i czekoladki.  Dałam im w prezencie. Od tych młodych ludzi biła czystość uczuć. Patrzenie na nich sprawiało mi przyjemność.  I wiecie, co pomyślałam? Wieczorami choćby nawet nie wiem co razem  wyprawiali, to zapewne jest  to piękne i czyste. 

„Wielka miłość” – Seweryn Krajewski

1.
Czekasz na tę jedną chwilę
serce jak szalone bije…
Zrozumiałem po co żyję
wiem, że czujesz to co ja.
Ej za krótko trwa godzina
niech się chwila ta zatrzyma
moim szczęściem chcę nakarmić
calutki świat, zdziwiony tak.
ref.
Wielka miłość, nie wybiera,
Czy jej chcemy, nie pyta, nas wcale.
Wielka miłość, wielka siła.
Zostajemy jej wierni, na zawsze…

2.
Miną lata, gwiazdy zgasną,
Fotografie w głowie zasną.
Gdy nas ludzka złość rozłączy
Ja i tak odnajdę Cię…
Kiedy rozum każe zwątpić…
Czekaj zadrży świecy płomień
Bo po drugiej rzeki stronie,
Ja dobrze wiem, tam ogród jest.
ref.
Wielka miłość, nie wybiera,
Czy jej chcemy, nie pyta, nas wcale.
Wielka miłość, wielka siła.
Zostajemy jej wierni, na zawsze…

Podziwiam Alana za jego sportowy duch, za niezwykłą wspinaczkę wysokogórską, za jego miłość do natury, za to.., że jest! Za kilka dni popatrzę w jego oczy, czekam na te chwilę.

1.

You are waiting for this one moment
my heart beats like crazy …
I understood what I was living for
I know you feel what I feel.
Hey, it’s too short an hour
let this moment stop
I want to feed my happiness
whole world, surprised yes.
Ref.
Great love, do not choose
Do we want her, he doesn’t ask us at all.
Great love, great strength.
We remain faithful to her forever …

2.
Years will go by, the stars will go out
Photos in my head will fall asleep.
When human anger separates us
I will find you anyway …
When reason makes you doubt …
Wait for the candle flame to shake
Because on the other side of the river,
I know well, there is a garden there.
Ref.
Great love, do not choose
Do we want her, he doesn’t ask us at all.
Great love, great strength.
We remain faithful to her forever …

 


 

Prosty, chrupiący chlebuś

Najprostszy chleb na drożdżach
  • pół kg. mąki pszennej chlebowej (typ 650) lub uniwersalnej
  • półtorej szklanki ciepłej wody
  • 2,5 łyżeczki suszonych  drożdży
  • 2,5 łyżeczki soli
No i jak się za to zabrać. Wyjątkowo prosta sprawa, mówię Wam, już łatwiej z robotą chlebka nie ma.
  1. Wymieszaj w dużej misce wodę z drożdżami

  2. Zacznij dodawać mąkę i sól, miksuj, aż uzyskasz jednolitą konsystencję ciasta (tu nie potrzeba pracy rąk)

  3. Przykryj miskę folią spożywczą i odstaw do wyrośnięcia na ok. 2 godziny. Po tym czasie możesz zacząć wyrabiać lub wstawić ciasto do lodówki na noc. Ja najczęściej wstawiam ciasto na noc, (bo zarabiam wieczorem) następnego dnia o poranku piekę chrupiący chlebuś. Czasami robię podwójną porcję ciasta i wówczas zostawiam w lodówce i za 2 -3 dni piekę następny bochenek.

  4. Połóż ciasto na podsypanym mąką blacie

  5. Rozciągnij i zwiń krawędzie ciasta do środka, formując kulę.

  6. Nagrzej piekarnik do 230 stopni.

  7. Przenieś chlebek na papier do pieczenia posypany mąką i zrób na wierzchu chleba nacięcie (ciekawe jest nacięcie dookoła przez pół bochenka, widać na zdjęciu).

  8. Posyp mąką i wstaw do piekarnika. Na dole umieść naczynie (ja daję drugą blachę) wypełnione ok. 3 szklankami wody.

  9. Piecz ok.40 minut, aż skórka będzie złoto-brązowa. Ja podglądam przy pomocy drewnianej łopatki  na spód chleba. Ma być twardy upieczony, nie jasny – koloru ciasta z przed pieczenia.

    Smacznego, ale jak ostygnie trochę. Ja łasuch, kroiłam gorący. Na usprawiedliwienie mam to, że przyjechała  Konstancja i chciałam ją obdarować. Była oczarowana jego chrupkością. Kochani to jest najprostsza wersja, ale możecie wzbogacić, dorzucając siemienia lnianego, czy pestek dyni, słonecznika.. Piec na okrągło, nie chce się nam,   poza tym przytylibyśmy zajadając wciąż cieplutki, chrupiący chlebek, bo takiego można zjeść więcej i smakuje z niewielkim dodatkiem, np. świeżym masłem i szczypiorem z ogródka. Ale może czasami zróbcie sobie święto pieczenia chleba.

Stanik

I nastał dziwny czas.

Czas izolacji, strachu przed wirusem.

Nie wiadomo wejść do windy, czy mądrzej potruchtać na szóste piętro, bo tam po poprzedniku może pozostał wstrętny wirus. Nacisnąć paluszkiem klawiaturę domofonu, czy lepiej szukać klucza, bo i tu czyhać może ten przebiegły.. . Odwiedzić mamę, koleżankę, czy nie, bo to zagrożenie dla wszystkich.  Kupić ryżu, kaszy, mięsa, jak już wyszłam z domu, czy lepiej szybko uciekać do niego. Takie były minimum 2- 3 tygodnie, początku naszego niewychodzenia do pracy. I wtedy wielu z nas pozwoliło sobie na luz blus.. . Nienoszenia kagańca na piersiach, zwanego stanikiem. Niegolenia nóg.., nierobienia makijażu dla odpoczynku skóry.. . Mężczyźni zapuszczali brody i fryzury z lat 80 tych (fryzjer też w izolacji). Ci, którzy pracowali z biura domowego chodzili w dresach lub samych slipkach. Góra czasem bardziej schludna, bo może wideo konferencja nas czekała. Ona trochę zobowiązywała. My kobiety snujące się po domu, zaczęłyśmy mieć dwie pidżamy; dzienną i nocną. Każdy zaczął coś myśleć o swoim życiu, planować zmiany, widzieć bezsens tego, czy tamtego, ale to raczej przyszło pod koniec.

Zatrzymanie się w czasie, coś wniosło.

U mnie – nienoszenie stanika. Pierwszy raz w życiu na tak długi okres czasu było mi dane zobaczyć, poczuć, jak miło przylega bawełniana koszulka do piersi. Jakie to przyjemne, kiedy nic nie ściska, nie uwiera, nie wrzyna, bo z biustonoszami jest tak, że nawet te na miarę, drogie, te dobrze dobrane, te przyjazne..  po kilku godzinach też stają się niewygodne. Zdradzę Wam, że moje cycuszki są nadal jędrne, chyba tak z natury, genetycznie po mamie i z powodu ćwiczeń. Miseczka B i 70 cm. pod biustem, czyli nie są to orzeszki, ale raczej mniejszy biust proporcjonalny do całej figury. Według mnie całkiem zgrabny, nie wiszący, jak truskawki na pnączach. Pewnie zdziwienie bierze Was, po co Baśka opisuje swoje cycki. Nie żeby Was do czegokolwiek zachęcić, ale dobrze nakreślić zdarzenie dnia dzisiejszego.

Wracam od fryzjera. Włosy długie, rozwiane, świeżo leciutko podcięte, prostownicą wygładzone, połyskuje lśniący kolor rudego. Makijaż świeżo zrobiony, bo o poranku Julia uczyła mnie malowania kosmetykami, które dostałam od córek na Dzień Mamy. Z konturówką, bronzerem, pudrem, a nie jak dotąd z samym podkładem, różne pędzle, gąbeczki.. . Ubrana w czarne dżinsy typu rurki, czarną bawełnianą dłuższą koszulkę na ramiączkach szerokich i na nią szarą, krótką koszulkę ze spływającym rękawkiem i związanym supełkiem na brzuszku. Chcę, abyście oczami wyobraźni zobaczyli Basię. Miłą, uśmiechniętą kobietkę z 47 kg ciałka. Wysiadam z samochodu. Patrzy na mnie mężczyzna około 60 lat. Przechodzę obok, a ten nie za głośno, ale tak, abym usłyszała mówi

– „Stanik należałoby nosić”.

Nie odpowiedziałam nic. Nie zatrzymałam się, nie skomentowałam, nie odszczeknęłam się mu. A może powinnam była. Teraz żałuję, że nie powiedziałam;

– „Bardziej tolerancyjnym dla ludzkich wyborów należałoby być!”

lub uszczypliwie

-” Ładnym należałoby być. Ha ha!”

A co Wy powiedzielibyście? Jestem ciekawa. A może postąpilibyście, tak jak ja, nie zwracając uwagi. A może nigdy nie wyszlibyście na światło dzienne bez biustonosza?

Nasze wybory

Komu oddać swój głos? To jeden z wyborów.

Córka z nerwów do krwi ogryzła paznokieć, bo jej ukochana przyjaciółka chce oddać  głos na Bosaka i Konfederację. Ta młoda osoba, to Polka pracująca od kilku lat w Irlandii. Zachwyciła się programem gospodarczym Konfederacji, czyli polityką gospodarczą ze snów Korwin-Mikkego. Natomiast typowe akcenty z Ruchu Narodowego, czy „świątobliwego”Grzegorza Brauna pomija, albo twierdzi, że nie są szkodliwe. I cóż powiedzieć temu dziewczęciu? Może to, że A. Hitler też miał bardzo dobry program gospodarczy i resztę podobnych poglądów, co Konfederaci.

Na Konfederacje głosują Ci, którzy noszą w sobie chęć odwetu, zdyscyplinowania ludzi. Nie liczy się indywidualność, plan życiowy danego człowieka, tylko ogólny plan narodowy. Jest to też chęć podporządkowania sobie innych. Pobrzmiewają tu wręcz nuty faszyzmu, a przynajmniej ustrojów tak zwanej silnej władzy, w których ludzie boją się wyrażać własne zdanie.  Polska ponad wszystko. Ciarki przechodzą, co będzie, jak pójdziemy tą drogą. Niemiecki faszyzm wywodził się z ruchu robotniczego, czyli lewicowego. Partia Pracy, którą Hitler przekształcił w Partię Nazistowską. U nas faszyzm łączy się z katolicyzmem- „Polska Chrystusem Narodu”. Wykorzystali mesjanizm narodowy Adama Mickiewicza. Jezus przewraca się w Niebie. Chyba ma dość Polaków.

Odwołują się do prymitywnego patriotyzmu.

Paradoks polega na tym, że wybrali sobie, jako patronkę M.Konopnicką ze słowami Roty -” Nie będzie Niemiec pluł nam w twarz..” i kroczą w kamaszach po polskiej ziemi, „tej ziemi”, co tylko dla Polaków. Konfederaci nie przyjęli do wiadomości, że Maria była lesbijką, kochała inaczej. Dla nich to plugastwo, zgnilizna, którą trzeba wytępić, jak to G. Braun mówi choroba i takich wyleczyć lub w obozach pozamykać. I teraz naszą poetkę szarpią LGBT na zmianę z Narodowcami.  Polityk Artur Zawisza twierdzi, iż należy karać za kłamstwo konopnicjańskie, tak samo, jak za oświęcimskie, bo im nie mieści się w głowie, że lesbijka mogłaby napisać, tak bojową Rotę.

Ludzie nie mają wiedzy historycznej, która pozwoliłaby wyprzedzać skutki dzisiejszych wyborów.

Hitlera też ktoś wybrał.

Trzeba być naiwnym, aby domagać się autarkii – otoczenia się murem gospodarczym, etnicznym, kulturalnym, politycznym.. np.tak, jak Korea Północna, czy kiedyś Albania. Brak sojuszników dla nas Polaków, to głupota, lekkomyślność, kiedy obok sąsiad- Rosja, co jednym podmuchem zdmuchnąć może domek zwany Polska. Dziwne i sprzeczne, bo wyborcy Konfederacji, to nie ludzie starzy, a przede wszystkim młodzi, bez perspektyw, ale i tacy,  którzy dostają dotacje z Unii, czerpią korzyści z możliwości pracy u bogatszych, a popierają nasze odłączenie się. Nasze zamknięcie granic.

Unię wymyślono po to, aby ludziom pokazać zalety współpracy, zamiast wojny.

Wyborcy Konfederacji uważają, że tracimy na handlu międzynarodowym, na otwartych granicach, bo wywożą nasze dobro. Ale my możemy robić to samo w innych krajach. W ich programie jest podsycanie strachu Żydami, którzy chcą odzyskać mienie po przodkach. Ludzie z powodu resentymentów, lęków wspierają swoimi głosami tę partię.  Do Konfederacji przystępują lub popierają Ci, którzy noszą w sobie jakąś krzywdę, są podatni na plotki, na różne teorie spiskowe. A nie widzą prawdziwego zagrożenia.

Nikt nas nie będzie witał, kiedy my nie witamy innych!

Może przyjść taki moment, że Twój paszport nie będzie leżał w szufladzie Twojego biurka, tylko w urzędzie. Będziesz musiała mieć wizę do Litwy czy Słowacji. Będziesz napiętnowana za życie bez ślubu. Będziesz bała się mówić głośno swoje zdanie na 100 różnych tematów, a więzienie będzie czymś realnym, za strój, za manifestację lub za opornik w klapie, brak krzyżyka na piersi. Braun wchodząc na mównicę wita się – „Szczęść Boże”, wiem to nic złego, ale dalej co mówi nie ma za wiele wspólnego z miłością do bliźniego, a spróbuj nie odpowiedzieć, zaraz donosiciele doniosą. My już to przeszliśmy w latach 30, kult jednostki i terror ideologiczny – sanacja, a później komunizm, my wzorce już mamy. Wróci „barak!!!”

PiS częściowo realizuje ich program, np. autarkia etniczna. Tylko Polska dla Polaków.  Żadnych obcych, zwłaszcza ciemnoskórych. PiS ma program socjalny, rozdawnictwo, a Konfederaci uważają, że sami z siebie będziemy bogaci. Wielki  biznes, przemysł, czyli Polacy  biznesmeni pełną gębą i nikogo nie trzeba będzie wspierać. Nie byłoby biedy, bo w końcu nikt by nas nie okradał, np. Żydzi. Są przeciwni wszelkim „innowacjom”, typu rozwód, bo Ci ciężko i źle. – A widziały gały, co brały i w Polsce nie będzie rozwodów! Żadnej edukacji seksualnej, aborcji. Ich programem jest wyplenić zgniliznę, a jak nie, to zamknąć w obozach. Ja niestety byłabym pierwsza, bo pisałam o takim obrzydlistwie, jak seks dla przyjemności, minetce. A ta młoda dziewczyna dość, że zarabia u obcych, to jeszcze od lat żyje na kocią łapę. Wybierze Bosaka, a ten ..

Żyjemy w czasach internetu, zdawkowych informacji, stajemy się oporni na głębszą wiedzę. Można wpaść w odmóżdżenie, nie czytając książek, tylko newsy.

Bosak w mętnej wodzie łowi ryby!

Przepraszam tych, co nie zgadzają się z moimi myślami. Macie prawo mieć swoje zdanie. Dobrze przemyślane.. Ta partia, jak każda inna ma coś dobrego, ale zagrożeń i głupoty zdecydowanie więcej. Napisałam Wam tylko wycinek z mojego życia. Do niego też zagląda polityka, chociaż próbuję nie emocjonować się nią, bo czuję, że idziemy na zagładę polityczną. I to nie tylko Polska. Natomiast zależy mi na „M”, koleżance mojej córki. To dobre dziecko, tylko nie ma rozeznania politycznego. Może Kona zacytuje jej moje myśli, może chociaż zastanowi się, poszpera, poczyta. Żal człowieka i jego głosu.

Trzecia rocznica. Zapis myśli

To było 11 czerwca 2017 roku, kiedy przyjaciel Miłosz założył mi bloga na WordPress. Systematyczne prowadzenie go zaczęłam pół roku później, kiedy wróciła mi chęć do istnienia. Na szczęście ta chęć nie opuszcza mnie do  dzisiaj.

Chcę Wam donieść, że jestem już po rozmowie z szefem i zgodził się na Basię- pracownika wspomagającego. Będę przyjeżdżała na konkretne u mnie zamówione masaże lub na te, których nie wykona inny pracownik, czyli masaż reiki, masaż tantryczny, masaż indyjski, deptanie stopami- Padanghata i moje masaże autorskie: „Siódme Niebo” i „Piekło”.

Cieszę się, że jesteście ze mną, że zdobyłam sobie wiernych czytelników i przyjaciół.

Zakładamy, piszemy, wkładamy emocje, wiedzę, czytamy innych, poświęcamy czas.. Dlaczego? Zastanawiam się, czy to nasze pisanie, istnienie w świecie blogów, to wynik samotności w pewnym sensie, czy bardziej chęć dzielenia się myślami, ale chyba na jedno wychodzi. Teraz mam więcej czasu i czytam sobie różne blogi. Stwierdzam, że mój nadal jest pamiętnikiem zdarzeń, zapisem myśli moich.

Nie wiem, czy jest to powód do smutku, ale w poczytności, codziennie  idą łeb w łeb dwa moje wpisy: „Mój pierwszy masaż tantryczny” z 15.03 2019 r. i  „Minetka- wiele dróg do przyjemności, ach ten języczek!” z 07.07 2018 r.

Wszystkim Wam życzę radości z pisania i czytania innych. Umiejętności życzliwego  podejścia do drugiego blogera, komentatorów i zdecydowanie mniej emocji politycznych. Politykę mamy pod zdechłym Azorkiem (brzydkie powiedzenie, ale tu oddaje sedno sprawy). Ona nie jest warta naszych „ku… chu…” i złych emocji, wraz z zabieraniem nam energii. Choć wiem, że boli. Mnie też.

Jeszcze raz dziękuję, że jesteście, cieszę się, że zdobyłam sobie Waszą sympatię. Dziękuję. Basia

„.. czy to jest kochanie?”

Dziś będzie o kochaniu.  Jak rozpoznać własne uczucia.

Zastanawiam się dlaczego tak bardzo umniejszamy uczuciu zakochania, zauroczenia, też piękne i daje dobrą energię.  Wiem, na tym nie zbudujemy związku do grobowej deski. A my najczęściej domagamy się miłości trwającej do końca naszych dni, a później, co trzecie małżeństwo rozwiedzione.

Im dłużej rozmyślam o kochaniu, o miłości, a nie zauroczeniu, tym mniej wiem.

Myślę, że na początku stałego związku, jest stan zakochania, owe motyle w brzuszku. Ale nie z każdych motyli będzie trwała miłość. W większości motyle przyfruną i odfruną w miarę poznawania tej drugiej osoby.

Ale jak wyczuć, że to miłość, a nie tylko zachwyt, pożądanie?

Na pewno mieliście sytuację, że podszedł do Was młodszy człowiek np. córka przyjaciółki mamy, czy siostrzeniec i prosił Was, jako ludzi doświadczonych o radę.

-„Skąd mam wiedzieć, że jego/ją kocham?” Po czym poznam, że to kochanie?”

I co powiecie?

Ja mówię tak:  

-„Skoro zastanawiasz się, to masz obawy. Nie czujesz, że to, co między wami,  jest wzniosłe i piękne! Myślę, że kiedy naprawdę kochasz, nie musisz się nad tym zastanawiać, analizować, dzielić włosa na czworo. Jeśli jest Ci dobrze z Tą osobą, budzisz się szczęśliwym i błogo zasypiasz. To po co Ci szukać nazewnictwa tego co czujesz? Bo jesteś taki analityczny, zawczasu chcesz przewidzieć wszystko, bo jak to miłość po grób, to nie opuści Ciebie, a jak to tylko zakochanie, to licho wie, co z tego wyniknie. Co wyniknie, to wyniknie. Po co szukasz dziury w całym? Wielu z nas składając przysięgę małżeńską zakładało, że trwać to będzie po grób. A później bywało różnie. Statystycznie, co trzecie małżeństwo rozwiedzione. A to nie świadczy, o tym, że nie było miłości”.

Miłość jest obecna w naszych myślach. Samo wspominanie tej osoby, wywołuje uśmiech, ciepło w sercu.  Chętnie oddajemy się marzeniom. Ona, ta osoba jest dla nas bardzo ważna. Cieszymy się, że ją poznaliśmy. Chcemy się nią opiekować. Zależy nam na jej szczęściu, dobru i rozwoju. Lubimy spędzać z nią czas. Problemy tej osoby, to czym żyje na co dzień, są dla nas ważne, przejmujemy się nimi.  Staramy się być przy niej, wspierać, pocieszać, kiedy tego potrzebuje. Aby zawsze wiedziała, że ma nas, co twardo stoją po jej stronie. Dopingujemy, by szła w kierunku, jaki jej odpowiada, by realizowała swoje marzenia. Nie chcemy w żaden sposób jej zaszkodzić. Pragniemy być z nią za to właśnie, jaka jest i kim jest. Pociąga nas dobro, ciepło, które przynosi ten związek.  Dla niej chcemy być lepszymi ludźmi, rozwijać się. To uczucie nas uskrzydla, wszystko jest łatwiejsze i do zniesienia, bo w sercu jest Ona/On.

Powiecie, a co z zazdrością?

Jest zła, bo niszczy, niewoli. I kiedy zaczniesz karmić siebie i bliską ci osobę swoją nieufnością, zrodzi się wiele negatywnych myśli, które zniszczą uczucie. Chcesz tego?

Jeżeli naprawdę kochasz, oddasz się drugiej osobie bezwarunkowo ( to mi pasuje do miłości dziecka).

Nawet jeśli to naraża  na zranienie, podejmiesz trud budowania nowej relacji, bo rany, które zrobili Ci inni ludzie nie przechodzą na nową miłość. Nie ma sensu karać jej za to.

Oczywiście możesz wszystko trzymać na dystans, nie ufać, nie mieć nadziei na coś większego. Ale jak się już zawiedziesz, bo takim postępowaniem można do rozpadu doprowadzić, będziesz cierpiał mniej?

 Nie będę się zastanawiać nad nazwą uczucia, które mnie ogarnia. Skąd się wzięło, dlaczego i na jak długo. Jestem szczęśliwa, że jest! Tu, na tej ławeczce zawsze będę siedziała i czekała na Alana. Nawet, jak już nie będzie Nas.

Pizza z serowymi brzegami

Każdy ma swoją ulubioną i sposób jej wykonania. Ja też. Ten, kto mnie zna wie, że z pizzy najbardziej lubię gorące brzegi bez nadzienia, a jeszcze jak są z serem, no pycha! Nie przepadam za bogatym w składniki wnętrzem. Jestem skromna :-))) i lubię typu Margarita. Wystarczy mi dobre ciasto, pyszny sos pomidorowy i ser. Może skorzystacie z mojego przepisu lub wybierzecie elementy Wam pasujące. Ciasto jest wyśmienite. A sos prosty, pyszny.

Do miski wsypuję 50 dag mąki tortowej, typu 450, półtorej łyżeczki soli, dodaję łyżkę oliwy (koniecznie). W szklance mieszam 1/4 szklanki  ciepłej wody z 2,5 łyżeczki drożdży suszonych, łyżką cukru i tyle samo mąki. Po wymieszaniu od razu przelewam do miski z mąką, dodaję szklankę ciepłej wody i mieszam ręką, wyrabiam ciasto leciutko podsypując mąką. Taką kulkę ciasta po wierzchu głaszczę mokrą dłonią i miskę nakrywam ściereczką. Odstawiam do ciepłego miejsca (lekko ogrzany piekarnik) na godzinę do dwóch, jak drożdże słabo pracują. Ja najczęściej odstawiam na godzinę. Dzielę ciasto na 2 kulki. Z tej ilości ciasta wyjdą 2 cienkie pizze lub jedna duża na całą blachę piekarnika. Tym razem zrobiłam dużą i grubszą na brzegach. Abym miała dużo tego, co lubię. Rozwałkowałam podsypując (koniecznie) kaszą manną. Na brzegach pizzy dookoła ułożyłam wałek ze startego żółtego, łagodnego sera i owinęłam brzegiem ciasta do środka pizzy. Środek posmarowałam sosem pomidorowym 

Mój sos: pewnie taki, jak Wasz lub bardzo podobny. Na patelnie wlewam chlust oleju, 2 pokrojone byle jak cebule i 3 duże ząbki czosnku, solę i trochę podsmażam. Dosypuję łyżeczkę cukru, 3 łyżki octu winnego, 3/4 szklanki wody i słoiczek koncentratu pomidorowego. Przesmażam i na koniec dodaję łyżkę masła. Blenduję. Posypuje ziołami do pizzy i gotowe.

Na posmarowane sosem ciasto układam poszarpaną mozzarellę około 30 dag (kupuję w kawałku, nie w kulkach), jeszcze startego żółtego sera. Na wierzch niedużo parmezanu i do pieca na 220 stopni na około 12-15 minut. Do farszu można dorzucić pomidorki, oliwki, cebulę.., ale ja nie lubię mokrego bogatego w składniki nadzienia. One zagłuszają mi smak pizzy, że tak się wyrażę.

Życzę Wam radości z robienia i zajadania pizzy. Alan pisał mi, że robi pizzę i tak mi się zachciało, stąd i Wy macie, ale tylko przepis, choć bardzo dobry. Smacznego. A teraz trochę o mojej zmianie w głowie.

Od około 2 tygodni wracają do mnie te same zaskakujące myśli. Dobrze mi w domu!! Żyć bez pośpiechu i zgiełku świata. Nie chcę wracać na etat do pracy. Już się nie boję życia bez mnóstwa osób wokół mnie.  Zmuszona (koronawirusem) do bycia w domu z dala od masaży i ludzi zobaczyłam, że to też ma sens. Kilka dni temu byłam z córkami na prześlicznej plaży w Orłowie, spacerowałam i myślałam, jaki świat jest piękny. Dlaczego nie korzystam ze spokojnego życia. Urodziłam i wychowałam troje dzieci. Pracowałam w szkole z maluszkami 35 lat. Może już mogę mieć czas, na plaże, na gotowanie, na ćwiczenia, na długie przytulanie kotka Kleofasa, na wolontariat w hospicjum, na wyjazdy z Alanem, kiedy nam pasuje, bez proszenia się o wolne.

Życie jest takie kruche (kilka dni temu trafiła do szpitala z udarem mózgu moja prawie o 10 lat młodsza koleżanka) chyba nie chcę do końca masować. Umierając nie pomyślę, że za mało pracowałam. Ale mogę pomyśleć, że szkoda, iż do końca pracowałam, że nie pozwoliłam sobie na luksus wstawania, o której chcę, poobiednich drzemek, cieszenia się drobiazgami zwykłego dnia. Mam już emeryturę, wprawdzie niepełną jeszcze, ale jakaś jest.  Nie umrę z głodu. A do MaBe mogę wpadać dorobić, pomóc przy dziwniejszych masażach (reiki, tantra, indyjski moimi stopami i autorski „Niebo”, „Piekło”). Julia kończy studia, pójdzie do pracy. Może to dobry czas na zmianę u mnie.

Co o tym sądzicie? Czy to dziecinna zachciewajka, nieprzemyślana decyzja, nie do wyobrażenia sobie, przy tak energicznej Basi? Nie dam rady i szybko znudzę się, pożałuję wycofania z życia zawodowego? Nie wiem, na 100%, ale piszę Wam, co czuję.

Klif Orłowski

Zrobiłyśmy sobie z córkami Dzień Dziecka wypełniony spacerami po plaży w Orłowie, dobrym obiadem w Krowarzywach- Vegan Burger. Jadłam przepysznego kebaba bez mięsa. No mówię Wam pycha! Seitan zastępował wkład mięsny (gluten), pełno surówek, sosów. Naprawdę smakowało mi.

Klif Orłowski –  W południowej części Gdyni, niedaleko granicy z Sopotem znajduje się dzielnica o nazwie Orłowo (15 km ode mnie z Gdańska). Tuż obok niej, nieco na północ rozciąga się zalesiony obszar Kępy Redłowskiej. Kępa, czyli fragment morenowego wzniesienia odcięty od pozostałej części moren przez doliny potoków, to miejsce wyjątkowe, niezwykle urokliwe.

Jest to teren porośnięty gęstym i naturalnym lasem położony niemalże w samym centrum dużej aglomeracji, a jednocześnie rezerwat przyrody chroniący naturalny drzewostan i specyficzną roślinność zachowaną w tym miejscu od pradawnych czasów. Ta właśnie kępa, stykając się z morzem, uderzana sztormowymi falami, tworzy klif, urwisty brzeg, stale podmywany i stale wycofujący się pod naporem morza. Urwisko, cofając się, staje się coraz wyższe, w miarę jak zbliża się do najwyższej partii kępy.

To był prześliczny, słoneczny dzień. Widoki zapierające dech w piersiach. Polecam serdecznie każdemu, kto pragnie spokoju (zwłaszcza teraz, kiedy jeszcze nie ma sezonu wakacyjnego) i otoczenia rajskich krajobrazów.